Rozdział 6. FBTI

Moje zmysły zaczynały powoli wracać. Wciąż nie pamiętałem co dokładnie doprowadziło mnie do tego stanu, ale z każdą sekundą czułem się coraz bardziej świadomy. Zauważyłem, że przemieszczam się. Regularnym, niezbyt wysokim tempem. Jednak nie szedłem o własnych siłach. Moje nogi znajdowały się wyżej niż głowa i ktoś za nie trzymał. Wleczono mnie dość wyboistą trasą. Kiedy w końcu doszedłem do siebie na tyle by być w stanie otworzyć oczy, postanowiłem przekonać się kto był za to odpowiedzialny.

- Amy? – wymamrotałem.

Choć była odwrócona do mnie plecami, rozpoznałem ją. Jej ciemne włosy połyskiwały, hipnotyzująco falując na wietrze, a od czasu do czasu ukazywał się pomiędzy nimi na moment jej profil.

- Amy? – powtórzyłem, tym razem głośniej. Usłyszała mnie i zatrzymała się. Kiedy się odwróciła, iluzja prysła.

To nie była moja ukochana, lecz obca kobieta, ubrana w zieloną kurtkę z długimi rzepami na rękawach oraz jasne jeansy. Nasze spojrzenia spotkały się. W jej brązowych oczach było coś znajomego, przez co utkwiłem w nich na dłuższą chwilę i dopiero fakt, że jej usta delikatnie się rozchyliły wyrwał mnie z tego transu.

- Kim jesteś? – spytałem, gapiąc się bezmyślnie na jej niebywale bladą twarz oraz na jej opadające po bokach równo przystrzyżone białe włosy, prawie sięgające ramion. Choć z wyglądu była właściwie przeciwieństwem Amy, musiałem przyznać, że wciąż była całkiem… No właśnie jaka? Zanim w pełni sformułowałem tą myśl, ponownie straciłem przytomność.

*

- Hej, ty – znad przeciwka dochodził głos – Nareszcie się obudziłeś. Próbowałeś przejechać przez granicę, co nie?

- Jaką kurwa granicę? – rozmasowałem skroń, starając się zrozumieć o co chodziło. Wtedy spostrzegłem sylwetkę mężczyzny siedzącego przede mną na drewnianej ławce. Z trudem powstrzymując się od chichotu, odpowiedział:

- Wybacz, nie mogłem się oprzeć. Specjalnie nawet obudowałem twoje łóżko na atrapę powozu.

Pierwszym co przykuło moją uwagę było to, że miał białe włosy, jednak, poza tym nie było w nim nic, co choćby minimalnie przypominałoby Lokaja. Nie tylko pod względem budowy ciała, bo mój rozmówca był wyraźnie wyższy, nawet ode mnie, lecz szczuplejszy, do tego stopnia, że biała kamizelka, z krótką, połyskującą peleryną o fioletowych akcentach na prawym ramieniu jakie miał na sobie, wisiały na nim prawie jak na wieszaku. W jego gestykulacji i mimice było coś naturalnie przyjacielskiego, nawet pomimo tego, że wyglądał na zaprawionego w boju kombatanta. Biała opaska zasłaniała jego lewe oko, a jego prawe ramię od łokcia w dół było mechaniczną protezą.

- Kończąc z żartami, jak się masz? Jakieś nudności, zawroty głowy, coś takiego? – spytał, nie spuszczając pewnego siebie uśmiechu.

- Nie, raczej nie. Kim…

- Jesteś? Jestem Michael Runcorn – wyciągnął w moją stronę dłoń.

Fakt, że nie kwapiłem się odwzajemnić powitania wcale go nie zniechęcił. Jakby nigdy nic, ciągnął dalej:

- Miałeś sporo szczęścia. Nie wiem kto cię tak urządził, bo nie wyglądasz na faceta, który zaćpałby się od tak jakąś dziwną substancją, jakiej nawet ja nie jestem w stanie zidentyfikować. A uwierz mi, o taką jest ciężko. W każdym razie, pewnie zastanawiasz się co to za miejsce. Zaskoczę cię, to wcale nie jest siedziba ostatniego bossa, to tylko kwatery FBTI.

- FBTI?

- Federalne Biuro Talentów Śledczych. Byłbym w szoku gdybyś o nas wcześniej słyszał. Jesteśmy tajną jednostką, odpowiadającą bezpośrednio pod prezydenta Stanów Zjednoczonych – tu Runcorn prześmiewczo zasalutował – Tak się składa, że jestem jego dyrektorem. No, ale mniejsza z tym. Jak podobały się tamte studzienki? No wiesz, w Los Angeles. Sam je przygotowywałem.

- To byłeś ty?

Możliwe, że za sprawą tej sugestii sobie to wyobraziłem, ale teraz wydawało mi się, że to właśnie Michael Runcorn był tym, kto wtedy zderzył się ze mną na ulicy podczas ucieczki, jednak jego głos nie zgadzał się z tym jak go zapamiętałem. Pewnie to był jeden z jego ludzi. Mimo to, nie miałem zamiaru mu dziękować. To był zbyt podejrzany zbieg okoliczności, żebym potrafił o nim od razu zapomnieć.

- No ja. Kto inny mógłby wpaść na równie genialny pomysł? Cóż prawda, miały posłużyć one w innym celu, ale jeśli uratowały ci wtedy życie, niech będzie. Chociaż wypadałoby się przyznać, że znalazłeś się w tym gównie przeze mnie… To miała być zasadzka na Bellrose. Sprzedałem im fałszywy cynk, że tego dnia jeden z poszukiwanych przez nich zdrajców wróci do domu i tak się złożyło, że przybyłeś do jego mieszkania. Przez chwilę wydawało mi się, że jakimś cudem udało mi się to przewidzieć, ale kiedy cię zobaczyłem, byłem pewien, że nigdy nie współpracowałbyś z takimi jak oni.

- Niby na jakiej podstawie? Nie sądzisz, że był to zbyt pochopnie wyciągnięty wniosek? – a co, jeśli faktycznie byłbym z nimi? Mógłbym być podstawionym szpiegiem, więc ciekawiło mnie jak wytłumaczy tę decyzję.

- Nazwij to instynktem szalonego naukowca, nie obchodzi mnie to – Runcorn zaśmiał się, beztrosko wzruszając ramionami – Wszystko wyjdzie w praniu. No, ale starczy tej gadaniny. Mam ochotę na przechwalanie się swoimi zbiorami, jednak najpierw obiecałem komuś wizytę…

Powiedziawszy to, kliknął na swoją bransolecie i przyłożył ją bliżej ust. Oznajmił:

- Agentko Atkins, pacjent nadaje się już do użytku.

Nie minęła choćby minuta zanim drzwi pomieszczenia rozsunęły się i w ich progu stanęła blada białowłosa z wcześniej. Teraz była ubrana w ciemnozieloną bluzę o kroju niemal identycznym do kurtki, w której widziałem ją poprzednio, a do jej uszu były przymocowane małe srebrne kolczyki.

- Cześć – przywitała mnie uśmiechem – Dobrze się czujesz?

- Bywało gorzej – odparłem.

Widząc, że rozmowa się nie kleiła, dyrektor biura przejął inicjatywę:

- Ta oto piękna młoda dama to agentka Charlotte Atkins. To właśnie ona cię znalazła podczas rekonesansu i przytargała do mnie. Może i wygląda jakby najmniejszy podmuch wiatru miał ją zwiać, ale uważaj, jej prawy sierpowy zmiecie cię na łopatki.

