W rękach losu

Ach, młodość… Piękny czas, w którym człowiek żyje momentem, a przyszłość jest czymś odległym, co go jeszcze nie dotyczy. Niech ci, którzy mają już ten okres za sobą zajmują się takimi głupstwami, bo my jesteśmy ponad przyziemnymi sprawami, zdawali się krzyczeć młodzi ludzie całym swoim jestestwem. Jednak nie on. Bratanek Benjamina Sparrowa był inny od reszty także i pod tym względem.

- Nie przesadzasz z pudrowaniem noska? – Benjamin zagaił go drwiąco, kiedy Christopher stał przed lustrem, żarliwie kontemplując coś.

- Ach, to tylko ty wuju. Zapomniałem ci powiedzieć, ale wychodzę z domu – młody Sparrow oznajmił, nie spuszczając wzroku z trzymanego w dłoni grzebienia.

- Wiem. Poza tym, nie musisz mi tego mówić. Nie jesteś dzieckiem. Ufam ci. Poradzisz sobie ze wszystkim co stanie na twojej drodze, gdyby miało pójść nie tak.

- Mimo to…

- Aaaa, rozumiem, musiałeś się pochwalić, że idziesz na randkę – Benjamin zakpił, z triumfalnym uśmiechem chwytając się za podbródek.

- R-randkę? – policzki Christophera delikatnie zaczerwieniły się – To nie tak. Po prostu jedziemy razem do kina.

- Dla takich starych dziadów jak ja, to w pełni klasyfikuje się jako randka, ale mniejsza z tym. Stary wujek zostanie w domu SAM i będzie wybornie się bawił ze swoją lampką solną, która jest równie SAMOTNA jak on, więc i ty ciesz się życiem, chłopcze.

Choć Benjamin Sparrow nigdy nie miał powodów by narzekać na swoją popularność wśród kobiet, tylko z jedną udało mu się stworzyć choćby namiastkę związku, która i tak nie wypaliła. Niegdyś sypiał z wieloma, jednak bez zobowiązań, czego teraz zaczynał nieco żałować. Prawdopodobnie dlatego aż tak bardzo radował się na wieść o pierwszej miłości swojego specyficznego adopcyjnego syna.

- Córka Whitfieldów jest całkiem ładna, hę?

Po dłuższej chwili, ku rozbawieniu wuja, Christopher odparł:

- Tak.

- O której się w ogóle spotykacie?

- Zaraz.

- To znaczy?

- Amy lada moment powinna tu być. Umówiliśmy się tutaj, bo byłoby stratą czasu, żebym szedł w przeciwną stronę i wracał się. Przystanek jest bliżej naszego domu.

- Chłopie… – Benjamin głęboko westchnął, załamując rękoma. Nie przypuszczał, że będzie z nim tak źle. Gdzie spieprzyło się całe dotychczasowe wychowanie na dżentelmena? A może to winna kiepskiego gruntu, który nie przyjął wartości, jakie starano mu się wpoić?

- Słucham? – nie mając zielonego pojęcia o co chodziło, Christopher odwrócił się w stronę opiekuna. Wtedy rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi, który wywiał mu z głowy poprzednią konwersację.

Opierając się o szafę, tak, żeby nie był widoczny z korytarza, a sam mógł przypatrywać się zakochanym w progu, Benjamin odetchnął. Whitfieldowie z pod 17 mogli być dumni ze swojego jedynego dziecka. Bystra, atrakcyjna, a do tego, z dobrymi manierami. Na pierwszy rzut oka, perfekcyjna młoda kobieta, jednak Benjamin był pewien, że coś było z nią w głębi nie tak, bo inaczej nie zainteresowałaby się jego bratankiem. Może jakieś dziwne fetysze? Albo była po prostu masochistką? To na pewno kiedyś wyjdzie w praniu, ale jedno było jak na razie jasne – kochała go. A on ją. Starszy ze Sparrowów nie potrzebował nic oprócz tego. Nikt nie był perfekcyjny, więc jeśli kiedyś… O ile oni będą tego chcieć, Benjamin nie widział żadnej przeszkody, by przyjąć Amy Whitfield jako swoją przyszywaną synową.

Christopher i Amy w końcu opuścili domostwo.

- Starość nie radość, ale młodość nie wieczność…

Benjamin skrzywił się, obserwując swoje odbicie w lustrze. Wydawało mu się jakby jeszcze wczoraj przygoda stanowiła jego codziennością, a teraz… Odkąd przed laty przestał farbować się na blond, jego fryzura wróciła do naturalnego odcieniu czerni, jednak w tej chwili pasma siwizny sprawiały, że nie było to już tak wyraźne, a włosy stawały się zresztą coraz rzadsze i rzadsze. Żeby tego było mało, na skutek obrażeń jego lewa ręka była prawie bezwładna. Pomimo rehabilitacji nie dawano mu szans, żeby kiedykolwiek miał z niej korzystać jak wcześniej.

