Rozdział 5. Dismas Hardin

Skrupulatnie wytarłszy odciski palców, porzuciłem auto na przedmieściach i udałem się w głąb Los Angeles. Musiałem przyznać, że nie mogłem się doczekać by nareszcie znaleźć się w tym miejscu, a wizja rozwiązań zagadek, które od tylu tygodni kotłowały się w mojej głowie ekscytowała mnie do tego stopnia, że nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś po drodze uznał mnie za ćpuna.

Byłem pewien, że znalezienie Hardina nie będzie prostym zadaniem, ale zakładałem, że wciąż przebywał w mieście. Tylko pytanie, gdzie konkretnie. Nie wiedziałem absolutnie nic na temat przestępczego półświatka tego rejonu, posiadałem jedynie adres, pod którym poszukiwany miał być rzekomo oficjalnie zameldowany – Willow Street 1297/7, więc postanowiłem rozpocząć od tego tropu. Nawet jeśli nie spotkałbym tam Hardina, a było to wysoce prawdopodobne, dostęp do jego rzeczy osobistych mógł dać mi sporo informacji o jego charakterze, co w rezultacie ułatwiłoby dalszy przebieg polowania. Wbrew pozorom, organizacja przestrzeni domowej potrafiła zdradzić naprawdę dużo o danej osobie, jej potencjalnym zachowaniu w określonych sytuacjach i tym podobne szczegóły, które później mogły okazać się kluczowymi do przewidzenia jej następnych ruchów. Dla przykładu, ktoś kto zostawia w zlewie stertę naczyń przeważnie będzie wolniej i bardziej spontanicznie podejmować decyzje niż ktoś kto zajmuje się zmywaniem na bieżąco. Cóż prawda, na pierwszy rzut oka nie sposób stwierdzić czy to regularny stan rzeczy, a to mogło prowadzić do wysnucia niepoprawnych wniosków, jednak tym razem uważałem, że każda, choćby najmniejsza wskazówka była na wagę złota.

Przechodząc żwawym krokiem przez most na Sixth Street uderzyło mnie jak drastycznie różniło się tu życie od tego, które znałem w Kanadzie. Podobnie jak samochody na drodze, przechodnie pędzili w swoje strony w nieporównywalnie większym tempie, nie zatrzymując się chociaż na moment by zauważyć jak nad ich głowami dokonywała się zmiana reklam na bilbordach z oferty jakiegoś marketu na kinową premierę nowej adaptacji „Romea i Julii”, promowanej wizerunkiem Cecily Britt, ogrywającą główną kobiecą rolę. Ottawa też była sporą konglomeracją miejską, jednak tam to tak nie wyglądało lub przynajmniej tak mi się zdawało, możliwe, że wyłącznie przez przyzwyczajenie do tamtego obszaru. Tam znałem każdą ulicę na wylot, tutaj natomiast było obcym terytorium, do tego należącym do wroga, więc to było zupełnie naturalne, że czułem się zagrożony. Nie mogłem wiedzieć, kiedy i skąd zostanie wyprowadzony atak, dlatego musiałem zachować stałą, nieustanną czujność.

Dyskretnie rozejrzawszy się czy nie byłem śledzony, skręciłem w Mesquit Street. Choć byłem coraz bliżej celu, nagle wśród moich myśli pojawiły się wątpliwości. Przecież znalazłem profil Dismasa Hardina w tak podejrzanych okolicznościach, że tylko skończony idiota nie domyśliłby się jakie były intencje osoby, która go dla mnie wystawiła. Szansa na to, że Bellrose miało w swoich szeregach wysoko postawionego zdrajcę była śmiesznie niska, dlatego musiałem wchodzić prosto w pułapkę. Ale chyba troszkę za późno, aby się już tym martwić. Z tą świadomością pokonałem cały kontynent, więc nie powinno mi to robić większej różnicy. Czas na wycofanie się już dawno minął, zwłaszcza, że właśnie dotarłem przed Blue Bottle Coffee na rogu Mateo i Willow Street.

Nie musiałem długo szukać numeru, który mnie interesował, gdyż widniał on na ścianie budynku oddalonego o kilkanaście metrów od mojej pozycji. Czteropiętrowa, niedawno odnowiona ceglana kamienica o brązowo-złotej elewacji przy oknach pod żadnym kątem nie zdradzała po sobie, że jednym z jej mieszkańców był przestępca. Powiedziałbym wręcz, że ta budowla wyglądała na wyjątkowo spokojne, gościnne miejsce. Nie było tu nawet domofonu, dzięki czemu bez trudu dostałem się do środka. Wnętrze z kolei było wyraźnie skromniejsze. Wystrój parteru był utrzymany w odcieniach szarości, którą przełamywała jedynie zieleń roślin doniczkowych poustawianych na parapetach oraz wyblakła żółć skrzynek na listy. Zerknąłem do tej należącej do numeru 7. Leżało w niej kilka kopert, ale nie przesądzało to jeszcze sprawy. Mogło tak się złożyć, że Hardin z czystego lenistwa zaniedbał sprawdzanie korespondencji przez kilkanaście dni. Szacując, że jego lokum mieściło się najprawdopodobniej na trzecim piętrze, udałem się na wspinaczkę po schodach.

Jak tu cicho… Mógłbym przysiąść, że jedynymi dźwiękami jakie rozchodziły się po klatce schodowej było lekkie skrzypienie podłogi pod moimi butami. Czy ktoś tu w ogóle mieszkał? Względny porządek jaki panował w budynku sugerował, że tak, jednak paranoiczny głos z tyłu mojej głowy podpowiadał, że coś tu bardzo nie grało. Jakby ta kamienica całkowicie wymarła… Nonsens. W takiej dzielnicy nie byłoby to prawdopodobne. Po prostu wszyscy aktualnie przebywali w pracy bądź szkole, lub zamieszkiwali tu głównie seniorzy, którzy nie prowadzili zbytnio hałaśliwego trybu życia. Choć brzmiało to racjonalnie, nadal nie potrafiłem przekonać samego siebie. Chciałem przytykać ucho do każdych drzwi po kolei, aby upewnić się, ale to chyba nie był zbyt mądry pomysł, bo gdyby przyłapano mnie na tym, policja zostałaby wezwana, a to mogłoby utrudnić mi później powrót do tego miejsca. Pozostało już tylko zaryzykować. Stanąłem przed drzwiami z siódemką. Przytwierdzona była do nich tabliczka z inicjałami „J. i D. Hardin”. Wziąłem głęboki oddech i zapukałem. Brak odpowiedzi. A co, jeśli pozbyli się go by udowodnić mi, że nie dosięgam im do pięt? Na wszelki wypadek rozejrzałem się nad ewentualnymi drogami ewakuacji, ale czarno to widziałem. Gdyby do czegoś doszło, jedyną nadzieją było wejście na dach, skąd, dzięki gęstości zabudowań powinno udać się zdziałać coś więcej. Nadal cisza… Już miałem pochylić się nad zamkiem, jednak nagle poczułem, że byłem obserwowany.

Kiedyś słyszałem, że takie przeczucie było wytworem podświadomości, która pomimo braku wystarczającej ilości dowodów starała się zaalarmować o detalach jakie umykały naszej uwadze, więc czy okaże to się prawdą? Wątpiłem w obecność ukrytych kamer, bo nie byłbym przecież w stanie określić czy ktoś właśnie wpatrywał się w monitory, dlatego to spojrzenie musiało pochodzić ze znacznie bliżej. Skąd dokładnie? Zarówno schody w górę jak i w dół były czyste… Na szczęście, ta tajemnica szybko wyszła na jaw i wbrew moim obawom, nie przyniosło to nic złego. W progu mieszkania 8 garbiła się starsza pani w wełnianym różowym sweterku, niepewnie wyglądająca zza uchylonych drzwi.

- Mogę w czymś pomóc? – wiedząc, że nie uniknę konfrontacji i podejrzeń, spróbowałem wykorzystać zaistniałą sytuację.

- Pan pod siódemkę?

- Szukam pana Hardina, ale chyba go nie ma. Czy widziała pani, żeby gdzieś wychodził?

Staruszka spojrzała na mnie przenikliwym wzrokiem. Byłem pewien co zaraz powie, dlatego zacząłem przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu pewnego przedmiotu, w którego posiadaniu miałem nadzieję wciąż się znajdować.

- Mogę spytać o pańską godność?

- Oczywiście. Matthew Collins, LAPD – zaprezentowałem odznakę sprawnym, lecz nadal umożliwiającym weryfikacje jej prawdziwości ruchem, celowo zakrywając kciukiem zdjęcie na legitymacji. Wyglądało na to, że to wystarczyło.

