Rozdział 4. Bezsilność

Jechałem bez przerwy, wbrew wszystkiemu, bo co innego pozostało mi do zrobienia? Pogoń bez cienia wątpliwości podążała naszym tropem, więc gdybym miał się zatrzymać, zostalibyśmy dogonieni. Nie mogłem do tego dopuścić. Claire… Ona… Było z nią kiepsko. Obrażenia jakie odniosła przerosły moje zdolności medyczne. Nie byłem chirurgiem, potrafiłem jedynie zatamować krwawienie, ale to w gruncie rzeczy stanowiło zaledwie wierzchołek góry lodowej. Pocisk utknął w jej ciele i wyciągnięcie go bez operacji graniczyło z szaleństwem. A tak niedawno mądrzyłem się na temat szarej strefy… Wyglądało na to, że rzeczywistość sprostowała moje poglądy, uświadamiając mi, że każda sytuacja, bez znaczenia jak prosto mogąca sprawiać wrażenie, potrafiła wymknąć się spod kontroli.

Zerknąłem przez lusterko wsteczne na leżącą za mną Claire. By zapewnić jej komfort podróży wymontowałem tylne siedzenia i wyrównałem całość kocami, jednak i to niewiele zmieniało. Dziewczyna gasła na moich oczach. Śmierć zataczała coraz węższe kręgi nad nią i mogłem tylko zgadywać, ile czasu zostało zanim ostatecznie uderzy. To mogła być równie dobrze kwestia paru dni, godzin, minut… Z trudem przełknąłem ślinę. Pomimo tego, że sam znajdowałem się w nienajlepszym stanie, przejmowałem się zdrowiem obcej osoby, z którą nie łączyło mnie absolutnie nic. Żałosne. Czyżby pobyt w Pałacu Umysłu, choć krótki, oddziałał w jakimś stopniu na moje priorytety? Nawet jeśli, ostatecznie powinny one wrócić na swoje miejsce. Oczekując aż to się stanie, skoncentrowałem się na drodze.

Pogoda, przypomniawszy sobie nareszcie, że mamy początek grudnia postanowiła zaskoczyć drogowców opadami śniegu oraz śliską nawierzchnią, ze względu na które ilość pojazdów na drogach zmalała, a ich tempo jazdy drastycznie spadło. Z jednej strony denerwowało mnie to, bo wolałbym poruszać się ze znacznie większą prędkością, jednak mój ogon także musiał cierpieć przez te warunki atmosferyczne, więc chyba wychodziło na zero. Nikt nie miał przewagi, za co mogłem poniekąd podziękować też Tacie Modowi, który zawczasu pomyślał o wymianie opon na zimowe. Gdyby nie to, najprawdopodobniej nie zajechałbym zbyt daleko. Szkoda tylko, że były właściciel nie zatankował baku do pełna, ponieważ zmusiło mnie to do wizyty na stacji paliw, jednak nie miałem i tak zbytnich powodów do narzekania. Pokonałem już niemal 600 kilometrów, co o tej porze roku stanowiło nie lada wyczyn. Ile więcej dystansu wyciągnę, nie miałem pojęcia, a miernik paliwa na desce rozdzielczej nie napawał optymizmem. Jeśli mu wierzyć, od dobrej godziny jechałem na samych oparach.

W każdej sekundzie pojazd mógł odmówić posłuszeństwa, a wtedy? Lekko mówiąc, byłbym w czarnej dupie. Miałem choć tą odrobinę szczęścia i moja noga została jedynie draśnięta, ale to wciąż wystarczało by na parę dni utrudnić mi poruszanie się. Jeżeli byłbym w pojedynkę, jakoś bym sobie jeszcze dał radę, poszukałbym jakiejś kryjówki na okres rekonwalescencji, jednak mając ze sobą Claire nie miałem na to szans. Byłem bezradny. Przypominało mi to o Amy. Znowu nie potrafiłem obronić niewinnej osoby… Czemu zawsze nawalałem, kiedy byłem najbardziej komuś potrzebny? Szczerze nienawidziłem tego uczucia. O czymkolwiek bym nie pomyślał, każda solucja zdawała się mieć na swoim końcu upadek. Czy naprawdę nie istniał scenariusz, w którym oboje przeżyjemy? Poświęcić siebie i swoją misję, albo kontynuować, skazując ją tym na pewną śmierć… Spostrzegłszy przy jezdni znak, informujący, że od Santa Fe dzieliło mnie jeszcze 16 kilometrów niespodziewanie poczułem przebłysk wspomnień.

