Rozdział 9. Granica rozpaczy
Tunele niby miały wystarczająco dużo miejsca, by dorosły człowiek mógł się w nich względnie swobodnie poruszać, ale zaprojektowano je wyraźnie z myślą o osobach o posturze mniejszej od mojej, takich jak na przykład Runcorn czy Atkins. Byłem wyższy i szerszy od nich obojga, przez co nieco ciężej mi było przemieszczać się, choć nadal jakoś dawałem radę. To jest, jak długo nie musiałem skręcać, bo wtedy czułem się jakbym miał w każdej chwili utknąć, bez szans na samodzielne wydostanie się, bez nadziei na ratunek z zewnątrz. A co dopiero gdybym zabłądził i trafił na ślepy zaułek? Odegnałem tą złą myśl jak najdalej tylko się dało, ustawicznie zerkając na mapę, która wyświetlała się na mojej bransolecie. Powinienem być już blisko biura dyrektora, spostrzegłem, więc dla pewności postanowiłem przypomnieć sobie cały plan akcji ratunkowej.
Gdy nagranie się zakończyło, Wynalazca załamał się do reszty i tylko dlatego, że w porę go powstrzymałem, nie pobiegł na oślep z pomocą. Zawsze, kiedy chodziło o jego ukochaną był wyjątkowo porywczy, a zwłaszcza przy takiej okazji mogło to jedynie zaszkodzić. I to bardzo… Porywaczka chciała zmusić Runcorna do czegoś przez grożenie najbliższej mu osobie, więc jeśli postąpiłby nieprzemyślanie, zaszkodziłby Atkins, co byłoby zresztą tragiczne w skutkach dla niego samego. By temu zapobiec przejąłem dowodzenie nad operacją i kiedy wydostaliśmy się z więzienia pod magazynem, poprowadziłem pojazd na parking nieopodal bazy. Nie było wiele czasu. Nawet gdybyśmy chcieli, nie mogliśmy sobie pozwolić na wezwanie posiłków. Dwa Talenty musiały wystarczyć. Nie mieliśmy pojęcia ilu ich tam jest, oprócz kobiety z filmiku, ale jakoś sobie poradzimy. Gdy Runcorn zdążył ochłonąć, odbyliśmy naradę, po której wkroczyliśmy do walki.
Głównym celem była Sylvette Yvirtt, lat 34, posiadaczka Talentu Mistrzyni Sztuk Walki. W przeszłości była trenerką Atkins, która odkryła jej potencjał i szlifowała go, więc nic dziwnego, że się znali. Yvirtt była żądną władzy ryzykantką i choć nigdy nie potwierdzono jej związków z organizacjami przestępczymi, Runcorn był pewien, że współpracowała z Bellrose. Biorąc pod uwagę zgranie z naszą eskapadą do Cardiff oraz fakt, że udało się jej włamać do jednego z najlepiej strzeżonych budynków na kontynencie, te przypuszczenia raczej były trafne. Jeszcze odrobinę i wszystko wyjdzie i tak na jaw… Wsunąłem się w lewą odnogę, jednak wtedy zastygłem, bo poczułem zapach pomarańczy. Ta woń była nad wyraz intensywna, jakbym włożył nos w skrzynkę świeżo zebranych owoców. W pierwszej chwili zastanawiałem się czy aby przypadkiem nie zbłądziłem w stronę spiżarni, ale na myśl nasunął mi się V. Czy on tu też był? Jeśli tak, na pewno wiedział, że jestem w pobliżu. Co wypadało więc uczynić? Brnąć dalej naprzód albo improwizować, licząc, że uda się coś jeszcze z tego wydrzeć? Obie opcje wiązały się ze sporym ryzykiem. Nim podjąłem decyzję, usłyszałem skądś nucenie. Nie byłem w stanie określić czy zza ściany, czy może z wnętrza wentylacji, ale melodia dochodziła z niedaleka, tego byłem pewien i choć zdawała się być wesoła, przeszedł mnie za jej sprawą zimny dreszcz. W tym głosie było coś hipnotyzującego… Skup się, Sparrow, skarciłem się po cichu. Odpłynięcie w rytm śpiewu nie uratowałoby Atkins, dlatego musiałem wziąć się w garść. Kiedy jednak zdobyłem się na to postanowienie, ponownie zapadła cisza, a aromat pomarańczy ustąpił. Ruszyłem dalej, żeby nie spóźnić się na miejsce ostatecznej konfrontacji.
Dwanaście przycisków znajdowało się po prawej stronie wbudowanego w ścianę przyciemnionego panelu. Cyfry: od zera do dziewięciu oraz klawisze C i E, odpowiedzialne kolejno za cofnięcie wpisywanej kombinacji oraz jej potwierdzenie. Urządzenie miało zareagować na trzy kody. Pierwszy z nich – 7043, którego właśnie użyłem rozjaśnił ceramiczną płytę, działającą na zasadzie lustra weneckiego, umożliwiając mi wstępny rekonesans. W gabinecie przebywały aktualnie tylko dwie osoby, Yvirtt i Atkins, jednak wyczuwałem obecność kogoś jeszcze tuż przed drzwiami.
- Nie trap się, kotku. On zaraz tu będzie, tak jakoś trzeszczy mi w kościach…
Mistrzyni Sztuk Walki siedziała ze skrzyżowanymi nogami na biurku, kręcąc wokół palca uchwytem japońskiej broni zwanej kunai.
- W sumie nigdy ci o tym nie opowiadałam, ale to cacko wcale nie jest nożem. Bardziej określiłabym to jako starożytnego krewnego łomu, bo tradycyjnie używali go głównie kamieniarze, murarze czy ogrodnicy. Choć jedynie za sprawą kultury popularnej uważa się je za wielofunkcyjne uzbrojenie, nie oszukujmy się. Z odpowiednimi umiejętnościami nawet zwykła łyżka potrafi stać się zabójcza.
Pouczający wykład… Może w niedalekiej przyszłości poszerzę jeszcze badania w tej dziedzinie? Choć byłem równie chętny do słuchania Yvirtt co związana Włóczniczka, musiałem być cierpliwy i czekać na sygnał.
- Tak, wiem, że nie możesz na mnie patrzeć, złotko. Związałam cię i tak dalej, ale kiedyś mi jeszcze za to podziękujesz. Ktoś musi zatrzymać tego drania. I to jest zadanie dla twojej rzekomo byłem mentorki. Pora nadrobić lata życia w kłamstwie – dumnie uderzyła się w pierś. Mimo to, nie wydawała się mówić tego na poważnie. Z jakiegoś powodu czułem, że każde słowo wylatujące z jej ust było jak wąż, którego jadem był fałsz i manipulacja.
- Och…? – nagle uniosła głowę.
Przez moment wydawało mi się, że patrzyła się w moją stronę, jednak okazało się inaczej. Wzrok Yvirtt zatrzymał się na drzwiach, które raptownie otwarły się. Do środka wpadł Runcorn, eskortowany przez dwójkę zbrojnych.
- Uwolnij ją – ostro zażądał.
- A może najpierw chociaż jakieś dobry wieczór? Przytulasków nie wymagam, bo ktoś tu będzie zazdrosny – zaszydziła Mistrzyni Sztuk Walki.
- Daruj sobie. Dotarłem, możesz wypuścić Charlie.