- Ej, Michael, nie bądź taki! Nie jestem aż taka silna… – jej policzki delikatnie zaróżowiły się.

- Za to jest nad wyraz skromna. Jest Włóczniczką i stary… – ściszając swój głos do teatralnego szeptu, wyszczerzył rzędy swoich lśniących zębów – Potrafi wyczyniać prawdziwe cuda z przeróżnymi podłużnymi kształtami, jeśli wiesz co mam na myśli.

Choć zajęło mi to chwilę by zrozumieć o co chodziło Runcornowi, jak można było przewidzieć, użyty przez niego podtekst nie przeszedł niezauważony. Czerwona jak burak, jego podwładna rzuciła się na niego, okładając pięściami i starając się zasłonić jego usta. Mimo to, pośród potoku wyzwisk, z którego najłagodniejszym było określenie „zbok”, wciąż dochodził mnie jego śmiech, który ucichł dopiero po momencie. Kiedy ta niepokojąca sytuacja nareszcie się opanowała, głośno odetchnąłem ze zniesmaczenia i skomentowałem:

- Jesteście bardzo blisko jak na relację szef-pracownik.

- Pewnie dlatego, że mamy ją jedynie na papierze. Charlie i ja jesteśmy razem od ponad dwóch lat. Byliśmy już parą, kiedy zostaliśmy zrekrutowani do FBTI, więc nikt nie miał nic przeciwko. Zwłaszcza, że w gruncie rzeczy jesteśmy jedynymi członkami.

- A mamy taką dużą siedzibę. Niby czuć tu jak w domu, ale czasami jest nieco za cicho – stwierdziła Atkins. Chciała dodać coś więcej, jednak zanim mogła, jej chłopak wtrącił, przybierając służbowy ton:

- Sprawy tutaj uważam za zakończone. Agentko, proszę o powrót do swoich obowiązków.

- Serio? Ech… Niech ci będzie – zrezygnowana, nawet nie próbowała dyskutować. Jedynie rzuciła do nas na wychodne – To do później! – i już jej nie było.

Kiedy zostaliśmy sami, Runcorn poklepał się po udach i zerknął na zegarek. Podszedł do przejrzystego blatu stojącego za jego plecami i oparł się na nim. Zastanawiało mnie co kombinował, ale milczałem, obserwując co stanie się dalej. Jednak nic się nie działo. Runcorn skrzyżował dłonie i spojrzał na mnie. Po raz pierwszy w czasie naszej krótkiej znajomości uśmiech zszedł z jego twarzy.

- Charlie bywa nieco ciekawska, dlatego poczekamy jeszcze trochę. Nawet przed nią trzymam parę sekretów, więc muszę mieć pewność, że nie wpadnie jej do głowy by nas podsłuchiwać.

- Jak uważasz – zgodziłem się, nie mając innego wyjścia – Skoro i tak tu siedzimy bezczynnie, możesz mi coś wyjaśnić. Oczekujesz, że ślepo zaufam twojemu każdemu słowu, wciąż nie oferując żadnego dowodu. Każdy może wyssać taką bajeczkę o siłach specjalnych z palca. Potrzebuję konkretów zanim zaczniemy poważne interesy.

Runcorn zdawał się tego właśnie oczekiwać. Nie mówiąc nic, rozbroił swoją protezę, odsłaniając ponuro sterczący kikut. Zdjął także opaskę, pokazując pusty oczodół, który za nią skrywał.

- Chcesz wiedzieć kto mnie tak urządził, jasne. To był założyciel Bellrose. To nadal nie ten konkret, którego pragniesz, co nie? To co powiesz na to? – ponownie chwycił za swoją bransoletkę i po chwili postawił ją między nami. Wtedy pojawił się hologram o jakości wyższej niż większość najbardziej nowoczesnych telewizorów, przedstawiający osobę, której nigdy nie spodziewałbym się na nim zobaczyć.

Złote firanki częściowo przysłaniały zaokrągloną ścianę, której większość powierzchni stanowiły szyby, wpuszczające wystarczającą ilość światła by można było za dnia komfortowo pracować przy biurku z ciemnego drewna. Przy nim, na obitym skórą fotelu zasiadał on. Osoba, której chyba nikomu na świecie nie trzeba było przedstawiać. A w jego tle stały dwie flagi: jedna z barwami narodowymi Stanów Zjednoczonych, druga z godłem. Zaniemówiłem z wrażenia, gdyż nie dało się pomylić tego pomieszczenia. To był Gabinet Owalny Białego Domu i urzędujący w nim prezydent Aaron Robinson.

- Tak, agencie Runcorn? – uprzejmie kiwnął głową i odłożywszy na bok pióro, zamknął teczkę z dokumentami. Spostrzegłszy jak wyglądał dzwoniący, jego brew delikatnie uniosła się, choć nie dało się tego poznać po tonie jego głosu.

- Jeśli mogę zająć chwilkę, panie Prezydencie. Jest ktoś, kto potrzebuje dowodu na istnienie FBTI, dlatego pomyślałem, że najbardziej upoważniony do tego jest pan.

- Rozumiem. Mam akurat wolny moment, więc mogę dokonać wprowadzenia. Zwłaszcza, że wnioskuję, że mowa o tym posiadaczu Ostatecznego Talentu, o którym wspominałeś uprzednio.

- W rzeczy samej, a to i on – Runcorn przekręcił opaskę, kierując jej kamerę w moją stronę.

- Pan Christopher Sparrow… – wymawiając moje imię, Prezydent jakby pogrążył się w nostalgii, po czym dodał – Agent Runcorn sporo mi o panu opowiadał. Cieszę się, że nareszcie możemy porozmawiać, nawet jeśli nie przy okazji przekazując obywatelstwo za wyczyny sportowe. Chociaż urodził się pan w naszym kraju, więc to nie jest konieczne. Haha, kto wie, może przyjdzie jeszcze dla pana czas, żeby wystąpić w barwach narodowych ojczyzny.

- Eee… Czuję się uhonorowany… – wydukałem, nie wiedząc jak zareagować.

Prezydent zdawał się tym nie przejmować:

- O istnieniu FBTI mogę osobiście zaręczyć. Widząc rosnącą potrzebę zwalczania przestępczości związanej z Talentami, siedem lat temu, na początku mojej pierwszej kadencji sam ustanowiłem tę organizację. Zwalczać ogień ogniem, w pewnym sensie takie było jej motto, jednak ten ogień nie raz wymykał się spod naszej kontroli. Nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze wiele o Talentach, przez co trudniej było dokonać odpowiedniej selekcji personelu. Pierwszymi stałymi rekrutami byli dopiero agent Runcorn oraz panna Atkins, która od roku również sprawuje funkcje młodszej agentki.

- A co z pozostałymi członkami? – zdecydowałem się zapytać.

- Nie żyją – prezydent oznajmił krótko – I nie mam zamiaru pana zniechęcać w ten sposób. Ryzyko zawodowe jest porównywalne do pracy w policji. Żeby nie zapeszać, nie dodam nic więcej. Jeżeli to wszystko, to proszę mi wybaczyć. Oczekuję ważnego telefonu, więc muszę być przy linii – prezydent pożegnał mnie ruchem głowy i zakończył transmisję.

Podczas gdy Runcorn z powrotem nakładał swój rynsztunek, zdążyłem dojść do wniosku, że nie było sensu dalej kwestionować wszystkiego co do tej pory usłyszałem. Zapowiadało się na to, że faktycznie zostałem uratowany przez tajne służby. Co z tego wyniknie, nie miałem pojęcia. Ciekawiło mnie jak wiele informacji posiadali i ile one wniosą do tego co zdobyłem samemu.

