Rozdział 8. V

Zmęczony i poważnie senny, wraz z brzaskiem nowego dnia wstąpiłem na teren kwater FBTI. O tej porze nie spodziewałem się spotkać kogokolwiek na drodze do wygodnego łóżka, jednak jak się okazało, zanim nastanie dla mnie czas upragnionego odpoczynku, musiałem stawić czoła oczekającemu mnie w progu komitetu powitalnemu.

- Gdzieś ty się podziewał? Baliśmy się, że ci się coś stało! – Atkins zaatakowała mnie w momencie wyjścia z windy. Wykorzystując moją niedyspozycyjność po tej przejażdżce, przyparła mnie do ściany jednym palcem, który zresztą nawet mnie nie dotknął. Ach, czy ja już kiedyś wspominałem, że nienawidzę wind?

- Byłem się przewietrzyć. Chyba nie muszę się wam spowiadać z wszystkiego co robię? – moją intencją nie była obrona, lecz jak najszybsze rozbrojenie tej sytuacji by móc wrócić do mojego pokoju.

- Jasne, nie musisz, ale może by wypadało. Gdy nie wraca się na noc, to chyba normalne, że warto zawiadomić pozostałych domowników. Wiesz, mogli cię dorwać i tak dalej – Runcorn dodał, stając pomiędzy nami. Choć brzmiał jakby starał się uspokoić nastroje, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że całe to zajście go bawiło.

- No właśnie! Martwiliśmy się!

- Wciąż nie wydaje mi się, żebyście mieli ku temu podstawę. Poza tym, to nie jest tak, że… – to wasz interes, chciałem powiedzieć, ale wtedy Wynalazca gwałtownie nadepnął na moją stopę, przez co ugryzłem się w język niemal do krwi.

- Mieszkamy razem i jesteśmy jedną drużyną, więc musimy znaleźć wspólny język. Lub przynajmniej mieć środek komunikacji. To jego brak zawinił w tym przypadku, dlatego mam propozycję: my zapomnijmy o tym nieporozumieniu, a ty, Sparrow, weźmiesz to. Tak na przyszłość – Runcorn wręczył mi przedmiot, który na pierwszy rzut oka wyglądał jak czarna opaska. Rozwinąłem go, żeby lepiej się przyjrzeć.

- To taka bransoleta jak twoja – zauważyłem, dotykając materiału, który był dość nieprzyjemny w kontakcie ze skórą, prawie jak lekko nadtopiony żelek.

- Najnowsza zdobycz technologii – Wynalazca dumnie podstawił własną dla porównania – Moja jest prototypem, prezentem od starego znajomego, więc nie przejmowałbym się ich różnicami. Są wyłącznie wizualne, nie licząc stabilności, która w waszych modelach jest zdecydowanie wyższa. O rekomendację możesz zapytać zadowoloną użytkowniczkę drugiego egzemplarza.

- Polecam – Atkins podwinęła rękaw, gdzie na kawałek za jej nadgarstkiem znajdowała się ciemnozielona bransoletka, ozdobiona małym brokatowym sercem oraz wisiorkiem w kształcie bliżej niezidentyfikowanego stworzenia.

- Dalej, przymierz ją – widząc, że wciąż niepewnie badam prezent, Runcorn zachęcił mnie – Jestem pewien, że mam prawidłowe wymiary, jednak nigdy nie wiadomo. Jak przystało na szanującego się naukowca, uważam, że każdą tezę należy potwierdzać eksperymentami.

- Skoro nie mam wyjścia… – nałożyłem bransoletę. Natychmiast poczułem jakby stała się naturalną częścią mojego ramienia, która reagowała na każdy, nawet najmniejszy ruch.

- Nie będę wymieniał nazw tworzyw, które użyłem, bo i tak wam nic nie powiedzą, ale streszczając ich działanie, to cacko jest odporne na wszelkie, w tym ekstremalne warunki atmosferyczne. Jest kuloodporne i niemal żadne ostrze nie jest w stanie go zarysować. Choć z drugiej strony, różnie może być z pewnymi kwasami, jednak raczej mało prawdopodobne, żeby na nie natrafić poza laboratorium. To w gruncie rzeczy tyle, teraz odpal ją. Tym przyciskiem.

Ponaglony przez Wynalazcę, od niechcenia nadusiłem na wskazany guzik, a wtedy wyświetlacz zapalił się. Pojawiła się na nim lista kilku folderów.

- Masz tam wszystkie najpotrzebniejsze aplikacje: kalkulatory, tabele, wykresy, czytniki, tłumacze. Co więcej, wydaje mi się, że przypadnie ci do gustu czytnik e-booków z dostępem do bazy danych każdej biblioteki na świecie – tu Runcorn zniżył głos – Jakbyś mógł, nie wspominaj o tym przy nikim ważnym, bo to nie do końca legalne…

- Przyjąłem – kiwnąłem głową i przesunąłem palec do okienka podpisanego jako „kontakty”, przy okazji zauważając w tle, w prawym górnym rogu drobny napis „Elysium v.1.13b”, co musiało być nazwą systemu operacyjnego.

- Kliknij to zadzwonisz do kogoś, w gruncie rzeczy jak z telefonu, ale z odpowiednią aplikacją można też się połączyć z kamerkami komputerowymi. Jak na razie masz dwa kontakty, ale w przyszłości, kto wie? Może właśnie to ty będziesz wybrańcem, który zbierze je wszystkie – zażartował.

- Coś jeszcze? Bo idę się zdrzemnąć – ostatnio odwykłem od długich przerw od snu, więc wolałem pójść się położyć. Spojrzałem na Wynalazcę i Włóczniczkę – Nic? To bywajcie… –machnąłem dłonią na pożegnanie i już skierowałem w stronę sypialni, ale w tym momencie poczułem dotyk na moim barku.

- Serio myślałeś, że specjalnie staliśmy tu tylko czekając na ciebie? Mam informację, która wydobędzie z twojej strony trochę więcej entuzjazmu. No chyba, że nadal preferujesz komfort ciepłego łóżeczka – Runcorn sprowokował mnie. Nie potrzebowałem widzieć jego twarzy, żeby wiedzieć, że znajdował się na niej jego zwyczajowy uśmieszek z serii „i tak zatańczysz, jak ci zagram”.

- Michael, naprawdę nie powinniśmy go w to wplątywać. Sparrow jest zmęczony, a my poradzimy sobie sami. Dajmy mu odpocząć – wtrąciła Atkins, jednak Wynalazca udał, że jej nie słyszy.

- Widziano tego kolesia. Lokaja. Kamery złapały go w centrum, ledwo, ale udało się go wyłapać. Kierował się w stronę Memoriału Jeffersona, a potem zniknął gdzieś koło starego portu. Nawet minęliście się w jakimś parku, nie zauważając tego.

- Jesteś pewien, że to on? – tamten skurwiel twierdził, że potrafił być jak duch, co już zdążył zresztą udowodnić, więc skąd ta nagła wpadka?

- Pasuje do rysopisu jaki podałeś. Choć jakość ujęć była średnia, typka po prostu nie da się pomylić z kimś innym na ulicy. Swoją drogą, to jest bardzo podejrzane, że wyłonił się od tak… Wątpię, żeby korzystał z uroków nocnego życia.

Byłem podobnego zdania. Lokaj nie był przeciwnikiem, którego można było lekceważyć. Zważywszy na to, że złapano go z taką łatwością, musiał z premedytacją chcieć zwrócić na siebie uwagę. Nie zdziwiłbym się, gdyby Peccatorum było świadome istnienia FBTI. Jeżeli tak było, zapewne wiedzieli też, że tymczasowo połączyłem siły z tą organizacją, dlatego ten nagły trop można było wytłumaczyć wyłącznie w jeden sposób. Lokaj pragnął nas gdzieś zwabić, a wtedy? Pozbyć się wrogów, działających przeciw planom jego przełożonych?

- Macie zamiar tam pojechać? – spytałem, choć byłem pewny odpowiedzi jaką otrzymam.

- A mamy inne wyjście? Wcześniej czy później i tak dojdzie do konfrontacji z nimi. Jeśli uda się przerzedzić ich szeregi tu i teraz, będzie wygodniej zająć się Bellrose, a jeśli zginiemy… Cóż, zdarza się.

- Podchodzisz do tego nad wyraz luźno. Nie boisz się śmierci, Runcorn?

- Memento mori. Śmierć jest naturalną konsekwencją życia. Dla umysłu równie sprawnego co mój to także kolejna podróż by odkryć nieznane.

Choć z jednej strony zgadzałem się z nim, szaleńcza pasja z jaką przemawiał nie umknęła mojej uwadze.

- Skąd ta zmiana? Odniosłem wrażenie, że jesteś zbyt ostrożnym człowiekiem, żeby dla kaprysu być gotowym na samobójstwo.

Usłyszawszy to, Wynalazca wybuchł gwałtownym śmiechem. Następnie zbliżył się do mnie o krok.

- Mógłbym ci zadać podobne pytanie, Sparrow. Gdzie podział się bezwzględny mściciel, zdolny do wszystkiego byle osiągnąć swój cel z początku naszej znajomości?

