Rozdział 7. Wigilijny spisek

Była to środa, 23 grudnia. Odkąd zostałem agentem FBTI zdążyły już minąć dwa tygodnie, a do uzgodnionej z Runcornem daty przekazania notatnika mojego ojca wciąż dzielił mnie trochę ponad kolejny. Czy wytrzymam do tego momentu? Czas pokaże. Tego dnia jednak moja cierpliwość została poddana poważnej próbie. Nie było to nic niebezpiecznego ani do końca denerwującego, tylko… Cholera, nie mam nawet pojęcia jak to ładnie ubrać w słowa, więc po prostu opowiem przebieg tych wydarzeń, bo była to przygoda rodzaju jakiej nigdy nie wyobrażałem sobie, że doświadczę.

*

Prawdopodobnie jak każdy dramat, wszystko zaczęło się niepozornie, gdy o poranku, u drzwi mojej sypialni rozległo się pukanie:

- Otwarte – zaprosiłem, odkładając książkę na nocny stolik.

Do środka wszedł dziarskim krokiem Michael Runcorn, Ostateczny Wynalazca, dyrektor FBTI i poniekąd również, mój aktualny przełożony.

- Dzień dobry, Sparrow. Widzę, że nie próżnujesz. Odłamek pocisku… Ciekawa pozycja.

- Mam sentyment do twórczości Leblanca – odrzekłem, myśląc o sokolim piórze, które nadal tkwiło przy moim kapeluszu.

- W sumie wyglądasz na kogoś, kto mógłby być fanem Arseniusza Lupina. Nasz Myśliwy dżentelmen… Z chęcią podyskutowałbym dłużej o literaturze, bo w obecnie coraz rzadziej zdarza się spotkać kogoś, kto choćby minimalnie w tym siedzi, ale tym razem jestem tu w sprawie roboty – krzyżując ręce, Runcorn oparł się o ścianę.

- Bellrose?

- Nie.

- No to mnie to nie obchodzi.

- Jak szybko odmówił – Wynalazca zagwizdał z podziwem – Chociaż byś mnie wysłuchał. Przecież jestem twoim szefem!

- Na papierze. Poza tym jesteś upierdliwym krzykaczem, który zaburza mój spokój. Powiedz co chcesz i wracaj skąd wylazłeś.

Pomimo mojej szorstkiej riposty, Runcorn nie zdawał się być urażony, wręcz rozbawiony. Przypuszczałem, że zrozumienie tego co siedziało u niego w głowie przekraczało moje zdolności, lecz jednego byłem pewien. Lubił, gdy traktowano go jak rówieśnika, a nie jak geniusza.

- Wypadałoby być choć odrobinę milszym, ale niech ci będzie… Idziemy dzisiaj na kolację wigilijną.

- To idźcie. Po co mi w ogóle…?

- Zaczekaj! To tyczy się także i ciebie. Kolacja odbędzie się w Białym Domu. Dostałeś na nią imienne zaproszenie. Prezydent od pewnego czasu pragnie się z tobą spotkać, więc doceń moją dobrą wolę, bo wciskałem mu dotąd kit, że jesteś zajęty obowiązkami służbowymi – Runcorn podał mi kopertę, której zawartość potwierdziła jego słowa. Nie sądziłem, żeby ponowie podjął się sfałszowania podpisu, a w szczególności nie przywódcy całego kraju.

- Adresowane prawie tydzień temu. Czemu widzę to dopiero teraz?

- Ponieważ wiedziałem, że będziesz starał się wymigać.

- I tak to zrobię. Uznajmy, że jestem chory.

- Zadbałem, żeby zamknąć ci tą wymówkę. Badania, o które prosiłem cię wczoraj nie były do eksperymentu, lecz by mieć dowód na twój doskonały stan zdrowia. Zaufaj mi, nie chcesz kłamać Prezydentowi. Może wygląda na uprzejmą osobę, jednak jak ktoś zajdzie mu już za skórę, nie zna litości.

Wyglądało na to, że dałem się podejść z dziecinną łatwością. Nie żeby miało to być jeszcze długo koniecznością, ale postanowiłem zwracać większą uwagę na poczynania Wynalazcy. Z racji, że samookaleczenie się nie wchodziło w rachubę, chyba nie miałem innego wyjścia niż by skapitulować:

- Ech, w takim bądź razie już wiem, jak spędzę ten wieczór…

- Ciężko było tak od razu? Gdybyś planował robić więcej problemów, rozpyliłbym w twoim pokoju coś na sen i zaciągnąłbym cię tam siłą. Ujmijmy to w ten sposób, nie tylko jego ekscelencji bardzo, ale to bardzo zależy na twojej obecności na tej imprezie.

Runcorn posłał mi złowieszczy uśmiech i zwrócił się ku wyjściu, jednak wtedy przypomniał sobie o czymś:

- Strój masz wbrew pozorom względnie przyzwoity. Dzięki wynalezionemu przeze mnie środkowi czystości jest prawie jak nowy. Gorzej z twoimi włosami. Są tak długie i rozczochrane, że wyglądają jak mop.

- I słyszę to od kogoś, kto chyba nigdy nie miał przyjemności z grzebieniem – odgryzłem się. Fryzura Runcorna była zdecydowanie mniej reprezentacyjna niż moja.

- A co, jeśli czeszę się w ten sposób celowo? Zatkało? Tu ponowię ultimatum, bo z takimi uparciuchami jak ty nie da się inaczej. Jeśli do 16 nie załatwisz przyzwoitego strzyżenia, lepiej zacznij wstrzymywać oddech. Ogolę cię maszynką na łyso, nie żartuję. O ile ci to nie przeszkadza, zajmij się tym sam. Albo pogadaj z Charlie. Jest całkiem sprawna z nożyczkami. Teraz to wszystko. Do zobaczenia później… – żegnając się kpiącym machnięciem dłoni, Runcorn opuścił mój pokój.

*

Niespecjalnie pociągała mnie perspektywa łysości. Z jakiegoś dziwnego powodu byłem strasznie uprzedzony wobec osób bez włosów, więc wizja, w której do nich dołączę wypełniała mnie co najmniej niepokojem. By jej zapobiec musiałem ulec sadystycznemu Wynalazcy i zadbać o skrócenie moich włosów o tyle, żebym nadal czuł się z nimi komfortowo, ale wciąż spełniał postawione mi wymogi. Oczywiście, poradziłbym sobie z tym sam, jednak nie byłem wybitnym fryzjerem i efekt, który mogłem otrzymać, nie zadowoliłby Runcorna. Dla pewności, że nie będzie marudził, postanowiłem więc dogadać się z Atkins. Zapukałem do ich sypialni. Choć robiłem sporo hałasu na wypadek, gdyby spała, pozostawałem bez odpowiedzi. Nikogo tam nie było. Włóczniczka musiała być już na nogach. Tylko gdzie ona może przebywać o tej porze? Zdałem sobie właśnie sprawę z tego, że kompletnie nie znałem jej codziennych rutyn. Nie licząc chwil, w których była razem ze swoim chłopakiem, zawsze gdzieś tam przewijała się w tle niczym duch, ale nie byłem w stanie przywołać jakichkolwiek konkretów. Cholera… Na całe szczęście, kwatera FBTI nie była aż tak rozległa bym jej do południa nie znalazł, więc o ile Włóczniczka jej nie opuściła, wcześniej czy później powinienem się na nią natknąć. Z tą myślą, udałem się na małą przechadzkę.

Chociaż głównym celem tego spaceru było odnalezienie Atkins, podczas podróży białymi korytarzami poczułem nagłe ukłucie nostalgii. Ile czasu minęło, odkąd ostatnio zasiadłem do jakiegokolwiek stołu wigilijnego? Trzy lata? Pomimo tego, że jakoś wyjątkowo nie świętowaliśmy świąt z Amy, posiadałem sporo przyjemnych wspomnień z ich okresów. Jednak Bożym Narodzeniem jakie najbardziej utkwiło mi w głowie było pierwsze jakie spędziłem z wujem Benjaminem w Johnville. Nie stało się wtedy nic specjalnego, na mój sentyment wpłynął po prostu fakt, że nie pamiętałem żadnych innych, które były przed tym. Ku własnemu zdumieniu nadal potrafiłem odtworzyć spore fragmenty z tamtych dni:

Choinka w domu Benjamina Sparrowa nie grzeszyła urodą. Była wystrojona tanimi bombkami ze sklepu „wszystko za 5 dolarów”, wyświechtanymi łańcuchami, które lata świetności miały już za sobą oraz kolorowymi lampkami, jakich migotanie wcale nie było oficjalną funkcją, lecz oznaką ich częściowego przepalenia. Została wystawiona wyłącznie ze względu na mnie, by ułatwić mi aklimatyzację w nowym miejscu. Nie mogłem przypomnieć sobie jakie prezenty znalazły się pod nią, jednak z całą pewnością było ich kilka w momencie, kiedy zasiadaliśmy do kolacji.