- Przegrałem swoją szansę na bycie królem życia. Pora odsunąć się w cień, zwalniając scenę dla nowego pokolenia – jego ramiona opadły, gdy rozpaczając udał się do swojego pokoju na spoczynek.

Choć Christopher nie raz spędzał noce poza miejscem zamieszkania, Benjamin nigdy nie mógł przywyknąć do ciszy, która panowała pod jego nieobecność. Dziwiło go ponad miarę jak bardzo rodzinnym człowiekiem stawał się na starość, ale nie widział w tym nic złego. Czasy i ludzie się zmieniają, a ten, kto nie jest w stanie pogodzić się z tym postępem, cofa się o dwa kroki. Mimo to, Benjamin regularnie zastanawiał się czy ona kiedykolwiek mu wybaczyła. Nie, nie mogła. Pewnych ran nawet czas nie potrafi zasklepić. Niezależnie czy miną 24 lata, czy 48, ona będzie go dalej nienawidzić, a on z tą świadomością będzie musiał wytrzymać do końca swoich dni. Bo przecież nie zapomni… Nie potrafi.

Nagle na biurku zawibrował telefon i smętna jazzowa symfonia wypełniła sypialnię. Dzwonił Albert Sora, więc Benjamin natychmiastowo odebrał.

- Tak?

- Brzmisz nie najlepiej, Ben. Trafiłem w zły moment? – dobiegający z głośnika głos wieloletniego przyjaciela, kompana wielu ambitnych planów wskrzesił w Benjaminie trochę energii, ale między ludźmi znającymi się tak długo nie było sekretów.

- Po prostu dałem się ponieść nostalgii. Rozumiem, że wszystko jest już gotowe?

- W rzeczy samej. Badania, którymi aktualnie się zajmuję udowodniły twoją tezę. Być może jest wciąż nadzieja na spełnienie naszych młodzieńczych marzeń. Wtedy się nie udało, jednak tym razem mogłoby być inaczej. Nasza czwórka mogłaby…

- Nie rozpędzaj się, Al – Benjamin szorstko go upomniał, starając się stłumić narastającą złość.

- Wybacz… Emocje chwilowo wzięły górę.

Przez chwilę zapanowała niezręczna cisza, którą przerwał profesor Sora:

- Ben, przeszliśmy ze sobą wiele. Nie gniewaj się na mnie, ale muszę poprosić cię o to jeszcze raz. Wróć do laboratorium. Nigdy nie mogłeś wysiedzieć dłużej niż piętnaście minut w jednym miejscu, jednak z twoimi talentami osiągniemy to szybciej. Twój plan jest zresztą zbyt ryzykowny…

- Nie zmienię zdania.

- Tego się właśnie obawiałem. A co, jeśli nie wypali, jeśli wbrew naszym szacunkom nie jest to możliwe?

- Wtedy weźmiesz Christophera pod swoją opiekę. Zrobisz to niezależnie od tego co przyniesie los. Jest dorosły i ma Talent, ale niektóre rzeczy mogą go przerosnąć. Masz zostać jego aniołem stróżem.

- Zrozumiałem – profesor dał za wygraną – Powiedz mi tylko czy jesteś tego pewien. Że on wróci.

- Wróci. Nie wiem, kiedy dokładnie, ale złoży mi wizytę. To nasze przeznaczenie. Zanim to nastąpi, każdy aspekt operacji musi być zapięty na ostatni guzik. Kontynuuj pracę po swojej stronie, a ja zajmę się resztą. Pozwól mi wziąć odpowiedzialność.

- Ben… – Sora nie był w stanie znaleźć słów by wyrazić co czuł.

- Jak skończy ze mną, zwróci się do ciebie. Pamiętaj o tym. Cóż, jesteśmy w kontakcie – Benjamin bezceremonialnie zakończył połączenie, po czym opadł na łóżko i zamyślił się. Medytując nie zauważył nawet, że zapadła już noc. Ostatecznie usnął, nie przebrawszy się ani nie umywszy. Śnił o osobie, która miała odwiedzić go pewnego chłodnego wrześniowego wieczora, dwa lata później.

*

Tego dnia było na zmianę wietrznie i deszczowo, więc gdy okno jego sypialni samo się otwarło, Benjamin początkowo pomyślał, że była to wina wichury. Jednak mylił się. Na parapecie usiadł mężczyzna w szarym płaszczu podróżnym. Jego twarz zakrywała maska w kształcie płonącej róży.