- Chyba możemy lecieć. Gotowy? – odzyskując dawny wigor, Runcorn poprawił swoją fryzurę.

- Tak, chodźmy – potwierdziłem i ruszyłem za nim.

*

Biorąc pod uwagę, że kwatery FBTI były obecnie okupowane przez jedynie dwie osoby, kompleks jaki ta jednostka obejmowała był nad wyraz rozległy i świadczył o ponadprzeciętnym budżecie, który umożliwiał utrzymanie placówki wedle najwyższych możliwych standardów. Co więcej, spora część technologii wykorzystywanej w tym miejscu wręcz zdawała się pochodzić z przyszłości. Rzekomo, wszystko to były patenty Runcorna, przedstawiającego się jako Wynalazca, ale sam nie wiedziałem już co na ten temat myśleć. Jeśli mówił prawdę, jego Talent był wyjątkowy, a jego wiedza niesamowicie rozległa, jednak po tym jak się zachowywał nie zdziwiłbym się, gdyby celowo mijał się z faktami by zawyżać własne zasługi. Dawno nie spotkałem kogoś aż tak egocentrycznego, więc nie zdziwiłbym się, gdybym miał rację.

Mimo moich wątpliwości, nie przeszkadzałem mu, kiedy prowadził mnie szerokimi korytarzami, których ściany pokrywały różnokolorowe kafelki oraz wiszące na nich abstrakcyjne i pewnie niebotycznie drogie obrazy; a na podłodze leżał czerwony dywan, dokładnie taki sam jak ten słynny z gal nagród filmowych. Pozostawiając za nami puste dormitoria, Runcorn pokazał mi pracownię chemiczną, zachęcając do małego eksperymentu z chemikaliami jakiego, ku jego rozbawieniu, rezultatem był obłok duszącego gazu wystrzeliwujący w moją stronę. Gdy się uspokoił, w czym pomogło mu moje nienawistne spojrzenie, wyszczerzył się i zadeklarował:

- Skoro zasłona dymna została zrobiona, możemy zająć się ciekawszymi eksponatami.

Energicznym krokiem zbliżył się do ściany i nadusił kilkukrotnie kilka rozsianych po niej płytek, co uwolniło ukryty mechanizm.

- Jesteś pierwszą osobą, której to pokazuję, więc lepiej doceń ten gest. A także mój wspaniały rozum. Kto jak kto, ale ty powinieneś być w stanie.

Po tym jak Runcorn aktywował panel, ukazała się wnęka w murze, a w niej podest ze stojakiem, który utrzymywał pod szczelną kopułą małą strzykawkę wypełnioną wściekle neonowo zieloną substancją.

- Jak na razie to wyłącznie prototyp, więc nie ma oficjalnej nazwy. Na wszelki wypadek podpisałem go jako V3, od wersji, jednak chyba ważniejsze jest to, co to ustrojstwo robi, co nie? – Wynalazca dumnie wypiął pierś. Czym dłużej mówił, tym bardziej jego oko lśniło pasją – Zadaniem tego specyfiku jest zwiększenie wydolności organizmu ludzkiego ponad jego fizyczny limit. Nie mam na myśli transformacji pokroju Hulka, ale coś, co w prostych słowach określiłbym jako nadludzka siła. Na przykład, jeśli teraz bym to sobie wstrzyknął, byłbym w stanie wziąć i od tak, przebić się przez sufit gołą pięścią, a ty byś nie zauważył w mojej budowie żadnej zmiany.

- Czyli działa? – spytałem z niedowierzaniem.

- Jeszcze nie. W tym stanie co najwyżej może przyspieszyć twoje wydalanie, jeżeli chcesz spróbować. Ale w niedalekiej przyszłości? Kto wie? Kto wie?

Po tej krótkiej prezentacji opuściliśmy laboratorium.

Dalej zaprezentowano mi salę treningową. Rozstawione były w niej po kątach zapas włóczni oraz manekinów, na których widok przyszedł mi do głowy wspaniały pomysł.

- Co powiesz na mały sparing? – zaproponowałem Wynalazcy z mściwą satysfakcją. Miałem ochotę mu odpłacić za wcześniejsze upokorzenie. Jednak nie zapowiadało się, że będzie mi to dane, bo Runcorn był już daleko.

- Jestem mózgiem tej operacji, nie jej mięśniami… – mamrocząc pod nosem, pogonił mnie ręką. Byłem zadowolony i z tego, że na moment zburzyłem jego pewność siebie.

Następnym przystankiem na trasie zwiedzania okazało się proste, ciemne pomieszczenie, na którego środku mieściła się owalna szklana kopuła. Zaintrygował mnie ten wystrój, co nie umknęło uwadze przewodnika.

- A oto jeden z moich ulubionych wynalazków. Mówiąc szczerze, spędzam przy nim większość wolnego czasu i wciąż go doskonalę, ale zaufaj mi, już w tym stanie nie znajdziesz niczego lepszego na rynku i nie zmieni to się przez długie lata, jak nie dekady – oparłszy dłoń na biodrze, poklepał urządzenie.

- No i co to niby jest? Akwarium?

- Skąd w ogóle ten pomysł?! – Runcorn oburzył się – To wirtualna rzeczywistość. Nie potrzeba do niej gogli ani żadnych plączących się pod nogami kabli. Wystarczy wejść do środka i voila. Choć gry są jak do tej pory dość limitowane, bo wszystkie muszę tworzyć sam, zabawa jest moim zdaniem przednia. Do tego pracuję nad tym by dało się go zmniejszyć do rozmiarów przenośnych, chociaż przed tym jeszcze długa droga. Oj, bardzo długa… W każdym razie, gramy na nim codziennie z Charlie i uwierz mi, próbowaliśmy każdej możliwej kombinacji.

- W to akurat nie wątpię – po tonie jego głosu miałem nadzieję, że oszczędzi mi detali.

- Mam przygotowaną całkiem fajną strzelankę dla dwóch graczy. Co powiesz, żebyśmy odegrali w niej twoje wyzwanie?

A czemu nie? Przypuszczałem, że był w tym jakiś haczyk, pozwalający mu uzyskać przewagę, której nie miałby w normalnych warunkach, mimo to, byłem pozytywnej myśli. Nigdy nie przepadałem za technologią, jednak stanąwszy przed czymś takim, nawet ja nie mogłem się oprzeć pokusie. Ciekawość wygrała, przystałem na propozycję:

- Jestem za.

- Oho, to mnie zaskoczyłeś. Przypuszczałem, że będziesz bardziej podejrzliwy. Skoro spotkamy się na równym gruncie, to co, może jakiś zakład? Jak ja wygram, zwiedzamy wszystkie najnudniejsze zakamarki, a jak ty, idziemy prosto do mojego biura, do najbardziej soczystych kąsków, ok?

- Brzmi sprawiedliwie – o ile nie wziąć tego stwierdzenia przesadnie dosłownie. Mimo to, przegrana nie była opcją, więc nie było to istotne. Planowałem mu pokazać, gdzie jego miejsce.

- Świetnie! – Runcorn wyjął z kieszeni pilot i przydusił na nim kilka przycisków, a po chwili, kopuła rozsunęła się, pozwalając nam wejść do środka.

- Trochę tu duszno – spostrzegłem, kiedy przejście zamknęło się za naszymi plecami.

- Już włączam klimę – jak powiedział, tak uczynił. Następnie zwrócił się do mnie – Gotowy na show?