Atmosfera musiała być napięta, bo byliśmy tylko my dwaj. Ja, sierota świeżo po traumie, wuj – stary kawaler bez rodziny i dzieci. Nawet wtedy czułem, że nie był pewny czy podoła wychowaniu mnie, ale starał się z całej swojej mocy zapewnić mi komfort i wypełnić pustkę po utraconej rodzinie. Widać to było po wkładzie jaki włożył w przygotowanie wigilijnego stołu. Z oczywistych względów nie było na nim zbyt wiele dań, jednak wszystkie mi bardzo smakowały, a podczas posiłku toczyła się nieskładna rozmowa. Jako że nie byłem do niej skory, wuj sporadycznie ciągnął mnie za język, ale nie nalegał, samemu mówił więcej. Opowiadał mi o swoich przygodach w Europie, między innymi o tym jak raz utknął z przyjaciółmi na prawie miesiąc na lotnisku w Moskwie, czy o przypadkowym natrafieniu na mafijną strzelaninę na Sycylii. Imponował mi tak bogatymi doświadczeniami. Sposób, w który z najprostszego zdarzenia potrafił stworzyć pełną napięcia historię trafiał do mojego młodzieńczego serca, powodując, że zapominałem o całym świecie i marzyłem o tym by pewnego dnia wyruszyć razem z nim na podobną eskapadę. Nie chciałem, żeby przerywał choćby na sekundę, ale po pewnym czasie zadzwonił telefon. Zdążyłem jedynie zauważyć na jego wyświetlaczu numer, który był zapisany jako „Sora”. Przekląwszy pod nosem, wuj przeprosił mnie, po czym pośpiesznie opuścił salon. Gdy wrócił kilkanaście minut później, wyglądał na zadowolonego z siebie, choć próbował to ukryć. Wypowiedział wtedy jedno, dziwne zdanie, które utkwiło mi w pamięci:

- Serce jest kluczem do przyszłości… – powtórzyłem je niechcący na głos.

- Nie sądziłam, że jesteś romantykiem – na dźwięk głosu Atkins niemal podskoczyłem, a moje policzki mimowolnie zaczerwieniły się. Włóczniczka, zaskoczona tą reakcją, również zmieszała się.

- Nie jestem. Usłyszałem to kiedyś od kogoś bliskiego i zastanawiałem się co mógł mieć na myśli.

- Aha. Ten cytat brzmi ładnie, całkiem poetycko…

- Mniejsza z tym. Właśnie cię szukałem.

- Mnie? – jej brew uniosła się – Coś się stało?

- W pewnym sensie. Oczywiście nic złego, więc nie martw się. To w związku z dzisiejszym wyjściem do Białego Domu – wyjaśniłem jej całą sytuację, a gdy skończyłem, Atkins zachichotała.

- Typowy Michael… Oj, chyba będę musiała ci pomóc, bo on jest do tego zdolny. Ale za coś w zamian.

- Pasujecie do siebie idealnie… – prychnąłem, jednak ona odebrała to jako komplement. Dumnie oznajmiła:

- Idę potrenować. Jeśli pójdziesz ze mną, ostrzygę cię jak tylko chcesz – to tłumaczyło jej ubiór, w którego skład wchodziły luźne spodnie dresowe oraz koszulka z krótkim rękawem z nadrukiem przedstawiającym wieżę Eiffela. Na ramieniu miała narzuconą granatową bluzę.

- Nie sądzę, żebym mógł ci się na coś przydać. Specjalizuję się w walce na dystans, nie w zwarciu.

- Wystarczy, że posiedzisz tam ze mną. Normalnie trenuję sama, ale mam ochotę na odrobinę towarzystwa. Wiesz, żeby sprawdzić czy nie będę się stresowała jak ktoś patrzy – nie do końca docierał do mnie jej argument, jednak nie miałem zamiaru wnikać głębiej. Zastanawiało mnie tylko jedno:

- Nie możesz poprosić swojego partnera?

Na to pytanie, Atkins opuściła wzrok na podłogę.

- Michael jest zajęty. Nie mogę mu przeszkadzać. Zwłaszcza teraz. Zawsze, kiedy skupia się na czymś ważnym, widać to po nim. Jak teraz.

Interesujące spostrzeżenie. Wynalazca nie zdradzał po sobie, żeby zajmował się czymś poważnym, ba, wydawał się wręcz ostatnio nudzić. Gdyby wcześniej mi nie powiedział o swoich planach, sam nie byłbym w stanie przejrzeć przez to złudzenie, więc czyżby kobieca intuicja okazała się w tym przypadku prawdziwa?

- Trudno. No to dawaj, miejmy to już czym prędzej za sobą – pomimo braku entuzjazmu z mojej strony, Atkins rozpromieniała na tą wieść.

- Naprawdę? Cudownie! Poczekaj, pokażę ci jak świetny jest mój Talent!

Jakby bojąc się, że mogę zmienić zdanie, złapała mnie za rękę i zaciągnęła do sali treningowej. Musiałem przyznać, że na widok jej radości zrobiło mi się głupio. Chyba zacząłem rozumieć, dlaczego Runcorn tak bardzo upierał się by ją chronić. Niemal dziecinna szczerość Włóczniczki była rozbrajająca.

*

Niespełna pięć minut później zasiadłem na prowizorycznej trybunie, nie siląc się nawet by udawać, że jakkolwiek obchodzi mnie dziejąca się przede mną rozgrzewka. Żałowałem, że nie miałem czasu by wrócić do pokoju po książkę, bo nie miałem pojęcia jak długo to potrwa… Ale skoro już miałem tu tkwić bezczynnie, wypadałoby rozeznać się w możliwościach jednej trzeciej personelu FBTI.

Zacząłem przyglądać się Atkins, by oszacować jej potencjał bojowy. Choć była drobnej postury, nadrabiała wyjątkową gibkością ciała, co było już widoczne przy najprostszych ćwiczeniach. Jej kończyny wyginały się z taką łatwością, jakby były pozbawione kości. Bez wysiłku wykonywała nawet najbardziej skomplikowane figury gimnastyczne, do których następnie przystąpiła. Syknąłem po cichu. Samo obserwowanie jej ruchów przyprawiało mnie wręcz o fizyczny ból, zwłaszcza gdy pomyślałem sobie co by się stało, jeżeli spróbowałbym to powtórzyć. Skręciłbym najpewniej kark, a w najlepszym wypadku, powyłamywał wszystkie stawy. Przygryzłem wargę z nadzieją, że ta faza treningu niebawem się zakończy, bo inaczej dostanę trwałego urazu psychicznego. Na całe szczęście, dalsza męka została mi oszczędzona, gdy tylko o tym pomyślałem.

W skład drugiej fazy sesji treningowej wchodziło rozciąganie się z prostą włócznią. Trochę lepiej, jednak nadal okazało się wyzwaniem dla mojej wytrzymałości. Ten obrót… Z tej perspektywy to wyglądało jakby jej kręgosłup złamał się w pół… Zaczynałem się powoli cieszyć, że kroczyłem drogą strzelca, ponieważ zdecydowanie nie chciałbym się pojedynkować z kimś o takim Talencie. Atkins niemal dosłownie latała po hali! Wykonując kilka płynnych obrotów włócznią, wbiła ją w posadzkę i zrobiła salto do przodu. Złapała nogami za jej uchwyt, po czym wspięła się w ten sposób do góry. Oparłszy się jedną dłonią na czubku broni, podniosła się do pionowej pozycji, a następnie, wyskoczyła i wyciągając ze sobą włócznię, cisnęła nią w ścianę, od której także sama się odbiła. Zanim jeszcze zdążyła upaść na podłogę, broń wróciła do właścicielki, która przekładając ją między rękoma, wykonała kilka przyspieszonych młynków. Atkins działała z imponującą precyzją oraz prędkością. Była niczym istny huragan. Ostatecznie zatrzymała się. Łapiąc oddech, zwróciła się w moją stronę:

- I jak?