- Ach, policja. Powinnam się była domyśleć, że w końcu ktoś przyjedzie po tego łobuza. Zawsze byłam zdania, że mu krzywo z oczu patrzy, ot co! Proszę mi powiedzieć, panie władzo, co ten nicpoń zmajstrował?

- Przykro mi, ale nie mogę podać szczegółów, pani… – tu przedstawiła się jako Helena Dantes – Takie mamy procedury. W każdym bądź razie, wróćmy do mojego poprzedniego pytania. Kiedy widziała pani po raz ostatni Dismasa Hardina?

- Hmm. Proszę dać mi chwilkę… – pani Dantes odpłynęła na dłuższą chwilę – W sumie to nawet nie pamiętam. Odkąd ta biedna kobieta umarła, rzadko kiedy tu bywał. Aaa, już wiem! To było jakoś miesiąc temu, jak odwiedził mnie mój wnuczek. Zapamiętałam to głównie dlatego, że o mało nie wypadł wtedy przez okno. Wie pan, to dobry chłopak, ale nieszczęśliwe wypadki trzymają się go od najmłodszych lat. Swoją drogą, nie słyszał pan może czy coś mu się stało? Alan Dantes, tak się nazywa. Od dwóch tygodni próbuję się do niego dodzwonić.

- Nic co by mi było wiadomo. Proszę się nie martwić. Pewnie wnuk jest po prostu zajęty i wkrótce się z panią skontaktuje – moje słowa widocznie uspokoiły babcię pechowca, pozwalając jej ponownie skupić się na naszej rozmowie – Wspomniała pani o zmarłej kobiecie.

- Owszem. To jego świętej pamięci żona, tylko wyleciało mi jak miała na imię. Julia, Jill… Na pewno coś na J. Nie znałam jej za dobrze. Była taka ładna i miła, że aż nie wiem jak tak bardzo różni ludzie mogli się pobrać! Parę razy pomogła mi nawet wnieść siatki z zakupami. Niestety nie mamy tu windy, a w moim wieku takie wspinaczki są męczące. Reumatyzm i te sprawy… Wie pan, jak to jest.

- Rozumiem. Chciałbym wejść do środka i rozejrzeć się. Gdzie znajdę dozorcę? – przerwałem jej zanim doszło do niekończącego się monologu-wyliczanki chorób.

- Pod dwójką. Ale dzisiaj ich nie ma. Wyjechali służbowo do soboty.

- Trudno. Chyba mam pecha – zaśmiałem się i dodałem, nerwowo zniżając głos – Cholera, szef znowu będzie się wydzierał…

Helena Dantes, jak przystało na wścibską emerytkę z nadmiarem wolnego czasu, miała wyostrzone zmysły do ponadprzeciętnego poziomu w porównaniu do przeciętnych osób w jej wieku i jak przewidywałem, pech oraz problemy w pracy okazały się działać na nią jak słowa klucze. Zapowiadało się na to, że jej reakcja ułatwi mi zadanie bardziej niż się tego spodziewałem.

- Niech pan poczeka, panie Collins! – zawołała niepewnie, obracając się na boki, jakby sprawdzając czy nie byliśmy podsłuchiwani – Jest jeszcze coś. Hardin był wtedy bardzo pijany. Dobijał się do dziewiątki i wrzeszczał, bo klucz nie pasował do zamka. Bogu dzięki, że nikt tam od dawna nie mieszka, bo mieliby nie lada stracha. Gdybym była wtedy sama, też bym się bała. Ale zanim wnusio zadzwonił po policję, ten łobuz musiał oprzytomnieć i trafił do swojego domu. Kiedy potem wyjrzałam, odprowadzając Alana, znalazłam to… – kobieta podała mi mały, pojedynczy klucz.

- Wnioskuję, że należy do pani sąsiada – skomentowałem.

- W rzeczy samej. Tak jakoś wyszło, że dopóki pan się nie pojawił i zaczął zadawać pytania kompletnie wyleciało mi to z głowy. Niby powinno załatwiać się takie rzeczy od razu, ale… Może lepiej, że tak wyszło. Czy będę miała przez to kłopoty? To właściwie kradzież!

- Skądże. Po prostu zaopiekowała się nim pani pod nieobecność właściciela, za co dziękuję w imieniu prawa. Zresztą, jakby co mogę napisać w raporcie, że znalazłem go pod wycieraczką.

- Ale tu nie ma…

- Oni nie muszą tego wiedzieć – mrugnąłem porozumiewawczo do pani Dantes, co rozluźniło napiętą atmosferę.

Krótko po tym skończyło się moje spotkanie z mieszkanką numeru osiem. Obawiając się konsekwencji nieoddania kluczy dozorcy zapomniała, że do rewizji mieszkania potrzebny był nakaz sądowy, którego oczywiście nie posiadałem. Różnie mogłoby się zadziać, gdyby ta staruszka była bardziej dociekliwa i znała prawo, ale skoro wycofała się do siebie, uprzednio zaprosiwszy mnie na herbatę, od której wymówiłem się rzekomo napiętym grafikiem pracy, nie miałem powodów do narzekania. Nastał ten moment. Po długiej podróży i oczekiwaniu, w końcu wkraczałem do kwatery Dismasa Hardina.

Już po kroku uderzyła mnie duchota, jaka panowała w środku mieszkania. Powietrze było przesiąknięte odorem alkoholu prawie do stopnia, że można było się upić wdychaniem go, a do tego było zmieszane z oparami tytoniowymi oraz potem. Łączyło się to w prawdziwie zabójczą mieszankę, przez którą niemal zwymiotowałem. Zasłoniłem usta i nos rękawem, jednak i to nie dawało za wiele, więc rzuciłem się w stronę kuchennego okna, po drodze potykając się o stos pustych szklanych butelek. Koleś wyraźnie nie stronił od picia... Westchnąłem, odczekując aż tlen rozejdzie się po pomieszczeniu, a w międzyczasie, zbadałem najbliższe otoczenie.

Na pierwszy rzut oka kuchnia wyglądała na zaniedbaną, jednak po dokładniejszym przyjrzeniu się stwierdziłem, że było to niedopowiedzenie. Wszędzie wokół panował istny syf – nieopróżnione od kto wie ilu popielniczki, resztki zgniłego jedzenia oraz innego rodzaju śmieci, które były rozsypane gdzie popadnie, bez jakiegokolwiek ładu bądź składu. Na domiar tego, kiedy otworzyłem ścienną szafkę, wysypała się na mnie sterta zgniecionych puszek po piwie. Jedna z nich zaplątała mi się w kołnierz, więc z niesmakiem odrzuciłem ją na podłogę i zrezygnowałem ze sprawdzania sąsiadujących szuflad. Niech będzie to najbardziej absurdalnie genialnie rozplanowana skrytka, ale trudno, wolałem ją sobie odpuścić niż dalej tarzać się w tym gównie…

Następne pomieszczenie, salon, wcale nie okazało się lepsze. Było królestwem chaosu, choć innego sortu. Elementy wystroju związane z używkami były niezmienne, jednak ich liczebność zmalała, za to brudne ubrania nadrabiały z nadwyżką. Powaga… Dawno nie przebywałem w takiej melinie, a to coś już chyba znaczyło, bo od lat żyłem przemieszczając się z punktu A do B, nie przejmując się luksusami. Nachyliłem się nad roztrzaskanym telewizorem. Czy zrobił to sam Hardin? Dość prawdopodobne, zważywszy, że zniszczenia dokonano pięścią. Nie zdziwiłbym się, gdyby w pijackim amoku wyżył się na tym głupim pudle. Ciekawiło mnie co go doprowadziło do tego stanu. A może taki był zawsze? Seniorzy lubili przesadzać w ocenianiu ludzi, w szczególności uwypuklając ich negatywne cechy, więc jeśli na co dzień Hardin sprawiał delikatne wrażenie szemranego charakteru, mógł również zostać niesłuszną etykietę. Jednak mniejsza z tym. Miałem swoją teorię na temat tego, co tu się wydarzyło. Sądziłem, że w tym przypadku ogniwem zapalnym mogła być śmierć małżonki. Nie spodziewałem się, że będę mu współczuć… Osobiście zdążyłem się już przekonać, jak bardzo utrata ukochanej osoby potrafiła złamać wolę do walki. Jeżeli nie miałbym przed sobą wizji zemsty, kto wie, może skończyłbym jak Hardin? Przygryzłem wargę i potrząsnąłem głową, pozbywając się zbędnych myśli, a wtedy zauważyłem leżącą na półce przewróconą ramkę.