- Oj, ranisz moje serce. Kochaniutki, nie wypada tego robić damom…
- Jeśli jakąś zobaczę, będę pamiętał, bo jak na razie, oprócz jednej na kolanach w tym pomieszczeniu nie widzę żadnej.
Yvirtt przygryzła wargę. Wciąż nie potrafiłem jej w pełni rozgryźć, a Wynalazca o dziwo nie zdawał się mieć pod tym względem nade mną przewagi. Pomimo początkowo szorstkiego tonu, szybko spokorniał, kiedy do krtani Atkins został przystawiony kunai.
- Spocznij sobie – Yvirtt oznajmiła z uśmiechem, który zapewne tylko w jej głowie wyglądał przyjemnie.
- Nigdy nie sądziłem, że ktoś będzie mi rozkazywał we własnym domu… – Runcorn westchnął, lecz nadal usadowił się na ustawionym na środku fotelu.
- Na pierwszy raz nigdy nie jest za późno… Uznajmy, że ustawowe grzeczności są już za nami. Teraz porozmawiajmy.
- O czym?
- Nie wiem. Na przykład o przeszłości? – wzruszyła ramionami – Nie jest to zadanie faceta by zabawiać kobietę?
- Nigdy nie szło cię zadowolić… Zerwij knebel Charlie to wtedy pogadamy o czymkolwiek chcesz. Możliwe, że ona będzie miała coś wartościowego do dodania – Wynalazca zaproponował.
- Racja. Nienajgorszy pomysł – porywaczka nieoczekiwanie łatwo przystała na to i pociągnęła za taśmę. Zrobiła to jednym, pewnym ruchem, przez co Atkins jęknęła z bólu, a na jej twarzy pozostał intensywnie czerwony ślad.
- Michael… – wyszeptała, za co otrzymała karcący cios w czubek głowy.
- Nawet nie próbujcie mi tu uskuteczniać tej idiotycznej rutyny! Michael… Charlie… Michael… Charlie! Ech, chyba się zrzygam…
- Nie mogłaś ściągnąć tego delikatniej?
- Sam mi kazałeś zerwać. To twoja wina – Yvirtt teatralnie wydymała policzki.
- Przejdźmy do konkretów – Wynalazca zmienił temat.
- Ach, tak, tak, tak. Kawa lub coś mocniejszego nie ucieknie, więc nie widzę przeciwwskazań. No to, jak spędziliście ostatnie pięć lat? Nasza rozłąka była dłuższa, ale najbardziej ciekawi mnie ten okres.
Runcorn pobladł i po cichu odburknął coś w stylu „to nie twój interes”, jednak wyłącznie ja zdawałem się dostrzec tę reakcję, gdyż kobiety jakimś cudem znalazły wspólny język, zapominając o całym porwaniu.
- I wtedy on mi się oświadczył. Przysięgam, nigdy nie byłam szczęśliwsza niż w tamtej chwili – Atkins ochoczo streściła całą historię. Zaskoczyło mnie, że w jej końcowej części nie padła choćby drobna wzmianka o mnie. Przeczucie musiała jej podpowiedzieć, że mądrze jest nie wyciągać przedwcześnie asa z rękawa, jeśli przeciwnik jest go nieświadomy.
- Gratulacje. Pokażesz na jaki pierścionek się wykosztował?
- Mam go w wewnętrznej kieszeni. Nie dam rady tam sięgnąć.
- Da się załatwić – Yvirtt przecięła nylonową linkę wokół nadgarstków Włóczniczki, która rozmasowawszy je, zademonstrowała wspomniany przedmiot.
- Nawet nawet… Jednak uważam, że stać go było na więcej. Przecież mieszkacie tu sobie w luksusie. Młoda, jesteś pewna, że nie oszczędza na tobie?
- Michael nie jest taki! – Atkins żywo zaprotestowała.
- Nie zdziwiłabym się, gdyby miał na boku jeszcze panienkę, czy dwie. Wiesz, niby idzie do pracy, a w rzeczywistości urozmaica sobie codzienność. Faceci już tacy są… Zwłaszcza takie gnidy jak on.
- Wypraszam sobie – Wynalazca odchrząknął, przypominając o sobie – Tak trudno w końcu wydusić z siebie o co chodzi? Ta rozmowa staje się coraz bardziej bezcelowa.
Yvirtt zaśmiała się:
- To zależy od ciebie, skarbie.
- Ode mnie? – Runcorn wstał, wyłamując palce w stawach. To był znak dla mnie.
- No, od ciebie. Pokaż swoje prawdziwe kolory, a wtedy sytuacja stanie się jasna! Kapujesz? Mam dość twoich tajemnic.
- Do reszty postradałaś zmysły? Nie mam żadnych.
- To prawda! Michael i ja zawsze mówimy sobie o wszystkim, nawet o tych najgorszych rzeczach.
Wklepałem kolejny kod, tym razem 9128, co sprawiło, że płytka bezdźwięcznie usunęła się. Wygramoliłem się z wentylacji i chwyciwszy rękojeść noża, zacząłem się skradać w kierunku pleców Mistrzyni Sztuk Walki.
- On cię okłamuje, Charlie. Polubiłam cię, więc uratuję cię od tego kłamcy, za to wszystko co tobie niegdyś wyrządziłam. On jest niebezpieczny. Nawet nie masz pojęcia jak…
- Charlie, nie słuchaj jej. To stek bzdur!
Teraz reszta była już w moich rękach. Droga do odebrania życia tej kobiety była czysta, lecz nie miałem zamiaru jej obierać. Planowałem ją ogłuszyć, a ostrze zostawiałem na wypadek, jeśli obezwładnienie nie wyszłoby płynnie.
- Skoro on nie jest skłonny się wytłumaczyć, ja to zrobię. Powiem wszystko. To, że wasz cały związek jest zbudowany na oszustwie. To, że w jego rękach jesteś zaledwie narzędziem. To, że Michael Runcorn nigdy…
Chciałem się dowiedzieć czego według Yvirtt Wynalazca nigdy nie uczynił, ale nie mogłem się już wycofać. Gdybym tylko wykonał ruch o sekundę później… W tym momencie zawahanie się znaczyłoby porażkę, dlatego musiałem skoczyć do ataku. Oczyma wyobraźni widziałem już swoje zwycięstwo, jednak wtedy wydarzenia przybrały obrót, jakiego nikt nie mógł przewidzieć. Błyskawicznie wylądowałem na łopatkach i zanim choćby zdałem sobie sprawę z tego faktu, poczułem łamiący ból w barku.
- Niezła próba, ale wciąż ci brakuje co najmniej dziesięciu lat, żeby mnie zaskoczyć!
Yvirtt okazała się nie być Mistrzynią Sztuk Walki wyłącznie w tytule. Uratował ją instynkt, którym wyczuła moją obecność i w ostatniej chwili, przerzuciła mnie jak szmacianą lalkę. Nóż wypadł mi z dłoni, ale złapał go Wynalazca i uwolnił nim do końca swoją narzeczoną, a następnie, staranował Yvirtt.
- Sparrow, bierz ją i odetnij ten pokój! – wrzasnął, odrzucając mi ostrze.
Nie złapałem go jednak, bo wtedy rozwarły się drzwi. Strażnicy nie zdążyli przekroczyć progu nim bezwładnie runęli do tyłu, rażeni wystrzelonymi przeze mnie kulami.