- Jesteś całkiem niezła – musiałem przyznać.

- Dopiero się rozkręcam!

Uśmiechając się, sięgnęła do stojaka po dodatkowe włócznie. Umieściwszy je w równych odstępach od siebie, ustawiła się plecami do ściany.

- No, żebyś ty się przypadkiem nie przekręciła, moja droga – wyszeptałem, a wtedy Włóczniczka ruszyła do akcji.

Wykonując piruet do przodu wdrapała się na czubek jednej z ustawionych broni i balansując swoją włócznią, przyjęła pozycję, jaką nie pogardziłby shaoliński mnich. Przez dłuższy moment stała tak w bezruchu, medytując z zamkniętymi oczyma, a po chwili, przeskoczyła na wbity nieopodal wąski palik. Nie drgnęła choćby odrobinę przy lądowaniu. Byłem pod wrażeniem tego wyczynu, jednak nie zapowiadało się na to, żeby Atkins miała na nim poprzestać. Wkrótce zaczęła śmielej tańczyć między włóczniami, dodając do zestawu przeróżne akrobacje. Jak można było się spodziewać po kimś, kogo Talent skupiał się na tego typu uzbrojeniu, czuła się wśród włóczni jak ryba w wodzie. Wydawała się być białą smugą, przemieszczająca z gracją przekraczającą możliwości zwykłego śmiertelnika.

Kiedy ten spektakularny pokaz nareszcie dobiegł końca, Atkins ukłoniła się i opadła na ławce obok mnie.

- Dawno tak nie zaszalałam. To było wyczerpujące, ale bawiłam się wybornie. Musimy to kiedyś powtórzyć!

Raczej podziękuję, pomyślałem, jednak milczałem, by nie psuć jej humoru.

- Jeśli będziesz chciał, mogę nauczyć cię parę prostych trików. Kto wie, może ci się przydadzą. Nawet Michael dał radę, a nigdy nie był najsprawniejszy. Odkąd się znamy, zawsze wolał książki niż ruch.

- Odniosłem przeciwne wrażenie. Radził sobie ponadprzeciętnie jak graliśmy w tamtej wirtualnej rzeczywistości – powiedziałbym wręcz, że był na równi ze mną, choć miałem wtedy kontuzjowaną nogę, która niwelowała moją przewagę.

- Wyrobił się chłopak. Ale kiedyś był inny.

- Co masz na myśli?

Atkins pogrążyła się na moment we wspomnieniach:

- Od dzieciństwa byliśmy sąsiadami. Jego rodzina wprowadziła się obok mojej kiedy miałam 9 lat. On jest ode mnie o trzy lata starszy, więc przez dłuższy czas nie mieliśmy ze sobą nic do czynienia. Michael spędzał całe dnie w domu, a ja bawiłam się z innymi dziećmi na placu zabaw. Jednak nasi rodzice zaprzyjaźnili się i czasami pchali nas do siebie na siłę. Nie dogadywaliśmy się. Kompletnie przeciwne charaktery…

- Mimo to, teraz jesteście razem – zauważyłem.

- Tak – Włóczniczka spłonęła rumieńcem – Głupia historia. Gdy byliśmy w liceum Michael przywykł do tego, że jesteśmy skazani na siebie i zaczął traktować mnie prawie jak siostrę. A ja się w nim podkochiwałam. Wyłącznie dlatego, że był dla mnie miły… Wszystko zmieniło się dopiero po tamtym pożarze

Choć łzy nabiegły do oczu Atkins nie było już jak im zapobiec. Dałem jej kontynuować.

- Dom Runcornów został podpalony przez nieznanego sprawcę. Pamiętam, że nie mogłam wtedy spać i zauważyłam ogień. Gdybym nie obudziła rodziców, nawet nie chcę wyobrażać sobie co mogło się zdarzyć… Zresztą rodzice Michaela i tak zginęli… A on trafił do nas. Był już pełnoletni, więc nie było to problemem. Michael… On był załamany. Nie mówił nic, patrzył się tylko w jeden punkt przez cały dzień. Wszyscy starali się mu pomóc, ale bezskutecznie. Ja też pragnęłam coś dla niego zrobić. Stwierdziłam, a co mi tam. Podeszłam do niego i go przytuliłam. Siedzieliśmy tak przez kilkanaście minut aż w końcu wyszeptał moje imię. I od tego momentu minęło już z dobre pięć lat.

- Pięć? Słyszałem, że jesteście razem od dwóch czy trzech – przynajmniej tak mówił Runcorn. Skąd ta rozbieżność?

- Ach, to miała być tajemnica – Atkins ugryzła się w język. Mimo to, po chwili dodała – Chociaż jeśli urwę teraz, możesz źle o nim pomyśleć. Michael jest dobrym człowiekiem. Trochę nietypowym, ale nadal dobrym.

- Czyli coś przeskrobał w przeszłości? – wtrąciłem.

- Nie, skądże! Pewnego dnia, jakoś po śmierci mojego taty, po prostu wyparował bez śladu. Nie przyszedł nawet na pogrzeb… Prawie zdążyłam się już pogodzić z tym, że mnie porzucił, jednak wtedy znowu się spotkaliśmy. Chociaż drastycznie się zmienił, rozpoznałam go od razu.

- Jak wyjaśnił tamto zniknięcie?

- Opowiedział mi o swojej pracy w policji. Musiał działać pod przykrywką, więc wolał mnie zostawić bez słowa niż narażać na niebezpieczeństwo. Głuptas… Jakiś psychol, którego śledził uwziął się na niego, a potem tak urządził. Gdybym była wtedy przy nim, pomogłabym mu, obroniłabym go…

- Zapewne – odrzekłem. Czułem, że to już wszystko, dlatego nie chciałem przeciągać tej rozmowy – Wybacz. Nie chciałem zmuszać cię do powrotu do bolesnych wspomnień.

- Nie ma w tym nic bolesnego. Choć wielu by tak wolało, życie nie jest pasmem szczęścia. Mieszanka smutków i radości sprawia, że jesteśmy kim jesteśmy, ludźmi.

Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. Zabrzmiało to… Niepotrzebnie głęboko? Nie wiedziałem, czy był sens reagować na tą wypowiedź, poczekałem aż Włóczniczka zebrała się w sobie i przybierając melancholiczny uśmiech, wstała:

- Raczej starczy na dzisiaj tego dobrego. Jeszcze raz dzięki za dotrzymanie mi towarzystwa i wysłuchanie. Chyba nie zdawałam sobie sprawy z tego, że chciałam o tym z kimś pogadać…

- A co z naszą umową? – widmo bycia ogolonym na zero wciąż wisiało w powietrzu.

- Możemy to zrobić nawet tu i teraz – zachichotała, wyjmując z bluzy parę nożyczek.

- Tego akurat nie przewidziałem. Czy w obecnych czasach wszystkie kobiety nie rozstają się ze zestawem fryzjerski?

- Wyłącznie te, które zostaną w porę uprzedzone, że może się przydać. Tak się złożyło, że wiedziałam o tym planie od wczoraj. To wyprostuj się i nie ruszaj… – nagle zerwała się – Myślę, że ładnie ci będzie w fryzurze, takiej jaką miał mój tata. Kiedy był młody, był bardzo podobny do ciebie z twarzy.

- A co się podziało z moim wyborem? – wtrąciłem.

- Oj, nie marudź. Zaufaj mi. Zobaczysz, będziesz wyglądał tak przystojnie, że Prezydent weźmie cię za gwiazdę filmową.

Westchnąłem głęboko. Chyba musiałem pogodzić się z losem. Pozwoliłem Atkins zająć się moimi włosami według jej uznania, licząc, że nie poniesie jej fantazja i nie zafunduje mi jakiegoś nie wiadomo czego. Wesoło nucąc, raz po razie cięła kosmyki, które opadały na podłogę, a ja w międzyczasie, zastanawiałem się nad czymś. Co Runcorn starał się osiągnąć aranżując tą całą szopkę? Można to było załatwić na wiele lepszych sposobów, bez konieczności posuwania się do kłamstw i manipulacji. Poza tym, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jak dotąd Wynalazca robił wszystko by ukryć przede mną swoją dziewczynę. Więc skąd ta nagła zmiana? Czyżby chciał, żebym poznał jej część historii, a może kryło się za tym coś więcej?