Choć Jack Daniels, który zapewne przypadkiem został na nią wylany zdążył już wyschnąć, na papierze wciąż widniały odbarwienia, zamazujące część tego co było na nim zapisane starannymi, ozdobnymi literami. Mimo to, udało mi się rozszyfrować dwa słowa: „kocham” oraz „Junia”. Odwróciłem zdjęcie na drugą stronę. Fotografia przedstawiała parę, która musiała być małżeństwem Hardinów. Dismas był wysokim, choć średnio zbudowanym mężczyzną, ubranym w lśniący granatowy płaszcz o wysokim kołnierzu. Z jednej z jego kieszeni zwisał na złotym łańcuszku zamykany antyczny zegarek. Twarz jego podobizny była wypalona, najprawdopodobniej przez niego samego, w staranny sposób by nie uszkodzić części zdjęcia z kobietą.

- Obwiniałeś się o to co jej się przydarzyło, co nie?

Junia Hardin z całą pewnością nie była wielką pięknością. Miała urodę typowej małomieszczańskiej szarej myszki w dużym mieście – wyblakłe blond włosy oraz zielone oczy, które były jedyną cechą wyróżniającą jej wygląd. Ale czy miało to jakiekolwiek znaczenie? Liczyło się wyłącznie, że dla jej męża była najpiękniejszą. Nawet uszkodzenia nie ukryły tego jak bardzo wyraźna na tej fotografii była miłość tej dwójki. Na tego podstawie wyobrażałem sobie Dismasa jako kogoś, kto dla swoich najbliższych był zdolny walczyć z przeciwnościami losu, niezależnie jak ciężkie to by nie było, jednak czy aby nie przelewałem na niego własnej osobowości? Czy podążając za nicią podobieństw w naszych historiach próbowałem usprawiedliwiać go tylko po to, żeby samemu poczuć się lepiej? Nawet jeśli nasze doświadczenia były względnie podobne, nie zmieniało to faktu, że Hardin był moim wrogiem, celem, z którego planowałem wyciągnąć jak najwięcej informacji o Bellrose i zabić, więc nie powinienem doszukiwać się wymówek. Wciąż nie znałem całego biegu wydarzeń.

Z przemyśleń wybiła mnie dziwna woń, przebijająca się z bliżej nieokreślonego kierunku. Co to u licha za smród? Poszukując jego źródło, trafiłem pod niedomknięte drzwi. Zdawało mi się, że dochodził właśnie zza nich. Chwila, czy była to… zgnilizna? Kurwa, tego się właśnie obawiałem. Ten pokój był zdecydowanie okupowany przez śmierć, ale widziałem już za dużo trupów by miało mnie to zatrzymać. Po prostu wszedłem do środka, rozważając liczne opcje i ich wariacje – morderstwo, samobójstwo; strzał w głowę, trucizna, powieszenie… Jednak żadne z moich pomysłów nie sprawdziły się. Rzeczywistość okazała się mniej krwawa i przede wszystkim, zamiast ludzkiego ciała na łóżku leżało truchło czarnego, zwiniętego w kulkę kota. Dedukując na podstawie otoczenia, nikt nie pomógł mu zdechnąć, była to najprawdopodobniej śmierć głodowa. Biedaczyna nie miał jak się wydostać, bo wszystkie okna były szczelnie zamknięte, a sąsiedzi pewnie w ogóle nie wiedzieli lub zapomnieli o jego istnieniu by podjąć akcję ratunkową.

Żałując, że nie mogłem pochować to zwierzę, zaobserwowałem, że w tej sypialni było tak czysto, prawie jakby należała do innego mieszkania. Nie licząc grubej warstwy kurzu na meblach jedynie bałagan na biurku wyróżniał się na tyle by skupić moją uwagę. Na blacie walało się mnóstwo różnej wielkości ołówków oraz długopisów, a pomiędzy nimi kartki, niezdarnie wyrwane z zeszytu w kratkę, następnie rozdarte na mniejsze. Część z nich została zgnieciona i wyrzucona do stojącego nieopodal śmietnika, ale co ciekawe, wszystkie były puste. Atrament sympatyczny? Nie…? Absolutnie nic się nie pojawiło po przysunięciu nad ogień, co zdezorientowało mnie, jednak możliwe, że było to po prostu coś bardziej zaawansowanego technologicznie niż sok z cytryny czy cebuli. Szkoda, nie poznam tych wiadomości. No chyba, że natrafię w szufladach na odpowiedni wywoływacz, bo jeśli Hardin nadal korzystał z tak staromodnych metod, z całą pewnością musiał też mieć sposób na odbiór takich notatek. Zacząłem od pierwszej po lewo. Nic. Nawet nie było tajnej skrytki. Środkowa natomiast skrywała rewolwer oraz cztery kule leżące luzem, które załadowawszy, wziąłem na zaś. Wiadomo, uzbrojenia nigdy nie za dużo. W dolnej znajdowały się podręcznik do nauki origami i staro wyglądająca książeczka w brązowej, skórzanej oprawie z paskiem, którą przysunąwszy bliżej okna, otworzyłem.

- Pamiętnik? – wyszeptałem pod nosem i zagłębiłem się w lekturze.

Nigdy nie byłem dobry w te klocki, to jest pisanie i w ogóle gadanie o sobie, ale Junia mnie namówiła. Spróbuję chociaż, żeby ją zadowolić. Mówi, że to może mi pomóc, bo ostatnio wyglądam jakby coś mi leżało na wątrobie. Żeby tylko wiedziała… Moja „praca” raczej nie jest czymś o czym rozpowiada się na prawo i lewo, co dopiero opisuje. No ten teges, to chyba pierwszy i nie zdziwię się, jeśli ostatni wpis.

Jednak na następnych stronicach było ich więcej. Tak jak ten początkowy, również nie odnotowano przy nich dat. Co takiego spowodowało, że Hardin przekonał się do zwierzania na papierze?

Kończę z tym. Mam dość, ale oni nie pozwolą mi tak po prostu odejść. Żółta Ręka nie pozbywa się swoich palców, zwłaszcza o umiejętnościach takich jak moje. Dali mi wyraźnie do zrozumienia, że to służba na całe życie, umowa o pracę bez możliwości wypowiedzenia. Mimo to, nie chcę mieć już z nimi do czynienia. Marzę o świeżym starcie u boku Junii, zostawiając to całe przeklęte bagno daleko za sobą. Chyba powinienem powiedzieć jej prawdę. Teraz, odkąd jesteśmy zaręczeni ona także będzie w niebezpieczeństwie, jeśli uznają, że potrzebuję dodatkowej „motywacji”. Tylko czy po tym nadal będzie chciała być ze mną?

Nie wierzę. Junia zgodziła się! Podobno domyślała się, że jestem przestępcą, jednak jej zdaniem nie pasuję do takiego środowiska i to, że pragnę się z niego wyrwać było tego najlepszym dowodem. O naszym planie ucieczki dałem jeszcze znać Ellisowi, znajomemu z kasyna, który zaoferował, że zajmie się odwróceniem uwagi, ponieważ za parę dni i tak wraca do Anglii. Chłopak jest narwany, ale godny zaufania, więc mam nadzieję, że nie wpakuje się przez to w kłopoty. W każdym razie, wyjechaliśmy z Las Vegas z wszystkim co mamy. Miałem odłożone sporo legalnej gotówki, która powinna starczyć na jakiś czas. Będzie trudno, ale jak długo Junia jest ze mną, wiem, że damy radę.

Obijaliśmy się przez mniejsze miasta przez ponad rok i jak dotąd nic złego się nie stało. Poddali się? Nie chcę wykrakać, jednak sytuacja chyba póki co ucichła. W międzyczasie wzięliśmy ślub. Był skromny, bo bez gości, ale Junia nie miała nic przeciwko, więc i ja również. Zresztą bardziej odpowiadało mi zrobienie tego w tym stylu. Nigdy nie lubiłem być w centrum uwagi i w ogóle, takich uroczystości.
Teraz mieszkamy w Los Angeles, w takiej mało widocznej kamienicy, razem z kotem, którego niedawno przygarnęliśmy ze schroniska. Zastanawialiśmy się jak go nazwać i ostatecznie wybraliśmy imię Web, od białych łatek na jego brzuchu, przypominających pajęczynę. Moją propozycją był po prostu Kot, jednak zostałem wyśmiany. Mimo to, było warto. Uśmiech Juni jest zawsze tego wart.