Wuj Benjamin kiedyś opowiadał mi o tym mieście! A konkretniej, o znajdującym się w nim szpitalu. Wytężyłem pamięć w poszukiwaniu jego nazwy, jednak do głowy przychodziło mi wyłącznie to, że jego ordynatorem był wybitny neurochirurg i dawny przyjaciel wuja, który rzekomo był mu winny przysługę. Innymi słowami, ktoś, kogo właśnie w tej chwili potrzebowałem. Jeśli faktycznie był tak blisko z moim wujem jak zrozumiałem, kontakt z tym człowiekiem byłby warty zachodu. Mogłem wykorzystać ten dług wdzięczności i powierzyć w jego ręce Claire. Tylko jak mu tam było? Coś na S… So…? Sora. Profesor Albert Sora! Będąc w posiadaniu tego nazwiska odzyskałem odrobinę spokoju ducha. Choć stanowiło to zaledwie pierwszy krok na drodze do uzyskania pomocy, sam fakt, że wiedziałem, gdzie jej szukać działał budująco. Gorzej mogło być ze zlokalizowaniem profesora, ale i z tym jakoś sobie poradzę, gdy już dotrę do Santa Fe. Byle by uciągnąć te kilka kilometrów… Od razu pożałowałem tej myśli, bo wtedy z rury wydechowej wydobyło się pyrknięcie, zwiastujące, że wykrakałem.

Ford Taty Moda stopniowo zwalniał. Serio? Ten blaszany kutas na czterech kółkach po prostu nie mógł sobie wybrać lepszego momentu na zużycie resztek benzyny. Tak blisko! A jednak tak daleko… Wykorzystując rozpęd zjechałem na pobocze by nie blokować ruchu. Nie żeby był specjalnie intensywny, ale preferowałem nie zwracać na siebie uwagi, bo gdyby ktoś o dobrym sercu zechciał podzielić się ze mną paliwem lub odholować do najbliższego punktu pomocy drogowej, ciężko byłoby ukryć, że podróżuję z ofiarą postrzału i wytłumaczyć to w racjonalny, nie budzący niczyich podejrzeń sposób.

- Kurwa! Kurwa! Kurwa!

Kiedy koła przestały się kręcić, uderzyłem kilkukrotnie pięścią o schowek przy siedzeniu pasażera, dając upust swojej frustracji. Rzecz jasna nie przyniosło to żadnych korzyści, wyłącznie ból środkowego palca, który pomógł mi się opanować. Potrzebowałem schować się gdzieś głębiej. Samochód raczej nie zmieściłby się między drzewami, więc ucieczka do lasu nie wchodziła w rachubę. Przekląłem pod nosem. A tam? W oddali dojrzałem skromny zjazd, który przechodził w leśną ścieżkę. Bingo! Nie tracąc ani chwili, przykryłem Claire dodatkowym kocem, ustawiłem skrzynię biegów na luz, a następnie wziąłem się za pośpieszne pchanie pojazdu do interesującego mnie punktu.

Piętnaście minut później mogłem w końcu odsapnąć. Choć temperatura powietrza była ujemna, przez wysiłek cały się przepociłem, dlatego by ochłonąć włączyłem ogrzewanie, stopniowo adaptując moje ciało do ciepła. Przemarznięcie i przegrzanie się w tak krótkim odstępie czasu mogło druzgoczące skutki dla zdrowia. Obejrzałem się na moją pasażerkę. Od pewnego czasu mamrotała coś w gorączce przez sen, jakby wyczuwając powagę sytuacji, w jakiej się znajdowaliśmy. Nie mogłem patrzeć na jej mękę, musiałem działać. Może wciąż dało się uratować z tych ruchomych piasków, które coraz bardziej nas wciągały.