Nie mając na to żadnej riposty, przygryzłem wargę i spojrzałem w dół. Przyznałem mu rację, zmiękłem. Mimo, że nie zapomniałem o mojej misji ani o Amy, mieszkanie w luksusach kwater FBTI pozbawiło mnie jasnej motywacji do działania. Zamiast wymierzać sprawiedliwość, skupiłem się na tym przeklętym notatniku, co było ogromnym błędem. Christopher Sparrow wciąż żył wyłącznie by zabijać każdego, kto miał coś wspólnego z Bellrose, a nie dlatego, by przejmować się zabójczymi grami. Przypomnienie tego orzeźwiło mój umysł.

- Wyruszamy za minutę. Zbiorę tylko swój ekwipunek – oznajmiłem, przyspieszając kroku.

Z oddali dobiegły mnie protesty Atkins, która starała się mi wyperswadować ten pomysł, jednak na próżno. Czas na sen nadejdzie dopiero po tym jak policzę się z tym potworem, bo to była też poniekąd kwestia honoru. Lokaju, niezależnie od tego czy faktycznie spiskujesz z moimi wrogami, sprawię, że pożałujesz dnia, w którym pojawiłeś się na mojej drodze.

*

Choć już na pierwszy rzut oka widocznym było, że magazyny portowe Cardiff stały odłogiem od wielu lat, cały kompleks wciąż straszył tak blisko jednej z głównych dróg wylotowych z Waszyngtonu, że wydawało mi się to wręcz podejrzane. Jak lokalizacja położona stosunkowo niedaleko Białego Domu mogła zostać przeoczona przez inwestorów? Normalnie, dawno temu jakaś firma kupiłaby ten grunt i postawiła na nim coś przynoszącego zyski, więc dlaczego rozciągał się przede mną istny obraz nędzy i rozpaczy? To co dało się wynieść rękoma i miało jakąkolwiek wartość już dawno zostało zabrane przez złomiarzy, a sądząc po sporej ilości graffiti, wandale musieli uznać to miejsce za idealne do dania upustu swoim buntowniczym fantazjom. Jednak nie było to w sumie ważne dla misji z jaką tu przybyliśmy.

- Jakoś tu pusto… – zaparkowawszy opancerzonego Mercedesa kawałek od celu, Runcorn rozejrzał się przez lornetkę, a następnie podał ją narzeczonej. W międzyczasie, odbezpieczyłem moje pistolety, upewniłem się, że nóż był na swoim miejscu, po czym wyskoczyłem z samochodu.

- Hej, co ty wyprawiasz? Musimy najpierw zrobić wstępny rekonesans i przygotować plan! – zawołała za mną Atkins.

- Oni i tak się nas spodziewają. Nie mam zamiaru kazać im czekać – zatrzasnąłem za sobą drzwi, ale po kilku krokach zatrzymałem się i sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Brakowało ostatniego elementu.

- Od razu lepiej – włożywszy na głowę mocno zgnieciony kapelusz z sokolim piórem, uśmiechnąłem się do siebie i wkroczyłem do akcji.

Mogłem spokojnie założyć, że przeciwnicy chowali się gdzieś tam w najgłębszych zakamarkach tej rudery, dlatego nie marnując czasu na skradanie, po prostu podszedłem do głównej bramy. Jestem tu, bójcie się. Nawet nie kryłem się z broniami. Mierząc nimi naprzód, skierowałem się w stronę największego budynku, którego drzwi wyważyłem kopnięciem.

- Ech, z tobą to nie przelewki… Ale za to właśnie cię lubię, Sparrow – za moimi plecami nagle pojawili się Wynalazca, trzymający błyszczącego Colta Anacondę oraz Włóczniczka, wyposażona adekwatnie do jej Talentu.

- Wracajcie. Będziecie mi tylko wchodzić pod nogi – syknąłem.

- Nie ma mowy! Jak wskakujemy w zasadzkę, robimy to wszyscy razem.

Co to za popieprzona logika? Ale mniejsza z tym. Kłócenie się w tej chwili z Atkins mijało się z celem, więc pozwoliłem jej oraz jej partnerowi mnie wyprzedzić. Kryjąc się nawzajem, pokonali pierwszy korytarz i zasygnalizowali mi, że droga była wolna.

- Skoro się uparliście, chociaż rozdzielmy się – nalegałem.

- To wcale nie jest głupi pomysł – nieoczekiwanie, Runcorn przyznał mi rację – Kochanie, bierzemy prawo.

- Nie! Dam…

- Dobra, to lewo. Zadowolona?

- Nie o to mi chodziło. Będziesz mi przeszkadzał, gdyby trzeba było walczyć. Sparrow, ty go weź.

Jak ta dwójka w ogóle stała się agentami jednostki specjalnej? Zachowywali się jak słoń w składzie porcelany na terytorium wroga. Trudno, najwyżej użyję ich jako przynętę.

- Sprawdź przejście prosto – wskazałem, po czym szybko oddaliłem się od reszty.

Pomimo tego, że gmach znajdował się w katastrofalnym stanie, byłem w stanie domyśleć się jaką funkcję sprawował za czasów swojej użyteczności. Najprawdopodobniej był kiedyś biurem lub czymś w tym stylu, możliwe, że połączonym ze sklepem, jak mogły sugerować rzędy zdezelowanych lodówek na parterze, jednak obecnie skrawki nadpalonych papierów oraz zwęglonych mebli walały się wszędzie w polu widzenia, a do tego, zauważyłem jeszcze kilka stłuczonych butelek i połamanych strzykawek. Fajnie tu się zabawiali… Ale co ważniejsze, póki co nic nie zdradzało obecności kogokolwiek więcej oprócz członków FBTI.

- Więc to gra w chowanego – wyszeptałem. Było za późno, żeby się z niej wycofać, dlatego w gotowości minąłem kolejny róg, za którym odkryłem schody prowadzące piętro niżej. Wybornie, w piwnicach nigdy nie działo się nic złego…

Rzecz jasna, nie było prądu, więc czym głębiej schodziłem, tym bardziej malała ilość otaczającego mnie światła, aż w końcu pogrążyłem się w całkowitym mroku. Nie będąc dłużej w stanie opierać się na wzroku, spowolniłem oddech, starając się wyostrzyć pozostałe zmysły. Delikatne skrzypienie posadzki pod moimi butami, regularny rytm mojego serca… Wyciszyłem je… To wystarczyło, żebym mógł oszacować wielkość pomieszczenia, do którego właśnie dotarłem. Choć przestrzeń zdawała się względnie duża i pusta, przywarłem do ściany. Przed przeszukaniem środka powinienem poznać dokładny rozkład wnętrza oraz jego ewentualne połączenia z innymi pokojami, dzięki czemu poruszanie się stanie się prostsze. Ocierając się plecami o szorstką powierzchnię, powoli robiłem krok za krokiem, uważnie badając stopami okolicę. Czułem się jakby w każdej chwili ktoś miał wyskoczyć na mnie, jednak wiedziałem, że jeśli miałoby do tego dojść, jedynie spokój mógł mnie uratować. Cholera, chyba naprawdę straciłem to coś… Będę musiał wrócić do formy jak najszybciej, pomyślałem, a w tym momencie, podeszwa mojego buta wylądowała w jakiejś cieczy.

Nachyliwszy się, wymacałem kałużę i zamoczywszy w niej palec, polizałem go. Krew… Dość świeża, najprawdopodobniej przelana w przeciągu ostatnich 24 godzin. Do kogo należała? Do Lokaja? Nie potrafiłem sobie wyobrazić, żeby ktoś był w stanie zranić go do tego stopnia, dlatego prędzej widziałbym go jako napastnika. Ale wszystko było wciąż możliwe. Smuga krwi podążała naprzód. Prowadziła do wąskiego przesmyku między zbutwiałymi kolumnami drewna, które opierały się o ścianę. Ostrożnie przecisnąłem się przez nie, a następnie bezszelestnie przedarłem się do skrzyni, skąd rozejrzałem się dalej.

Rzędy półek, a na nich beczki, kartony oraz inne pudła. Nie obchodziło mnie, czy wciąż znajdowało się w nich coś wartościowego, nawet ze świadomością, że wejście do tego magazynu, wyglądające jakby w każdej chwili miało się zawalić, mogło skutecznie odstraszyć szabrowników. Zaskoczyło mnie natomiast to, że pozostało tu aż tyle sprawnego wyposażenia. Nie sprzedano go bądź przeniesiono do nowej siedziby, jeżeli do takowej Cardiff przesunęło swoją działalność. Zgłębienie owianych nutką tajemnicy losów tej firmy, choć sprawiających wrażenie intrygujących, było jednak dla mnie bezużyteczne, dlatego skupiłem się na eksploracji.

Wtedy wyłapałem z oddali ciche buczenie. Kiedy ruszyłem śladem tego dźwięku, intensywny zapach krwi uderzył w moje nozdrza. Byłem coraz bliżej… Spodziewałem się lada moment dostrzec kształt zawleczonego tu ciała, jednak czas zdawał się rozciągać w nieskończoność. I to brzęczenie… Echo dodatkowo je potęgowało do nieprzyjemnego stopnia, tworząc doświadczenie porównywalne do tego, przez co wielu ludzi przechodziło przy pocieraniu sztućcami o talerz. Dalej, miejmy to za sobą. Niecierpliwiłem się. Adrenalina, za którą tak bardzo tęskniłem buzowała w moich żyłach coraz szybciej. W końcu wynurzyłem się z uliczki sekcji inwentarza i odnalazłem źródło całego zamieszania.

- Muchy? – mimowolnie wypadło z moich ust.