Przewróciłem kilka następnych stron, pobieżnie skanując ich zawartość. Większość wpisów skupiała się na szczęściu Hardinów, ich codziennych zwyczajach, relacjach z sąsiadami oraz na pracy. Rzecz jasna, wśród tych mało ważnych elementów znajdowały się też wartościowe wskazówki takie jak to, że Dismas był leworęczny, miał bardzo dobry wzrok oraz niespodziewanie, znał biegle dwa języki obce – niemiecki i włoski. Mimo to, nadal nie wiedziałem jaki był jego Talent. Zdawał się celowo wymijać ten temat za każdym razem, kiedy choćby odrobinę zbliżał się do niego. Sporo pamiętnika było wciąż przede mną, więc pewnie gdzieś mu się jeszcze omsknie coś, co pozwoli mi ułożyć wszystko w logiczną całość. Jak na razie zatrzymałem się na zawilgotniałej i częściowo rozdartej stronie.

Kurwa, byłem jebanym idiotą! Że też myślałem aż tak łatwo uda się zniknąć z radaru. Teraz Junia… Równie dobrze to ja ją zabiłem!
Żółta Ręka odnalazła nas i tu. Ich człowiek zaczaił się na mnie na parkingu przed pracą Juni. Strzelił, kiedy przyjechałem ją odebrać, a Junia… Ona mnie osłoniła. Zginęła przez to na miejscu. Zauważyła zagrożenie przede mną, choć to ja powinienem był ją bronić. Nienawidzę się za to. Nigdy sobie tego nie wybaczę. Muszę iść coś wypić, bo chyba zaraz…

Po pogrzebie Juni zaczepił mnie jakiś facet w masce z płonącą różą. Twierdził, że jeśli zgodzę się dla niego pracować, wyda mi tych, którzy zamordowali moją żonę. Był bardzo podejrzany, ale zarazem miał też w sobie coś, co sprawiało, że chciało się mu zaufać. Dał mi swój numer i powiedział, żebym zadzwonił, jak zdecyduję się na współpracę. Stwierdził to takim tonem jakby to była kwestia czasu. No i chyba nie omylił się. Skontaktuję się z nim. I tak nie mam nic lepszego ze sobą do zrobienia.

Wpakowałem się w niezłe bagno. Może i udało się zniszczyć starych pracodawców, jednak nowi są od nich jeszcze gorsi. Mają środki o jakich wydawało mi się, że można wyłącznie pomarzyć i coś knują. Nie wiem jeszcze co, ale intuicja podpowiada mi, że ich plany są złe. Pomimo tego przeczucia, jest mi to obojętne. Załóżmy, że zamierzają zniszczyć świat – mój i tak się skończył z odejściem Juni. Po prostu będę wykonywał ich rozkazy i zobaczę, gdzie mnie to zaprowadzi. W końcu jestem tylko Bandytą. Nadaję się wyłącznie do tego typu roboty…

Miałem rację. Bandyta… Biorąc pod uwagę sposób zapisu, to musiał być jego Talent. Nienajgorszy, choć sporo zależało jakie zdolności wchodziły w jego skład. Zastanawiając się nad tym, nawet nie zauważyłem, kiedy dotarłem do ostatniego wpisu, przy którym dodano załącznik, białą kopertę ze złamaną czerwoną pieczęcią. Chwila, wygląda ona jakoś znajomo! Złożywszy ją w całość, zauważyłem, że przedstawiała literę P, identyczną do tej na posiadanej przeze mnie zapalniczce. Przyłożyłem oba wzory do siebie i nie było mowy o pomyłce, więc pobudzony tym odkryciem, pośpiesznie wróciłem do tekstu.

Dostałem dzisiaj nietypowy list. Zaproszenie do pewnego miejsca, gdzie podobno będę mógł naprawić wszystko co schrzaniłem do tej pory. Zabawne. Choć brzmi to jak żart, zdecydowałem się tam pojechać. Raczej będzie to moja ostatnia podróż, ale nie mam już nic do stracenia. Peccatorum… Kimkolwiek oni są, zaciekawili mnie. Jutro, jak tylko otrzeźwieję, wyjeżdżam i wezmę jedynie najpotrzebniejszy bagaż. Wypuszczę Weba na wolność (ta baba spod ósemki pewnie się nim zaopiekuje) i zostawię ten pamiętnik. Możliwe, że nikt go nigdy nie przeczyta, jednak, jeśli dzieje to się w tej chwili, chciałbym ci coś przekazać. Jeżeli kiedykolwiek będziesz w takiej sytuacji jak ja, nie idź moimi śladami, a zwłaszcza nie szukaj zemsty. Nawet jak ją osiągniesz, potem pozostanie już wyłącznie pustka. Dlatego nie bądź jak Dismas Hardin, zamiast skruszyć fundamenty do reszty, odbuduj je.

Pieprzony moralizator się znalazł… Nie uważałem, żeby miał podstawy by udzielać innym porad życiowych, ale nie miałem zamiaru wchodzić w głębszą polemikę z tym tekstem. Przytknąłem palec wskazujący do słowa Peccatorum. To było za wiele by nazwać zwykłym przypadkiem. Żałowałem, że zostawił tylko kopertę, a nie cały list, ponieważ byłbym w stanie wydostać z niego więcej. Czy była to organizacja konkurująca z Bellrose, czy może jej część? Wspominając tamto spotkanie w skrzydle szpitalnym Pałacu Umysłu oraz następujący krótko po nim atak, nie byłem w stanie określić związku, ale byłem pewien, że tamten jaśniejący chłopak był w nią wplątany. Mimo to, bez faktów były to jedynie spekulacje. Kuźwa, przybyłem tu po odpowiedzi, nie dodatkowe pytania! Podrapałem się po głowie i westchnąłem. Skąd nagle tyle szumu? Coś działo się na zewnątrz? Zerknąłem w stronę okna, tylko po to by za nim ujrzeć…

- Helikopter?! – krzyknąłem i w szoku rzuciłem się na podłogę.

Uniknąłem w ostatniej chwili ostrzału, który właśnie się rozpoczął. Ostra amunicja przeciwpancerna i to jakiego kalibru! Ściany zostały praktycznie poszatkowane jedną salwą i gdyby nie odrobina szczęścia, podzieliłbym ich los. Kiedy przeładowywali, wychyliłem się i strzeliłem z rewolweru. Pocisk odbił się od przedniej szyby kokpitu jakby był z kauczuku. Cholera! Nie miałem przy sobie nic mocniejszego, więc musiałem wiać. I to prędko!

Ścigany ponowionym ogniem wypadłem do przedpokoju. Nie sądziłem by to wystarczyło, dlatego biegłem dalej, unikając zarówno przeszkód na trasie jak i przenikających odłamków. Kiedy na moment się odwróciłem, mignęła mi wymalowana na helikopterze płonąca róża. Co im strzeliło do tych durnych łbów, aby użyć swoich barw w mieście? Zginie tyle postronnych ludzi, że zdarzeniem zainteresują się cywile, a to wbrew pozorom działało także na moją szkodę. Staranowałem drzwi wejściowe, a razem z nimi, stojącego za nimi człowieka w masce Bellrose. Zanim zdążył się pozbierać, przytknąłem lufę do jego czoła i pociągnąłem za spust. Usłyszawszy liczne kroki na schodach złapałem drugą ręką za upuszczoną przez niego policyjną tarczę, a następnie, zamachnąłem się nią z całej siły. Zgodnie z moimi wyliczeniami, coś odbiło się w stronę grupy nadchodzących wrogów, więc osłoniłem oczy przed wybuchem, jak się okazało, słusznie, bo był to granat błyskowy.

Ruszyłem na wyższe piętro. Choć zyskałem parę cennych sekund przewagi, gdy wyważyłem klapę na suficie i wspiąłem się po drabinie na dach, to i tak nie miało żadnego znaczenia. Dla helikoptera stanowiło to wyłącznie kwestię wzniesienia pułapu lotu o kilkanaście metrów bym ponownie znalazł się w zasięgu linii ognia. Schowałem się za linię kominów, która w tym samym momencie zaczęła się walić. Byłem tu podany jak na talerzu, bez żadnej bezpiecznej osłony, a co więcej, sąsiedni dach okazał się zbyt daleki bym był w stanie pokonać tą odległość skokiem. Nie wyglądało to dobrze. Pytanie kto prędzej mnie dorwie: strzelec z powietrza, oddział piechoty, a może… Przecież to był cud, że instalacja gazowa jeszcze nie wysadziła tego budynku w pizdu. Chwila, to może być moja szansa! O ile prawidłowo przewidzę wybuch, powinienem być w stanie jakoś to wykorzystać. No, zanim zostanę zapędzony w kozi róg lub po prostu rozerwą mnie na strzępy… Nie mogłem dłużej czekać. Na trzy. Raz… Dwa… Pełnym sprintem skierowałem się w stronę krawędzi… Trzy! Wybiłem się i idealnie w tym samym momencie, doszło do eksplozji.