- Hej, słyszysz mnie? – rzuciłem do niej, nie oczekując odpowiedzi, po czym ciągnąłem dalej – Pójdę się rozejrzeć. To nasza jedyna szansa. Jeżeli w pobliżu są jakieś zabudowania i uda mi się ukraść z nich coś przydatnego… Ach, wiesz o co mi chodzi. Po prostu trzymaj się i… – nie umieraj. Ledwo powstrzymałem się od wypowiedzenia tego na głos. Zebrawszy najpotrzebniejsze rzeczy i upewniwszy się, że zaparkowałem w wystarczająco ustronnym miejscu, opuściłem samochód, zatrzaskując pilotem jego zamek.

*

Opady śniegu intensywniały, co w połączeniu w porywistym, lodowatym wiatrem sprawiało, że widoczność malała z każdą chwilą. Przypuszczałem, że takim tempem za niedługo nawet odciski stóp nie będą zdradzać kierunku, z którego przyszedłem. Dlatego wytężałem wzrok, zapamiętując wszelkie charakterystyczne elementy otoczenia i inne poszlaki na ścieżce. Wątpiłem, żeby miałoby to mi coś dać w tej śnieżycy, jednak lepiej było spróbować niż brnąć ślepo w nieznane.

Ubolewałem nad tym, że nie miałem szalika czy rękawiczek. Chłód dawał mi się coraz bardziej we znaki i ani pocieranie rąk o siebie, ani chowanie ich do kieszeni nie pomagało. Chciałem użyć zapalniczki, lecz w takich warunkach płomień nie miał szans na utrzymanie się, więc pozostało mi tylko maszerować niestrudzenie naprzód, mając nadzieję, że na horyzoncie pojawi się coś. Cokolwiek… Ciągnięcie kulącej nogi przez las w taką pogodę nie należało do najprzyjemniejszych doznań, więc pragnąłem ujrzeć jakikolwiek budynek. Żeby tego było mało, zmysły musiały mi płatać figle, bo od pewnego czasu wydawało mi się, że byłem obserwowany. Oczywiście, nie mogło to być prawdą, ale nadal czułem się nieswojo. I ten szum… To była wyłącznie wichura uderzająca o gałęzie, a nie ludzki głos jak mój mózg starał się sugerować. Musiałem jak najszybciej zostawić ten obszar za sobą albo miał on doprowadzić mnie do obłędu! Prędzej, Sparrow, prędzej! Otrząsnąłem się z tego ataku paniki dopiero gdy pod nogami zabrakło mi gruntu. Straciłem równowagę i sturlałem się na dół.

Strzepawszy biały puch z płaszcza, pozbierałem się i jeszcze bardziej obolały niż przed momentem, rozejrzałem się wokół. Obniżenie, które przeoczyłem w tak spektakularnym stylu skrywało… Osiedle domków? Nie, budowle były zbyt małe i nieregularne. Chyba trafiłem na ogrody działkowe. Choć w zimowych miesiącach ciężko było je rozpoznać, z całą pewnością, gdybym przybył tu za kwartał, zamiast warstwy śniegu zobaczyłbym kolorowe rabaty kwiatowe, pnące się wokół swoich tyczek pomidory oraz inne warzywa i owoce, których pielęgnacją zajmowaliby się zapaleni działkowicze. Teraz ich działki mogły stać odłogiem, oczekując na dogodne warunki, ale sprzęt pozostał zamknięty w altankach. Przed oczyma przeleciały mi wszystkie kosiarki i podobne urządzenia, które przecież musiały być na coś napędzane… To jest to. Bez przeszkód mogłem skorzystać z tych zapasów!