W środku zimy? Wydawało to się niemal nieprawdopodobne, ale nie było mowy o pomyłce. Cała ich chmara skupiła się w jednym punkcie, latając chaotycznie wokół, raz na jakiś czas to zderzając się ze sobą, to siadając na czymś poniżej. Nie przejęły się nawet zbytnio, kiedy machnąłem ręką, starając się je odgonić by dopchać się do obiektu na podłodze. W tych warunkach nie mogłem określić co to dokładnie było, więc pochyliłem się i ostrożnie zbadałem dłonią. Pierwszym co przy dotyku zwróciło moją uwagę był chłód oraz twardość, jednak nadal nie byłem w stanie rozpoznać nic poza tym, dlatego zacząłem rysować wyobraźnią kontur. Złapałem za krawędź i przejechałem palcami wzdłuż niej. To musiała być… Ludzka twarz. Sądząc po wielkości, należąca do dziecka bądź kobiety. Jaką rolę w śmierci tej osoby odegrał Lokaj? Postanowiłem zabrać ciało ze sobą do światła, żeby dokonać precyzyjnej obdukcji, ale wtedy stało się coś nieprzewidzianego.

Trup zerwał się raptownie do pozycji siedzącej, a ja w szoku poleciałem do tyłu w kałużę krwi, upuszczając przy tym pistolety. Strach sparaliżował mnie na moment, mogłem wyłącznie wpatrywać się w niewyraźną figurę, która wydała z siebie przeszywający ryk. Gdy nareszcie ucichł, usłyszałem donośne sapanie. Instynktownie wycofałem się na oślep, próbując za wszelką cenę nie wydać choćby najmniejszego szmeru, jednak moje starania i tak wydawały się zbędne. Choć nie mogłem jej widzieć, byłem przekonany, że istota, bo nie miała ona prawa być człowiekiem, zbliżała się w moją stronę, intensywnie wąchając. Czułem jej odrażający oddech na twarzy, ale nie mogłem zrobić nic więcej niż wstrzymać oddech i zacisnąć zęby, licząc, że ten potwór mnie minie. Po chwili wszystko ucichło. Zostałem namierzony? Kiedy zastygłem, spodziewając się bycia brutalnie zamordowanym, rozległ się znajomy głos:

- To twoja wina. To przez ciebie taka się stałam, panie Rumianku.

Nie miałem wątpliwości. Pomimo zgrubienia i zniekształcenia, wciąż brzmiał jak głos Claire Trethewey. Monstrum kontynuowało:

- Jestem pewna, że starałeś się zrobić wszystko co w twojej mocy by temu zapobiec. Może i w środku jesteś dobrym człowiekiem, ale to nie ma znaczenia… – tu zachrypła. Chwilę później z tego samego źródła odezwał się jej ojciec:

- Podjąłeś decyzje, które uważałeś za słuszne i to one doprowadziły cię do tego miejsca. Wypchnąłeś mnie z samochodu, Jacobie. Nie próbowałeś mnie ratować. To tak jakbyś mnie zabił. Ale muszę ci za to podziękować. Uczyniłeś to by bronić moją córkę. Tylko co z tego, skoro niedługo potem przez ciebie zginęła? Muszę cię zapytać… – nastąpiła kolejna zmiana:

- Czy jesteś w stanie policzyć swoje wszystkie grzechy, dupku? – tym razem rozpoznałem Matthew Collinsa – Czy pamiętasz kogokolwiek poza tą twoją dziunią? Przysięgałeś zniszczyć Bellrose, żeby zemścić się za to, co ją spotkało, a po drodze do tego celu stałeś się dokładnie taki sam jak twoi wrogowie. Czy potrafisz sobie przypomnieć twarze chociaż części osób, które zabiłeś? Nie? A co, jeśli oni też mieli kogoś bliskiego? Kogoś, kto doświadczył tego samego bólu co ty? Wiesz co, zarówno ja, jak i pozostali mieszkańcy tego ciała znaleźliśmy się w nim przez ciebie. Dlatego…

Wszystkie głosy zlały się w jeden upiorny:

- Nadal masz czas na pokutę. Dołącz do nas! Jesteśmy częścią ciebie. Chodź, stańmy się ponownie całością!

Nie potrzebowałem więcej motywacji do ucieczki. Kopnąłem stwora z całej siły i nim mógł nadrobić dystans, wymacałem bronie. Opróżniłem ich całe magazynki. Sądząc po mlaszczących odgłosach jakie temu towarzyszyły, celnie.

- Nie, nie jesteś mną! I nigdy nie będziesz! – wyrzuciłem z siebie, ciężko dychając, gdy byłem już pewien, że bestia się nie ruszała. Obserwując zielone płomienie, które wzniosły się tam, gdzie zdawało mi się, że upadła, dodałem – A nawet jeśli, pokonam siebie samego. Jeżeli nie dam rady tego dokonać, nie podołam już niczemu. Wracaj, kiedy tylko masz ochotę. Z przyjemnością odeślę cię z powrotem.

Zerwałem się na równe nogi i nie odwracając się za siebie, pobiegłem na oślep, obijając się od każdej możliwej przeszkody, jednak nadal jakimś cudem utrzymując równowagę. Robiłem tyle hałasu, że Runcorn i Atkins musieli zostać zaalarmowani i zapewne zmierzali już z pomocą. Ale czy aby na pewno wyjdzie z tego coś dobrego? Mogło tu się kryć więcej takich stworzeń. Gdyby ich zaskoczyły, nie poradziliby sobie z nimi. Musiałem ich w porę ostrzec. Lub połączyć siły z tą dwójką zanim będzie za późno. Żeby to tylko było tak proste… Pomimo tego, że mój wzrok zdążył się na tyle zaadaptować do ciemności, żebym widział coś więcej poza zarysami, to było wciąż za mało. Ludzkie oko posiadało swoje limity, których nawet technika tak łatwo nie wyeliminuje. Chwila… To było właśnie to czego potrzebowałem! Na moim nadgarstku znajdowała się bransoleta od Wynalazcy. Aktywowałem ją i szybko włączyłem latarkę. Ekran rozbłysnął, umożliwiając mi namierzenie kolejnego przejścia. To istniało stąd inne wyjście. Wspiąłem się po schodach, a kiedy moja stopa zatrzymała się na ich najwyższym stopniu, nagle poczułem jak cały świat odwraca się do góry nogami.

Choć nadal pewnie stałem na podłożu, wnętrzności podeszły mi aż do gardła. Po chwili moje zmysły wróciły do normy, dzięki czemu zauważyłem, że zamiast na parter, trafiłem do ponuro wyglądającej sali z rzędami brunatnych kolumn, na których zawieszone były żarzące się pochodnie. Taki wystrój mocno kojarzył mi się ze starożytnymi świątyniami, w czym dalej utwierdzał mnie znajdujący się na przeciwległym końcu portal. Wielka, kamienna brama wręcz wzywała mnie do siebie. Wejdź… To właśnie tego szukałeś… Głos o nieznanym pochodzeniu zachęcał. Ruszyłem w kierunku przejścia, jednak w momencie, gdy pokonałem połowę dystansu, brama zaczęła się powoli rozsuwać, a ze szczeliny wystrzeliła oślepiająca wiązka światła.

Kiedy nareszcie osłabła na tyle, żebym był w stanie to dostrzec, wyłoniła się z niej sylwetka ze srebrnym mieczem. Była przejrzysta jak duch i emanowała przytłaczającą energią, aurą niezaprzeczalnego dobra, bo nie byłem w stanie nazwać tego inaczej. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, z jej boków wyłoniły się ogromne, śnieżnobiałe skrzydła, które kilkukrotnie zatrzepotały jakby upominając się o ciszę.

- A więc miałeś czelność pojawić się przede mną… – anioł oznajmił karcącym tonem, ale jak się okazało, nie kierował tych słów do mnie.

- Jasne, a czemu nie, świętoszku. Zerwę twoją maskę obłudy i pokażę światu, że jesteśmy tacy sami – zza moich pleców odezwał się znowu ten potwór. Odwróciłem się na pięcie by ujrzeć go. Przemieszczał się na ośmiu cienkich kończynach, a z jego kryjącej się w cieniu głowy lśniła para błyszczących jadeitowych oczu.

- Milcz, pomiocie szatana! – oburzył się skrzydlaty mężczyzna – Jeszcze chwila, a pożałujesz swej impertynencji. To twoje ostatnie ostrzeżenie.

Pomimo groźby, monstrum zarechotało:

- Taaa, gdzieś już to słyszałem… Myślisz, że się poddam? On należy do mnie. Ten chłoptaś ma we krwi moje najlepsze cechy. Zabiorę go do domu i wyszkolę na swojego następcę.

- Dosyć! Nie pozwolę ci nękać tej strudzonej duszy ani chwili dłużej! Straciłem cierpliwość. W imię Boga Wszechmogącego zgładzę cię, czarcie. Przygotuj się na śmierć! – anioł zaszarżował naprzód. Sunął prosto na mnie, nie zdając sobie z sprawy z mojej obecności.

- Muahahaha! Niech ci będzie. Załatwmy to raz, a porządnie! – potwór również przystąpił do ofensywy. Ostrząc swoje długie pazury, wyskoczył w stronę oponenta. To działo się zbyt szybko. Nie miałem szans na uniknięcie obu ataków. Stanąłem jak wryty, rejestrując jedynie moment, w którym ostrza spotkały się w mojej klatce piersiowej.

*

- Sparrow! Sparrow! – ktoś nawoływał mnie z oddali. Z sekundy na sekundę ten głos stawał się coraz bardziej wyraźny – Kurwa, co mu do cholery…?