- Sprężajcie się, do kurwy nędzy! Nie utrzymam jej zbyt długo!
Ponaglony okrzykiem Runcorna wepchnąłem Atkins siłą do ukrytego przejścia, po czym wślizgnąłem się za nią i zamknąłem wejście.
- Wracaj tam! Musimy mu pomóc, a nie uciekać! – starała się przepychać, ale jej nogi były nadal na tyle zdrętwiałe, żeby jej kopnięcia nie robiły na mnie najmniejszego wrażenia.
Kombinacja 6006 wprowadziła gabinet dyrektora FBTI w stan kwarantanny. Zwykłe światła zastąpiły czerwone, migające, a sylwetki walczących powoli niknęły w kłębach szarego dymu. Na moment przed tym jak wentylację, podobnie jak drzwi, zablokowała gruba stalowa płyta, uchwyciłem spojrzenie Runcorna. Obdarzył mnie życzliwym uśmiechem, choć wtedy jeszcze nie miałem prawa tego wiedzieć, ostatnim jaki z jego strony zobaczyłem.
*
Dźwięk syren odbijał się echem w wentylacji, sprawiając swoją głośnością, że mój błędnik szalał. Czując się na wpół ogłuszony, niby pijany, podążałem za Atkins, która przez te warunki straciła chęć do protestów. Wciąż sporadycznie odwracała się, wyglądając jakby chciała coś powiedzieć, jednak nic poza tym. Martwiła się, to było w pełni zrozumiałe i nie winiłem jej za to. Dopiero gdy wszyscy, a zwłaszcza Wynalazca, dotrzemy do bezpieczeństwa, będzie mogła odetchnąć, dlatego niezależnie co bym jej teraz nie powiedział, to nie zda się na wiele. Mimo to, sądziłem, że udało mi się ją przekonać do wykonywania moich poleceń pod pretekstem planu jej ukochanego. I to jednym krótkim zdaniem: „Ja mu zaufałem”.
Znajdowaliśmy się mniej więcej w połowie drogi na powierzchnię, kiedy czerwień przedarła się również do tunelu. To nie miało tak wyglądać. Ktoś musiał uszkodzić wentylację, by zapobiec naszej ucieczce! Utwierdził mnie w tym wybuch gorącej pary. Tuż przed tym jak miał poważnie oparzyć twarz Włóczniczki, pociągnąłem ją za kostkę do siebie.
- Uff, było blisko…
- Tak – odparłem, choć znaczenie wypowiedzianych słów nie docierało do mnie w pełni przez narastający szum.
- Możesz się nieco cofnąć? – zapytała, zmieszana pozycją w jakiej wylądowaliśmy. Nasze nosy prawie się stykały, a moja ręka niechcący ułożyła się na jej biodrze.
- Przepraszam.
- Nic nie szkodzi. Uratowałeś mnie przed czymś niezbyt fajnym…
W tej samej chwili metal, z którego wykonane było przejście wygiął się. Nieznana siła wpychała go do środka, jakby wyssano z wnętrza powietrze. Wgniecenia poszerzały się w naszą stronę.
- Musimy stąd wiać! – Atkins miała zdecydowanie rację.
- Kawałek temu były inne drzwi. Spróbujmy nimi.
Zacząłem pełzać w tył. Nie szło to najszybszym tempem, co stale przypominało mi o presji czasu. Byliśmy tylko minimalnie szybsi od postępujących odkształceń, które formowały się w ostre kształty. Korytarz szczerzył swoje zęby na myśl o zatopieniu ich w dwóch przerażonych istotach… Kiedy dotarliśmy do wcześniejszej odnogi pozwoliłem Atkins pójść przodem. Przekazałem jej klucz do przejścia, bo wiedziałem, że dostanie się do niego znacznie prędzej niż ja. W przeciwieństwie do niej nie byłem w stanie nawrócić od tak, a nie dałbym rady czołgać się wystarczająco szybko tyłem.
- Zbliżają się!
Nie potrzebowałem się odwracać by potwierdzić tą obserwację. Czułem, że ostrza zbliżały się. Stopniowo łączyły się w coraz większe i coraz bardziej zabójcze i lada moment… Za wszelką cenę nie mogłem pozwolić, żeby mnie dosięgły! Dwoiłem i troiłem moje wysiłki. To będzie wyścig do ostatniej prostej, która już znajdowała się w zasięgu wzroku.
- Wklep to cholerstwo i wiejmy! – krzyknąłem.
- Już! Działa! – zawołała. Wygramoliła się z tej pułapki. Teraz pozostało jedynie, żebym do niej dołączył, jednak czy pójdzie to tak łatwo?
Posadzka drgała pod moimi dłońmi, ostrzegając mnie, że zaraz przekroczę limit. Mniej niż metr dzielił mnie już od krawędzi. Tak blisko, a tak daleko… Byłem pewny, że nie miałem wystarczająco zapasu. Nie zdążę. Chwycę za kant i wyciągnę się na zewnątrz, ale nie dam rady dokonać tego w porę. A może…? Jeszcze odrobina… Jest! Jednak myliłem się, to nie był cud, o którym pomyślałem w pierwszej kolejności. Sekundę przed tym jak wydostałem się z szybu wentylacyjnego, jedno z ostrzy przebiło moją stopę na wylot.
Upadłem, gryząc się w język. Kurwa!!! Zdusiłem w sobie krzyk. Nie chciałem, żeby Włóczniczka, która właśnie podbiegła do mnie, przejmowała się moją raną bardziej niż powinna w obecnej sytuacji.
- Sparrow!
- Zostaw mnie – rozkazałem jej – To wszystko pójdzie na marne, jeśli coś ci się stanie, a ja będę cię tylko spowalniał.
- Nie ma mowy. Wykrwawisz się!
- Gorsze opały mnie nie zabiły i nie zamierzam tego zmieniać, dlatego ratuj się sama – choć ją odepchnąłem, Atkins nie dawała za wygraną. Zdjęła mi buta i zapięła na mojej łydce swój pasek od spodni.
- Wiem, że się uda. Tym razem to ty mi zaufaj… – wyjęła z kieszeni chustkę i owinęła ją wokół mojej przebitej stopy.
- Do jasnej cholery, nie rozumiesz jaka jest stawka?
Potrafiłem poradzić sobie z opatrunkiem, ale czułbym się pewniej, gdybym mógł się nim zająć z wiedzą, że Włóczniczce już nic nie zagrażało.
- A nie mówiłam? Krwawienie prawie ustało – wciąż drżącymi od nerwów palcami usunęła łzę z kącika oka.
- Nie zmienia to faktu, że… – zacząłem, jednak zanim miałem szansę się powtórzyć, przerwała mi:
- Siedź cicho i nie marudź! Nie jest daleko do wyjścia. Podeprę cię ramieniem. Uciekniemy razem. Nigdy nie zostawia się przyjaciół. Przenigdy!
- Charlotte? – bezmyślnie wyleciało ze mnie. Nie byłem w stanie tego wytłumaczyć, ale to nastawienie… Wydawało mi, że w dalekiej przeszłości znałem kogoś podobnego, choć nie mogłem sobie przypomnieć szczegółów.