Jednak już początkowy rekonesans wystarczył by wszelkie moje złudzenia zostały brutalnie skruszone. Nic, ci ludzie nie posiadali absolutnie nic oprócz bibelotów, ręcznych narzędzi oraz szafek z przetworami domowej roboty. Wątpiłem czy przetrząśnięcie każdego domku było dobrym pomysłem, bo nawet jeśli zniknę przed odkryciem włamań, wyczerpanie fizyczne dałoby mi się we znaki, opóźniając powrót do samochodu. Biorąc więc pod uwagę limitowane zasoby sił i czasu, zadecydowałem by przy wyborze następnych chatek pomijać te, których okna były pozbawione zasłon, ponieważ znaczyło to, że właściciele raczej nie bali się kradzieży, tudzież nie trzymali wewnątrz nic wartościowego. Inaczej miała się sprawa z tymi mini willami na końcu alejki. Większość terenu tych działek pokrywały rzeczy niezwiązane z ogrodnictwem, na przykład starannie zakryty basen, czy małe boisko do koszykówki, świadczące o zamożności ich posiadaczy. Bogaci ludzie byli znani z dogadzania sobie, dlatego była duża szansa na to, że posiadali generatory, a co z tym związane, zapewne i to co szukałem. Zawlokłem się przed pierwsze drzwi. Zamek wytrzymał dwa uderzenia zanim przestał spełniać swoje zadanie, umożliwiając mi wejście.

Nie myliłem się, w piwnicy rzeczywiście czekał na mnie kanister z benzyną. Chociaż wypełniony zaledwie do jednej dziesiątej objętości, po dodaniu do tego łupów z pozostałych domostw, otrzymałem prawie dwa litry. To powinno wystarczyć aż skontaktuję się z profesorem Sorą. Odetchnąłem. Nie wiedziałem co bym zrobił, jeżeli musiałbym opuścić te działki z pustymi rękoma i szczerze, nie chciałem się nad tym nawet zastanawiać. Co miało się stać, stało się. Obecnie potrzebowałem wrócić do Claire, jednak to też nie było aż tak łatwe. Poziom śniegu zdążył urosnąć już ponad dwukrotność wysokości kostek, przez co moje ślady z wcześniej zostały zasypane i rozwiane przez wiatr, którego siła także się zwiększyła. Zapowiadało się na to, że prawdziwa zamieć jeszcze się nie rozpoczęła, ale nie byłem w humorze na sprawdzanie czy miałem rację. Przebijałem się przez ścianę bieli, mrużąc oczy oraz ściskając uchwyt czerwonego baniaka, w którym znajdował się nasz wybawca. Zimno… Za mało powiedziane, czułem, że powoli tracę władzę nad palcami i nijak mogłem temu zapobiec. Mimo to, nie zwracałem na to uwagi. Liczyło się tylko by dotrzeć do auta, nieważne jakim kosztem. Ta myśl pchała mnie do przodu, motywując do dalszego przeciwstawiania się siłom natury oraz możliwie, czemuś więcej, gdyż nagle dostrzegłem przed sobą ruch.

Zatrzymałem się, instynktownie sięgając po nóż, jednak przez postępujące odmrożenia nie byłem w stanie go dobyć. Nie miałem wątpliwości, ktoś był w pobliżu. Na swój sposób było to imponujące, że nawet w takich okolicznościach moi wrogowie nie dawali za wygraną, ale nie powinienem pośpiesznie oceniać. To wciąż mógł być przypadkowy przechodzień lub po prostu jeden z mieszkańców lasu, szukający schronienia przed mrozem. Dopiero po sprawdzeniu zadecyduję, czy mogę opuścić gardę. Starając się zminimalizować moją obecność, skierowałem się w stronę niewyraźnego kształtu, który po chwili rozpłynął się. Wtedy usłyszałem płacz, dochodzący zza moich pleców. Po chwili zastąpił go tupot łap i ujadanie. Starzy przyjaciele, wilki… Normalnie nie przejąłbym się nimi zbytnio, jednak w tej sytuacji obawiałem się spotkania z pojedynczym, o całej watasze nie wspominając. Miałem nadzieję, że może mnie nie wyczują, przebiegną dalej i wyglądało na to, że tak się stanie, bo ich odgłosy ucichły. Westchnąłem z ulgą. Zagrożenie chyba można było uznać za minione. Powinienem być już całkiem blisko, więc… Gdy tylko poczułem się bezpiecznie, gwałtownie wylądowałem twarzą na ziemię.