- Wreszcie nadszedł moment mojej zemsty – oznajmił, mierząc pistoletem w Benjamina.

- Zajęło ci to za długo. Prawie nie zdążyłeś.

- Uwierz mi, chciałem przybyć tu wcześniej, ale musiałem zadbać o resztę. Sam mnie nauczyłeś, że trzeba być przesadnie dokładnym w każdej swojej akcji. Gdybym coś spieprzył po drodze, cały misterny plan by runął.

- Miło mi słyszeć, że chociaż tyle skorzystałeś z moich nauk. No, ale nie potrzebowałeś się fatygować. Poprzedniego lata zdiagnozowano u mnie raka trzustki. Złośliwego. Choć za jego sprawą powinienem być już od miesiąca w grobie, jakoś wytrzymałem, czekając na ciebie – Sparrow słabo się uśmiechnął, sięgając po butelkę whisky, która leżała na stoliku nocnym – Ach, moja ulubiona. Odkąd wiem, że i tak jestem trupem, nie muszę przejmować się, ile jej piję.

- Mam ci współczuć, czy jak? – nieproszony gość zakpił, gdy alkohol wykrzywił usta Benjamina.

- Nie, nie zasłużyłem na to. Hah, nie byłem w stanie powiedzieć o tym rodzinie, ale z tobą poszło bez problemów. Chyba faktycznie łączy nas specjalna więź.

- Serdecznie dziękuję za jakąkolwiek więź z takim skurwysynem jak ty! Tylko zobacz co ze mną zrobiłeś. Zabrałeś mi całe życie! Zniszczyłeś mnie!

- Temu akurat nie przeczę. Wiesz co, gdybym mógł cofnąć czas i naprawić błędy przeszłości, tak bym uczynił – Benjamin westchnął, nie zdradzając po sobie ani grama strachu. To sprawiło, że pod maską róży zawrzała nienawiść.

- Och, czyli uważasz moją krzywdę za pomyłkę? Może jeszcze poprosisz o wybaczenie?! Stary, chory i skruszony! Tak próbujesz wywinąć się śmierci, Sparrow?

- Ze śmiercią jesteśmy już druhami, synu. I dla wyjaśnienia, nie byłeś błędem, o którym wspomniałem. Ktoś równie ograniczony co ty nigdy tego nie zrozumie. Nie stworzyłem potwora, ty nim już byłeś zanim się poznaliśmy. Ja wyłącznie uczyniłem cię większą bestią, której w porę nie uśpiłem, gdy miałem okazję.

- Przestań pierdolić! – mężczyzna wydarł się, gwałtownie wymachując bronią – Stul pysk na wieki! Wymażę twoje nic niewarte istnienie z pamięci… Aaaarggh! Po prostu zamknij się!

Benjamin usłuchał go nie z lęku, lecz z pragnienia. Zaschło mu w ustach od rozmowy, co ostro odbiło się na jego ogólnym samopoczuciu. Poczuł, że słabnie, ale nie dziwił się temu, bo w końcu, odkąd Christopher przeprowadził się ze swoją narzeczoną do Ottawy, kompletnie przestał zawracać sobie głowę zdrowiem.

- W sumie, wyglądasz jak gówno – uspokoiwszy się, człowiek w masce zauważył – Jedną nogą w grobie… Ha ha ha. Hahahahaha! Zabicie cię nic mi nie da. Potrzebuję czegoś więcej! – wtedy dostrzegł ustawioną przy łóżku ramkę i choć z perspektywy Benjamina nie było to widoczne, po raz pierwszy od wielu lat prawdziwie się uśmiechnął.

Zdjęcie przedstawiało obu Sparrowów oraz czarnowłosą dziewczynę, partnerkę młodszego. Zostało zrobione i oprawione podczas ich ostatniej wizyty w Johnville i stanowiło najpiękniejsze ze wspomnień Benjamina, jego skarb. Nikt oprócz niego nie wiedział, że pod spodem znajdowała się kolejna fotografia, starsza o 30 lat, na której czwórka młodych ludzi w laboratoryjnych kitlach śmiała się do obiektywu. Skrajnie po lewej stał Albert Sora, dziś znany jako wybitny neurochirurg; obok niego Benjamin Sparrow, a następnie Aaron Robinson, obecnie piastujący urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Najbardziej na prawo była ustawiona kobieta o jasnych blond włosach, patrząca zza okularów swoimi inteligentnymi, brązowymi oczyma. Wtedy jeszcze nie mogła wiedzieć, że kilka lat później urodzi dwójkę dzieci, których pojawianie się na świecie nieodwracalnie zmieni całą grupę.

Komentarze