Jej moc popchnęła mnie dalej niż poleciałbym o własnych siłach, dzięki czemu wpadłem przez szybę do środka sąsiedniego domu. Otrząsnąłem się z odłamków szkła i kontynuowałem ucieczkę. Wyminąłem mieszkańców tego lokalu, zastygłych jak posągi przez strach zmieszany ze zdziwieniem i w końcu, równie nagle jak się pojawiłem, zniknąłem w oknie po przeciwnej stronie mieszkania. Zjechałem kawałek po rynnie, a następnie przeskoczyłem na balustradę kamienicy obok. Jej elewacja była dość masywna, co ułatwiało mi złapanie się i stabilne oparcie nóg o parapet. Mimo to, nie chciałem ryzykować i wspinać się po niej na sam szczyt. Chwyciłem za metalowy pręt podtrzymujący sznurki od prania i odbiłem się. Chciałem wykorzystać pęd do zyskania dystansu, jednak, gdy tylko zbliżyłem się do rogu budynku, spadłem.

Na szczęście, do pełnego śmietnika, więc lądowanie nie było aż tak twarde pomimo kilku metrów wysokości. Nie zmieniało to wciąż faktu, że nieco się poobijałem, choć raczej nie stała mi się większa krzywda, góra parę siniaków, które będą dobrą nauczką za przecenienie wytrzymałości tamtej rurki. Wydobywszy się z kontenera, spojrzałem w górę. Część suszarki nadal zwisała na swoim miejscu, a trzymany przeze mnie fragment odłamał się w specyficzny i nienaturalny sposób. To nie była wina mojej wagi, to był…

- Snajper – syknąłem, przywierając do ściany, kiedy kolejny pocisk prawie musnął moją czaszkę.

Kula strąciła mój kapelusz, ale złapałem go zanim zdążył opaść na bruk. Tylko tego jeszcze brakowało… Biorąc pod uwagę trajektorię toru lotu, strzelec musiał skrywać się na dachu któregoś ze sklepów po drugiej stronie ulicy, więc czy tego chciałem czy nie, musiałem się nim zająć by wydostać z tego potrzasku. Panujący pomiędzy nami chaos powodowany przez ewakuujących się ludzi utrudniał to zadanie, bo sądząc po precyzji pierwszego strzału, mój przeciwnik mógł mieć Talent i nie wątpiłem, że także brak sumienia by pozbyć się żywych tarcz, jakie przez chwilę rozważałem użyć. Raczej nie wróżyło to zbyt pomyślnie. Że też z wszystkich bocznych alejek w całym Los Angeles musiałem wpaść do takiej, która była całkowicie ślepa… Nie było tu ani jednego wejścia do budynku, jedynie mury, za wysokie do wspinaczki i śmietniki. Kiedy mój wzrok zatrzymał się na tych ostatnich, poczułem, że to właśnie one były rozwiązaniem.

Mój plan był stosunkowo prosty, jednak ilość rzeczy, które mogły w nim pójść nie tak była przerażająca. Mimo to, bez wahania wbiłem nieduży karton na połamany kij od miotły i owinąłem kawałkiem czarnego materiału, który oderwałem z jakiejś poplamionej bluzki. Na to położyłem mój kapelusz i dyskretnie ustawiwszy przy przeciwnej ścianie fragment pękniętego lustra, delikatnie wychyliłem zza kantu mojej kryjówki. Robiąc to czułem się jak skończony idiota, bo takie sztuczki działały tylko w tanich komediach, ale szczerze, nic lepszego nie wymyślę, co najwyżej wyskoczę po kulkę w łeb. Nawet natychmiastowa reakcja z mojej strony nie pokonałaby różnicy między prędkościami wylotowymi pistoletu oraz karabinu snajperskiego, dlatego nie miałem szans w uczciwym pojedynku. Milimetr po milimetrze, aż w końcu… Rozległ się huk i pudełko wyleciało do tyłu. Serio, dał się na to nabrać? Dzięki lustrzanemu odbiciu zobaczyłem przybliżoną pozycję przeciwnika, więc nie dając mu szansy się przemieścić, odpowiedziałem ogniem. Wrogi snajper prawdopodobnie nie zdążył przyswoić tego, że zmyliłem go w tak pozbawiony sensu sposób, przez co nie udało mu się w porę uchylić. Jego broń upadła z wysokości, co nawet z takiego dystansu mogłem wziąć za potwierdzenie trafienia.

Wolałbym nie znajdować się na ulicy w takich warunkach, jednak, skoro już nie dało się inaczej, niech będzie. Jakoś sobie poradzę. Prześlizgnąłem się po masce porzuconego samochodu i wbiłem się w tłum panikujących uciekinierów. Choć wśród nich mogłem czuć się bezpieczniej, nadal powinienem mieć się na baczności. Zagrożenie nie ustawało. Nawet jeśli Bellrose nie miało mojego dokładnego rysopisu, ci, którzy przeżyli spotkanie ze mną na pewno przekazali już swoim kolegom na kogo polowali. Pozostało opuścić ten obszar i zastanowić się nad następnym krokiem…

- Ej, uważaj, gdzie leziesz! – jakiś mężczyzna nagle mnie popchnął.

Przecież sam na mnie wpadł, więc co było z nim nie tak? Był złodziejem? Nie miałem nic specjalnie wartościowego w zewnętrznym kieszeniach, ale na wszelki wypadek i tak to sprawdziłem. Nic nie ubyło, a… Co ciekawe, wręcz przybyło, bo odkryłem nieduży zwitek papieru z rysunkiem przedstawiającym drabinę, na której szczycie widniała strzałka w górę, gaśnica oraz dwa, symetrycznie ułożone płaskie obiekty. Jakiś dowcip? Instynktownie odwróciłem się w kierunku, w którym zniknął tamten gburowaty przechodzień, jednak nie było już po nim śladu. Zresztą i tak nie przyjrzałem mu się na tyle dobrze by go rozpoznać, więc podarłem tę notatkę i ruszyłem dalej by nie blokować przejścia podążającym za mną.

Jakąś przecznicę później grupa zatrzymała się na skrzyżowaniu. O dziwo, wciąż nie było słychać syren służb porządkowych, co nawet zważywszy z kim miałem do czynienia nie było normalne. Z każdej strony dochodziły mnie niespokojne szepty, które po chwili zagłuszył ryk silników. Stanąwszy na palcach ujrzałem kilka pancernych aut zajeżdżających drogę i wybiegających z nich w zwartym szyku uzbrojonych najemników w maskach Bellrose. To samo z przeciwnej strony i z kierunku, z którego uciekaliśmy… Pozostając w bezruchu, wszyscy z nich mierzyli w stronę tłumu, czekając na sygnał. Wokół rozpętały się krzyki i lament; ktoś próbował dowiedzieć się co się działo, jednak na próżno, bo napastnicy nie zdawali się go nawet zauważać. Jeden z nich wystrzelił w powietrze, uciszając tym zgromadzonych, po czym przytknął radio do wysokości swoich ust.

- Cel niemożliwy do potwierdzenia. Kontynuować? – przemówił niskim, bezbarwnym głosem. Przez odległość nie usłyszałem otrzymanej przez niego odpowiedzi, jednak domyśliłem się jej po reakcji.

- Przyjąłem – odparł i odkładając odbiornik, skinął dłonią, pokazując dwa uniesione palce. A wtedy rozpętało się prawdziwe piekło.

Choć teoretycznie mieliśmy przewagę liczebną, grupa nieprzyzwyczajonych do strzelanin cywili nie była w stanie oprzeć się takiej napaści. Będąc złapanym w ogień krzyżowy, ludzie ginęli po kolei, desperacko tratując tych, którzy jeszcze przed kilkunastu sekundami mogli być ich przyjaciółmi, krewnymi lub nawet kimś więcej… Krew rozpryskiwała się na wszystkie strony z masakrowanych gradem pocisków ciał by ostatecznie wsiąknąć w asfalt.

A pośrodku tego stałem ja, bezmyślnie wpatrując się w ten spektakl czerwieni. Kule może jeszcze do mnie nie dosięgały, ale nie potrafiłem nic zrobić. Krwawe widowisko, którego byłem świadkiem sparaliżowało mnie. Przegięli… Uważałem, że cel uświęcał środki, jednak nigdy nie posunąłbym się do masowej rzezi niewinnych. To było niewybaczalne! Gdyby tylko… W tej chwili zostałem wydarty z transu przez kobietę. Staranowała mnie i oczywiście, przewracając się musiałem uderzyć głową o kant czegoś twardego, co momentalnie mnie ogłuszyło.