Przekręciłem się na bok, obserwując jak coś długiego przemieszcza się, zdradzając swoją obecność wyłącznie nieregularnymi szlakami wśród śniegu. Z całą pewnością to właśnie to podcięło mi nogi, a teraz, kamuflując się, wycofywało się w stronę drzew, zza których wyłonił się właściciel tego, jak się okazało, wężowego ogona. Istota, jakiej nigdy w życiu nie spodziewałem się ujrzeć na żywo spoglądała na mnie swymi trzema lwimi głowami. Jej ciało przypominało koziorożca, budząc skojarzenia z mitologiczną chimerą. Choć pozornie nie poruszała się, wyczuwałem, że przygotowuje swoje kopyta do skoku. Nie chciałem upewniać się, ile czasu to jej zajmie, więc kurczowo dociskając do siebie kanister, rzuciłem się do ucieczki.

Pomimo tego, że zagrożenie lekko rozgrzało moje kończyny, nie udało mi się odzyskać pełni sprawności fizycznej i w biegu, raz po razie obijałem się o konary drzew. Traciłem przy tym na prędkości, która i tak była już tragicznie niska. Przypuszczałem, że jeśli ścigająca mnie bestia naprawdę tego chciała, w każdej chwili mogłaby z łatwością mnie dopaść, ale tego nie robiła, prawdopodobnie bawiła się pożywieniem jak wiele innych brutalnych drapieżników miało to w zwyczaju. Jedynie od czasu do czasu przypominała mi o swojej obecności rykiem lub zagradzała mi drogę, zmuszając do zmiany kierunku. Ta pogoń zdawała się trwać w nieskończoność. Wydawało mi się jakbym krążył w kółko po niedużym obszarze. Nie miałem jak dobrze się przyjrzeć, bo gdy tylko próbowałem, trójgłowa chimera, jakby świadoma moich intencji, natychmiastowo skracała dystans, a jej syczący ogon starał się mnie ugryźć, co było wystarczającym pretekstem by skupić się na unikaniu. Jak długo miało to jeszcze trwać? W przeciwieństwie do napastnika, siły stopniowo ulatywały ze mnie. Potrzebowałem dosłownie kilkunastu sekund na złapanie oddechu, a wtedy mógłbym stawić czoło temu stworzeniu, bo inaczej byłem pewien, że nie pozbędę się go. Doszedłem do wniosku, że albo ją pokonam, albo zginę w walce. W tym samym momencie, chimera przeleciała nad moją głową i wylądowała dokładnie kilka kroków przede mną. Nie miałem szans na reakcję. Zanim w ogóle zdałem sobie z tego sprawę, zostałem wystrzelony kopnięciem do tyłu.

Zatrzymałem się dopiero, kiedy mój kręgosłup zderzył się z blachą, przesyłając do reszty ciała falę paraliżującego bólu. Oprócz tego, że przez potworną moc ciosu nie mogłem przez dłuższy moment oddychać, moje oczy wypełniły się łzami, a usta metalicznym posmakiem. Splunąłem na bok, zabarwiając czerwienią warstwę pobliskiego śniegu, a w międzyczasie mój wzrok zdążył się ponownie zaadaptować. Ujrzałem kryjącą się wśród drzew bestię. Uważnie obserwowała mnie, jednak zamiast zakończyć polowanie, zostawiła mnie. Cofnęła się, po czym triumfalnie rycząc, zniknęła. Choć wciąż nie dochodziło to do mnie w pełni, spotkał mnie właśnie los gorszy od nagłej śmierci, o czym świadczył duszący zapach, który powoli przebijał się do moich nozdrzy.

- Nie, nie, nie, NIE, NIE, NIE WYLEWAJ SIĘ!