- Poważnie niczego do tego nie potrzeba?

- Niezbędna jest tylko para oczu, rąk i nóg, więc w pewnym sensie jestem na straconej pozycji – Runcorn zażartował, machając swoją protezą, w której trzymał pilot – Już odpalam.

Wtedy z podłogi zaczęła unosić się bezbarwna para, szybko wypełniając całą dostępną przestrzeń. Odwróciłem się w stronę Wynalazcy, lecz ten wciąż stał niewzruszony obok mnie. Nie wyglądało to na plan zdrady, więc chyba rzeczywiście to była zwykła symulacja. Choć widoczność już prawie całkowicie zanikła, w ostatnim momencie zobaczyłem prowokacyjny uśmieszek mojego rywala:

- To powodzenia.

Kiedy otworzyłem oczy znajdowałem się na… pustyni. Czy to właśnie była pełna moc tego urządzenia? Wszystko zdawało się tak realne jak tylko możliwe, jakbym faktycznie został przeniesiony na środek piaskowego pustkowia. Nawet podłoże pod moimi nogami sprawiało wrażenie prawdziwego, roznosząc się przy każdym kroku i przyprawiając mnie o ochotę by zdjąć buty, aby pozbyć się wsypującego się do nich piachu.

- Uwierzyłbyś, że widzimy to wszystko na ekranie? To magia azurytu szkarłatnego, którego stop jest ukryty pod posadzką. W określonych warunkach, w odpowiedniej reakcji chemicznej jest w stanie produkować silnie halucynogenny gaz, powodujący, że zmysły wdychających go, jakby to powiedzieć, ulegają rozmyciu. W początkowych wersjach projektu były drobne efekty uboczne, takie jak na przykład regularne wizje, jednak ta wersja jest już bezpieczna. Testowałem na sobie – zza moich pleców wychylił się Runcorn, wyjaśniając działanie tego wynalazku. Trzymał srebrny rewolwer nieznanej marki, którym kręcił na palcu. Zauważywszy moje zakłopotanie, poradził:

- Zobacz do góry.

Posłuchałem go i wtedy dostrzegłem pulsujący czerwony pasek oraz dziewięć podświetlonych zer kawałek obok niego.

- To twoje życie. Oczywiście, jak spadnie do zera to nic ci się nie stanie w prawdziwym świecie. Jak działa wynik, chyba nie muszę tłumaczyć. Strzelaj w co popadnie i nie daj się im trafić. O tak, pif, paf i do przodu – odgrywając pantomimę strzelaniny między sobą samym, Runcorn ustawił się przy barierce.

- Chwila, ale czym? – przecież nie miałem przy sobie żadnej broni.

- Ach, zapomniałem, że nie zdążyłem dostosować pod ciebie HUDu. Pożyczę ci swój, łap – pod wpływem jego dotyku zmaterializowało się okienko, które przesunął przede mnie.

Przedstawiona była na nim lista uzbrojenia, jaką zadowoliłby się nawet najbardziej wybredny koneser. Od antyków z zamkami skałkowymi po futurystyczne bronie laserowe. Pomimo tego, dla mnie wybór nie był trudny. Kiedy moje oczy spoczęły na zakładce Beretta M9, natychmiastowo odhaczyłem opcję ‘akimbo’. Kiedy potwierdziłem, dwa pistolety pojawiły się w moich dłoniach.

- Zupełnie jak prawdziwe – przyjrzałem się im uważnie, dokładnie obmacując każdy milimetr ich powierzchni.

- A jakby inaczej. Od razu uprzedzam, że przeładowanie jeszcze nie działa, więc wystarczy wyłożyć magazynek i docisnąć go z powrotem. Skoro mamy to z głowy, ustaw się, bo pierwsza fala jest już w drodze!

Na to wezwanie zbliżyłem się do stanowiska za plecami Runcorna i spojrzałem w dal. Pośród oślepiających promieni słońca można było dostrzec stale powiększającą się chmurę piasku. Gdy znalazła się wystarczająco blisko, pod moim paskiem zdrowia wyświetlił się drugi, należący do gracza MR, jego punkty oraz zegar odliczający czas do przybycia posiłków.

- No to połamania spluw – dobiegł mnie głos współgracza.

Zanim zdążyłem mu odpowiedzieć, z gruntu wyłoniły się osłony, za którymi ukryli się nasi wrogowie i wszystko inne przestało się liczyć. Nawet jeśli niewiele zależało od tej potyczki, nie byłbym sobą, gdybym dał się pokonać w strzelaniu.

Podobał mi się wygląd nieprzyjacielskich sił, bo choć ubrani w orientalnym stylu, z turbanami na głowach, ich twarze zasłaniały maski z płonącymi różami. Och, tak. Z przyjemnością posyłało się kule w takie cele… Kiedy uśmierciłem pierwszego z wirtualnych sługusów Bellrose, przez moment zaświeciło się nade mną „+250 strzał w głowę”. Runcorn w międzyczasie zdążył zdobyć już 400 punktów.

- Nie ociągaj się! – krzyknął do mnie przez ramię. Miał rację.

Wyeliminowałem dwóch kolejnych, a następnie odskoczyłem na bok, unikając nadchodzące pociski. Chociaż moja przestrzeń ruchów była dość ograniczona, jak długo nie zostanę złapany w ogień krzyżowy nie powinienem mieć problemów. Na szczęście jednak nie wyglądało na to, żeby to było możliwe, bo właśnie zauważyłem, że kule wrogów wpadały na niewidzialną ścianę między naszymi stanowiskami. Mogłem skupić się wyłącznie na własnym polu widzenia. Postrzeliłem w nogę przeciwnika, który próbował mnie flankować. Upadł, a jeden z jego towarzyszy podbiegł by mu pomóc, osłaniany przez kolejnego. Całkiem przyzwoicie sobie radzili jak na program komputerowy. Stwierdziłbym nawet, że lepiej niż ich odpowiedniki z realnego świata, co stanowiło nie lada komplement. Kucnąłem i już miałem się zająć ratownikami, gdy nagle przed oczyma zobaczyłem krew.

- Co jest? – otworzyłem usta ze zdumienia, zdawszy sobie sprawę, że moje zdrowie zmniejszyło się mniej więcej o jedną dziesiątą, a tysiąc punktów zostało karnie odjętych.

- Nie miałem jak skalibrować twojego modelu – tańcząc między pociskami, Runcorn wyjaśnił – Dlatego trafienia mogą się nieco bugować. Według gry jesteś w tej chwili… Kurwa! Rozproszyłeś mnie! – kula zatrzymała się na jego czole. Straciwszy w ten sposób 25 procent życia i cztery tysiące punktów, kopnął w frustracji w barierkę.

Niedługo potem zjawiła się następna fala, przez co szybko zapomnieliśmy o tym zajściu, ochoczo kontynuując rozstrzał świeżo przybyłych przeciwników.

Nie miałem pojęcia jak dużo czasu spędziliśmy w wirtualnej rzeczywistości. Nasza gra w pewnym momencie dobiegła końca za sprawą niedorzecznej ilości działek laserowych, które dosłownie zmiotły nas obojga i to w tej samej chwili. Kompletnie wyczerpani, przewróciliśmy się obok siebie. Starając się złapać oddech, Wynalazca wysapał:

- Tego rekordu chyba nikt nie pobije… O 5 cyfr… Chyba będę musiał lepiej zbalansować fale od setnej wzwyż. Dodawałem byle co, bo myślałem, że nigdy się do niej uczciwie nie dojdzie.