Nade mną pochylał się Michael Runcorn, a zza jego ramienia przypatrywała się z trwogą Atkins. By ukrócić marnotrawstwo czasu zebrałem w sobie siły i odepchnąłem Wynalazcę.

- Zejdź ze mnie. Musimy się sprężać.

Mimo to, nie wyglądał jakby miał mi pozwolić odejść.

- Są rzeczy ważne i ważniejsze. Jeśli twoje zdrowie jest nie ten teges, nie pozwolę ci kontynuować, nawet gdybym miał użyć siły. Koleś, nigdy nie widziałem tak popieprzonego ataku drgawek! Ledwo co udało nam się ciebie przytrzymać, żebyś sam nie zrobił sobie krzywdy.

- A nie mówiłam? Powinieneś był się porządnie wyspać, Sparrow. Michael, zaprowadź go do samochodu. Póki co mamy szczęście, ale głębiej może być różnie.

- Nie, poczekaj. Nie wiemy jak do tego doszło. Mógł zostać napadnięty, więc to nic nie da, a tylko zamiesza w naszym szyku. Najlepiej przebadałbym go pod względem trucizny, jednak nie wziąłem odpowiednich przyrządów.

- Nic mi nie jest. Po prostu ruszajmy – wtrąciłem.

- Odmawiam. Przekonaj mnie, że niesłusznie, streszczając swoje przygody od momentu rozdzielenia. Najlepiej w mniej niż stu słowach.

Splunąłem na bok. Czy powinienem im o wszystkim powiedzieć? Człowiek nauki, jakim był Runcorn i tak nie uwierzyłby w tę historię bez niezbitych dowodów, a że takowych nie posiadałem, równie dobrze mogłem rzucać grochem o ścianę. Jak więc przestrzec moich sojuszników o zagrożeniu bez bezpośredniego wspominania o nim? Zdawało mi się, że miałem pomysł.

- Znalazłem coś dziwnego w piwnicy i… – zacząłem, ale Runcorn mi przerwał.

- Jesteś tego pewny? W tym budynku nie ma żadnej piwnicy. Kiedy byłeś nieprzytomny sprawdziliśmy każdy kąt i nie znaleźliśmy choćby komórki pod schodami.

Usłyszawszy to, język stanął mi kołkiem w gardle. Wytrzeszczyłem szeroko oczy w stronę Wynalazcy, spodziewając się, że zaraz nazwie mnie wariatem, jednak ku mojemu zdziwieniu, on pogrążył się głęboko w myślach, szepcząc pod nosem:

- To ciekawe… To bardzo ciekawe…

- Co jest w tym takiego ciekawego? – zapytała Włóczniczka.

- Charlie, widziałaś coś nie pasującego do reszty? Nie koniecznie aż tak wielkiego jak brakująca piwnica, ale czy cokolwiek zwróciło twoją uwagę?

- Nie sądzę. Chociaż… – zawahała się, przytykając palec wskazujący do podbródka. Następnie, zachęcona gestem przez narzeczonego, nieśmiało stwierdziła – To mogła być moja wyobraźnia, ale cały czas czułam się jakby ktoś mnie obserwował.

- A ja przez moment bez powodu piekłem się jak w piekarniku. Hmm… Chyba już rozumiem co tu się wyprawia. Choć to wciąż teoria, prawdopodobnie jestem na prawidłowym szlaku. W każdym bądź razie, Sparrow ma rację. Trzeba nadłożyć tempa. Do roboty! – kończąc na tym wyjaśnienia, Wynalazca oddalił się.

- Z nim to tak zawsze… – Włóczniczka westchnęła – Jeżeli to było jednak ze zmęczenia, powiem ci tylko, że martwy nie pomożesz nikomu. No, po prostu uważaj na siebie. Wiesz, jak zwykle.

Nie przykładając do jej słów większej wagi, odburknąłem coś niewyraźnie i już miałem wyjść na zewnątrz, ale wtedy zdałem sobie sprawę, że coś było nie w porządku.

- T-t-t-ta-t…

Atkins wydukała, sztywniejąc. Na jej twarzy było wymalowane niewyobrażalne przerażenie, a jej nogi zauważalnie drgały. Przez chwilę patrzyła się na mnie… Nie, poprawka, jej wzrok przechodził przeze mnie i był utkwiony gdzieś w mroku. Zaczęła oddychać coraz prędzej i prędzej. Jedną ręką próbowała dosięgnąć serca, ale wtedy, jakby coś magicznie się w niej przestawiło, rozluźniła się i jakby nigdy nic, spojrzała na mnie z zaskoczeniem.

- Coś nie tak?

- Eee, dobrze się czujesz? – wydukałem.

- Jasne. Miło, że pytasz, ale lepiej już chodźmy, bo Michael będzie się niepokoił – oznajmiła, wciąż wyraźnie zdziwiona moim pytaniem, po czym odwróciła się. Zachowywała się jakby kilka ostatnich sekund w ogóle nie miało miejsca. To było moje czy jej urojenie? Stwierdziłem, że nie będę wnikał. Zanim dołączę do reszty, musiałem coś jeszcze potwierdzić.

Runcorn miał swoje przypuszczenia, którymi nie chciał się dzielić, jednak nie trzeba było być geniuszem, żeby zwietrzyć woń tajemnicy w tym stęchłym powietrzu. Skoro on nie był w kooperatywnym nastroju, odkryję ją sam, a to będzie ku temu pierwszy krok. W miejscu, z którego według mojej pamięci zszedłem wcześniej do piwnicy, napotkałem ścianę nośną i nic nie zdradzało, żeby ukryte było w niej tajne przejście.

Kilka minut później odnalazłem Atkins i Runcorna, którzy sprawdzali jakiś hangar. Pomimo tego, że planowałem zostawić ich i samemu eksplorować inny obszar, szczęście nie uśmiechnęło się do mnie i tym razem. Oczywiście, Wynalazca musiał mnie przyuważyć. Wydarł się, nie robiąc sobie nic z tego, że przebywaliśmy na terytorium wroga.

- Hej, Sparrow! Tutaj!

By go uciszyć, poddałem się.

- Jakiś postęp? – zainteresowałem się.

- Zależy pod jakim względem. Generalnie, możesz opuścić pukawki, bo jesteśmy tu całkowicie sami.

- Na jakiej podstawie tak sądzisz?

- Spójrz… – Runcorn wyciągnął w moją stronę plik pożółkłych, lecz wciąż czytelnych papierów – Nie jest to rzecz jasna wspomniany dowód, ale wydaje mi się, że nadal jest warty uwagi. Znalazłem to w sejfie na piętrze.

Wśród tych dokumentów najbardziej rzucał się w oczy akt własności magazynów portowych Cardiff, datowany na pierwszego marca 2002 roku. Firma została kupiona praktycznie za bezcen z rąk poprzednich właścicieli przez…

- Nie uważasz, że nazwisko Bill Ellrose jest całkiem zabawne?

- Niby czemu? – zdziwiłem się, bo nie widziałem w nim ani grama komizmu.

- Cóż, pojawia w takim jednym notatniku… Choć imię nie jest tam rozwinięte, jestem pewien, że chodzi o tą samą osobę. Czas zresztą także się zgadza.

- Poważnie? – B. Ellrose… Bellrose… Czyżbym nareszcie posiadł jakąś wskazówkę co do tożsamości przywódcy tej organizacji? Mimo to, nie śpieszyłem się z otwarciem szampana, ponieważ to nazwisko nie dość, że brzmiało jak fałszywe, nie musiało być wykorzystane przez lidera osobiście.

- Miałem nieprzyjemność go spotkać parę ładnych lat temu. Mówię ci, pojeb jakich mało. I przedstawiał się w ten sposób, więc to nie może być przypadek. Ta miejscówka należy bądź kiedyś należała do Bellrose i nie posprzątali po sobie dokładnie! Jest jeszcze coś, ale pozwolę Elysium czynić honory. Odpal aplikację Skaner/Radar.

Odnalazłem wspomniany program i uczyniłem, jak mi polecono. Ujrzałem wtedy interfejs, na szczycie którego widniało „skan”. Pod spodem natomiast mieściły się przyciski opisane cyframi od jeden do siedem.

- Trójkę, panie – zduszając w sobie chichot, Runcorn poinstruował mnie, jednocześnie czyniąc to samo na własnej bransolecie. Po chwili, z naszych nadgarstków pojawiły się hologramy, przedstawiające okolicę z rzutu z satelity.

- Dlaczego jest tu aż tak niebiesko?

Wszędzie, w obszarze około 50 metrów od punktu, w którym przebywaliśmy, unosiła się błękitna mgła. Gdzieniegdzie zdawała się być gęsta niczym kisiel, a w pozostałych rejonach ledwo widoczna, jednak wciąż można było zauważyć jej granice. Co ciekawe, były one równe, jakby narysowane od linijki.

- Sparrow, wiem, że jesteś człowiekiem godnym zaufania. To co ci zaraz powiem powinno jak na razie pozostać między nami dwoma – pokiwałem głową, zachęcając Wynalazcę do kontynuowania – To jest skażenie chemiczne. Ciężko określić z jakiego konkretnie powodu, ale powietrze, którym oddychamy równoważy dziewiątce, niemal dziesiątce w skali indeksu jakości powietrza AQI. Ale to wciąż może być zaledwie czubek tego problemu.