*

Kilka godzin później, kiedy nadszedł czas wyjścia, udałem się do głównego holu, gdzie oczekiwali już na mnie Wynalazca, ubrany w biały garnitur z muszką, oraz Włóczniczka, która miała na sobie połyskującą zielenią, wytworną suknię wieczorową. Zobaczywszy mnie, Runcorn wykrzyknął:

- No i mamy naszego przystojniaka! Guzdrałeś się dłużej niż baba, a prawie nic ze sobą nie zrobiłeś… Swoją drogą, niezły fryz. W skróconych włosach wyglądasz znacznie świeżej, zwłaszcza dzięki zaczesaniu na prawo.

- Nie spóźniłem się, więc nie rozumiem w czym problem – wzruszyłem ramionami, ignorując pozostałe komentarze.

- Ale to my byliśmy pierwsi. Spóźniłeś się by nas wyprzedzić, hombre. To był wyścig, który przegrałeś.

- W żadnym nie startowałem. Jednak mniejsza z tym. Czym prędzej będę miał to z głowy, tym lepiej, dlatego po prostu chodźmy – przeszedłem obok Runcorna, który próbował mnie jeszcze zaczepić:

- Ech, nie umiesz się bawić.

- Michael, on ma rację. Jeśli będziemy się ociągać, możemy się spóźnić – wtrąciła Atkins, ostatecznie zaważając o sprawie.

Po chwili oboje ustawili się po moich bokach w windzie. Wziąłem głęboki oddech i starając się nie myśleć o tym, co zaraz miało mieć miejsce, pozwoliłem dziewczynie przydusić przycisk odpowiadający za powierzchnię.

- N-nienawidzę wind… – wyjąkałem słabo, gdy znaleźliśmy się u celu. Choć Atkins chciała mi pomóc się pozbierać, odtrąciłem jej rękę i niepewnym krokiem przyspieszyłem, zostawiając parę białowłosych kawałek za sobą. Mimo to, nadal docierały do mnie strzępki rozmowy jaka toczyła się między nimi szeptem.

- Nawet największy twardziel ma swoje słabości – spostrzegł Wynalazca, za co skarciła go jego partnerka:

- Tylko spróbuj się z niego wyśmiewać! Bo wtedy przypomnę o twoim uczuleniu na rzodkiewki, a wydaje mi się, że to brzmi komiczniej niż choroba lokomocyjna.

- Dobra, przepraszam – wycofał się, jednak nie czułem, żeby przesadnie przejął się tą groźbą, płynnie zmieniając temat na coś małostkowego.

Siedziba FBTI wciąż mieściła się w Waszyngtonie, jednak od Białego Domu dzieliło ją ponad dwadzieścia kilometrów, które mieliśmy pokonać samochodem zorganizowanym przez Runcorna. Lub raczej, limuzyną, dla dokładności. Stała na parkingu i w momencie, kiedy jej kierowca dostrzegł naszą trójkę, pośpiesznie uchylił tylne drzwi z ukłonem. Gdy już wszyscy usadowiliśmy się wygodnie w środku, zapalił silnik.

To była pierwsza i zapewne ostatnia okazja jaka mi się nadarzy by skorzystać z równie luksusowego środka podróży, dlatego czułem się przytłoczony otaczającym mnie przepychem. Bardziej niż w aucie, zdawało mi się, że przebywam w miniaturowej sali bankietowej. Skórzane tapicerki, dywan z godłem Stanów Zjednoczonych, nastrojowe światła oraz ledwo mieszczący się telewizor…

- Może jest to jedynie pojazd służbowy, ale trzeba sobie wszędzie dogadzać – wyjaśnił Runcorn, zarzucając protezę za kanapę, a ramieniem obejmując Atkins.

- Aż do tego stopnia? – nie uważałem, żeby większość z tych gadżetów była faktycznym udogodnieniem, prędzej marnotrawstwem przestrzeni i funduszy.

- Używamy tej kupy złomu tylko odświętnie. Reszta aut jest normalna lub zmodyfikowana przeze mnie by przypominały czołgi – zaśmiał się – Kiedy będziesz miał szansę pojechać z nami na akcję, docenisz te cudeńka.

- Pożyjemy, zobaczymy – dyplomatycznie pokiwałem głową, uciekając od konwersacji.

Obróciłem się w kierunku okna, skupiając się na tym jak za przyciemnioną szybą znikały kolejno mijane przez limuzynę budynki. Współtowarzysze podróży nie narzucali mi się i wkrótce, jakby mnie tu w ogóle nie było, zajęli się sobą do momentu, gdy pojazd nareszcie zaparkował, a jego drzwi zostały ponownie otworzone.

- No i jesteśmy na miejscu – wychodząc, Runcorn wyszczerzył do mnie, a kiedy do niego dołączyłem, przekonałem się, że rzeczywiście miał rację.

Biały Dom był jednym z najbardziej charakterystycznych obiektów na tej planecie. Chyba każde, nawet najmłodsze dziecko w tym kraju wiedziało o nim i było w stanie go rozpoznać choćby po malutkim fragmencie. Zresztą nawet ja, wychowywany w Kanadzie, wyłącznie na podstawie nieczynnej w tej chwili fontanny potrafiłem stwierdzić, że podjechaliśmy od północy. Za tym placem, który o pozostałych porach roku był trawnikiem oraz rabatą kwiatową, znajdował się szeroki, dwupiętrowy budynek o białym tynku, nad którym trzepotała na wietrze flaga Stanów Zjednoczonych Ameryki. Na środku tego widoku ulokowane były cztery wysokie kolumny, u podstawy których stała dwójka ludzi.

- Prezydent i Pierwsza Dama. Dawajcie, nie każmy im czekać na zimnie – ponagleni przez Runcorna, udaliśmy się na spotkanie najważniejszej osoby w państwie oraz jego małżonki.

- Dobry wieczór i wesołych świąt, agencie Runcorn, agentko Atkins… – prezydent Robinson przywitał nas jowialnie i uścisnąwszy rękę Wynalazcę, a następnie szarmancko ucałowawszy dłoń Włóczniczki, zwrócił się do mnie – I oczywiście, agencie Sparrow. Miło nam, że znaleźliście czasu by przyjąć to zaproszenie.

- Cała przyjemność po naszej stronie – odparł Runcorn.

Po wymienieniu się uprzejmościami, para prezydencka wprowadziła nas do środka, gdzie stery przejęła Pierwsza Dama, zręcznie prowadząc pochód w stronę Wschodniego Skrzydła. Maszerowałem na samym końcu tej kolumny. Nie śpieszyłem się, starałem jedynie nie spuścić ich z zasięgu wzroku by nie zgubić się, a w międzyczasie podziwiałem wystroje wnętrz. Niespodziewanie jednak, Prezydent zrównał się ze mną krokiem i zaczął:

- Wnioskuję, że to pańska pierwsza wizyta.

- Wychowywałem się zagranicą. Nie było sposobności. Zdjęcia, które widziałem były zrobione głównie z zewnątrz, a filmy są mało wiarygodne.

- Rozumiem. Nawiasem mówiąc, Biały Dom na ekranach kinowych jest zazwyczaj grany przez inne budynki. Choć charakteryzuje się je na podstawie oryginału, to nigdy nie będzie to samo… W rzeczy samej, Biały Dom stał się już w pewnym sensie nieodzowną częścią tożsamości narodowej amerykanów. Nic dziwnego, że dla wielu jego upadek jest symbolicznym kresem obecnego porządku świata.

- Możliwe, ale czy nie świadczy to kiepsko o narodzie? Stany są ogromnym krajem, ale wciąż daleko im do całego świata – mój komentarz wyraźnie spodobał się Prezydentowi:

- Nie dla prawdziwego patrioty. Dla niego koniec ojczyzny oznacza apokalipsę. Mimo to, na taką odpowiedź liczyłem. Tak jak zachwalał pana agent Runcorn, oprócz bycia wybitnym sportowcem, jest pan też bardzo rozsądnym człowiekiem. Kogoś takiego właśnie szukałem… – mówiąc to, wsunął się pod moje ramię i wykorzystując element zaskoczenia, wymanewrował mną do pobliskiego gabinetu, oznajmiając przy tym ostentacyjnie – Jeżeli pan pozwoli, chciałbym, żeby rzucił pan okiem na kolekcję jelenich poroży.