- To było całkiem zabawne – odparłem i podnosiłem się. Runcorn wyłączył sprzęt, więc zamiast piasku znów poczułem, że siedzę na metalowej płycie.

- Ha, czyli podobało ci się. Niech mnie, ty się nawet potrafisz uśmiechać!

Dotknąłem moich ust by przekonać się czy ich kąciki faktycznie uniosły się, jednak nie byłem w stanie określić czy była to prawda. Rzecz jasna, musiałem przyznać, że ta gra okazała się niespodziewanie przyjemnym doświadczeniem i zarazem idealną sesją treningową. Może technologia nie była aż taka zła za jaką ją do tej pory brałem? Nie potrafiłem sformułować mojego zdania, dlatego zadecydowałem by zmienić temat:

- Tylko co z wynikiem? Nie zdążyłem zobaczyć go przed końcem.

- Ja również – Wynalazca wskazał na swoją bransoletkę – Ale od tego mam to. Zarejestrowało nasz mecz. Zobaczmy.

Z urządzenia wyłonił się kolejny hologram, przedstawiający pozostałości po pustynnej planszy zmagań, teraz całkowicie przejętej przez technologię przyszłości. Po kilku ruchach palcami, na środku wyświetliła się pełna lista nazw i cyfr, na której szczycie wyróżniały się dwa, nieporównywalne większe od pozostałych rezultaty. Ten znajdujący się pod numerem jeden był bezimienny i wynosił 2336789500.

- To ty – wyjaśnił Runcorn – A ja z kolei… Ja pierdzielę, taki pech! – zobaczywszy swój wynik, załamał się. I nie dziwiłem mu się. Przegrał różnicą zaledwie stu punktów.

- Gdybyś mnie wtedy nie rozkojarzył, wygrałbym! Zrobiłeś to celowo. Nie sądziłem, że posuniesz się do takich brudnych taktyk – zaatakował mnie oskarżycielskim tonem.

- Taa… – westchnąłem. Ktoś tu chyba nie radził sobie z porażką, lecz nie chciałem wchodzić głębiej w jego problemy.

Runcorn na szczęście odpuścił sobie i trzepocząc swoją peleryną, odwrócił się na pięcie:

- Obietnice są obietnicami, a ja jestem człowiekiem swojego słowa. W sumie dobrze, że tak wyszło, bo planowałem zanudzić cię na śmierć. Na serio. Także tego, komu w drogę, temu czas. Pora żebyś poznał prawdę o tym, w co się wplątałeś – oznajmił, po czym dodał ze złowieszczym uśmieszkiem – Pamiętaj by nie mieć do mnie potem żadnych pretensji.

*

Biuro Runcorna okazało się pomieszczeniem ulokowanym na samym końcu prawego skrzydła kompleksu, ze względów bezpieczeństwa znajdującym się najdalej od wejścia jak było to możliwe. Teoretycznie, bo miałem podstawę uważać, że takie środki nie były konieczne. Wbrew pozorom dyrektor FBTI zdawał się być całkiem kompetentnym, a na pewno zdolnym do samoobrony i poradziłby sobie bez problemu z jakąkolwiek próbą zamachu na jego życie z zewnątrz. Z środka natomiast po prostu nie było komu na niego czyhać, gdyż rzeczywiście, jedynymi osobami jakie przebywały w kwaterach był Wynalazca, jego partnerka oraz ja, więc skoro nie planowałem jakkolwiek go napadać, zagrożenie praktycznie nie miało szans przedostać się tak głęboko.

- Wybacz za lekki bałagan. Nie chciało mi się sprzątać, a Charlie średnio sobie radzi z takimi obowiązkami. Znając ją, wywaliłaby jeszcze jakieś ważne papiery do kosza, więc wolę nawet nie dawać jej szansy się wykazać – zapominając, że przed paroma minutami był na mnie wściekły, Runcorn ochoczo zaprosił mnie do środka. Kiedy zajął się ulokowaną za biurkiem szafką, rozejrzałem się po wnętrzu.

Ten pokój z całą pewnością nie wpasowywał się w moje wyobrażenie o gabinetach dyrektorskich. Na ścianach wisiały plakaty kobiet w strojach kąpielowych oraz odręczne schematy różnych wynalazków. Gdzieniegdzie przebijały się nieduże wizerunki jakiś ludzi, na oko naszkicowane przez amatora, przypominające swoim stylem policyjne portrety pamięciowe. Najciekawszym elementem tego wystroju zdawała się być jednak leżąca na blacie ramka, migocząca na różne kolory. Nachyliłem się nad nią. Zdjęcie, które oprawiała bez dwóch zdań przedstawiało Runcorna i Atkins, o kilka lat młodszych i sądząc po tym, że Wynalazca nadal miał oboje oczu i nie brakowało mu ręki, mniej doświadczonych przez los. Choć ta zmiana była najbardziej widoczna, moją uwagę przykuł fakt, że ich włosy nie były białe: jego były ciemnobrązowe, jej – blond. Z resztą nawet jej skóra zdawała się być nieco bardziej kolorowa, a poza jakby sztuczna…

- Ach, planowałem to kiedyś powiesić, ale nie miałem pomysłu gdzie – nagle fotografia została zabrana z widoku przez Runcorna, który wyjął butelkę z etykietą Fettercairn – Whisky? – zaproponował, polewając do szklanki.

- Nie pijam alkoholu.

- Spoko. To ja wezmę podwójną porcję, żeby nadrobić – powiedział i błyskawicznie wypił to co nalał, natychmiastowo uzupełniając zawartość, którą ku mojemu zdumieniu, ponownie opróżnił jednym łykiem.

- Niezłe tempo…

- Tak drogim trunkom nie można pozwolić się zmarnować. Poza tym, bez odpowiedniego znieczulenia nie potrafię podejść do niektórych spraw. No, ten tego, na trzecią nóżkę… – nie obchodząc się niczym, Runcorn pomógł sobie trzecią kolejką. Po odstawieniu szklanki jego wzrok osadził się przez moment w nicości, jakby głęboko się nad czymś zastanawiał. Kiedy się ocknął, chwiejnym krokiem udał się w stronę plakatów i zaczął gmerać między nimi. Przyglądałem się mu uważnie, powoli obawiając się czy to nie alkohol kazał mu to uczynić. Jak się okazało, niesłusznie.

Po chwili rozległo się kliknięcie. Aktywował się jakiś mechanizm i Wynalazca odsunął się. Wtedy fragment ściany odwrócił się, odsłaniając ogromną tablicę korkową, pokrytą mozaiką zdjęć, wycinków z gazet oraz różnych innych papierów, których pochodzenia nie mogłem określić przy pierwszym spojrzeniu. Całość układała się w mapę myśli, w której centrum znajdowały się dwa słowa, napisane grubym czarnym mazakiem:

- Zabójcza gra… – brzmiało to co najmniej niepokojąco.

- Słyszałeś coś o tym? – spytał Runcorn.

- Nie sądzę. Ma coś wspólnego z Bellrose? Bo jeśli nie, to mnie nie obchodzi.

- Oj, ma, ma… Powiedziałbym wręcz, że jest to najważniejszy punkt ich działalności – na lewej odnodze widniała ich róża, wskazawszy którą, Runcorn kontynuował – Grupa ludzi jest zamykana w szczelnie zabezpieczonym miejscu, bez drogi ucieczki lub kontaktu ze światem zewnętrznym. Organizatorzy chcą by zabijali się nawzajem, co w takich warunkach nie jest takie trudne. W końcu komuś puszczają nerwy i staje się… Potem prowadzony jest proces. Jeśli podczas niego sprawca morderstwa nie zostaje odkryty, wygrywa i jest uwalniany, a reszta ginie. Jeżeli prawda wyjdzie na jaw, zabójca jest poddany dość spektakularnej egzekucji, a pozostali przeżywają. Oczywiście, są jeszcze inne zasady, ale to powinno ci dać ogólny obraz.