- Cholera, a więc taką pułapkę dla nas przygotowali… – zacisnąłem pięści żałując, że nie założyłem takiego scenariusza. Oni wcale nie musieli tu być osobiście, wystarczyło, że rozpuścili jakieś gówno, poczekają aż się nim potrujemy i wygrają. Proste i diabelnie skuteczne.

- Uspokój się. Taka chmura nie powstała w jedno popołudnie. Biorąc pod uwagę powierzchnię, to mogło być równie dobrze parę tygodni, jak nie miesięcy, bo opary ledwo się poruszają w symulacji.

- Masz jakiś pomysł? – poddenerwowany, zwróciłem się do Wynalazcy. Jak długo przeciwnik nie posiadał fizycznego ciała byłem zdany na umysł Runcorna, który wyglądało na to, że zawiódł.

- Nie… Wybacz, ale jesteśmy w szczerej dupie – jego wargi zwęziły się, kiedy kopnął z całej siły w ścianę. Zapewne od razu tego pożałował, bo złapał się za palec i podskoczył kilka razy w miejscu, siarczyście przeklinając.

Gdy w końcu ochłonął, odzyskał nadzieję.

- Chociaż po zastanowieniu się, jest jeszcze coś, co możemy sprawdzić. Punkt z najwyższym stężeniem. Logika podpowiada, że raczej to będzie centrum produkujące skażenie. Jeżeli dowiemy się co je spowodowało, może… Tak! To jest to! – Runcorn przechadzał się w kółko, entuzjastycznie szepcząc do siebie. Z racji, że nasz czas mógł być mocno ograniczony, wyrwałem go z tego stanu.

- Chcesz tam się udać? Bez masek gazowych to może być szaleństwo.

- A co mamy lepszego do roboty? Wycofać się i zabrać komplet z bazy? I przy okazji pomóc temu dziadostwu się rozprzestrzenić? Póki co możemy jedynie zgadywać, jak działa. Poza halucynacjami, których już doświadczyliśmy, jest spora szansa, że później prowadzi do gorszych objawów, więc wyjście jest tylko jedno. Musimy odkryć przyczynę skażenia, zneutralizować ją lub zebrać wystarczającą ilość danych, a następnie wezwać posiłki!

Sytuacja przekraczała wyłącznie zagrożenie naszych żyć. W gruncie rzeczy był to stan kryzysowy, ponieważ od Białego Domu dzieliło nas jak wiele? Trochę ponad pięć kilometrów? W przypadku, gdyby prezydent Robinson ucierpiał na skutek tego ataku chemicznego Bellrose miałoby wolną drogę, żeby panoszyć się jeszcze bardziej lub nawet wcisnąć na jego miejsce swojego człowieka, a to nie byłoby mi na rękę. Z całą potęgą oficjalnej władzy posiedliby dodatkowe środki, które utrudniłyby mi zadanie. Dlatego nie sposób było nie przyznać Wynalazcy racji. Tak, musieliśmy działać.

- Wchodzę w to – oznajmiłem.

- Świetnie – Runcorn położył dłoń na moim barku i spojrzał mi w oczy – Eskortuj mnie do środka tej wichury, stary. Czym szybciej, tym kurwa lepiej.

- A co z nią? – wzrokiem wskazałem Atkins, która zajmowała się swoimi sprawami, nie zwracając na nas większej uwagi.

- Poczeka. Dawaj, bo zaraz coś zauważy – Wynalazca szarpnął mnie za rękaw i wyciągnął z magazynu. Nie protestowałem.

Jak sugerowały to odczyty skanera, największe zagęszczenie chemikaliów unosiło się nad ruinami stojącego na uboczu gmachu, na którym widniały resztki białej farby. Ten znak niegdyś musiał stanowić identyfikator budynku, ale aktualnie był niemal całkowicie spłukany, przez co nie szło określić co dokładnie przedstawiał. Ponadto, jedna z jego ścian zawaliła się. Dzięki temu, choć normalne wejścia były zasypane, można było bez problemu wspiąć się na stertę gruzu i dostać się do środka.

- Myślisz, że to od tych śmieci? – zerknąłem na stos zrzuconych tu nielegalnie worków z odpadami.

- Jesteśmy na obrzeżach najciemniejszego niebieskiego. To musi znajdować się w budynku.

- Albo pod nim.

- Trafna uwaga – Runcorn odbił się od palety i ze zwinnością, o którą nie podejrzewałbym kogoś ze sztuczną ręką, wdrapał się na barierki, skąd przesłał mi porozumiewawcze spojrzenie. Ja wezmę piętro, a ty parter, zakomunikował, więc rozdzieliśmy się.

Prawdę powiadając, początkowo czarno widziałem powodzenie tego planu. Pomimo tego, że magazyn był dość pokaźny, większość jego inwentarza została doszczętnie zniszczona, dlatego po krótkim spacerze wokół już miałem się poddać i czekać na Runcorna, jednak wtedy refleks światła odbił się od czegoś pod moimi nogami. Nachyliłem się i zacząłem przeszukiwać stos odłamków skrzyni oraz kamieni, wkrótce trafiając na metalowy obiekt. Podniósłszy go, zagwizdałem.

- Oho, musiały się tu kiedyś dziać niemiłe rzeczy…

To była łuska pocisku, kaliber 9mm. Zardzewiała, ale wciąż widoczne było na niej znaczenie producenta. 9x19mm Parabellum – model wykorzystywany już od czasów I Wojny Światowej, a później przez kraje członkowskie NATO. Nie było to nic jakkolwiek wyróżniającego się, ponieważ była to właściwie klasyka gatunku amunicji, dostępna w Stanach także dla cywili. Nie wydawało mi się, żeby ten szczegół miał znaczenie, więc nie mając lepszego zajęcia, rozejrzałem się po okolicy. Niebawem trzymałem już całą garść łusek. Żadna z nich nie wyglądała jednak jakby trafiła w żywy cel. Ktoś chyba urządził tu sobie strzelnicę. Chociaż niekoniecznie. Deszcz mógł po prostu zmyć krew. Ech… Nie dowiedziałem się absolutnie niczego. Zawiedziony tym, na ślepo cisnąłem zebranymi kulami za siebie. Rozsypały się z grzechotem, odbijając się po ścianach i innych przeszkodach. Westchnąłem raz jeszcze, ale po momencie podskoczyłem, bo dobiegł mnie donośny trzask.

Zwróciłem się w stronę schodów na podest, gdzie jedna ze ścian cofnęła się, tworząc zagłębienie o równej, prostokątnej krawędzi. Byłem przekonany, że gdy popchnę tę powierzchnię, ujrzę tajną skrytkę bądź korytarz, jednak zanim to, ciekawił mnie sposób aktywacji tego mechanizmu. Czy jakimś cudem udało mi się to czystym przypadkiem, czy może była to zasługa Runcorna? Zagadka rozwiązała się dość prędko.

- Nie mam pojęcia co zrobiłeś, ale to zadziałało. Dobra robota, Sparrow – zdumiony Wynalazca wychylił się zza poręczy i po chwili był już obok mnie – Bez ociągania się. Czuję po kościach, że to dopiero początek przygody.

Nie czekając na moją reakcję, przesunął kamienną płytę. Tak jak przypuszczałem, odsłoniło się wtedy zejście w głąb ziemi.

- Panie przodem… – Runcorn zadrwił, zapraszając mnie do środka.

- Pierdol się – warknąłem. Zapaliwszy latarkę na moim ramieniu, wkroczyłem w mrok.

Rury ciągnęły się wzdłuż obu ścian, tworząc poręcze, które ułatwiały bezpieczne schodzenie po schodach, bo ich wielkość różniła się. Jedne były przesadnie wysokie, drugie prawie nieistniejące, bez żadnego regularnego wzoru. Mogłem wykorzystać do pomocy bransoletę, jednak czułem, że nie powinienem jej spuszczać ze znajdujących się na samym dole drzwi. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że w każdej chwili miały się rozsunąć, uwalniając zagrożenie. Jakie? Tamte diabelskie monstrum z wcześniej? Nie sądziłem. Choć nie przemawiała do mnie wersja Wynalazcy, wedle której były one jedynie wytworem mojej wyobraźni, pobudzonej dodatkowym bodźcem chemicznym, wiedziałem, że nie musiałem się obawiać powtórki z piwnicy. Z jakiegoś powodu czułem się nostalgicznie w tym miejscu. Schodzenie tym tunelem wydawało mi się czymś zupełnie naturalnym, jak powrót po latach do domu rodzinnego. Cóż, może Runcorn miał jednak trochę racji?

- Jak w lodówce… – dreszcz przeszedł przez Wynalazcę, który pod wpływem chłodu zaczął rozmasowywać kończyny.

- Lepiej nie zostawać tu na dłużej. Załatwmy co trzeba i zjeżdżajmy.

- Święte słowa, szefie. Święte słowa.

Przywarliśmy do ścian i na trzy wpadliśmy do środka pomieszczenia, mierząc na boki, doszukując się w polu widzenia choćby najmniejszego ruchu. Przeskanowawszy kąty zrozumieliśmy jednak, że nie było tu nikogo ani niczego, więc dalej osłaniając się nawzajem, zbliżyliśmy się do panelu kontrolnego, stojącego pod długim szklanym panelem.