Jak można było się spodziewać, to było kłamstwo. Chociaż owe zbiory faktycznie istniały, Prezydent aktywował tajne przejście za biblioteczką, którym dotarliśmy do Gabinetu Owalnego. Tam, gdy siedzieliśmy już przy biurku, splótł palce i spojrzał na mnie przez szczelinę jaka powstała między jego dłońmi, a opartymi o blat łokciami.

- Moje kondolencje z powodu pańskiego ojca. Olbrzymia strata… Przed objęciem urzędu byłem dyrektorem FBI i słyszałem wiele legend o jego służbie. Znałem go też przelotnie, gdyż pewnego razu wykonał zlecenie dla mojego ojca.

- Podobno był świetnym detektywem. W sumie tylko tyle o nim wiem – odwróciłem wzrok, jednak nie dlatego, że było mi przykro, lecz by przyspieszyć zbędne wstępy. Czułem, że prezydent Robinson nie przywlókł mnie tu ze względu na wspominki i wyglądało na to, że trafnie oceniłem jego zamiary.

- To przykre, że najlepsi odchodzą tak młodo… Śmierć jest brutalna i nie zna litości. Jest ostatnim wrogiem, jakiego ludzkość pokona… Jednak zostawmy w spokoju depresyjne tematy. Agencie Sparrow, z góry zaznaczam, że nie jest to rozkaz, a zwykła prośba. Po poznaniu pana jestem w stanie ocenić, że jest pan osobą godną zaufania, zwłaszcza, że jestem świadomy tego, czyim pan jest synem. A sprawa jest dosyć… Drażliwa…

Na usta cisnęło mi się pytanie „kogo mam zabić”, ale w porę oprzytomniałem, żeby nie zadać go na głos. Kiwnięciem głowy zachęciłem przywódcę kraju by kontynuował z wyjaśnieniami:

- Chociaż udział FBTI podczas nieoficjalnej kolacji wigilijnej jest już w gruncie rzeczy tradycją, w tym roku doszły pewne okoliczności, które… hmm… komplikują ten wieczór – z zakłopotaniem Prezydent poprawił się na fotelu – Zaproszenia zostały wysłane, więc nie mogliśmy ich cofnąć. Nie wypadało, bo reszta gości nie wyraziła sprzeciwu. I w ten sposób, cała nasza siódemka znajdzie się dzisiaj w Białym Domu…

- Kim są pozostali goście? – przypuszczałem, że kimś ważnym i również tym razem się nie myliłem.

- Prezydent Polski wraz z małżonką. Chyba nie muszę tłumaczyć wagi takiej wizyty. Absolutnie nie możemy sobie pozwolić na jakąkolwiek, nawet najmniejszą wpadkę! Od tego sojuszu zależy przyszłość Stanów Zjednoczonych.

Pięć lat temu w Europie doszło do katastrofy, która wywróciła balans sił na kontynencie. W skrócie, doszło do epidemii, która sprawiła, że spore części Rosji stały się wręcz bezludną pustynią, Wielka Brytania wciąż nie może poradzić sobie z jej skutkami, a Niemcy i Francja, lub raczej Kalifat Germańsko-Frankoński, dalej pikuje gospodarczo w dół, nie przypominając choćby cienia swojej potęgi gospodarczej sprzed dekady. Z tego kryzysu obronną ręką wyszły jedynie kraje Europy Środkowej, które w porę ogłosiły odpowiednie zarządzenia i zabezpieczyły swoje ziemie, przeczekując aż szczepionka zostanie wynaleziona. Okazało się to dobrym posunięciem, bo dzisiaj, wchłonąwszy swoich wschodnich i południowych sąsiadów, Polska nieoczekiwanie stała się jednym z najbardziej wpływowych mocarstw na świecie.

- Nasze zasoby powoli się kończą, to nie jest tajemnicą – Prezydent nerwowo oznajmił – Za parę lat zacznie się kryzys, winą za który obarczą mnie. Średnio się tym martwię, jednak ze względu na obywateli muszę przeciwdziałać tym prognozom. Po kolacji, jeśli wszystko przebiegnie zgodnie z planem, podpiszemy pakt o współpracy gospodarczej.

- Wątpię, żebym miał być przydatny przy negocjacjach. Nie jestem dyplomatą.

- Nie do tego zmierzam. Chodzi mi o agenta Runcorna. Przez całe życie widziałem wręcz na pęczki ludzi jego pokroju. Oni mają tendencję wyskoczyć z czymś niespodziewanym w najgorszym możliwym momencie. Czyli na przykład tego wieczora. Agencie Sparrow, czy mógłby go pan przypilnować?

- Proszę mi wybaczyć, ale jak mam niańczyć dorosłego człowieka? – wątpiłem, żebym posiadał jakąkolwiek władzę nad Wynalazcą.

- Racja. Nieco mnie poniosło. Jednak czułbym się bezpieczniej, jeżeli ktoś kompetentny miałby na niego oko i przystopował, gdyby wychodził poza linię. Czy brzmi to wykonywalnie?

- Zobaczę co da się zrobić. Nie obiecuję cudów.

- Nadal jestem panu wdzięczny – Prezydent zerknął na swój zegarek – A póki co, powinniśmy się zbierać, bo reszta gości przybędzie lada moment. Odprowadzę pana do jadalni.

Jak powiedział, tak uczynił. Odstawiwszy mnie do odpowiedniego pomieszczenia, oddalił się wraz ze swoją żoną w celu następnego powitania. Kamerdyner pokazał, które miejsce należało do mnie, jednak zanim miałem szansę na nim usiąść, zaczepił mnie Runcorn:

- Prezydent chyba cię polubił. Zdradź sekret tego powodzenia, bo na mnie wciąż patrzy jak na niesfornego gówniarza – z odpowiedzią uprzedziła mnie Atkins, niemal wyciągając słowa z moich ust:

- Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. Nie róbmy scen. Wydaje mi się, że idą.

I w rzeczy samej, niespełna minutę później dołączyli do nas gospodarze oraz dwójka nowoprzybyłych, którymi musiała być polska para prezydencka. Już przy pierwszym spojrzeniu zrozumiałem, że przywódca tego kraju był kimś niezwykłym. Nie dałbym mu więcej niż trzydziestkę, a zaszedł aż tak daleko. Zdawał się wręcz emanować aurą zaufania, więc nic dziwnego, że odniósł sukces w świecie polityki. Podczas przedstawień, gdy uścisnął moją dłoń odniosłem wrażenie, że uważnie mi się przyglądał i powiedział po cichu:

- Nie pasuje tu pan…

Zaskoczony, nie wiedziałem jak się do tego odnieść, ale na szczęście, te słowa nie dotarły do nikogo innego, dzięki czemu mogłem po prostu udać, że również ich nie usłyszałem. Zresztą, czy ja ich w ogóle sobie nie uroiłem? Zakłopotany, uciekłem do swojego krzesła, a niedługo potem rozpoczęła się oficjalna kolacja.

Z racji, że odbywała się przy kwadratowym stole, wszyscy uczestnicy, oprócz mnie oczywiście, zasiadali przy swoich stronach wraz z partnerkami: naprzeciw mnie – Wynalazca, po mojej lewej – prezydent Robinson, a po prawej – prezydent Polski. Pech tego chciał, że umiejscowiono mnie bliżej ostatniego z nich, przez co ciężko mi było się rozluźnić podczas pierwszego dania. A wspominając o jedzeniu, chyba nigdy nie jadłem rosołu przyrządzonego z aż tak ekskluzywnych składników. Nie żeby jego smak jakkolwiek umywał się do tego w wykonaniu Amy, jednak wciąż zwyczajnie wypadało docenić kunszt kucharza, który go przyrządził. Pod każdym aspektem było to wzorowe danie, pobudzające apetyt przed następnymi przysmakami.