- To niewiarygodne, że komuś udało się rozegrać coś takiego. Podobnie jak to, że wiesz o tym wiele…

- Do tej pory doszło do dwóch gier. Pierwsza okazała się fiaskiem i wszyscy jej uczestnicy zginęli. Nie wiemy o niej dużo oprócz tego, że odbyła się 18 lat temu. Druga z kolei miała jednego ocalałego. To on zdradził tyle szczegółów. Biedaczysko… Szok drastycznie go zmienił, bo nie dość, że musiał przejść przez tamto piekło, wbrew obietnicom, nie wypuścili go. Eksperymentowano na nim i uciekł jedynie dzięki odrobinie fartu. Chyba zrozumiesz, dlaczego jego dane są ściśle poufne.

Kimkolwiek był ten przetrwały, wyobrażałem sobie, że kompletnie zniszczono jego psychikę, więc FBTI chroniło jego prywatność, oferując mu szansę na zapomnienie o minionym koszmarze. Wystarczający powód by ukryć jego tożsamość, lecz postanowiłem dopytać o parę szczegółów:

- Jakiego rodzaju eksperymentom?

Runcorn polał sobie kolejną porcję whisky, która wykrzywiła jego twarz. Chyba nieco przesadził z prędkością wypicia tego, bo przez moment wyglądał jakby miał zwymiotować. Jednak jakoś udało mu się wstrzymać i odparł:

- Talenty dzielą się dwa rodzaje: zwykłe i Ostateczne, które są w sumie ich ulepszoną wersją. Ich posiadaczy jest znacznie mniej, ale stanowią bardziej interesujące okazy, ponieważ ich umiejętności przekraczają granice pojedynczej dziedziny. Dla przykładu, popatrz na mnie. Może i jestem Wynalazcą, lecz radzę sobie praktycznie ze wszystkim. Zresztą ty zapewne też. Twój Talent jest również Ostatecznym.

- Na jakiej podstawie tak uważasz?

- Zbadałem cię, kiedy byłeś nieprzytomny. Prawda leży tu – przytknął dwa palce do swojego czoła – Fale twojego mózgu operują na niemal tej samej częstotliwości co moje, więc raczej można to uznać za dowód naukowy.

- Ta Ostateczność… – zdawało mi się, że zaczynam dostrzegać powiązania – Ona jest jakoś związana z zabójczymi grami, co nie?

To spostrzeżenie rozbawiło Runcorna do tego stopnia, że prawie się zadławił. A tego nie chciałem, przynajmniej, dopóki nie skończy tej historii, więc klepnąłem go po plecach. W końcu doszedł do siebie i z załzawionymi oczyma, oparł dłoń na moim barku.

- Stary, właśnie udowodniłeś, że miałem rację. Nikt normalny nie domyśliłby się tego tak szybko. Ku twojemu sukcesowi – wzniósł toast, po którym zatoczył się w miejscu i podśmiechując pod nosem, pocałował butelkę trunku.

- Nie powinieneś już więcej pić. Jesteś pijany jak bela – zasugerowałem, ale Wynalazca oburzył się:

- Sam jesteś pijany! – czknął – Ja dopiero zaczynam. Gadanie o pracy sprawia, że gardło mi ciągle wysycha, więc muszę je stale oliwić.

- Niech ci będzie… Ale z łaski swojej rozłóż siły na tyle, żeby wyjaśnić resztę. Załatwiliśmy dopiero dwie gry, a widzę, że jest jeszcze trzecia. I Peccatorum… Jakie są ich powiązania z całą sprawą?

- O trzeciej nie ma co strzępić języka. Wciąż się raczej nie odbyła. Albo jest w trakcie. No, w każdym bądź razie, nie możemy nic z nią zrobić. Brak tropów. Mamy pojedynczy dowód, który pozwolił nam dowiedzieć się o istnieniu tej grupy, nic więcej…

Słuchając Runcorna, zauważyłem przybitą do tablicy białą kopertę z pieczęcią, dokładnie taką jaką otrzymał Dismas Hardin. Obok niej był przytwierdzony list: 

Szanowny panie Runcorn,
W podziękowaniu za służbę ojczyźnie, chcielibyśmy zaprosić pana do miejsca, w którym nie dość, że pan odpocznie, może pan się zbliżyć do własnego celu. Jeśli jest pan zaintrygowany naszą skromną ofertą, proszę przybyć dnia 17 października br. o godzinie 16.30 na lotnisko im. Ronalda Reagana w Waszyngtonie i okazać to zaproszenie przy terminalu C.
Mamy nadzieję, że niedługo się spotkamy.
Z wyrazami szacunku,
Zarządcy hotelu Peccatorum

- Nie wiem jakim idiotą trzeba byłoby być, żeby dać się zwabić na tak gównianą przynętę. Poważnie… Nawet nie podpisali się czytelnie. No, ale stawiłem się tam, chcąc zaaresztować pracownika tego terminalu. Zapłacono mu ładną sumkę, żeby doprowadził mnie do prywatnego odrzutowca, który miał mnie wynieść w nieznane. Gdybym był szybszy, możliwe, że dorwałbym też tamtego gogusia we fraku. Skubany ulotnił się zanim odkryłem, który samolot należał do niego.

Goguś we fraku? Nie mów mi, że…

- Również miał białe włosy?

- Skąd wiedziałeś? – brwi Wynalazcy uniosły się.

- Miałem nieprzyjemność go spotkać. Przedstawił się jako Lokaj i w kółko wspominał o swoich pracodawcach.

- Poważnie? Opowiedz mi wszystko – nagle otrzeźwiając, Runcorn wyjął z kieszeni notatnik i długopis, więc uczyniłem jak prosił, streszczając całe zajście. Gdy skończyłem, przygryzł wargę i ponownie sięgnął po butelkę:

- To nie jest dobry znak. Chciałbym być w stanie pić by zapomnieć, ale moja pamięć jest na to zbyt perfekcyjna. Mimo to… No to siup w ten głupi dziób… – tym razem, bez żadnych ceregieli pociągnął zdrowego łyka prosto z gwintu. Następnie, z hukiem odłożył butelkę na biurko.

- Wszystko gra? – nieśmiało zwróciłem się do niego, jednak nie otrzymałem żadnej reakcji. Cholera, ten koleś miał nie lada problem… Biorąc pod uwagę opłakany stan Runcorna, rozważałem by skontaktować się z agentką Atkins i powierzyć jej zajęcie się nim, ale wtedy sam gwałtownie się zerwał:

- Każdego dnia zapierdalam jak maszyna i nie mam za to ani centa wdzięczności! Cały czas żądają większych i większych rezultatów. Jak? – bardziej niż mówić do mnie, zdawał się prowadzić monolog – Przecież jest nas tylko dwójka. Czy oni oczekują, że zaczniemy pączkować jak drożdże? Czy może chcą, żebyśmy wzięli odpowiedzialność zapełnienia FBTI na własne barki? Jasne, ale niech nie spodziewają się pierwszych agentów wcześniej niż za dziewięć miesięcy… Pierdolenie… Ja wiem co oni sobie tam już knują! Planują zlikwidować FBTI. Po moim trupie, po moim pieprzonym trupie!