Leżałem, starając się dojść do siebie, przykrywany narastającym stosem ofiar aż w końcu nastała ponownie cisza. Mimo to, wciąż piszczało mi w uszach. Musieli już wyrżnąć wszystkich… Sądząc po tym, że zaczęli dobijać, chcieli się upewnić, że nikt nie przetrwa, nie chcieli by ktoś mógł opowiedzieć o tym, do czego dzisiaj tutaj doszło, więc jeżeli nadal będę bierny, zginę. Nie żeby moje szanse były wielkie, zwłaszcza, że nadzór nad całą operacją przejął właśnie helikopter, ale to nie było w moim stylu by przegrać z rozpaczą. Zwłaszcza, że przyczyną wcześniejszego nokautu okazała się potencjalna szalupa ratunkowa – zejście do kanałów, dokładnie takie jak na tamtym schemacie.

Wyjąwszy rewolwer, podniosłem się i by skupić na sobie uwagę, zawołałem:

- Tutaj jestem! Wiem, że szukacie właśnie mnie.

Byłem pewien, że nie zabiją mnie od razu i wyglądało na to, że miałem rację. Choć nie mogłem zobaczyć ich twarzy, czułem na sobie dziesiątki spojrzeń, które oczekiwały na dalsze rozkazy. Uśmiechnąłem się. Ten brak zdecydowania będzie ich zgubą.

- Mam wam coś ważnego do powiedzenia, a mianowicie, jedno słowo. Żegnam! – mierząc w gaśnicę pociągnąłem za spust.

Wybuch wyrzucił w powietrze dwie metalowe kratki ściekowe. Wybierając za cel tą bliższą, wystrzeliłem po raz kolejny. Pocisk odbił się od jej powierzchni, a następnie od tej drugiej i trafił rykoszetem prosto w szczelinę osłony śmigła, której od frontu nigdy nie byłbym w stanie dosięgnąć. To wystarczyło by pilot stracił kontrolę nad maszyną i w narastającej chmurze dymu, helikopter zaczął szybko pikować w dół. Zataczając koła wplątał się w linie wysokiego napięcia, uciekając przed którymi, znajdujący się na ziemi wrogowie musieli się rozpierzchnąć. Pozostali strzelali na oślep, ale zanim ich kule miały szansę dotrzeć do mojej pozycji, pod osłoną tego zamieszania zeskoczyłem w studzienkę kanalizacyjną.

*

Jak można było przewidzieć, ścieki Los Angeles śmierdziały bardziej niż wszystko co do tej pory wąchałem w życiu razem wzięte, jednak po pewnym czasie przywykłem do tego odoru. Nie miałem i tak jak specjalnie się na nim skupić, musiałem przeznaczyć całą uwagę na ucieczkę, bo otoczenie wcale nie ułatwiało mi tego zadania. Kanały okazały istnym labiryntem, w którym nawigacja była prawie niemożliwa, a echo sprawiało, że kroki ścigających mnie zdawały się dochodzić z każdego kierunku i dowolnej odległości. Rozwidlenie dróg… Przeprawiłem się przez płynący środkiem mętny strumyk odpadów i skręciłem w lewą odnogę tunelu, gdzie od razu zauważyłem kratę z bramką. Potrząsnąłem za jej drzwi, ale na próżno. Przekląwszy po cichu pobiegłem dalej. Bellrose miało nade mną tą przewagę, że bez trudu mogli zdobyć plan tego podziemia i obstawić wyjścia. A wtedy pozostałoby im zacieśniać obszar poszukiwań aż będę w pułapce. Zarówno oni jak i ja wiedzieliśmy, że o ile nie zostanę tutaj złapany, umknę im na dobre. Dla obu stron to była ostatnia szansa, więc powinienem się dobrze zastanowić jak to rozegrać by nie spocząć na wieki w tym cuchnącym grobowcu. Nawet najmniejszy błąd mógł okazać się tragicznym w skutkach. Jakby za sprawą tych słów, katastrofa została przywołana, ponieważ właśnie zderzyłem się z kimś, kto wyłonił się zza rogu.

- T-t… – zamaskowany mężczyzna próbował krzyknąć, jednak uciszyłem go. Podciąłem jego gardło i prędko zanurzyłem jego głowę w wodzie.

- Coś się stało? – z oddali dobiegł mnie drugi głos.

Szlag by to trafił! Zbłądziłem i wpadłem na nich sam, albo faktycznie wyprzedzali mnie o krok. Wciągnąłem ciało głębiej i przywarłem do zimnego mur. Wstrzymałem oddech. Pojedyncze kroki… Jeżeli pozostali nie czaili się, miałem do czynienia z pojedynczym celem, więc powinno obyć się bez zbędnego zamieszania. Gorzej będzie z ukryciem dowodów, bo nie miałem czasu się ich pozbywać. Przeciwnik w końcu znalazł się w zasięgu, dlatego ślizgiem podciąłem mu nogi i znokautowałem go uderzeniem w okolice błędnika. Wszystko obyło się niemal bezszelestnie. Następnie przeciąłem nożem tętnice o największym ciśnieniu krwi i wrzuciłem oba ciała do strumienia ścieków, na którego powierzchni szybko przebiła się czerwień. Skoro nie sposób było się jej pozbyć, stwierdziłem, że zaryzykuję puszczenie fałszywego tropu. Wszedłem w kałużę krwi i zrobiłem parę kroków w kierunku, w którym była ona niesiona prądem. Starczy. Cofnąłem się po własnych śladach i oczyściłem podeszwy butów, po czym skrupulatnie otrzepałem z nich wodę. Liczyłem, że ktokolwiek, kto odkryje ten szlak nie będzie miał wątpliwości, w którą stronę się udałem. Tam, gdzie płynęły odpady, musiało też być i wyjście, dlatego w jakim celu ścigany miałby niby wrócić w głąb miasta? Dokładnie, nie było ku temu żadnego logicznego powodu i to zaważyło o mojej decyzji. Czy była ona słuszną, dość prędko przekonałem się, że nie.

Niedługo po tym incydencie napotkałem kolejny patrol, a po nim następny i jeszcze jeden. Może i udało mi się je unieszkodliwić, jednak za jaką cenę? Choć wyczerpanie coraz bardziej dawało mi się we znaki, musiałem biec, a pogoń nadrabiała dystans. Będąc w pełni zdrowia raczej nie miałbym większych problemów z kondycją, ale niedawna kontuzja przypomniała o sobie w najgorszym możliwym momencie.

- Pobiegł w tamtą stronę! – ktoś zawołał, przez akustykę nie byłem w stanie określić skąd.

Utykając na ranną nogę pokonałem prowizoryczny mostek i ruszyłem dalej, ocierając się o ścianę. Czułem jakby zamiast tlenu przez moje płuca przepływał płynny ogień, który z każdym oddechem był dalej pobudzany, przyprawiając o coraz więcej bólu i spowalniając mnie.

- Nie może być daleko!

Zbliżali się z sekundy na sekundę, a nigdzie nie było ratunku, lecz plączące się w nieskończoność korytarze. Przeczucie podpowiadało mi, że odległość jaką pokonałem była już w kilometrach. Więc czemu wciąż nie minąłem ani jednego wyjścia na zewnątrz? Fortuna chyba przestała mi sprzyjać. I to w jakiej chwili…

- Pójdźcie w tamtą stronę! Odetniecie mu drogę ucieczki!

Kurwa, czyżby to była ślepa uliczka? Żebym chociaż wiedział jak wiele mnie od niej dzieliło... Jeśli okaże się ona nie do pokonania, za pasem wciąż miałem nabitą broń, dzięki której będę chociaż mógł odejść na własnych warunkach. Potrząsnąłem głową, starając się wyrzucić z niej negatywne myśli. Jak dotąd wychodziłem z gorszych opałów, dlatego nie powinienem dawać za wygraną.

- To ja was jeszcze zaskoczę – rzuciłem szeptem, a wtedy wydarzył się cud.

Przede mną pięła się żelazna drabina, prowadząca do kratki. Uratowany! Pośpiesznie wspiąłem się na nią i podważyłem osłonę, jednak w tej chwili zdałem sobie sprawę, że nawet jeśli teraz opuszczę kanały, pościg deptał mi po piętach, więc nie zmieniłoby to mojego położenia. Kiedy Bellrose dowie się w jakiej dzielnicy wyjdę na powierzchnię, zablokują ją i przeczeszą każdy zakątek zanim ja zdążę się przemieścić do bezpieczeństwa. Gdybym tylko miał parę minut więcej… Nagle olśniło mnie. Po cichu zeskoczyłem i wstąpiłem do rzeki odpadów. Odgłosy pogoni zbliżały się. Lada moment będą tutaj. Wziąłem najgłębszy wdech jaki tylko potrafiłem i położyłem się na plecach w wodzie.