W przerwie przed podaniem kolejnego dania, przy stole zaczęły nawiązywać się dyskusje. Panowie prezydenci wymienili się żartami, po których przeszli do tematu zdrowia, natomiast trójka pań szybko odnalazła wspólny język i połączyła się w zawziętej konwersacji o modowych trendach, za którą przeciętny mężczyzna mojego pokroju nie nadążyłby nawet gdyby chciał. Z całego towarzystwa nie odzywałem się tylko ja i Runcorn, który pod blatem dyskretnie się czymś zajmował, prawdopodobnie swoją bransoletką. Kiedy zdał sobie sprawę z mojego spojrzenia, mrugnął i uśmiechnął się zaczepnie, po chwili wracając do swoich spraw. Czy Prezydent miał co do niego rację? Może i tak mi się wydawało jedynie pod wpływem sugestii, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że on rzeczywiście coś planował. Pozostało mi wyłącznie liczyć na to, że nie dojdzie do niczego poważnego, bo jak długo nie miałem pojęcia o co mu chodziło, nie potrafiłem temu przeciwdziałać.

- Interesujące towarzystwo, czyż nie? – nagle, gdy uwaga obecnych skupiła się na podawanym posiłku, zaczepił mnie prezydent Polski.

Udałem, że zwracał się do kogoś innego, ale nie dało mi to wiele. Widząc tę próbę, położył dłoń na moim ramieniu i dodał, opierając podbródek drugą ręką:

- Nie musi się mnie pan bać, ja nie gryzę. Co najwyżej połykam w całości…

- To brzmi jeszcze mniej zachęcająco – odrzekłem.

- Haha, zgadzam się. Mimo to, sądzę, że osiągnąłem swój cel. Ach, moje ulubione… Specjalnie poprosiłem, żeby znalazły się w menu – odebrawszy talerz z ziemniakami w sosie z duszonym mięsem, wrócił do mnie – Po pańskiej reakcji wnioskuję, że nie zrobiłem zbyt dobrego pierwszego wrażenia. Nie dziwię się. Nie dokończyłem wtedy zdania, co zapewne skutkowało drobnym nieporozumieniem… Zanim je rozjaśnię, co pan myśli o pozostałych zgromadzonych? Liczę na szczerą do bólu ocenę i obiecuję nie wykorzystać jej w celach politycznych.

Bo byłem gotowy w to uwierzyć… Skłaniałem się nawet ku temu, że próbował mnie wykorzystać do wywołania skandalu by zerwać stosunki dyplomatyczne pomiędzy krajami. Szkoda, że nie czułem jakbym miał na tym coś stracić, więc prezydencie Robinson, proszę mi wybaczyć, ale może to ja okażę się dzisiaj problemem. Zacząłem wyliczać:

- Runcorn jest równie bystry co arogancki. Za nic nie potrafi przestrzegać zasad. Lubi wywyższać się ponad innych, jednocześnie czując się dość samotnym. Jest egoistą, potrafiącym zrobić wyjątek tylko dla Atkins, jego dziewczyny, która jest w nim ślepo zadurzona. Nie jestem w stanie sporo o niej powiedzieć, poza tym, że jest bardzo skryta i woli cierpieć w pojedynkę niż poprosić o pomoc.

Przywódca Polski uniósł brew w podziwie:

- Pełna obiektywność. Jestem pod wrażeniem. Mało kto jest w stanie celnie wypunktować wady sojuszników, zwłaszcza na pytanie obcego. Proszę kontynuować. Zaciekawił mnie pan.

- W sensie mam teraz? – zawahałem się.

- Będę milczał jak grób – mój rozmówca zachichotał – Chciałbym tylko się dowiedzieć, czy moje dotychczasowe obserwacje pokryją się z pana opinią, która niezależnie jaka by nie była, nie będzie miała wpływu na moje dalsze decyzje.

- Poznałem go dopiero dzisiaj. Nie wydaje mi się, żebym był w stanie wyrobić sobie o nim już zdanie.

- Mimo to, nalegam chociaż o generalne odczucia. Odpuśćmy waszą Pierwszą Damę, skupmy się wyłącznie na nim.

- Dobrze… – poddając się, dyskretnie odwróciłem się w stronę Prezydenta. Jakim człowiekiem jest w środku? Nie sposób zajrzeć do czyjeś duszy, jednak podobno głębiny mają swoje odbicie na powierzchni…

- Próbuje żyć i czynić jak najwięcej dobra, ale nie dlatego, że jest wspaniałomyślny, lecz szukając odkupienia. Zżera go poczucie winy – lub tak przynajmniej mi się wydawało. Szczerze, powiedziałem co mi ślina na język przyniosła, byle by mieć to z głowy.

- W rzeczy samej. Lepiej bym tego nie ujął, panie Sparrow. Pewnie mi pan nie uwierzy, ale urodziłem się ze zdolnością dostrzegania ludzkich aur. Nie tak jak czynią to ci cali pseudo-ezoterycy, wciskając sobie, że coś widzą. Potrafię przełączyć wewnątrz taki niewidzialny przycisk i wtedy sylwetki ludzi stają się dla mnie kształtami z kolorów.

- Naprawdę? – pewnie drwił sobie ze mnie, jednak zdążyłem już doświadczyć wielu rzeczy łamiących zasady logiki, więc pomimo sceptycznego nastawienia, całkowicie nie przekreśliłem tego wyznania.

- Podobno w historii naszej planety było mniej niż sto osób z takim talentem, więc chyba mi się poszczęściło. Przydaje się zwłaszcza w takim zawodzie. W każdym bądź razie, wasz prezydent ma mocno szarą aurę, świadczącą o tym co właśnie wspomnieliśmy. Dalej, ta czarująca młoda dama to głównie mieszanka liliowego i srebra, z małymi domieszkami brązu oraz pomarańczy. Wydaje się być oddaną towarzyszką, prawdziwą altruistką, ale prawdopodobnie choruje przewlekle i to dość poważnie.

Moje szczęka opadła. Choć większość z wymienionych przez niego cech było parafrazą tego co wyszło uprzednio ode mnie, wspomnienie choroby Atkins prawie mną wstrząsnęło. Przecież nie miał prawa wiedzieć. Jeśli zgadywał, miał cholernie ogromne szczęście. A ja przypadkiem potwierdziłem te przypuszczenia. No cóż… Złapał mnie.

- Ten, który bodajże nazywał się Runcorn. Z tego co zrozumiałem, on jest dyrektorem waszej jednostki? – wyglądało na to, że FBTI było znane prezydentowi Polski, więc kiwnąłem twierdząco głową.

Na tą wieść, na jego twarzy pojawił się grymas zniesmaczenia, który szybko ukrył, zniżając jeszcze bardziej głos:

- Nie podoba mi się. To jest człowiek, jakiego raczej wolałbym unikać. Jego aura jest mieszanką prawie wszystkich odcieni czerwieni, pomarańczy oraz żółci, miejscami przechodzącej w złoto, które stanowi chyba jedyny pozytyw, zważywszy, że każda z tych barw jest aż tak ciemna, że aż prawie czarna.

Proszę bardzo, spirytystyczne potwierdzenie tego, że Wynalazca był po prostu zwykłym dupkiem. Choć zdążyłem już przywyknąć do jego licznych przywar, czerpałem nieopisaną satysfakcją z mieszania go z błotem przez kogoś, kto spotyka go po raz pierwszy. Ale tak swoją drogą, nabrałem ochoty zapytać o coś.

- A co ze mną? Kim jestem według aur?

- Otóż tu wszystko się komplikuje. W rzeczy samej, pasuje pan do tego zgromadzenia jak wół do karety… Chociaż to stwierdzenie może pozornie wydawać się krzywdzące. Karetą jest w tym przypadku pan, niemający aury.

- Co to oznacza?

- Nie wiem. Nikt tego nie będzie wiedział zresztą. Być może jest pan ewenementem na światową skalę. Podobno większość znamienitych osobistości posiadało mocno ograniczone aury, ale wciąż je mieli. Od Mikołaja Kopernika, przez Benjamina Franklina i matkę Teresę z Kalkuty, aż nieskromnie przyznając, do mnie. Dlatego do tego stopnia skupiłem się na panu. Mam propozycję. Przyznam panu w trybie przyspieszonym obywatelstwo polskie i zostanie pan moim ministrem.

- Przykro mi, ale nie skorzystam.

- Tylko żartowałem. Nie mam zamiaru podbierać sojusznikom ich mężów stanu. Tak, czeka pana świetlana przyszłość, panie Sparrow. O ile nie zapomni pan dopomóc szczęściu, kiedy będzie potrzeba.