Wycofałem się o krok, cierpliwie czekając aż mu przejdzie. W tej chwili przez Runcorna przemawiało whisky, dlatego zdecydowanie powinienem dać mu się wygadać. W końcu wypił prawie litr w niecałe piętnaście minut… Przeciętna osoba już dawno leżałaby w kałuży wymiocin, ale co jak co, Wynalazcy trzeba było przyznać, że miał mocną głowę.

- Ej, ty, Sparrow – nieoczekiwanie wskazał na mnie palcem – Jesteś moją ostatnią nadzieją! Tylko FBTI jest w stanie zapewnić mi odpowiednie środki, żebym mógł żyć we względnym spokoju razem z Charlie. Mamy tylko siebie nawzajem. Będę chronił jej do mojego usranego ostatniego oddechu! Kocham ją i jestem gotowy na wszystko by zagwarantować jej dom i jakieś bubki z Kongresu nam tego nie odbiorą. Jak zobaczą, że mamy nowego, wartościowego agenta zmienią zdanie. Chociaż na tyle, żebym mógł znaleźć lepsze rozwiązanie.

- Wybacz, ale nie mam zamiaru. Doceniam, że mi pomogliście, jednak są rzeczy, którymi muszę się zająć i nie mogę sobie pozwolić na wspieranie innych.

- Tak, pomszczenie narzeczonej jest na pewno ważniejsze dla ciebie niż jacyś dziwacy, których znasz jeden dzień. Nie patrz tak na mnie… To było oczywiste. Po przejrzeniu twoich akt dodałem do siebie fakty. Bliski jednej z ofiar nagle znika z powierzchni ziemi i kiedy po raz kolejny pojawia się, działa przeciwko sprawcom tamtego napadu. Nie jestem głupcem, Sparrow. Przewidziałem także, że będziesz niechętny do współpracy. Na szczęście mam kartę przetargową, która przekona cię skuteczniej niż moje słowa – tu zaprezentował mi kartkę papieru. Jak się okazało, był to wypełniony formularz rejestracyjny do FBTI.

- Sfałszowałeś mój podpis. I co starasz się tym osiągnąć? Przecież wystarczy, że to zgłoszę i udowodnię, bo to nie jest mój charakter pisma. Będziesz wtedy w poważniejszych kłopotach niż teraz.

- Jasne, droga wolna. Przypuszczam, że masz rację. Podrobiłem to w dość mierny sposób, nawet nie próbując by wyglądał podobnie. Ale wtedy pociągnę cię ze sobą na dno. Bo widzisz, jest jeszcze jeden istotny szczegół dotyczący pierwszej zabójczej gry. Zdobyłem kluczowy dowód. Do tej pory trzymałem go wyłącznie dla siebie, jednak mogę utrudnić ci nim twoją misję.

- Niby w jaki sposób?

- Zostaniesz postawiony w stan oskarżenia o współudział przy organizacji następnej gry. Na wszelki wypadek przygotowałem zawczasu parę dowodów, które sprawią, że nieco to potrwa zanim cię wypuszczą, a nawet wtedy, twoje ruchy będą ograniczone śledzącymi agentami. Co ty na to?

- Kto by pomyślał, że szef jednostki specjalnej będzie tak skory do łamania prawa – wzruszyłem ramionami, udając, że jego słowa nie robiły na mnie wrażenia. W środku jednak czułem, że nie powinienem go lekceważyć.

- Jakoś musiałem dotrzeć na szczyt i utrzymać się na nim. Mam ku temu swoje motywacje, ale nie są one twoją sprawą. Zresztą, dla ciebie i tak jestem miły. Mogłem wykluczyć cię z walki zanim w ogóle do niej stanąłeś, bo tak się składa, że jestem w posiadaniu notatnika, zawierającego szczegóły o uczestnikach gry sprzed 18 lat, jakie mogła znać jedynie osoba, która ją przeprowadziła. Opisane są w nim drobiazgowo ich dzienne rutyny, relacje z rodziną i przyjaciółmi… Wszystko co pomogło w uprowadzeniu, których przebieg również jest zawarty w tej książeczce. I zgadnij do kogo należała? Do niejakiego Davida Sparrowa, twojego ojca. Nie ma mowy o zbieżności nazwisk. Sprawdziłem to.

- Mojego ojca? – powtórzyłem szeptem. Choć wiedziałem lepiej, żeby niedowierzać w każde słowo Runcorna, ta wiadomość wybiła mnie z równowagi.

- W rzeczy samej. Znajdują się w nim inne wpisy, niektóre nawet wspominające o małym Christopherze, więc wszystko pasuje do siebie.

- Gdzie jest ten notatnik? Chcę go zobaczyć – musiałem się upewnić, że on faktycznie istniał.

- Przechowuję go w bezpiecznym miejscu. Jest to bardzo ciekawa lektura… Dzięki niej zrozumiałem wiele. Wydaje mi się, że znam niemal całą prawdę. Brakuje mi jedynie kilku kawałków układanki, a jestem pewien, że ty jesteś mi je w stanie dostarczyć. Mimo to, nie będę nalegał. Dołącz do FBTI, to dostaniesz ten wspaniały spadek. Mamy teraz 12 grudnia… Powiedzmy, że jeśli wytrzymasz z nami do końca roku, sprezentuję ci go na sylwestra. Obecnie Bellrose i tak cię intensywnie poszukuje, więc w międzyczasie zdążą nieco opuścić gardę. A ty zregenerujesz siły. Domyślam się, że twoje życie nie było zbyt wygodne do tej pory. FBTI i wspierające je państwo może zagwarantować ci warunki do jakich nie przywykłeś i jakie ułatwią ci dalszą część podróży. To jak, jesteśmy partnerami w zbrodni?

Kiedy Runcorn z łobuzerskim uśmieszkiem wyciągnął w moją stronę dłoń, analizowałem potencjalne skutki dwóch kłócących się w mojej głowie scenariuszy: co będzie, jeśli przystanę na tę ofertę, a co w przypadku, gdy odmówię? Jeżeli doszłoby do starcia, byłbym w stanie poradzić sobie z nim i uciec. Tylko gdzie? Wciąż nie znałem lokalizacji wyjścia ani tego, co czekało za nim. Bez tej wiedzy mógłbym wpakować się w niezłe tarapaty, przez które pomszczenie Amy stałoby się znacznie cięższe… Więc czy nie było innego rozwiązania niż zgodzić się? Póki co nie widziałem alternatywy, dlatego byłem skłonny przystać na te warunki. Zwłaszcza, że nie mogłem uciszyć cichego głosu ciekawości, jaki rozbrzmiewał w mojej głowie.

- Zanim co, potrzebuję gwarancji, że mnie nie oszukasz. Zademonstruj coś, co nie pozostawi żadnych wątpliwości, a wtedy sam podpiszę ten dokument.

- Nie mogę tego uczynić – odparł szorstko Runcorn – Z podobnych powodów co ty. Też muszę mieć zabezpieczenie, że mnie nie okłamujesz. Jestem ostrożnym graczem.

- Ja również. To co zrobimy z tym fantem, skoro oboje nie potrafimy dowieść swojej uczciwości?

- Mam pewną propozycję… – opróżniwszy resztę alkoholu, Wynalazca odstawił butelkę do kolekcji na wystawnej półce. Całkiem pokaźnej kolekcji, spostrzegłem.