- Po raz pierwszy zwróciłeś się do mnie po imieniu. W końcu, chociaż wolałabym, żeby obyło się bez takich warunkach – uśmiechnęła się ciepło i pomogła mi wstać.
Wyruszyliśmy dalej. Wleczony przez obszar mieszkalny, sporadycznie postękiwałem z bólu, jednak wkrótce nauczyłem się jakoś z nim funkcjonować. Nic gorszego już raczej nie mogło mi się dzisiaj przytrafić, więc czysty optymizm i żelazna wola utrzymywały mnie w niby medytacyjnym stanie. Świat zdawał się zmywać w jedno, jednak możliwe, że po prostu traciłem przytomność. Wytłumaczyłoby to na pewno migoczące barwy jakie przewijały się w moim polu widzenia. Chociaż musiały być one efektem nadaktywnej wyobraźni, wyczułem w nich ostrzeżenie, które orzeźwiło mój umysł. Zatrzymałem Atkins przed korytarzem do głównego lobby.
- Zaczekaj.
Kiwnęła głową, wyczekując następnych instrukcji, a cisza, jaka zapadła w tym momencie ujawniła niemrawy dźwięk dzwonków, przebijający się z pomieszczenia dzielącego nas od windy.
- Słyszysz to? – zapytałem.
- Co?
Zamiast odpowiedzieć, ponownie wsłuchałem się w otoczenie, zastanawiając się czy nie były kolejnym urojeniem. Wtedy dzwonki zadźwięczały ponownie, tym razem donośniej, lecz wcale się z tego nie cieszyłem. Na pozór wesołe brzmienie miało w sobie coś mrożącego krew w żyłach. Nagle poczułem, że jeśli nie zmienimy trasy, srogo tego pożałujemy.
- Nie ma tu jakiś schodów awaryjnych, czy coś w tym stylu? – wszystko byleby tam nie wejść…
- Z tego skrzydła nie wydaje mi się, no chyba, że Michael mi go nie pokazał. Czemu pytasz, S-Sparrow? Sam przyznałeś, że mamy za mało czasu – panika, którą próbowałem w sobie stłumić powoli udzielała się Atkins. Jej głos załamał się, kiedy przeszedł przez nią zauważalny dreszcz.
- Czyli nie mamy wyjścia… – bez alternatywy, trzeba było stawić czoła strachowi.
U boku Włóczniczki przestąpiłem przez drzwi, rozglądając się z niepokojem na boki. Choć początkowo nic się nie wyróżniało, z każdym kolejnym krokiem uczucie przejmującego chłodu narastało i nie chodziło mi wcale o temperaturę. Tajemnicza moc wysysała z powietrza wszystko co pozytywne. Przed moimi oczyma przewijały się najgorsze wspomnienia oraz nie tylko. Ja tu umrę… Nie mogłem odpędzić się od tej myśli. Umrę… Myśli… Jakie myśli? Nie byłem już ich w stanie kontrolować. Pogrążyły się w całkowitym chaosie, pokazując mi przeróżne sposoby na śmierci, każde jeszcze bardziej brutalne od poprzednich.
- Zimno tu…
Mimo iż odczuwalna temperatura nie powinna wynosił mniej niż 20 stopni Celsjusza, oddech Atkins zamienił się w lodowatą mgiełkę. Zresztą mój także.
- ~Most Londyński wali się, wali się, wali się…
W momencie, gdy skądś rozległ się śpiew, zamarłem w bezruchu. Był on wyjątkowo melodyjny. Musiałem wręcz przyznać, że nigdy nie słyszałem równie harmonijnego głosu. Akompaniowały mu upiorne dźwięki, których pochodzenia, miałem przeczucie, wolałem nie poznać. Jednak wtedy dostrzegłem pod windą taflę szkarłatnej cieczy i wszystko stało się jasne.
- O nie…
Podążając wzrokiem za szlakiem krwi, Atkins otworzyła szeroko usta. Skupiła się na odległym punkcie, gdzie nad stosem ciał klęczała kobieta, której dłoń rytmicznie unosiła się i opadała. Przy każdym cyklu następował błysk ostrza, brzęczenie dzwonków przymocowanych u spodu rękawów jej biało-pomarańczowej kurtki i na szczycie jej czapki błazna, spod której wystawała bujna, zaczesana do góry i w prawo, fioletowa grzywka; oraz soczyste mlaśnięcie.
- ~Most Londyński wali się…
Wstała i dotknęła swojej twarzy. Zdjęła z niej maskę, po czym odwróciła się w naszą stronę, upuszczając fragment jelita swojej ofiary.
- ~Moja piękna damo – zakończyła, zlizując krew z noża.
- Sparrow, musimy uciekać – pisnęła Atkins, jednak cały czas stała w miejscu. Podobnie jak mnie, niewytłumaczalny strach zdawał się zamienić ją w posąg, zdolny wyłącznie do tępego wpatrywania się w umorusaną w ludzkich wnętrznościach sylwetkę, stąpającą ku nam ze szaleńczym uśmiechem.
- ~Siostrzyczko! – zawołała.
- Cokolwiek ma się dziać, nie patrz jej w oczy, nie patrz jej w oczy. Nie patrz jej w oczy… –ta rada okazała się zbyt wolna. Rozbiegane fiołkowe tęczówki uchwyciły moje spojrzenie, a wtedy jej źrenice gwałtownie się rozszerzyły.
Zostałem zamknięty w pułapce. Nie mógłbym już nawet oddychać, jeżeli ona by mi na to nie pozwoliła. Czułem, że byłem kompletnie w jej łasce, a jedyną pozostałością samodzielności na jaką potrafiłem się zdobyć, było zrozumienie desperacji Włóczniczki, która bez przerwy powtarzała swoją mantrę. Zaraźliwa, lecz na swój sposób fascynująca rozpacz emanowała z oczu tej kobiety. Czym dłużej mnie w nich trzymała, tym bardziej byłem wchłaniany, tracąc jakąkolwiek nadzieję. To było jak wirus, który rozprzestrzeniał się po moim ciele, odbierając dosłownie wszystko. Stawałem się wydrążoną z emocji łuską. Bez wspomnień, bez osobowości, jedynie pogrążonym w pustce, nic niewartym bytem, poruszającym się wyłącznie pierwotnymi żądzami. Gdyby Atkins mnie w porę nie uderzyła, niewiele by brakło bym faktycznie przemienił się w istotę na modłę tego morderczego błazna…
- ~Ach, w końcu rzuciłaś tamtego gościa? On nie był miły. Jess zna się na ludziach. Oni też tacy byli – wskazała na swoich dawnych sojuszników, choć równie dobrze mógł to być tylko tik nerwowy, bo przy każdym ruchu wpadała w lekkie konwulsje – ~Śmieli się z Jess, kiedy myśleli, że ona tego nie słyszy. Ale ona wie wszystko. Och tak.
Nieoczekiwanie Włóczniczka spytała:
- Przepuścisz nas? On jest ranny i… – lecz została zignorowana, bo w tej chwili Jess poświęciła mi całą swoją uwagę.
- ~Ooooooo! Jess cię zna!
- Doprawdy? – widząc jak przyspieszyła, zacisnąłem wolną dłoń na uchwycie pistoletu. Przeciwko tak nieprzewidywalnemu wrogowi musiałem mieć pewny strzał, gdyż choćby jedno pudło mogło być tym ostatnim.