- Jeny, dawno nie widziałem równie przekombinowanego systemu. Tyle guzików, tyle wajch! Ktoś tu chyba nie słyszał o optymalizacji lub wziął sobie ją zbyt dosłownie – w Runcornie obudziła się pasja Talentu. Nieco nie w porę, ale byłem za bardzo skupiony na rozczytywaniu funkcji przycisków, żeby przejąć się jego zawodzeniem.

- Są wciąż zasilone?

- Jeden sposób, żeby się przekonać. Trzeba nacisnąć włącznik.

- Tylko jak go rozpoznać? – w końcu każda dźwignia mogła nim być.

- Zazwyczaj jest to największy i najbardziej krzykliwy guzior. Dokładnie taki jak ten…

Runcorn bez wahania nadusił owalny kształt, ulokowany na prawej stronie konsoli, który natychmiast rozświetlił się na zielono. Wtedy zapaliły się także światła w pomieszczeniu, a ten, który tego dokonał, zaklaskał.

- Prościzna.

- Ryzykowne, ale opłaci się. Jeżeli ktoś tu gdzieś czyha, trudniej będzie mu się ukryć.

- O, a to niespodzianka – mój partner zdziwił się – Spodziewałem się, że opieprzysz mnie za taką samowolkę.

- Niby czemu? Istnieje też spora szansa, że wejście odkryto celowo od wewnątrz, żebyśmy go przypadkiem nie pominęli – skierowałem się do kolejnego przejścia, obok którego przymocowany był czytnik na karty dostępu.

- Zaczekaj! – Wynalazca nagle się wydarł, powstrzymując mnie w ostatniej chwili przed potraktowaniem tego urządzenia ołowiem – Jestem w stanie otworzyć to w mniej brutalny sposób. Daj mi momencik… – mówiąc to, wepchnął się pomiędzy mnie i moją niedoszłą elektroniczną ofiarę, sięgając do nadgarstka. Przez minutę zawzięcie na niej wyklikiwał, jednak nie mogłem dostrzec co, dopóki na czytniku nie pojawił się napis „przyznano dostęp”.

- Potrafisz hakować?

- Już tego nie udowodniłem? Zresztą to nie były nawet jakieś specjalne przeszkody. Z odrobiną treningu nawet dziecko podołałby, bo wystarczyło jedynie… Ach, walić to. W obecnej sytuacji odpuśćmy wykłady.

- Zgadzam się – potwierdziłem, gdy drzwi rozwarły się. Za nimi czekała następne klatka schodowa, choć zdecydowanie czystsza, pokryta szachownicą biało-szarych kafelków.

Po złamaniu identycznej blokady piętro niżej, znaleźliśmy się w przestrzennej hali. Jej podłoga była wyłożona fiołkową wykładziną z frędzlami, natomiast na ścianach zawieszona była kolekcja obrazów. Niektóre były portretami nieznanych ludzi, w większości kobiet, inne pięknymi pejzażami dzikiej przyrody, ale wszystkie miały jedną wspólną cechę – od fotografii odróżniało je wyłącznie brak żółtej barwy, bo nawet do słońca użyto granatu, co przynosiło dość niepokojący efekt. Mimo to, najbardziej zajmującą część pomieszczenia stanowiło jego centrum, gdzie umieszczony był okręg drewnianych barierek, w którym w równych odstępach od siebie mieściły się małe podesty, przypominające ambony. Naliczyłem ich łącznie 22.

- Jasny chuj… – Runcorn wyszeptał z szeroko otwartymi oczyma, po czym rzucił się do badania tego znaleziska. Prawdopodobnie nie świadomy tego, że robi to na głos, kontynuował, miotając się chaotycznie:

- Prawie jak tamta… Nieprawdopodobne… Czy aby na pewno…

Po tym jak uczynił kilka okrążeń, straciłem cierpliwość:

- Powiesz mi o co tu do cholery biega? Ta konstrukcja raczej nie jest źródłem zanieczyszczenia, więc dlaczego się nią aż tak przejmujesz?

Przez dłuższą chwilę Runcorn zdawał się mnie nie dostrzegać, ale ostatecznie, wydał z siebie niski, piskliwy dźwięk i dwukrotnie uderzył się pięścią w głowę, co musiało mu przywrócić zdolność logicznego myślenia.

- Sparrow, błagam cię, powiedz mi, że to zwidy. Albo przypadek. Cokolwiek. Nie jestem w stanie zaakceptować, że to działo się tak blisko!

- Opanuj się. I gadaj treściwiej.

- Chodzi o tą salę. Wygląda prawie tak samo jak sala procesowa z drugiej zabójczej gry!

Dla niego to mogło być ważne odkrycie, jednak pamiętając o bardziej przyziemnych sprawach, nie potrafiłem podzielić jego entuzjazmu.

- Skąd ta pewność? Z tego co zrozumiałem, tylko o niej słyszałeś.

- Tak, ale… Pasuje do tego opisu. Oraz wizualizacji, jaka została wykonana przy pomocy ocalałego. Przy każdej sprawie zmieniano wystrój, jednak debatujący musieli mieć swoje stanowiska. Później martwych zastępowano ich przekreślonymi portretami…

- Nie sądzę, żebyśmy mieli na to czas… – wtrąciłem, ale do Wynalazcy nic nie docierało. Ciągnął dalej:

- Dekoracje zostały, ale resztę posprzątano. Gdyby nie wyczyścili tablic mógłbym chociaż potwierdzić zgodność uczestników z listą. Teraz co najwyżej mogę zgadywać po wystroju, że ofiarą był malarz lub ktoś związany ze sztuką. A kto mordercą? Przede wszystkim, co wydarzyło się, że nikt nie ocalał? Zabójca wygrał, ale jego też nie wypuszczono? A może popełnił samobójstwo? Przecież wspominał o 22 ciałach!

Maniakalną tyradę Runcorna przerwał dopiero policzek jaki mu wymierzyłem. Po tym nastąpiła cisza, podczas której mój towarzysz wpatrywał się pustym wzrokiem w podłogę. Zresetowanie się zajęło mu moment.

- Przepraszam, poniosło mnie – zaśmiał się, przeczesując palcami przez swoje białe włosy, dzięki czemu stwierdziłem, że wrócił już do normy. Rozejrzawszy się jeszcze raz dookoła, obrał kierunek na parę marmurowych wrót, zdobionych licznymi, pozłacanymi zawijasami – Pomóż mi z nimi. Są ciężkie, a trzeba otworzyć je ręcznie – tym razem to ja potrzebowałem ponaglenia. Wkrótce, drzwi ustąpiły pod naszymi połączonymi wysiłkami.

Zwiedzanie kompleksu okazało się zajmować dłużej niż można się było tego z początku spodziewać. Jak tak rozległy podziemny labirynt uchował się przed światem w samym sercu stolicy jednego z największych państw na tej planecie? Uważałem to za swoisty ewenement. Przecież wcześniej czy później ktoś musiał, nie wiem, rozkopać w pobliżu fundamenty pod drogę, czy coś w tym stylu, więc jeżeli Wynalazca miał rację i zabójcza gra rozegrała się tutaj przed niemal dwudziestu laty, było to wręcz nieprawdopodobne. Ale cóż, jak mawiają, najciemniej jest pod latarnią, dlatego taka kryjówka, z odpowiednimi funduszami faktycznie mogła nie być takim głupim rozwiązaniem.

Po tym jak zjechaliśmy windą (na szczęście była wystarczająco powolna, żebym tego zbytnio nie odczuł), znaleźliśmy się w recepcji, lub w każdym bądź razie, tak mi się wydawało biorąc pod uwagę kontuar umieszczony pomiędzy parą spiralnych schodów o lśniących hebanowych poręczach, prowadzących jeszcze głębiej. Blat tego stanowiska połyskiwał jak świeżo wypolerowany. Nie szło doszukać się na nim choćby najmniejszej drobinki kurzu. Zresztą to samo tyczyło się pozostałych mebli: rzędu wysokich krzeseł ustawionych przy barku z pełnym asortymentem, stojących nieopodal eleganckich skórzanych kanap oraz tarczy do gry w rzutki.

- Przytulnie tu.

Gdybym zjawił się w tym miejscu w innych okolicznościach zapewne zgodziłbym się z tym zdaniem. Nigdy nie byłem w pięciogwiazdkowym hotelu, ale wyobrażałem sobie, że wyglądały one w podobny sposób do otaczającej mnie scenerii.

- Czułbym się pewniej, jakby było tu chociaż trochę brudu… Wiem, że to prawie niemożliwe, jednak zdaje mi się, że ktoś tu nadal pomieszkuje.

- Bzdura – skwitował Runcorn – Dopóki nie włączyłem elektryczności nie było jej od kto wie ilu.

Mimo to, nie przekonał mnie. Przecież na pewno dało się jakoś ukartować, żebyśmy odnieśli takie właśnie wrażenie. Nawet brak zapasów w kuchni nie potrafił uciszyć moich wątpliwości, paranoicznego głosu, który podszeptywał, że był to dopiero początek. Chcąc odwrócić od niego uwagę, zwróciłem się do Wynalazcy:

- Gdzie dalej?

- A bo ja wiem? – wzruszył ramionami – Znając życie, nasz skarb leży na najniższym piętrze, strzeżony przez smoka, ale proponuję sprawdzać wszystko po drodze. A nuż się poszczęści.

Tak się jednak nie miało stać. Przedarłszy się przez magazyn, izbę przyjęć, kino, strefę mieszkalną oraz parę pomniejszych pokoi, nie napotkaliśmy na nic co mogło być przyczyną niepokojącego zjawiska, dlatego odpowiedź mogła być już tylko jedna – laboratorium. W sumie adekwatnie…

- Mam złe przeczucia – kiedy ustawiliśmy się przed drzwiami Wynalazca zamyślił się.