- Więc zamieniam się w słuch – odrzekłem, jednak wyglądało na to, że nie dane mi będzie poznać jego oferty. Gdy już miał ją przedstawić, coś odbiło się od drzwi gabinetu.

Oboje poderwaliśmy się, koncentrując na źródle tego dźwięku. Odruchowo przygotowywałem się do walki, ale kiedy przypomniałem sobie, gdzie byłem, odrobinę się rozluźniłem. Choć prawdopodobieństwo napaści było znikome, nie przestałem być ostrożny. Wymieniłem z Runcornem spojrzenia. To zdarzenie zaskoczyło go do tego stopnia, że nie było mowy, żeby udawał. Co to mogło być? Pozostało sprawdzić… Z tym zamiarem ruszyłem w stronę drzwi, ale w tym momencie same się rozsunęły.

- Michael… Michael… – Charlotte Atkins z trudem opierała się jedną ręką o framugę, drugą zaś trzymała się kurczowo za pierś. Zanim bezwładnie upadła na podłogę zdążyła tylko wydać z siebie jeden błagalny jęk.

- Charlie! Charlie! Powiedz coś, kochanie! – Wynalazca potrząsnął jej ramieniem. Pod wpływem tego zajścia i zapewne alkoholu, do reszty stracił głowę, więc musiałem przejąć inicjatywę.

- Jest nieprzytomna. Jej puls słabnie. Potrzebuje natychmiastowej pomocy – stwierdziłem po krótkim badaniu – Niezbędny jest masaż serca. Odsuń się, nie jesteś w kondycji by…

- Zostaw ją! – niespodziewanie Runcorn wrzasnął, odpychając mnie. Nie rozumiałem co nim kierowało. Jeśli aż tak mu na niej zależało, powinien chcieć coś zrobić i to szybko, bo w każdej chwili Atkins mogła nawet umrzeć.

- Człowieku, nie mamy czasu na takie dziecinne scenki zazdrości! Jeżeli nie odejdziesz sam, usunę cię siłą – dopiero ten argument dotarł do niego. Ochłonąwszy, spoliczkował się i starając brzmieć sensownie pomimo przerażenia, skinął na biurko:

- Tam jest defibrylator… Proszę cię, zajmij się tym! Co mi strzeliło do tego durnego łba, żeby aż tak się upić…

Cokolwiek się działo z Atkins, raczej nie mógł tego przewidzieć, więc nie była to jego wina. Jednak na tłumaczenie tego przyjdzie jeszcze pora. Kiedy dopadłem do biurka, wyrzuciłem z niego wszystkie szuflady i zacząłem je przeszukiwać. Nic… Same śmieci… Jakieś papiery… Nie przejmując się ich zawartością, wysypałem je na posadzkę. Mniejsza z dokumentami, ratowanie życia stanowiło w tym momencie priorytet, a wspomniany defibrylator mógł być ukryty pomiędzy nimi. Cholera, czemu Runcorn musiał mieć taki nieporządek w swoich rzeczach? Sterta rupieci powiększała się z każdą sekundą. Powinienem był zająć się tym na swój sposób… Ale Wynalazca nalegał i czułem, że nie robił tego bez dobrego powodu. Tylko gdzie jest to pieprzone dziadostwo?! Byłem już przy ostatniej szufladzie, ale nadal bez rezultatów. Będzie w ostatnim możliwym miejscu, kiedy najbardziej jest potrzebne, zupełnie jak ja… Lub nie! Wtedy zauważyłem dwa małe, przypominające żelazka przedmioty, podłączone kablami do kostki.

- Mam!

Upewniwszy się, że funkcjonują prawidłowo, wróciłem do Włóczniczki i przyczepiłem elektrody w odpowiednich miejscach na jej skórze. Aktywowałem defibrylator. Tym razem jej partner nie wchodził mi w drogę. Z trwogą wpatrywał się jak przy dotknięciu metalu o pierś Atkins rozeszło się wyładowanie elektryczne, a jej ciało podskoczyło. Zerknąłem na monitor urządzenia:

- Wciąż spada. Jeszcze raz!

Następna próba okazała się pomyślna. Puls zwiększył się i ustabilizował na normalnych wartościach. W obawie przed ponownym pogorszeniem się, czekałem w ciągłej gotowości, jednak zapowiadało się na to, że mogłem odetchnąć z ulgą. Wkrótce Atkins otworzyła oczy. Zdając się nie świadomą tego, do czego właśnie doszło, przyglądała mi się z zainteresowaniem.

- Nie wybieraj się jeszcze do zaświatów. Tutaj nadal jest ktoś, kto potrzebuje ciebie bardziej niż powietrza – z niezdarnym uśmiechem odsunąłem się na bok, pozwalając Runcornowi rzucić się do boku ukochanej.

Z pewną satysfakcją oglądałem jak Wynalazca uścisnął dziewczynę i nie puszczając jej przez dłuższą chwilę, rozpłakał się. Choć nie wypowiedziano ani jednego słowa na głos, ta scena mówiła sama za siebie. „Cieszę się, że jesteś tu dla mnie”. Oboje niewerbalnie przekazywali sobie ten komunikat.

- Michael, znowu robię się senna… – Atkins ziewnęła, gdy nareszcie oderwali się od siebie.

- To zdrzemnij się, skarbie. Jak się obudzisz, wszystko już będzie w porządku. Obiecuję.

- Wiem, że dotrzymasz. Jak zawsze… Jak zawsze…

Zamknęła oczy, natychmiastowo zasypiając. Runcorn gładził jej włosy, a kiedy zebrał wystarczająco odwagi, odezwał się do mnie:

- Trochę mi głupio. Mam teraz dług wobec faceta, którego przed momentem szantażowałem. Christopherze, jesteś dziwnym człowiekiem.

- Sparrow. Nie przepadam za tym imieniem – wtrąciłem – Ona jest na coś chora?

- Charlie się z tym urodziła. Dwa lata temu miała przeszczep serca. Początkowo nie było żadnych problemów, jednak po roku od operacji jej stan znowu się pogorszył. Nowe serce nie było potrzebne, to cały czas jest w niej… Lekarze są bezradni. Nie są nawet w stanie nazwać tego cholerstwa. Dają jej góra pół roku.

Po tym stwierdzeniu zapadła krótka cisza.

- Z budżetem FBTI mogę szukać sposobów na jej wyleczenie. Wiem, że jestem w stanie to osiągnąć. Jestem już o krok od przełomu! To jest prawdziwy powód, dla którego tak bardzo mi zależy, żeby utrzymać tę jednostkę. Jeszcze przez chociaż dwa miesiące. Potem już mniejsza…

- Rozumiem – determinacja Runcorna była jasna. Choć konfliktowało to z moją misją, postanowiłem – Możesz na mnie liczyć. Nie daj jej umrzeć.

- Dzięki, Sparrow. Zrobię wszystko co w mojej mocy – słabo uśmiechnął się – Nie czuję się specjalnie dumny z tego powodu, ale chyba będę potrzebował kolejnej przysługi. Nie dam rady zanieść jej do pokoju. Sam kiepsko się trzymam…

- Drobiazg – z łatwością podniosłem bladą Włóczniczkę i pozwoliłem Runcornowi oprzeć się o moje ramię. Kiedy opuszczaliśmy gabinet, nerwowo zaśmiał się:

- Raczej nie sięgnę już więcej po butelkę… Gdyby nie ty, dzisiejszy dzień zakończyłby się dwoma tragediami. Najpierw ona, a potem ja strzeliłbym sobie w łeb…

- Mądra decyzja – skomentowałem.

Komentarze