Zawyłem w histerii, przekładając kanister pod każdym możliwym kątem, jednak bez rezultatów. Niezależnie jak bym go nie ułożył, znajdująca się w nim benzyna nie przestawała wyciekać. Siatka pęknięć była zbyt rozległa. Pokrywała większość powierzchni ścianek oraz dna, więc nie byłem w stanie zapobiec temu w jakikolwiek sposób. Mogłem jedynie biernie przyglądać się jak moja ostatnia nadzieja powoli wsiąka w grunt.

Chwila, to wciąż dało się wyratować! Nawet jeśli nie całość i nie w tak dobrej jakości jak potrzebowałem. Ale każdy mililitr był aktualnie na wagę złota. Dlatego podniosłem się na kolana, wyszarpałem zamknięcie baku paliwowego i zacząłem wciskać do niego pożółkły śnieg. Dalej, wchodź tam! Upychałem go palcami jak najgłębiej się dało, licząc, że jak się rozpuści, napędzi silnik chociaż na te kilka kilometrów. Szybciej! Poganiałem siebie samego, szorując drętwymi palcami po lodowatym gruncie. Więcej chyba już nie uda mi się wykorzystać… Zacisnąłem osłonkę i zamknąłem oczy. Niech to zadziała. Błagałem w duchu. Pozostało odczekać chwilę i przekonać się. Nie świadomy jakim cudem udało mi się tego dokonać za pierwszym razem, otworzyłem drzwi samochodu i upadłem bezsilnie na fotel od strony pasażera.

Różnica temperatur nie okazała się aż tak drastyczna jak sobie wyobrażałem, jednak ulga była natychmiastowa – stopniowo dochodziłem do siebie. Ciepło wracało do moich dłoni, które rozmasowywałem i sądząc po towarzyszącemu temu procesowi kłuciu, musiałem otrzeć się zatrważająco blisko trwałego uszkodzenia nerwów. Nawet to nie zmieniało, że cieszyłem się z przeżycia. Było to dla mnie obce uczucie, lecz nadal fascynujące. Chociaż nie raz stykałem się już ze śmiercią twarzą w twarz, nigdy jak do tej pory nie odczuwałem wobec niej czegokolwiek, nie bałem się jej oddechu na karku ani nie czerpałem jakiejkolwiek satysfakcji z obcowania z nią. Więc co sprawiło, że dzisiaj było inaczej? To, że stanąłem naprzeciw czemuś nadprzyrodzonemu? Halucynacje nie miały w zwyczaju wykopywać ludzi na kilkanaście metrów, przez co musiałem zaakceptować prawdziwość napotkanego stworzenia. Czymkolwiek ono było, to, że grasowało tak blisko miasta było faktem, podejrzanym, ale nadal faktem, który niezależnie ilu teorii spiskowych mógł być podstawą, nie obchodził mnie. Swoją drogą, dziwiło mnie jak szybko pogodziłem się z tym wszystkim, nie starając się szukać logicznej podstawy tego zajścia. Mniejsza z tym. Trzeba było stąd uciekać. Najpierw jednak odwróciłem się by sprawdzić w jakim stanie znajdowała się moja pasażerka.

Wychodząc, na wypadek, gdyby ogrzewanie miało przestać funkcjonować, przykryłem Claire dodatkowym kocem, spod którego wystawała jej teraz wyłącznie część głowy oraz końcówki zaciśniętych na czymś palców. Wyglądało na to, że przekręciła się na bok, bo kiedy ją poprzednio widziałem leżała na plecach. Był to znak napawający optymizmem, choć nie liczyłem, żeby doszło do magicznego uleczenia. W każdym bądź razie, lepiej byłoby przestawić ją do pierwotnej pozycji, zdecydowanie zdrowszej przy tego typu obrażeniach. Nie chcąc przy tym obudzić dziewczyny, ostrożnie chwyciłem jej nadgarstek, a wtedy zamarłem.