- ~Tak! Ale Jess nie wie skąd… Może jesteś bratnią duszą Jess z poprzedniego życia? Albo, albo… Jess musi poznać prawdę! Nie uciekaj! – błyskawicznie pokonała pozostały między nami dystans. Miałem do dyspozycji ułamek sekundy, ale nie było innego wyjścia. Teraz!
Nie mogłem przewidzieć, że będę miał tak niewyobrażalnego pecha. To po prostu przekraczało wszelkie pojęcie… Dokładnie w tym samym momencie, kiedy pociągnąłem za spust, Atkins wpadła na podobny zamysł i zdjęła jedną ze swoich bransoletek, która wydłużyła się w niedużą włócznię. Nasze bronie zderzyły się ze sobą i w rezultacie, moja kula powędrowała gdzieś w nieznane, a Jess nie miała już przed sobą żadnej przeszkody. I wykorzystała to. Kopnięcie z półobrotu, jakim potraktowała Atkins sprawiło, że Włóczniczka dosłownie wyleciała w powietrze i wbiła się w ścianę. Bez niczego do podparcia się, nie byłem w stanie utrzymać swojego ciężaru na jednej nodze, przez co Jess z łatwością przygwoździła mnie do podłogi. Żebym nie miał jak się podnieść, usiadła na mnie okrakiem i oparła dłonie na mojej klatce piersiowej.
- ~Ach, taki muskularny… I ten wzrok… Jesteś jak Jess, prawda? Prawda? To widać. Zabijasz ludzi. Dużo. I to ci się podoba – głośno oddychając, nachyliła się by polizać mój policzek – Ale pachniesz inną kobietą. Nie siostrzyczką. Ten zapach prawie zniknął, jednak nadal go czuć. Smak jest jeszcze bardziej mdły – przejechała wilgotnymi opuszkami palców wzdłuż mojej szyi.
Zamknąłem oczy, spodziewając się, że lada chwila zacznie mnie dusić.
- ~Czy to miłość od pierwszego wejrzenia? Jess pragnie z całego serca uczynić cię jej. Nawet tu i teraz… – przesunąwszy biodrami w okolicach mojego krocza, włożyła swoje nogi między moje i splotła je ze sobą. Leżała na mnie z pasją kochanki, ewidentnie zdolna w każdym momencie zrzucić z siebie ciuchy, które sądząc po tym jak wyczuwalne były jej piersi, musiały być wyjątkowo cienkie. Ja pierdolę… Nie powinienem choćby o tym myśleć! Złapała mnie w swoje sidła i jeśli czegoś zaraz nie zrobię, utkwię w nich na wieczność.
W tej pozycji nie mogłem dosięgnąć do pistoletu, który leżał całkiem niedaleko, jednak nadal posiadałem inną opcję ratunku. Nóż wciąż spoczywał przy moim pasie. Gdyby tylko udało mi się go dobyć niepostrzeżenie… Starałem się zmusić moją rękę, by sięgnęła ku niemu, ale szło to opornie za sprawą trucizny, jaką nadal raczyła mnie Jess. Zwodniczy szept podpowiadał mi, żebym przestał walczyć, poddał się jej woli, bo ona zauważyła we mnie to coś. Coś co pozwoli mi stać się kimś wielkim. Jeżeli dołączę do niej, będę w stanie osiągnąć wszystko… Z Talentem, nie, mocą, którą posiadałem, to było jak najbardziej możliwe. Wystarczy, że będę tego chciał. Część mnie pragnęła wykorzystać tę szansę. Po co miałem mścić się wyłącznie na Bellrose, skoro cały świat był równie winny? Odebrał mi to, co było dla mnie najważniejsze… Niemal miałem już zamiar przyznać temu rację, ale wtedy zaciążył mi na piersi krzyż i obrączki, których blask jedynie ja mogłem w tej chwili dostrzec. Rozświetliły one ścieżkę do prawdy. Przypomniały mi kim byłem i do czego dążyłem, sprawiając, że rzucony na mnie urok pękł niczym bańka mydlana.
Nikt mnie nie złamie tak łatwo. W oczach Jess odbiła się twarz Amy, której widok wypełnił mnie nowymi pokładami sił. Zacisnąłem palce na rękojeści noża. Wysunąłem go i już miałem dźgnąć siedzące na mnie ucieleśnienie rozpaczy, jednak jak się okazało, nie było mi dane pozbyć się tej bestii w ludzkiej skórze. Jess, jakby czytając w moich myślach, od niechcenia odepchnęła moją rękę, rozbrajając mnie.
- ~Jesteśmy sobie przeznaczeni. Jess i ty mają przed sobą całą nieskończoność, więc Jess nie powinna się śpieszyć. Na wszystko przyjdzie czas… Poczekaj chwilkę. Najpierw praca, potem przyjemności, bo pani Sylvette będzie zła… Ale najpierw Jess musi uczcić nasze spotkanie… Żebyś nie tęsknił.
Srebrna klinga niczym piorun ugodziła moją prawą dłoń. Ostrze było długie i miało niestandardowy, zakrzywiony kształt, wzdłuż krawędzi którego rozciągały się niby żyły. Ten cios sam w sobie był już wyjątkowo bolesny, jednak na nim nie było końca. Oblizawszy wargi, Jess raz po razie dźgała dalej to samo miejsce ze zwierzęcą brutalnością. Chciałem krzyczeć, ale czułem, że gdybym pozwolił sobie na taką rozkosz, straciłbym coś ponad godność, dlatego zacisnąłem mocno zęby i jakoś wstrzymałem się od tego. Mimo to, wiedziałem, że nie wytrzymam zbyt długo. Jeszcze chwila i coś we mnie pęknie… Jess nie znała litości. Zadawanie cierpienia zdawało się ją coraz bardziej ekscytować. Ślina ściekała jej z ust, a jej twarz zaczerwieniła się. Nuta seksualności była wyraźna w jej jękach aż nadto. Choć ból wkrótce ustał, nie byłem pewien czy miałem się z czego cieszyć. Straciłem do reszty czucie w palcach, które poruszały się już jedynie za sprawą mojej prześladowczyni.
- ~Dobrze. Jess za momencik wróci. Teraz i tak nic nas nie rozłączy…
Prostując się, przytknęła palce do ust i przejechała dłonią po swoim udzie. Przesłała mi pożegnalnego całusa i poprawiła czapkę, która prawie zsunęła się z jej głowy. Wtedy jej brzuch przeszył czubek spiczastego obiektu.
- ~Guh? Co to?!
Zamiast krwi z rany wylała się czarna substancja o oleistej konsystencji, co wprawiło mnie w osłupienie. Byłem ledwo przytomny, jednak nadal usłyszałem metaliczny zgrzyt, który towarzyszył wyjęciu broni.
- Może tym razem pójdziesz do diabła, ty chora suko! – Atkins otrzepała koniec włóczni z cieczy, a następnie odepchnęła na bok Jess. Ze spojrzeniem pełnym pogardy przyglądała się drgawkom jakie zaczęły targać jej ciałem.