- Wszyscy je miewamy.

- Sparrow, nie powinniśmy… – zaczął, ale jego głos stopił się z hukiem wyłamywanych kopnięciem drzwi. Wszystko co wydarzyło się po tym jak upadły na podłogę, odbyło się dosłownie w mgnieniu oka.

Gdy wnętrze laboratorium ujawniło się przed nami, usłyszałem, jak coś małego spada i wybucha. Było zbyt późno na unik. Dobiegł mnie niezrozumiały krzyk Runcorna, który osłonił moje oczy przed oślepiającą eksplozją i popchnął mnie na bok. Jednak to i tak nie zdało się na wiele, bo po chwili moja świadomość utonęła w bieli.

*

Obudził mnie uporczywy ból głowy. Czułem się jakby ktoś przepiłowywał mój mózg tępym narzędziem, powoli, z sadystyczną rozkoszą delektując się chrupotem pękającej czaszki, a następnie, rozdzierającą się tkanką. Chciałem wrzeszczeć, ile tchu w piersi, ale moje gardło było kompletnie zaschnięte. Z moich ust nie wydobył się jakikolwiek, choćby najmniejszy dźwięk. Mogłem jedynie czekać aż ta męka się zakończy, jednak to była tylko płonna nadzieja.

Nie dane mi było zaznać ukojenia. Co więcej, z czasem zacząłem coraz bardziej cierpieć. Ból rozchodził się po pozostałych częściach mojego ciała. Wkrótce poczułem go także w kończynach, w które wżynały się ciasno opięte skórzane paski. Otworzyłem oczy. Wciąż widziałem jasne powidoki, a więzy skutecznie uniemożliwiały mi nachylenie się pod większym kątem. Nie pomogło nawet to, że powierzchnia, na której mnie skrępowano, nagle się przechyliła niemal do pionowej pozycji.

- Witaj, Christopherze – kształt w długim czarnym płaszczu przemówił nieludzko chłodnym głosem – Zazwyczaj jestem znany z gościnności, ale gdybym nie przedsięwziął tych drastycznych środków, nie udałoby się doprowadzić do tego spotkania. Od pewnego czasu pragnąłem z tobą porozmawiać. Choć w tym przypadku będzie to raczej monolog, ponieważ tylko jedna osoba, czyli ja, będzie się odzywać.

Pomimo tego, że musiał to być pierwszy raz, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że gdzieś już widziałem tę maskę z dziobem.

- W twojej historii jestem, można by to określić, głównym antagonistą. Tak, to właśnie ja jestem przywódcą Bellrose, organizacji, której wypowiedziałeś wojnę. Nie posiadam już imienia. Przez lata używałem wielu, które obecnie utraciły swoje znaczenie, jednak dla wygody, uznajmy, że nazywam się V. Nie potrzebujesz więcej informacji o kimś, komu z całego serca i tak życzysz śmierci.

V parsknął śmiechem, który wbijał się w moje uszy niczym sopel lodu. Zdawał się przy tym nawet nie drgnąć. Jedynie jego peleryna delikatnie falowała, lecz wciąż nie odkryła sylwetki swojego właściciela, przez co nadal nie mogłem potwierdzić czy V faktycznie był nim.

- Oj tak, chciałem cię poznać już od dawna i to, że począłeś metodycznie eksterminować moich ludzi nie miało z tym nic wspólnego. Interesuje mnie twój Talent. Jest on na swój sposób abominacją wśród Talentów, nawet tych Ostatecznych. Podobnie do mojego, bardziej pasowałoby do niego określenie „moc”.

V wyciągnął w moją stronę swoją ćwiekowaną rękawicę z czarnej skóry:

- Urodziłem się ze zdolnością manipulowania rzeczywistością. O, na przykład w ten sposób… – między jego palcami zatańczyły neonowe smugi, które na zmianę rosły i malały, poruszały się, sprawiając, że wszystko pomiędzy wydawało się być na zmianę zasysane do środka, a następnie wypychane w losowych obszarach wokół V – To naturalne, że mi nie wierzysz, że uważasz to za kuglarską sztuczkę. Gdy to odkryłem, sam myślałem, że postradałem zmysły. Być może bardziej przekona cię coś bardziej zaawansowanego…

Kiedy pstryknął palcami, ściany zniknęły. Zastąpiły je gąszcze krzaków oraz pnie drzew. Upływ lat wiele ich nie zmienił. To wciąż była ta sama, jakże bliska mojemu sercu polana w lesie przy Johnville, na której spędziłem sporą część młodości.

- Z całą pewnością nienawiść zaślepia twój umysł, jednak ufam, że moja wiadomość utkwi w twojej głowie i przyda się w kluczowym momencie. Jestem świadomy tego, że proszę o dużo, zważywszy, że cię porwałem, ale spełnij to pobożne życzenie… – V odchrząknął – Czy słyszałeś o tsenrecie? Nie? Zdziwiłbym się gdybyś. Pomijając naukowy żargon, jest to rzadki metal, który niekiedy można wyodrębnić ze złota lub srebra. Mało kto wie o jego istnieniu, ponieważ różnice strukturalne wynoszą maksymalnie dwa kwarki przy atomie, dostrzeżenie czego jeszcze przez dziesięciolecia będzie poza możliwościami zwykłych śmiertelników. Nieskromnie przyznam, że odkrył go pewien naukowiec związany z Bellrose, ale nie wchodźmy w szczegóły. Istotne jest to, że tsenret jest drogą do nieśmiertelności. Nie takiej, która polega na niestarzeniu się ciała, lecz takiej, jakby to ująć, gdzie naczynia są wymieniane. Ten metal jest w stanie utrzymywać w sobie esencję życiową człowieka i w rezultacie, w pewnym sensie go wskrzesić, choć czy da się wstać z grobu, jeśli nigdy się nie umarło?

V zamilkł, przez chwilę spacerując tam i z powrotem. Z każdym jego krokiem byłem automatycznie obracany tak, żeby stale znajdował się w środku mojego pola widzenia.

- Naczynia mogą być różnorakie. Od tych dosłownych, przez drobne zdobienia, pierścionki i tym podobne, aż do żywych organizmów. To jest, jak długo zaimplantuje się im uprzednio wystarczający kawałek tsenretu. Tyle opcji! Jedynie kreatywność oraz oczywiście, fundusze są ograniczeniem. Ale do czego zmierzam? To wcale nie jest ciekawostka. Więc co? Wskazówka? Ostrzeżenie? Zostawiam to twojej interpretacji. W każdym bądź razie, to już niemal wszystko

Przywódca Bellrose zaśmiał się donośnie, a następnie zdjął z moich ust knebel, którego dotąd nawet nie zauważyłem.

- Christopherze Sparrow, jeżeli tego naprawdę chcesz, złap mnie. Będę na ciebie czekał. Przetrwaj i przyjdź po mnie, mój drogi rywalu. Rzuć mi wyzwanie, które w końcu mnie usatysfakcjonuje. Ach, zanim wyleci mi to z głowy, w magazynach nie ma żadnych chemikaliów. To tylko moja moc. Zabawiłem się nią kosztem twoim oraz twoich towarzyszy, pokazując wam ciekawe rzeczy, o czym już zresztą wiesz.

- Pokaż swoją twarz – wycedziłem z trudem, zgrzytając zębami.

- Nie martw się, miałem i tak zamiar to uczynić. Przecież jakoś musimy się odnaleźć – powolnym ruchem V ściągnął maskę.

Wtedy ujrzałem własną twarz, wykrzywioną w drwiącym półuśmiechu, pół grymasie. Na ten widok zabrakło mi tchu, a gdy przemówił głosem identycznym do mojego, wszystko ponownie stało się białe.

 - „A wielu z tych, którzy śpią w prochu ziemi, obudzą się, jedni do żywota wiecznego, a drudzy na hańbę i wieczne potępienie.” Największym grzechem jest ignorancja, od której właśnie otrzymujesz odpust…

*

Rozmasowałem skroń i podniosłem się ze stale powiększającej się kałuży wody, która wyciekała z pękniętej rury. Wciąż miałem mętlik w głowie, jednak wspomnienie V było nadzwyczaj klarowne. Choć jego moc zaprzeczała logice, nie byłem w stanie jej zanegować, bo czułem, że to właśnie za jej sprawą zapamiętałem całe spotkanie aż tak jasno. Ta scena zdawała się wręcz wytatuowana w moją świadomość… Niepewnie wstałem, opierając się o ścianę. Moje nogi były jak z waty, ale uważnie stąpając, udało mi się przetrwać najgorsze i wkrótce wszystko wróciło do względnej normy, dzięki czemu mogłem przejść do poznawania nowego otoczenia.