- Będę miał to na uwadze. Dziękuję – uprzejmie ukłoniłem się i odetchnąłem z ulgą, gdyż wyglądało na to, że męcząca konwersacja nareszcie się zakończyła. Mój rozmówca zajął się jedzeniem. Wymienił jeszcze z małżonką kilka zdań w ojczystym języku i nie zdawał się więcej choćby zerkać w moją stronę.

Wieczór trwał w najlepsze, ciągnąc się w nieskończoność przy pięciogwiazdkowej kuchni oraz wytrawnym winie, które po pewnym czasie znalazło się na stole znikąd. Zostałem przymuszony do wzięcia udziału w jednym z toastów, którego nawet w całości nie wypiłem, ale na szczęście nie próbowano mnie zachęcić do następnych. Podobnie zresztą jak Runcorna. Chyba wziął sobie do serca ostatnią nauczkę i rzeczywiście, został abstynentem. Terapia szokowa, zgodnie z opinią wuja Benjamina działała cuda.

Spodziewałem się, że zgromadzenie rozejdzie się w momencie, gdy talerze zostaną całkowicie opróżnione, ale nic bardziej mylnego, termin „kolacja” musiał odnosić się również do innych czynności towarzyskich po odejściu od stołu. Mój brak doświadczenia w tego typu aktywnościach okazał się większy niż przewidywałem, bo co ciekawe, atmosfera stała się wtedy mniej oficjalna. Polska para prezydencka stała przed przytulnie żarzącym się w kominku ogniem, wsłuchując się w opowieść gospodarza, natomiast Atkins i Pierwsza Dama gdzieś zniknęły. Jednak grunt, że najbardziej problematyczna jednostka wciąż znajdowała się w moim polu widzenia. Runcorn, jakby wyczuwając, że o nim właśnie myślałem, dosiadł się obok.

- W niektórych krajach na stole wigilijnym zostawia się puste miejsce dla nieoczekiwanego gościa. Domyślnie jest nim dla katolików Chrystus, jednak gdyby ktoś potrzebujący zapukał w tą wyjątkową noc do drzwi, jak ci się wydaje, co zrobiłaby większość rodzin?

- Nic – jedynie naiwny idiota wpuściłby byle kogo do domu.

- Dokładnie. Głupi przesąd, co nie? Najpierw gada się jak wspaniałym to się nie jest, ale jak przyjdzie co do czego, to jakoś zapomina się o swoich ideałach. Kiedyś czytałem o pewnym eksperymencie społecznym. Przez kilka Bożych Narodzeń pod rząd, pewien naukowiec z Harvardu, pukał do losowych mieszkań praktykujących chrześcijan, udając bezdomnego, zachowując się jakby z głodu ledwo stał na nogach. Zgadnij, ile razy na sto go wpuszczono.

- Zero?

- Blisko. Dwa razy. W obu przypadkach byli to księża. Mega zaskoczenie. Na podstawie czarnych owiec próbuje się ich kreować na złych i okropnych pedofili i tak dalej, ale ja bardziej zainteresowałbym się świętością tych wszystkich krzykaczy – Wynalazca pstryknął palcami, posyłając mi błyskotliwe spojrzenie.

- Nie wziąłem cię za obrońcę religii.

- Bo nim nie jestem. Jeśli mam coś bronić, broniłbym logiki. W dzisiejszych czasach stosujące się do niej osoby są wyginającym gatunkiem.

- Trudno nie przyznać racji – westchnąłem – Łatwiej jest żyć w przekonaniu, że to, co nam się nie podoba jest złe.

- Przykre, ale prawdziwe… I tą jakże depresyjną nutą, chciałbym zmienić temat. Sparrow, nawet nie licz, że tego nie zauważyłem. Prezydent napuścił cię, żebyś mnie stróżował.

- Na jakiej podstawie tak twierdzisz? – nie planowałem mówić mu prawdy, a co dopiero, pozwalać mu na jej wyczytanie między liniami.

- Porwał cię na dzień dobry na bok. A do tego, co chwila zerka to na mnie, to na ciebie. Wybitnym stalkerem to on raczej by nie był – zaśmiał się kpiąco, wskazując w kierunku Prezydenta, który akurat wtedy dyskretnie się odwrócił do nas. Wynalazca pomachał mu swoją mechaniczną ręką, po czym zwrócił się ponownie do mnie:

- Spokojnie, będę grzeczny. Nie żebym brzmiał przekonywująco, ale bez pozwolenia kogoś z nas goszczących, nie mam zamiaru wprowadzać tu jakiegoś zamieszania. W końcu to mogłoby narazić FBTI na straty. No, miło było pogawędzić, jednak muszę już zmykać – zerwał się z krzesła i zwinnym krokiem dogonił Atkins, która właśnie wyłoniła się zza rogu.

Zanim ktokolwiek zdał sobie z tego sprawę, nastała godzina 23. Sądząc po tym, że podano wtedy desery, zbliżał się punkt kulminacyjny tej kolacji wigilijnej, bo słodkości od zawsze stanowiły idealną metodę manipulacji, niezależnie od wieku czy płci. Nawet nie będąc tego w ogóle świadomym można było wpaść w pułapkę cukru, oceniając przez pryzmat tego smaku całość wydarzenia, a w rezultacie, przychylniej spojrzeć na następujące na końcu prośby. Czy i tam razem ta sztuczka podziała? Ciężko ocenić, ale póki co, prezydent Polski spokojnie delektował się drugą porcją galaretki z bitą śmietaną. W każdym razie, to co miało wyniknąć dalej, nie wpływało jakkolwiek na moje życie, więc nie robiło mi różnicy.

- Ach ten czas, nieubłaganie biegnie naprzód… Niech zobaczą państwo która już godzina! – w wolnym tłumaczeniu z języka polityki, prezydent Robinson przypomniał o ważnych sprawach jakimi mieli się zająć ze swoim gościem z Europy.

- Rzeczywiście. W doborowym towarzystwie nawet się nie spostrzeżesz, a będzie pora kończyć z przyjemnościami. A od obowiązków nie da się uciec – dyplomatyczna odpowiedź, niezdradzająca nastawienia, jakiej można się było spodziewać po profesjonaliście. Oboje przywódcy już mieli wstać ze swoich krzeseł, jednak w tym momencie wydarzyło się coś nieoczekiwanego.

Rozległ się donośny trzask, po którym wszystkie światła w pomieszczeniu, z kominkiem włącznie, nagle zgasły. Gdyby nie księżyc, znaleźlibyśmy się w kompletnym mroku.

- Och, awaria? Najmocniej przepraszam, zaraz rozwiążemy ten problem – Prezydent próbował zbagatelizować tę sytuację, ale jego zamiarom zaszkodziło pojawienie się jednego z pracowników Białego Domu, który oznajmił:

- Cały budynek jest bez prądu, panie Prezydencie!

Oj, ktoś tu chyba nie utrzyma posady… Nie zdziwiłbym się jakby wyleciał za ten brak taktu i wyczucia, który wprowadził jego pracodawcę w stan głębszej konsternacji. Mimo to, gospodarz uśmiechnął się.

- Proszę się nie martwić. Na takie wypadki mamy tu generatory. To zajmie dosłownie momencik i… – jednak jego słowa utonęły w huku, jaki dobiegł z zewnątrz.

- Niech państwo zobaczą na te fajerwerki! – Pierwsza Dama zawołała, zachęcając do zbliżenia się do okien.

- Są cudowne… – wyszeptała w zachwycie Włóczniczka. W jej oczach odbijały się rozbłyski różnokolorowych świateł, które malowały na bezgwiezdnym niebie imponujące figury.

Po dłuższej chwili ten pokaz dobiegł końca i nastała cisza. W tym momencie oprzytomniałem. Miałem czuwać, a pozwoliłem by złapano mnie w tak prostą dywersję. Gdzie jest Runcorn? Gwałtownie odwróciłem się na pięcie, ale nie było go nigdzie. Kurwa… Powinienem był to przewidzieć! Okłamał mnie. Rozejrzałem się jeszcze raz, łudząc się, że Wynalazca przystanął gdzieś w kącie, gdzie przeoczyłem go, jednak nic z tego. Co więcej, odkryłem kolejne, jeszcze bardziej podejrzane zjawisko – stół, przed minutą przykryty pełną zastawą, teraz był pusty.