- ~Siostrzyczko, czemu to znowu zrobiłaś Jess? Ona cię kocha! Czy Jess nie może być szczęśliwa? Nie zasłużyła sobie na takie traktowanie. Była dobrą dziewczynką. Zawsze robiła co kazał tatko. I pani Sylvette. Jess była grzeczna…
I wreszcie zamilkła, a z nią ustał też dźwięk dzwonków. Warstwa czarnego osadu zastygła na jej twarzy jak maska, odkrywając metalowe płytki pod jej skórą, które prześwitywały także przez zerwane fragmenty materiału jej kurtki. Atkins wyjaśniła ich obecność:
- Ta wariatka jest robotem. Musieliśmy ją zabić już chyba z dziesięć razy, a ona nadal przychodzi po więcej. Tym razem mieliśmy szczęście, bo normalnie jest jeszcze bardziej niebezpieczna.
- Czyli to nie jest twoja… – chciałem zapytać dla pewności, ale przerwał mi ogniskujący ból przedramienia, przypominający o tym, że nerwy zostały uszkodzone. Syknąłem. Zakręciło mi się w głowie, ale na szczęście cały czas leżałem.
- Nie. Sama to sobie ubzdurała. Mniejsza z tym. Pokaż tę ranę – trzymając się za żebra, Atkins niezgrabnie usadowiła się przy moim boku. Oprócz kurzu jaki osiadł na jej ciuchach oraz kilku strużek krwi ściekających po jej głowie nie wyglądało na to, żeby dolegało jej coś ponadto. Nawet twarda z niej sztuka.
- Cholera… Kiepsko z tym, ale zobaczę co da się zrobić. Michael powinien być w stanie naprawić twoją rękę. I nogę. Więc póki co jakoś to zdzierż.
- Postaram się. A ty? Jak się czujesz?
Udając, że tego nie słyszy, zdjęła swoją bluzę i odcięła z niej rękaw, który następnie podzieliła na mniejsze kawałki. Ułożywszy je jeden na drugim, nachyliła się i obdarzyła mnie przyjaznym, choć nieco wybrakowanym, pęknięciem dolnej dwójki, uśmiechem.
- Uwaga, twardzielu. Może być nieprzyjemnie – związała prowizoryczny bandaż, który natychmiast nasączył się krwią. Choć wyraźnie zdusiła ranę, nie poczułem ani odrobiny ucisku.
- Być może będę musiał przerzucić się na leworęczność – westchnąłem.
- Daj spokój. Na pewno da się to odratować – po czym dodała bez większego przekonania – Nie wygląda aż tak tragicznie.
- Jesteś wspaniałą pocieszycielką, wiesz?
- Humor trzyma się ciebie niebywale dobrze jak na kogoś z miną umierającego. W takim razie, chyba mogę spokojnie iść dalej. Dogonisz mnie.
- Przepraszam. Żartowałem.
- Wiem. Nie mogłam się oprzeć. Czy nie jest to dziwne, że w obliczu śmierci mam ochotę się powygłupiać?
- W takich sytuacjach ludzie robią gorsze rzeczy.
- Na przykład jakie?
- Nie mam na to teraz siły. Po prostu stąd zjeżdżajmy…
Ze wsparciem Atkins jakoś zebrałem się z podłogi. Choć czułem się jak siedem nieszczęść, świadomość tego, że byliśmy tak blisko kresu tej przygody jakoś pchała mnie naprzód.
- Nieźle dobrana z nas ekipa. Oboje jak żywe trupy – Włóczniczka zaśmiała się ponuro, wypluwając przy tym trochę krwi.
Winda nadal działała, więc wystarczyło do niej wejść i nadusić przycisk w górę. Na krótko przed zasunięciem się drzwi mój wzrok osiadł na nieruchomym ciele Jess. Chociaż czy aby na pewno nieruchomym? Nim pojechaliśmy w stronę powierzchni wydawało mi się, że lekko drgnęła.
*
Powiew świeżego powietrza ponownie zaostrzył moje zmysły. Subtelny zimowy wietrzyk działał cuda, jak nastanie nowego dnia zabrał ze sobą zmęczenie i oderwał myśli od koszmaru, który wydarzył się poniżej.
- Syreny policyjne. Nadchodzi kawaleria.
Wieść o kwarantannie musiała roznieść się po systemie bezpieczeństwa i trafić do odpowiednich ludzi, którzy wysłali posiłki. I nie był to w dodatku pojedynczy radiowóz, lecz co najmniej cała ich kolumna lub dwie, sądząc po dźwiękach jakie z daleka przynosiła noc. Szacowałem, że dotarcie do kwater FBTI zajmie im jeszcze plus minus kwadrans.
- Przetrwajmy aż tu się zjawią. Nie wiem jak ty, ale ja mam powoli dość.
- To ty masz jakieś słabości? – spojrzała na mnie z przesadnym zdziwieniem.
- Każdy je ma. Jedni je chowają lepiej, inni gorzej.
- Do tej pory ich nie okazywałeś. Co się stało?
- Nie wiem… – zakończyłem temat. Kto wie, może i znałem odpowiedź, jednak wciąż nie byłem gotowy przyznać się do niej otwarcie.
Oprócz naszych ociężałych kroków i strudzonych oddechów wokół nie było słychać niczego. O tej godzinie żaden z cywilnych pracowników bazy nie był już obecny. Zabrakło nawet ochrony, choć w tej chwili w stróżówce powinny przebywać co najmniej cztery osoby. Może i wyszło to na dobre. Gdyby pozostali na swoich stanowiskach, najpewniej siedzieliby teraz na swoich fotelach, nawet nie zauważając kiedy odebrano im życia. Było tu tak spokojnie… Skład medyczny, na co dzień funkcjonujący pod przykrywką apteki, mieścił się na przeciwnym krańcu parkingu, obok garaży. Nie było widać, żeby na drodze do niego błąkali się przeciwnicy, mimo to, na wszelki wypadek zabarykadowaliśmy się w budynku z Atkins jak tylko nam się udało, biorąc pod uwagę stan zdrowia. Jako że oboje byliśmy mocno poturbowani, skoro znaleźliśmy się w takim miejscu, wypadałoby zacząć lizać rany, jakkolwiek znikoma nie miałby być ta pierwsza pomoc.
- Dzisiaj mamy nocny dyżur – przez złamane żebra jej chichot szybko przemienił się w stęknięcie. Choć zapewne myślała, że ukryła to przede mną, dostrzegłem, że ledwo stała na nogach.
- Jesteś pewna, że wszystko gra?
- Oczywiście – oburzyła się – Ty jesteś w znacznie gorszej kondycji, więc mną się nie przejmuj. Jak Michael cię poskłada do kupy to będziesz jak nowonarodzony, jednak póki co, jakoś musimy sobie sami poradzić.
Po chwili przeszukiwań Atkins zdobyła kilka niezbędnych medykamentów. Ustawiwszy kilka świeżych, sterylnych bandaży na ladzie, przechyliła butelkę z etykietą Phenoxyethanolum nad moją prawą dłonią.
- Kurwa, nie tak gwałtownie! – wydałem z siebie mimowolny syk.
- Ha, a nie mówiłam? Masz sporo szczęścia, bo prawie można patrzeć na wylot przez ranę, a ty nadal to czujesz!
- Musisz tyle gadać? – zerwałem materiał, pozwalając na zastąpienie go nowym.