Na szczęście jej temperatura była względnie wysoka, co choć trochę ułatwiało wytrzymanie w takich warunkach ze świadomością w czym dokładnie nurkowałem. To jest zwykła deszczówka i odpady kuchenne… Okłamywałem sam siebie by nie myśleć o reszcie, ładnie to ujmując, efektów ludzkiego metabolizmu, w których byłem zanurzony. Skupiłem się na słuchaniu. Chociaż dźwięki były mocno zniekształcone i nie mogłem z tej pozycji zobaczyć co działo się wyżej, rozpoznałem, że ktoś dotarł do tego punktu. Nie rozumiałem o czym rozmawiali, ale miałem nadzieję, że się sprężą, ponieważ moje zapasy powietrza kurczyły się. Mózg coraz bardziej dopominał się tlenu. Zaczynało mi się już robić ciemno przed oczyma, ale nie mogłem sobie pozwolić na zaspokojenie tej potrzeby. Mój limit to trzy minuty, ale jeśli zajdzie taka potrzeba, będę musiał spędzić tu więcej, modląc się, że obędzie się bez poważniejszego uszczerbku na zdrowiu. No, idźcie już stąd. Zanim będzie za późno… Czułem jak moja świadomość stopniowo odpływa razem z tym całym syfem dookoła. Skądś rozległo się mechaniczne piknięcie, a po chwili kolejne, w regularnych odstępach czasu, o stale zwiększającej się ostrości. W ich szczytowym momencie przez moje ciało przeszedł potężny wstrząs, którego siła wyrzuciła mnie ponad taflę wody.

Łapczywie chłonąc powietrze, zauważyłem, że w polu widzenia nie było już nikogo. Uff… Odetchnąwszy z ulgą rozmasowałem skroń, a po chwili doskwierający mi pulsujący ból uspokoił się. Tym razem wyglądało na to, że połknęli mój blef w całości, więc nie powinienem bardziej nadwerężać błogosławieństw losu. Kompletnie przesiąknięty, wspiąłem się na betonowy chodnik i nie tracąc ani minuty dłużej, pobiegłem dalej kanałami.

*

Wydostanie się z podziemi okazało się prostsze niż się tego spodziewałem, gdyż tuż przed połączeniem tego systemu z zakładem utylizacji znajdował się wąski, częściowo zawalony przesmyk. Był to stary tunel, najwidoczniej nie używany już od lat, bo choć gruz zniszczył fragment ściany razem z kratą, pracownicy kanalizacji jeszcze tego nie zauważyli bądź celowo przeoczyli, skoro w żadnym stopniu nie wpływało to na ich pracę. Nie obchodziło mnie, która z opcji była poprawną, po prostu przecisnąłem się przez szczelinę. Wychodząc otarłem się o belkę, czym sprawiłem, że przejście spełniło swoje ostatnie zadanie. Kiedy tylko byłem na zewnątrz, zawaliło się.

Znalazłszy się na obrzeżach Los Angeles nareszcie mogłem sobie pozwolić na małą przerwę. Rozbiłem obóz na polanie pobliskiego lasu i rozpaliłem ognisko, od którego osuszyłem, ile się dało ubrania i zacząłem zajmować się ekwipunkiem. Pistolet i rewolwer były przesiąknięte do tego stopnia, że wątpiłem by był z nich jeszcze jakiś pożytek. Nawet po ich wytarciu, amunicja raczej nie nadawała się do użytku. Pozostał więc wyłącznie stary, wierny nóż. Niewiele, ale lepsze to niż nic, bo doskwierał mi głód. Będę musiał zapolować. Zimą, a w szczególności nieopodal ogromnej ludzkiej osady było to nie lada wyzwanie. Już coś pokroju spłoszonego królika czy wiewiórki graniczyło niemal z cudem, jednak nigdy nie wiadomo. Chyba zabiłbym za dziczyznę… Nawet bez przypraw takie mięso mogło stanowić niesamowitą ucztą dla jednej osoby. Zmotywowany tym prospektem, ostrzyłem patyki na sidła. Gdy pierwsze z nich były prawie ukończone, mój prowizoryczny system zabezpieczeń zawiadomił mnie, że coś zbliżało się do mojej kryjówki. Albo ktoś…

Przyprószyłem płomienie śniegiem i gotowy do walki, wycofałem się w cień. Wkrótce, z mroku wyłonił się białowłosy mężczyzna, ubrany w staromodny, lecz nadal wyjątkowo elegancki frak ze srebrnymi guzikami oraz białe rękawiczki. Choć nie był to zbyt gruby strój, nie widać było by mróz robił na nim jakiekolwiek wrażenie. Sztywnym, niemalże mechanicznym krokiem zbliżył się do pozostałości obozowiska i zatrzymując się, przemówił chłodnym, choć wciąż pełnym szacunku głosem.

- Dobry wieczór, panie Sparrow. Mam nadzieję, że pomimo niedawnych przygód zastałem pana w pełni zdrowia – ukłonił się głęboko, nie spuszczając ze mnie swoich przenikliwych, niebieskich oczu. Jak on…? Zamurowało mnie, co również nie uszło uwadze nieznajomego.

- Proszę się nie lękać, nie jestem nieprzyjacielem. Nieskromnie dodam, że gdybym przychodził tu w niegodziwych zamiarach, raczej nie zdążyłby pan sobie zdać z tego sprawy – kąciki jego ust lekko drgnęły, formując nieszczery uśmiech.

Nie mając innego wyjścia, stawiłem mu czoła, ukrywając niepewność, o jaką przyprawiały mnie jego rozmyte i połyskujące w blasku księżyca rysy twarzy.

- Jak nie wrogiem, to kim? – zapytałem.

- Słyszał pan powiedzenie „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”? – pomimo tego, że celowałem w jego stronę, kontynuował, nie przywiązując do tego wagi – Jeśli mogę sobie pozwolić na wyrażenie opinii, uważam, że w niektórych sytuacjach sojusze są wręcz niezbędne. Moi pracodawcy są podobnego zdania i dlatego przysłali mnie z pozdrowieniami oraz tym o to darem, ku pomyślności naszej ewentualnej współpracy.

Mówiąc to, białowłosy położył na ziemi srebrno-szary kuferek i uchylił jego wieko, wyliczając zawartość ze sprawnością rasowego prezentera telezakupów:

- Leki, amunicja oraz racje żywnościowe. Najwyższej wojskowej jakości. Chociaż może wydawać się, że nie jest ich zbyt wiele, nic bardziej mylnego. Użytkowane prawidłowo, te produkty powinny starczyć na naprawdę długi okres czasu. Są bezwarunkowo pańskie, na dowód przyjaźni, nawet jeżeli odrzuci pan propozycję, z jaką przybywam, w co akurat śmiem wątpić, gdyż jest to raczej oferta z gatunku tych nie do odrzucenia. A zwłaszcza, nie przez pana – ponownie skłaniając się, mężczyzna wrócił do swojej sztywno wyprostowanej pozycji.

- Oho, zaczyna się. Wymogi… Na pewno bezmyślnie przyjmę wszystko od jakiegoś podejrzanego typa i jego, kto wie kim będących szefów. Ta historyjka śmierdzi na kilometr.

- Przykro mi to słyszeć, panie Sparrow. Jednak nie winię za takie wrażenia. Najmocniej przepraszam za brak ogłady z mojej strony. Nie jestem jeszcze nikim istotnym w pańskiej historii, jedynie zwykłym posłańcem, którego imię nie zmieni absolutnie niczego. Jeżeli będzie pan nalegał, może pan zwracać się do mnie per Lokaj, tak jak to robią inni. Tożsamość moich „szefów” pozna pan dopiero po wyrażeniu zgody na postawiony przez nich warunek.

- Wspominasz o nim już któryś raz. Do rzeczy, bo nie mam aż tyle cierpliwości – ponagliłem go bronią, ale jedynym efektem jaki to przyniosło był drwiący uśmieszek ze strony Lokaja, który szybko znikł pod maską profesjonalizmu.

- Moi pracodawcy chcą, żeby pan do nas dołączył, a w zamian zaoferują dostępne im środki by wspomóc pańską misję. Bellrose… Obawiam się, że ich działalność wadzi nie tylko panu. Obie strony mogą dać sobie to, czego pragną, nieprawdaż?