- Gdzie podziało się nakrycie?

- Tam – wskazałem palcem – U góry.

Odnalazłem zgubę tuż pod sufitem. Jakimś cudem wisiała tam stabilnie, jakby ktoś uniósł ją razem z blatami i nic przy tym nie spadło lub wylało się. Tylko w jakim celu? To czemu miał służyć ten zabieg wyjaśniło się prędko. Kiedy obniżyłem wzrok, ujrzałem klęczącego na stole Runcorna.

- Charlie… – zwrócił się do swojej dziewczyny, wyjmując z kieszeni nieduże niebieskie opakowanie – Kocham cię i chciałbym spędzić z tobą resztę życia, dlatego… – wszyscy oprócz mnie wstrzymali oddech w momencie, gdy Wynalazca otworzył pudełeczko. W środku znajdował się pierścionek z brylantem – Czy zostaniesz moją żoną?

Atkins zamurowało. Z wypiekami na twarzy przyłożyła rękę do serca, a drugą wachlowała się. Jej usta drgały, a pod wpływem emocji nie mogła wydusić z siebie żadnych możliwych do zrozumienia dźwięków. Ktoś, kto nie znał tej dwójki mógłby założyć, że rozważała odpowiedź, ale ja od początku byłem pewny tego co nastąpi. Gdy Atkins nareszcie pozbierała się po początkowym szoku, rozwiała wszelkie wątpliwości.

- Tak! – rzuciła mu się w ramiona – Od zawsze o tym marzyłam!

Gdy rozdzielili się z uścisku, Wynalazca uroczyście nałożył pierścionek swojej świeżo upieczonej narzeczonej. Zastanawiałem się jak zareagują na to głowy państw, jednak ku mojemu zdziwieniu, przywódca Polski zaklaskał i złożył swoje gratulacje jako pierwszy. Wkrótce po nim uczynił to prezydent Robinson, choć z mieszanymi uczuciami, a następnie obie Pierwsze Damy. Z błogosławieństwami dwóch narodów, przyszłe małżeństwo Runcornów przypieczętowało oświadczyny pocałunkiem.

*

Prezydenci udali się do Gabinetu Owalnego, a w międzyczasie, my, członkowie FBTI, odprowadzeni przez ich małżonki, które otoczyły Atkins, tocząc zażartą dyskusję na temat sukni ślubnych, opuściliśmy Biały Dom. Kiedy Runcorn odszedł kawałek na bok by zadzwonić po limuzynę, oparłem się plecami o kolumnę i obserwowałem go. W momencie, gdy odłożył bransoletę od ust, zdecydowałem się do niego podejść.

- Ktoś tu podobno miał się zachowywać – zaczepiłem go – Tak się zarzekałeś.

- No i wszystko było w porządku. Ale jeśli sobie przypomnisz, dałem ci celowo wskazówkę. Wspomniałem o pozwoleniu.

- Miałeś je? – skrzyżowałem ręce.

- Pierwsza Dama była od początku moją konspiratorką. To ona sprawiła, że ta okazja w ogóle dzisiaj zaistniała. Pomogła także przekonać pozostałych gości. Reszta zależała już ode mnie.

- Czyli teraz czekają mnie szczegółowe wyjaśnienia całej intrygi?

- Jeżeli byś tego nie oczekiwał, nie stałbyś w tym miejscu – z cynicznym uśmieszkiem przestąpił o krok – W sumie i tak mam ochotę, żeby ktoś docenił ten plan, więc czemu nie? Wszystko zaczęło się w ubiegłym tygodniu. Na drodze z raportem napotkałem wtedy naszą kochaną Pierwszą Damę, która poinformowała mnie o tej wizycie oraz związanym z nim przewidzianym odwołaniem naszej. Powiedziałem jej o moich zamiarach i dała mi swoją okejkę, to jest, jak długo wtajemniczy się naszych polskich przyjaciół i nie będą mieli nic przeciwko.

- I jak to ci się udało? Nie wydaje mi się, żeby nawet dyrektor tajnej jednostki mógł od tak zadzwonić do przywódcy ważnej nacji.

- Uwierz mi, nie musiałem. Większość załatwiłem dzisiaj. Byłem pewny, że się uda, więc koło południa pojechałem do Białego Domu by przygotować pokaz fajerwerków. Żeby Charlie się nie skapnęła, nakłoniłem cię do strzyżenia, co kupiło mi wystarczająco czasu, aby powrócić bez wzbudzenia podejrzeń. Potem potrzebowałem zadbać o pozwolenie. Te butelki wina, to ja je tu przyniosłem. Na poprawę humoru. W każdym razie, Pierwsze Damy zostawiłem sobie, dlatego nie mam pojęcia jak doszło do negocjacji, w przeciwieństwie do jego staro-kontynentalnego ekscelencji, w którego kieliszku „przypadkiem” znalazł się środek moczopędny.

- Dosypałeś mu jakiegoś gówna? – gdyby nakryto go na tym, ryzykowałby więcej niż istnienie FBTI. Prawdopodobnie nawet oskarżenie o zamach stanu mogło wchodzić w rachubę.

- Wypraszam sobie! To były tylko zdrowe ziółka. A kiedy zaczęły działać, upewniłem się, że będę jedyną osobą w pobliżu by wskazać mu drogę do toalety i przy okazji, ucięliśmy sobie małą pogaduszkę. Ciekawy facet… Wyobraź sobie, że mnie przejrzał! Stwierdził, że wyczuł moje intencje, ale źle je ocenił. W nagrodę za to, że byłem na tyle odważny by powiedzieć mu o wszystkim tak późno, dał mi wolną rękę.

- I tym sposobem wyłącznie ja i Prezydent byliśmy poza tajemnicą. Dzięki, naprawdę dzięki.

- No i oczywiście Charlie. A co niby miałem poradzić? Naszczuł cię na mnie, więc jakbym zdradził ci ten sekret, dałbyś mu cynk, a on by mi przeszkodził. Ten stary panikarz zepsułby całą zabawę! Jednak wydaje mi się, że w sumie wyszło to na dobre, bo teraz mogę zaskoczyć cię kolejną rzeczą. Sparrow, chciałbym, żebyś został naszym drużbą.

- Nic z tego – twardo odmówiłem, ale to nie zniechęciło Runcorna.

- Ślub odbędzie się dopiero wiosną lub latem. To kupa czasu… Kto wie, może będziesz już wtedy wolny od własnych obowiązków. Nie mamy zbyt wiele znajomych, a przyjaciół jeszcze mniej, więc nie musisz się śpieszyć. Poczekamy, jeśli miałbyś zmienić zdanie.

- To raczej się nie stanie – zapewniłem go. W tym momencie podjechała limuzyna.

- Oto i nasz transport. Kierunek dom. Ładujmy się.

- Przejdę się na piechotę. Nie chcę wam przeszkadzać.

- Nie wygłupiaj się – Runcorn spojrzał się na mnie zaskoczony – To niezły kawałek. Pewnie jesteś zmęczony. Nie mówiąc jeszcze o trafieniu do celu.

- Dla mnie to nic, dam radę. Zapamiętałem całą trasę. Nacieszcie się sobą, a ja skorzystam ze świeżego powietrza i przespaceruję się – pragnąłem uciec od ich szczęścia. Czy była to zazdrość? Nie sądziłem. Po prostu czułem, że obecnie w ich towarzystwie wszystkie najgorsze wspomnienia wróciłby z podwójną siłą.

- Jak sobie chcesz – Wynalazca wzruszył ramionami – Będziesz miał jak wejść, więc pozostaje mi jedynie podziękować. Nie omieszkamy się, jak to ująłeś, nacieszyć sobą. To trzymaj się – zasalutował, znikając po chwili razem z Atkins w samochodzie.

Nie czekając aż ktoś zapyta mnie o powód, dla którego oddzieliłem się od grupy, wyszedłem przez bramę na chodnik i powolnym krokiem ruszyłem w kierunku kwater FBTI. Waszyngton o tej godzinie okazał się złowieszczo cichy. Za cichy… Do tego stopnia, że gdy przechodząc przez Veterans Memorial Park kątem oka przyuważyłem coś białego, przemykającego między drzewami. Na wszelki wypadek postanowiłem bezmyślnie kluczyć ulicami aż do świtu.

Komentarze