- Przepraszam, jeśli ci to tak przeszkadza. Czuję, że zwariowałabym do reszty, gdybym siedziała cicho. Wszystko mi wiruje w głowie. Czemu nie ma limitu na ilość wydarzeń, jaka może dziać się na raz? Najpierw ta cała afera z magazynami, potem znikacie, Sylvette porywa mnie i… Ach, sam wiesz jak to się rozegrało…
- No właśnie nie znam detali. Opowiedz mi co robiłaś, odkąd się rozdzieliliśmy.
- Za wiele tego nie będzie. Szukałam was. Wtedy ktoś mi od tyłu przystawił maskę do twarzy. Następne co pamiętam to zielonkawy gaz i obudzenie się w gabinecie Michaela. Sylvette była przy mnie. Sporo mówiła.
- O czym? To może być istotne – naciskałem. Atkins wahała się z jakiego powodu. Rozważała to przez moment, jednak ostatecznie zdecydowała się podzielić za mną tymi informacjami.
- Nie podała żadnych konkretów, ale z tego co zrozumiałam, próbowała mi wmówić, że z Michaelem jest coś nie tak. W szczególności z jego przeszłością. Nie mam pojęcia o co mogło jej chodzić, bo przecież byłam z nim przez większość czasu.
- Może faktycznie coś sobie ubzdurała…
- Nazwij mnie naiwną, ale nie jestem w stanie tak po prostu odrzucić jej słów. Nauczyła mnie tak wiele. Choć bywała niepotrzebnie ostra, nigdy mnie nie okłamała. Niezależnie co by się nie działo. Nie wiem co już o tym myśleć…
W obecnej sytuacji nie potrafiłem wydać pewnego sądu. Byłem rozdarty. Z jednej strony ufałem moim towarzyszom, jednak rozsądek kazał mi pamiętać o tym, że znałem ich tak niedługo. Normalnie byłbym bardziej sceptyczny, ale ze względu na Włóczniczkę postanowiłem to zlekceważyć i spróbować ulżyć jej obawom.
- Zapytaj się, kto zna go lepiej? Znajoma z przeszłości, czy jego przyszła żona? Jeżeli w jego życiorysie rzeczywiście byłaby jakaś poważna rysa, byłabyś pierwszą osobą, która by ją spostrzegła.
Atkins zamilkła. Jej wzrok utkwił na pierścionku zaręczynowym, który trzymała kurczowo niczym drogocenny skarb. Kiedy przytknęła go do serca, a potem nałożyła z powrotem na palec, jej twarz rozpromieniała.
- Dziękuję. Masz rację. Nawet gdyby cały świat stanął przeciwko Michaelowi, ja nadal będę po jego stronie.
Miłość była przerażająco potężnym uczuciem. Dla niej człowiek był w stanie przymknąć oko na wiele. Dla niej…
- Nigdy nie sądziłam, że będę się zwierzać temu Christopherowi Sparrowowi. Chyba każdy kto siedzi w sporcie słyszał kiedyś o tobie. Zresztą jesteś nadal całkiem popularny, więc bałam się, że będziesz kolejnym dupkiem, któremu odbiło od sławy. A jest przeciwnie. Okazałeś się kimś jeszcze bardziej niesamowitym niż na ekranie telewizora. Kimś, z kim bez trudu da się rozmawiać jakbyśmy znali się od lat. Nic dziwnego, że Michael cię polubił. On przenigdy się do tego nie przyzna, ale jesteś pierwszą osobą, o której myśli jako o przyjacielu. Poprosił cię o bycie naszym drużbą…
- Owszem. Musicie jednak jakoś sobie poradzić beze mnie.
- Nie zmienisz zdania? – ta wiadomość zasmuciła Włóczniczkę – Nie mam zamiaru cię namawiać na siłę.
- Mam swoje powody. Nie będę w stanie być na uroczystości, niezależnie, kiedy się ona odbędzie. Muszę dźwigać swe brzemię. Mam nadzieję, że zrozumiecie.
- Chodzi o twoją żonę? – Atkins wytrąciła mnie z równowagi.
- Wiesz o niej?
- Portal plotkarski kiedyś wspominał, że jesteś żonaty. Nosisz obrączki na łańcuszku, więc wydawało mi się, że…
W tej chwili moje myśli zawirowały. Złość zmieszała się z żalem, smutek z nadzieją, której pomimo wszystko nadal nie byłem w stanie porzucić. Nie potrafiłem już dłużej zdusić w sobie cierpienia. Zanim zdążyłem ugryźć się w język, wymsknęło mi się:
- Kocham ją.
Zapanowała niezręczna cisza, którą na pewno przerwą przeprosiny Atkins za wkroczenie na drażliwy temat. Albo będzie udawała, że nic się nie stało. Wręcz chciałem, żeby tak postąpiła. Pomogłoby mi to wtedy pozbierać się, wrócić do mojej osobowości sprzed spotkania tej dwójki… Nagle zesztywniałem. Zdążyłem już zapomnieć jak gorący może być czyjś dotyk. Było to kompletnie inne doświadczenie niż bliskość Amy, jednak dalej czułem co starano mi się nim przekazać. Atkins nie przytuliła mnie dlatego, że uznała to za stosowne. Uczyniła to wyłącznie dlatego, że zależało jej na wsparciu mnie.
- Charlotte…
Łza spłynęła po moim policzku. A za nią kolejna. I następna. Rozpłakałem się do reszty. Wyrzucałem z siebie gorycz, którą do tej pory nagromadziłem w środku. Choć trwało to powoli, czułem się coraz lżej na duchu. Przestałem się przejmować czymkolwiek. Co z tego, że komuś zaufałem? Włóczniczka i jej narzeczony stali się dla mnie podporą jakiej nie miałem odkąd straciłem rodzinę, moimi jedynymi sprzymierzeńcami na tym świecie, więc zasługiwała by usłyszeć wszystko wprost z moich ust.
- Została mi odebrana przez jedną z grup, przeciw którym działa FBTI. Ścigam ich, żeby ją pomścić. Nie było jeszcze dnia, w którym o niej nie myślałem. Co mogłem zrobić lepiej? Jak mogłem zapobiec temu, że Amy… Zamordowana… Ja też zabiłem tylu ludzi…
- Och, Chris… – niemal podskoczyłem, kiedy Atkins wymówiła moje imię – Gdybym tylko wiedziała wcześniej, że cierpisz do tego stopnia… Raczej na wiele ci się nie przydam, ale jeśli jest coś, co mogę dla ciebie uczynić, żebyś nie musiał już dłużej przechodzić przez to sam, nawet najmniejsza drobnostka, daj znać. Nie jesteś sam. Ja i Michael będziemy z tobą do końca.
- Dzięki. To wiele dla mnie znaczy – odparłem.
Trwaliśmy w uścisku jeszcze przez jakąś minutę, po upływie której Włóczniczka nachyliła się by sprawdzić moją nogę.
- Krew zdaje się być zakrzepnięta. Ciebie chyba nie da się zatrzymać… Mimo to, lepiej wyjdzie, jeśli będziesz się oszczędzał aż nie obejrzy tego jakiś lekarz. Syreny są już w pobliżu. Zostań tu, a ja wyjdę i przyprowadzę kogo trzeba. Na pewno mają ze sobą ambulans.
- Pójdę z tobą. Na wszelki wypadek.
- Dam radę sama. Odpocznij.
- Odpocznę, kiedy będę w grobie.
- Skoro nalegasz… – głośno odetchnęła, jednak widząc, że byłem nieugięty, zgodziła się.