Wybitny rozum nie był konieczny, żeby pojąć czym była ta pokryta pleśnią oraz grzybem klitka, do której mnie wrzucono. To była cela i to niezbyt humanitarna. Nie było w niej nawet prostego łóżka czy wiadra na ekskrementy. Świetnie… Czyżby oczekiwano ode mnie, że sam wysram sobie poduszkę? Nie miałem najmniejszego zamiaru rozgaszczać się tu na tyle, żeby to było niezbędne. Zacząłem planować ucieczkę. O dziwo, nie zabrano mi wyposażenia, dlatego nie powinno to być trudne. Potrząsnąłem zardzewiałymi kratami. Trzymały się całkiem solidnie, ale… Jeżeli nałożę odpowiednią siłę, podważenie ich mogło być wykonalne. Oparłem się całym ciężarem o drzwi i wycelowałem pistoletem w ich dolny zawias. Jeżeli nie miałem ochoty dostać rykoszetem, zanim pociągnę za spust musiałem precyzyjnie wyliczyć trajektorię pocisku. O tak… To powinno zadziałać. Wystrzeliłem. Kula odbiła się tuż obok mojej nogi i zatrzymała się w rurze, z której od razu wypłynęła kolejna stróżka wody, a w międzyczasie, ja wyleciałem z potężnym grzmotem na zewnątrz.

Biorąc pod uwagę ilość wytworzonego przy tej ucieczce hałasu, stwierdziłem, że nie było już dłużej potrzeby się skradać, bo jeśli ktoś miał zostać zaalarmowany, echo z całą pewnością zdążyło donieść mu dźwięk wystrzału broni palnej oraz znacznie donośniejszy od niego upadek metalu na kamienną posadzkę. Przedzierałem się więc w gotowości naprzód, wypatrując strażników, lub nawet samego V. Krążyłem wypełnionymi wilgocią pustymi korytarzami, które zdawały się być identyczne, jednak nigdzie nie było nawet śladu po wyjściu. Chociaż większość pochodni była zapalona, nie natrafiłem również na nikogo żywego lub martwego, aż do czasu, kiedy w oddali dostrzegłem czyjąś rękę, wystawiającą z jednej z cel rozchwiany drewniany kij.

Skoro ta osoba była zamknięta, mogłem spokojnie założyć, że raczej nie będzie sprawiała mi problemów. Co więcej, była szansa, że okaże się przydatna, bo a nuż będzie w stanie mi pomóc wydostać się z tego labiryntu. Choć nie łudziłem się, że uwięziony posiadał nić Ariadny, która wyprowadzi mnie prosto na powierzchnię, nigdy nie wiadomo. Każda, nawet najmniejsza wskazówka mogła być w tej sytuacji na wagę złota, dlatego koniecznym było nawiązać kontakt. Mimo to, na wszelki wypadek postanowiłem się zbliżyć możliwie bezszelestnie. Moje kroki były perfekcyjnie wyważone, jednak to nie zdało się na wiele, bo kiedy znajdowałem się w połowie drogi, kij nagle się schował. Osadzony musiał wiedzieć o mojej obecności, więc nie było dalszych powodów do trzymania go w niepewności.

- Nie obawiaj się, prawdopodobnie jesteśmy po tej samej stronie – zacząłem przyjaznym tonem, ale był to tylko zmarnowany wysiłek.

- Bez jaj, Sherlocku – odetchnąwszy z ulgą, Michael Runcorn wyszczerzył się do mnie zza krat. Jedynie jego uśmiech był wciąż w pełni biały, bo zarówno jego włosy jak i odzienie zostało zrujnowane przez brud, a jego oko było przekrwione – Nigdy nie spodziewałem się, że aż tak ucieszę się na twój widok. Stary, myślałem, że idą kłopoty.

- A to wyłącznie ja. Jesteś cały?

- Mniej więcej. Przez tamten wybuch nadal kiepsko widzę, ale jakoś przeżyję. Przez to, że osłoniłem twoje oczy nie zdążyłem w porę odwrócić się samemu, ale nie narzekam. Gdybyś dostał pełnym blaskiem, oślepłbyś na miejscu. Ładunki musiały mieć w sobie fosfor, bo wysuszyły mnie w chuj. Na szczęście, jakoś udało mi się nawodnić, żeby móc teraz z tobą pogawędzić.

- Odsuń się. Wyciągnę cię stąd – zamierzałem powtórzyć manewr z wcześniej, jednak wtedy Runcorn wydarł się:

- NIE! Nawet nie próbuj! Nie marnuj amunicji. Tam są klucze! Jestem pewien, że któryś z nich będzie pasował do zamka – wskazał na umocowany do ściany stojak. Tylko jeden z siedmiu uchwytów był pusty, lecz wyłącznie dlatego, że klucz, który na nim wisiał, leżał w tej chwili pod spodem, co Wynalazca prędko wytłumaczył – Miałem nieco kleju w rękawie, którym połączyłem kawałki połamanego krzesła. Na chwilę przed twoim przybyciem udało mi się strącić ten najbliższy.

Po sześciu próbach i błędach podniosłem klucz z posadzki i uwolniłem nim Runcorna.

- Miałeś wyczucie – skomentowałem.

- Gdybyś się nie pojawił, nie wiem, czy bym sobie poradził. Dzięki, Sparrow.

- Mniejsza z tym. Wydostańmy się z tej nory i połączmy siły z…

- Jak znam Charlie, pewnie nawet nie zauważyła, że coś poszło nie tak. A nawet jeśli, nie ma szans, że ją złapią. Wróćmy lepiej do neutralizacji zagrożenia.

- Nie ma takiej potrzeby…

Pokrótce streściłem mu to, co powiedział mi V. Zręcznie pominąłem szczegóły i moc naszego wroga. Nie byłem pewien, dlaczego, bo naturalnym odruchem byłoby podzielenie się dosłownie wszystkim, ale prawdopodobnie część mnie nadal miała trudności z zaakceptowaniem nadprzyrodzonych umiejętności na tyle, żeby wspomnieć o nich Runcornowi. Lub może bałem się być ocenionym za uwierzenie w coś równie nielogicznego?

- Niby spoko, ale z drugiej strony, czuję, że coś tu nadal nie gra. Jesteś pewien, że nie zapomniałeś o czymś? – jak można się było spodziewać, nie szło tak łatwo omamić Wynalazcy.

- Tak – skłamałem – I też tak uważam. W tej sprawie tkwi coś grubszego niż ogłupiałe radary, jednak jak długo nie wydostaniemy się stąd, nie osiągniemy absolutnie nic.

- W tym akurat całkowicie się zgadzam. Momencik, zadzwonię do Charlie – oznajmił, sięgając po bransoletę Elysium.

Kompletnie wyleciało mi z głowy, że miałem swoją, więc odruchowo też zerknąłem na nią. Zaskoczyło mnie kilkanaście nieodebranych połączeń z nieznanego numeru. Kto mógł próbować się tak uparcie dodzwonić do mnie, kiedy tylko dwie osoby miały mieć mnie w kontaktach?

- Nie odbiera… Charlie jest bardzo roztrzepana. Wiem, że nie wygląda na taką, ale pewnego razu poszła zrobić jeszcze raz te same zakupy chwilę po tym jak wróciliśmy do domu z pełnymi siatami. Uwierzyłbyś? Ta dziewczyna potrafi bujać w obłokach, choćby cały świat walił się wokół – Wynalazca dalej próbował się połączyć. Czym dłużej to trwało, tym bardziej nerwy stawały się widoczne w jego głosie.

Choć żaden z nas nie chciał tego przyznać, po upływie takiego czasu każdy, niezależnie jak bardzo roztargniony, w końcu by odebrał, albo dałby znać, że nie może teraz rozmawiać. Biorąc pod uwagę, że ja i Runcorn wpadliśmy w zasadzkę nieprzyjaciół, usilnie nasuwała się jedna myśl. Wolałbym, żeby Wynalazca miał rację, że Atkins po prostu nie zauważała sygnału, lub chociaż wyłączyła bransoletę chowając się, jednak w głębi duszy już wiedziałem co znaczył ten brak reakcji. Niczym złowrogi cień, prawda stopniowo odsłaniała się przed nami, choć próbowaliśmy się od niej osłonić. A w dodatku, miała okazać się jeszcze gorsza niż przewidywałem.

- O, dostałem od niej wiadomość… – nic sobie nie robiąc z tajemnicy korespondencji spojrzałem przez bark Runcorna na wyświetlacz, idealnie w momencie, gdy on potwierdził odbiór pliku.

- Film? – wstrzymałem oddech, kiedy zaczął się odtwarzać.

Na środku kadru, w którym rozpoznałem biurko w gabinecie Runcorna, siedziała kobieta z nogą założoną na nogę. Trzymała ręce w kieszeniach luźnej, jaskrawo-żółtej bluzy z kapturem, pod którym upchniętych było większość jej rozczochranych czarnych włosów. Nie wyglądała specjalnie przyjaźnie, a w tym wrażeniu utwierdzały mnie jej znudzone brązowe oczy oraz tatuaż pokrywający większość jej twarzy, na której tkwił wulgarny uśmiech. Nawet gdy zaczęła mówić, nie przestawała żuć gumy.

- Kopę lat, Runcorn, brachu. Mamy rachunki do wyrównania, więc z łaski swojej streszczaj się z powrotem do swojego leża. Nie próbuj żadnych sztuczek. Oczywiście, jak długo chcesz swoją dziewuszkę nadal ciepłą i w jednym kawałku…

Kamera przesunęła się w dół, pokazując Włóczniczkę, związaną i nieco poturbowaną, lecz nadal żywą. Taśma na jej ustach skutecznie ją zagłuszała.

- Na wypadek, jeśli kręci cię posuwanie trupa, oszczędzę jej dolne partie, ale wiem, że jesteś grzecznym chłopcem i pojawisz się zanim stracę cierpliwość. A do tego masz jeszcze półtorej godziny od wysłania tego zaproszenia. Los tej dzieciny jest w twoich rękach…

Komentarze