Ja nie miałem surowców, a oni? Jeśli faktycznie byli tak wpływowi za jakich się podawali, musiał być inny powód, dla którego zgłosili się do mnie i przypuszczałem, że nie był to altruizm. Prawdopodobnie potrzebowali kogoś, kogo nie będzie szkoda poświęcić na wypadek niepowodzenia, jednocześnie nie brudząc własnych rąk i nie wdając się w otwartą wojnę z Bellrose. Rzeczywiście, same plusy… Choć miałem ochotę to ostro skomentować, powstrzymałem się, dając Lokajowi skończyć jego przemowę.

- Jednak jest w tym mały, niegroźny haczyk. Jest pan Myśliwym, więc chyba nie muszę tłumaczyć, że w przyrodzie nic nie ginie. Człowiek natomiast, chociaż bez dwóch zdań stanowi część tej przyrody, może zaginąć, wyparować, jakby nigdy nie istniał. Mam nadzieję, że wyrażam się jasno. Podejmując ofertę, którą wobec pana stosunkuję, to ma się przytrafić panu Dismasowi Hardinowi. A w każdym bądź razie, jak długo jest on potrzebny moim zwierzchnikom.

Gdy białowłosy zamilkł, fala lodowatego wiatru uderzyła w moją twarz. Całe otoczenie zdawało się uginać się pod niewidoczną presją, jaka wytworzyła się pomiędzy nami, jakby bojąc się co może stać się dalej. Powoli przesunąłem się na bok, mierząc uważnie wzrokiem Lokaja i zastanawiając się nad tym, czego właśnie się dowiedziałem. Zarówno on, jak i ci, którzy go przysłali wiedzieli coś więcej, ale jaką miałem pewność, że podzielą się ze mną prawdziwymi informacjami? Żadną. Byłem w ich oczach wyłącznie narzędziem, które mogą kupić. Moja decyzja była już pewna i nawet wspomnienie pamiętnika Bandyty nie zachwiało jej. Nie zmieniało to jednak faktu, że byłbym głupcem nie próbując wydobyć jak najwięcej wskazówek zanim podzielę się moją odpowiedzią.

- Chyba rozumiem o co w tym wszystkim chodzi. Jesteś z Peccatorum… – oznajmiłem. Ciężko określić jakiej dokładnie reakcji spodziewałem się od Lokaja, ale ku mojemu zdziwieniu, beznamiętnie zaklaskał.

- Zgadza się. Nie mam zamiaru przeczyć temu twierdzeniu, ponieważ jest ono prawdziwe. Dodam jedynie, że powinienem był przewidzieć, że człowiek pokroju pana Hardina pozostawi w swoim mieszkaniu jakiś trop co do miejsca, w które się udaje.

- Hardin zdradził dla was Bellrose. Nie wiem czy celowo, ale to fakt. Zwabiliście go do siebie i wygadał się. Mam rację?

- Tym razem nie skomentuję. Tak będzie ciekawiej – Lokaj zachichotał.

- Tylko jeden element wciąż nie pasuje do układanki. Wiesz kim jestem, przez co się przeprawiłem i znalazłeś mnie. Jak?

- Jak? – mój rozmówca powtórzył, wyraźnie rozbawiony – To dość proste i niestety mało romantyczne. Śledziłem pana. Od Ottawy, do Los Angeles. Podążałem za pańskim każdym krokiem, obserwując jak popycha pan łóżko szpitalne przez parking Pałacu Umysłu, czuwając w ukryciu, gdy majaczył pan w gorączce po wykopaniu grobu pod Santa Fe. Wiem o panu wszystko, panie Sparrow.

- Nie wierzę! Zauważyłbym cię. To część mojego Talentu i… I… – jednak nie byłem w stanie wydusić z siebie nic więcej.

Jeśli wcześniej czułem się nieswojo przy Lokaju, teraz wręcz mnie przerażał. W jego pewności siebie było coś, co skłaniało mnie dać wiarę, że jeśli zacznie dalej wyliczać, padną jeszcze bardziej precyzyjne detale, których przenigdy nie chciałbym usłyszeć z ust innej osoby.

- Z kolei ukrywanie się tak, aby nikt nie był świadomy mojej obecności jest składową mojego – uniósłszy palec wskazujący do góry, zakpił, przedrzeźniając mój ton – Na przykład…

- Zamknij się! – przerwałem mu i do reszty tracąc zimną krew, potrząsnąłem bronią.

- Ach, błagam o wybaczenie. Nigdy nie miałem zbytniego wyczucia, jeśli chodzi o żarty. Myślałem, że skoro jesteśmy sojusznikami mogę pozwolić sobie na odrobinę humoru.

- Nie leć ze mną w chuja! Wciąż się nie zgodziłem. Nadal mogę uznać cię za przeciwnika, a wtedy… Wtedy… – zająknąłem się.

- Racja. Święta racja. Ta opcja nie została ostatecznie przekreślona, więc pragnąłbym zasugerować inne podejście. Wydaje mi się, że musi pan się przespać i dopiero po tym wrócimy do dyskusji. Tak będzie najefektywniej, bo póki co, odczuwam, że oddalam się od osiągnięcia mojego celu – żegnając się ukłonem, Lokaj odwrócił się na pięcie.

- Po prostu odpuścisz? – zdziwiłem się.

- Potrafię poznać, kiedy sytuacja wychodzi spod kontroli. Spokojnie, skontaktuję się z panem ponownie w niedalekiej przyszłości, a do tego czasu, życzę miłej nocy!

To wydawało się wręcz nieprawdopodobne, żeby cała ta sytuacja rozwiązała się pokojowo. Zarówno ten podarek jak i poddanie się Lokaja musiały być dywersją. Peccatorum najpierw spróbowało dobrać się do mnie sposobem, a jutro? Byłem w pełni przekonany, że następnym razem oprócz białowłosego zjawi się cały szwadron uzbrojonych po zęby wojowników i wcielą mnie przemocą do swoich planów. Nie mogłem do tego dopuścić! Skoro Lokaj twierdził, że bez trudu potrafił mnie odszukać, musiałem go tu zatrzymać. Był wciąż całkiem blisko. Dzieliło nas tylko kilka kroków. To moja szansa! Czas zdawał się spowolnić, pozwalając mi przygotować dokładny plan. Dobywszy rękojeści noża, rzuciłem się w stronę jego pleców, ale to, co stało się potem przerosło moje najgorsze przypuszczenia. Lokaj, jakby od niechcenia zablokował mój cios jednym palcem.

- …!

Krzyk ugrzęzł w moim gardle. Zamiast niego na zewnątrz rozlało się wyłącznie szaleństwo, którego nie byłem już dłużej w stanie tłumić. O-o-on… Nawet nie krwawił! Ostrze odbiło się od jego skóry. Przyłożyłem pistolet do jego skroni i pociągnąłem za spust, jednak z lufy wydobyła się tylko delikatna chmurka dymu. Nie szło nawet rozpoznać czy broń faktycznie wystrzeliła.

- To było do przewidzenia – kiedy rozbroił mnie jednym płynnym ruchem, ton Lokaja nabrał śmiertelnej powagi – A więc wybrał pan swoją ścieżkę, panie Sparrow.

- T-t-ty! Jesteś w ogóle człowiekiem?! – wydyszałem.

- Mogę zapytać o to samo. Co by wtedy pan odpowiedział? Zgaduję, że tak, jednak czy aby na pewno jest to fakt, a nie opinia?

Lokaj zacisnął swoje długie blade palce na mojej szyi, po czym uniósł mnie do góry niczym szmacianą lalkę. Jego chwyt był jak stal, nie słabł niezależnie od tego jak bardzo starałem się mu przeciwstawić. Siła tej istoty była nieludzka.

- Do samego końca łudziłem, że się mylę, że po rozmowie pójdzie pan ze mną i wszystko potoczy się pomyślnie. Byłem naiwny. Żeby tylko zdawał sobie pan sprawę z tego, jak istotna dla przyszłości tego świata byłaby nasza współpraca! Mimo to, z bólem serca uszanuję tę decyzję. Christopherze Sparrow, twoja rola dopiero się rozpoczęła. Przygotuj się do niej dobrze, bo kiedy nasze drogi ponownie się spotkają, staniemy po przeciwnych stronach barykady. Jesteś ostatnią szansą na szczęśliwe zakończenie pewnego dramatu, więc zbierz siły.

Mój oprawca wyjął zza pleców urządzenie przypominające maskę tlenową i zakrył nią moje usta i nos. Z tuby wydobywał się zielonkawy gaz, kłębiący się i zawijający we wszelakie kształty, sprawiając, że z każdą sekundą świat przede mną zanikał coraz bardziej. Zanim te opary wchłonęły mnie do reszty, dobiegł mnie ponownie głos Lokaja.

- Odpoczywaj i powodzenia. Będę trzymał kciuki…

Komentarze