Kilka ostatnich przecznic musiało dzielić wsparcie od naszej pozycji. Choć pomoc będzie już raczej potrzebna wyłącznie do posprzątania tego bałaganu, świadomość tego, że nie staniemy naprzeciw temu wyzwaniu w trójkę napawała optymizmem. Przeprowadzony na kwatery atak zasiał sporo spustoszenia i przypłaciliśmy go poważnymi ranami, mimo to, FBTI przetrwało. Cały incydent zniknie wkrótce pod warstwą śniegu, który zaczął padać, kiedy ja i Atkins byliśmy w aptece.
- Nie miałem okazji spytać o ten wielki ekran na ścianie garażu. Jaka jest jego rola?
- Latem urządzamy tu kino samochodowe dla zakochanych, by nieco dorobić. Ale nie mów o tym nikomu, bo jeszcze by brakowało, żeby skarbówka dopadła tajną jednostkę – Włóczniczka zaśmiała się. Nie mogłem się powstrzymać by do niej nie dołączyć.
- Jesteście idealną parą. Kombinatorzy i ryzykanci…
- Swój pozna swego. A kasy nigdy nie za dużo. Jakoś trzeba sobie radzić. Budżet państwa nie ufunduje nam wygodnej starości – usiadłszy na masce jeepa, Atkins spojrzała w niebo. Wyciągnęła dłoń w górę:
- Patrząc na śnieg czuję się melancholijnie. Przypomina jakie jest życie. Krótkie i wrażliwe, a jednak piękne. Płatki różnią się od siebie, każdy ma do powiedzenia unikatową historię, ale w końcu i tak jest zapomniany. Starczy, że stopnieje i już wtedy staje się odległym wspomnieniem. Zupełnie jak my. Za sto lat nikt nie będzie pamiętał o takiej Charlie Atkins. W przeciwieństwie do ciebie i Michaela. Jestem przekonana, że o was będą pisać książki. Nie jedną, nie dwie…
Sygnał stawał się głośniejszy z każdą sekundą, stopniowo tłumiąc monolog Włóczniczki. Oczyma wyobraźni prawie widziałem wjeżdżające przez bramę pojazdy, ale zanim to miało nastąpić, dostrzegłem sylwetkę przy wejściu do podziemnego kompleksu. Rozpoznając w niej Runcorna, zawołałem:
- Hej, tutaj jesteśmy!
Zauważyłem wtedy, że coś było nie w porządku. Choć jeszcze nie potrafiłem ubrać tego w słowa, to jak odrętwiało stał Wynalazca niepokoiło mnie. Kiedy wyszedł z cienia, lub raczej wysunął się, ciągnąc za sobą nogę, ujrzałem szkarłatną plamę na jego kamizelce. To była krew. Nie… Tylko nie to…
- Michael!
Choć ciężko mi było stwierdzić czy Atkins również była tego świadoma, czy był to właśnie powód, dla którego pomimo bólu pośpieszyła w stronę swojego narzeczonego, nie ruszyłem za nią. Doznałem wizji, za jakiej sprawą zastygłem. Kiedy wewnętrzny głos wybudził mnie z tego letargu, było jednak za późno bym mógł jej zapobiec.
Krew na ubraniu Runcorna nie należała do niego. Powinienem przyjąć tą informację z ulgą, lecz byłem pewien, że nie był to kolejny dowcip Wynalazcy. Jego wzrok był utkwiony we mnie. Nie mrugnął choćby raz. Wpatrywał się we mnie z dziwną pasją, całkowicie ignorując Włóczniczkę. W ręku trzymał moją Berettę, którą musiałem zgubić podczas potyczki z Jess.
- Martwiłam się o ciebie! Ja i Chris jesteśmy nieźle poturbowani. Mógłbyś zerknąć na jego rany? Zajęłam się nim jak uczyłeś, ale…
Nagle błyskawica rozdarła niebo. Jej huk zagłuszył całe otoczenie. A po niej…
Świat zatrzymał się w miejscu. Nie wierzyłem w to co zobaczyłem. To musiał być sen. Przywidzenie. Halucynacja! Nie, to była rzeczywistość. Niezależnie czy przetrę oczy, czy uszczypnę się, to się nie zmieni. Zachichotałem szaleńczo. Ta czerwona fontanna był taka zabawna… Nawet nie próbuj się tak oszukiwać, Sparrow. To kula gładko wbiła się w skroń Atkins, rozpryskując dookoła jej tkankę mózgową. Włóczniczka upadła jak marionetka, której przecięto sznurki. Gdyby nie karmazynowe zabarwienie śniegu tam, gdzie leżała, pomyślałbym, że znowu zasłabła, ale znałem prawdę. Charlotte Atkins nie żyła. Nikt nie przeżyłby takiego trafienia. A do tego została zabita przez ostatnią osobę, którą bym podejrzewał o naduszenie spustu.
Zwróciłem się w stronę Runcorna w samą porę by bezmyślnie złapać pistolet, który do mnie rzucił. Wymierzyłem do niego:
- Ty gnoju! – strzeliłem, ale rozległo się jedynie kliknięcie. Magazynek był pusty.
W tej samej chwili zjawiły się wozy policyjne. Z piskiem opon zahamowały i wypadli z nich w zwartym szyku uzbrojeni i opancerzeni antyterroryści. Ich formacja szczelnie zamknęła każdą ścieżkę, przez którą można byłoby próbować się przecisnąć. Chciałem do nich krzyknąć, żeby dorwali tego skurwiela, tego… Ale głos ugrzązł w moim gardle. Mimo to, zauważyli mnie.
- Rzuć broń! Ręce powoli do góry i za głowę! – ktoś ryknął, a pozostali, idąc za jego przykładem także wycelowali we mnie.
Kurwa mać… Z narzędziem zbrodni złapany tuż przed ciałem. Nikt nie uwierzy w moje zeznania, zwłaszcza jeśli Runcorn je podważy, a byłem pewny, że tak postąpi. Udupił mnie i choć wciąż nie potrafiłem zrozumieć dlaczego, pozbył się za razem swojej narzeczonej. Zarzekał się, że jest w stanie uczynić dla jej dobra wszystko, więc czemu? Spojrzałem w stronę Wynalazcy. Zza peleryny wyjął maskę płonącej róży. Ubrał ją i wycofując się z pola widzenia, przy pomocy swojej bransolety uruchomił ekran na garażu.
- Jezu Chryste…
Widząc co się na nim wyświetliło, komandosi zastygli w szoku i nie dziwiłem się im. Był to prawdziwie druzgoczący obraz. Czysta rozpacz wprost emanowała z tego filmu, zapadając głęboko w pamięć każdego kto go obejrzał. Jednak co ważniejsze, stworzył dla mnie ostatnią szansę na wydarcie się z tej pułapki. Nie czekałem aż policjanci się ockną. Wskoczyłem do najbliższego pojazdu. Kluczyki nadal były w stacyjce, więc przekręciłem je. Kiedy silnik się uruchomił, dodusiłem do podłogi pedał gazu. Potrąciłem kilku ludzi na drodze i nie zwalniając nawet na sekundę, wyjechałem z bazy FBTI. Zanim pościg w ogóle za mną ruszył, miałem już nad nim pokaźną przewagę.
Komentarze
Prześlij komentarz