- …Claire? – wyszeptałem, nie kontrolując słów jakie wypowiadam – Powiedz coś, proszę. Nie wygłupiaj się…

Potrząsnąłem nią, jednak wiedziałem, że nie otrzymam już żadnej odpowiedzi. Jej ręka… Była jak sopel lodu. I nie czuć było pulsu. Dla formalności sięgnąłem także do jej szyi, lecz i tam nic. Na tego podstawie oraz spokoju, jaki zastygł na jej twarzy mogłem założyć, że rodzina Tretheweyów ponownie spotkała się w komplecie.

*

Niejednokrotnie słyszałem, że śmierć była początkiem podróży, ale jaki był jej cel? Jedynie ci, którzy już na nią wyruszyli byli w stanie wyjaśnić, lecz porozumienie się z nimi nie było dłużej możliwe. Z tego powodu od zawsze starano się zapewnić wszelkie możliwe wsparcie na tą ostatnią ziemską przygodę. Dla przykładu, w starożytnej Grecji często kładziono monetę w usta żegnanych bliskich, która miała posłużyć jako opłata za przewóz ich duszy do krainy zmarłych. Później pojawiło się chrześcijaństwo, głoszące istnienie Nieba i Piekła, oraz pozostałe liczne wierzenia i religie, prześcigające się nawzajem w twierdzeniu, że to właśnie one oferują tą prawdziwą odpowiedź. Która z nich ma faktycznie rację? Uważałem, że zarówno każda jak i żadna. Absolut stanowił pojęcie względne, zależne od osobistych poglądów, więc umierając człowiek wracał do tego stwórcy, którego uznawał za swojego. Czy był to Ten, będący tym, którym był, Allah, czy choćby latający potwór spaghetti, nie było istotne. Wszystkie byty wyższe przyjmowały pod swoją opiekę, wystarczyło wybrać. Jakiej decyzji dokonała pewna miłośniczka kwiatów, nigdy się nie dowiem, jednak wciąż mogłem zrobić dla niej chociaż tyle.

Po kilku godzinach zamieć ustała, a wtedy wróciłem się do działek po łopatę. Coś podpowiadało mi, że nie musiałem się więcej przejmować chimerą, co znacznie przyspieszyło drogę, która przy poprawionej widoczności okazała się krótsza niż myślałem. Znalazłszy zwykły, pierwszy lepszy szpadel udałem się w odosobnione miejsce i wbiłem go w zaspę śniegu. Wykopanie grobu będzie przy takiej pogodzie dosyć wymagającym zadaniem, zwłaszcza w moim obecnym stanie, ale chciałem by ten wysiłek stanowił mój pożegnalny prezent dla Claire. W końcu pociągnąłem ją ze sobą na samo dno. Zabiłem ją. Znowu… Odsypawszy kolejną porcję ziemi na bok, otarłem czoło. Możliwe, że szukałem w ten sposób odkupienia za to co uczyniłem, lub raczej, czego wtedy nie zrobiłem. Zostawiłem ją… Uciekłem… Szczerze tego żałowałem. Oddałbym wiele by móc naprawić choćby ten jeden błąd, bo przez swoje tchórzostwo dotąd nie wiem co stało się z jej ciałem. Pewnie została pochowana przez swoich rodziców, jednak gdzie? W Johnville? W każdym razie, nie w Ottawie, ponieważ gdy w końcu zebrałem wystarczająco odwagi, przeszukałem wszystkie cmentarze w mieście i nie znalazłem żadnego grobu podpisanego jako Amy Whitfield. Kiedy ją pomszczę, pojadę do tamtej wioski i przekonam się.

Równie dobrze mogło minąć kilka minut albo godzin. Skupiłem się na wysiłku do tego stopnia, że straciłem poczucie czasu. Wychodząc z wykopanej dziury odwróciłem się by spojrzeć w jej dół. Powinno wystarczyć. Dziewczyna była dosyć mała, więc aż taka głębokość nie była konieczna na potrzeby jej pochówku. Łatwiejsza część z głowy, parsknąłem ponuro, a następnie wróciłem do auta, gdzie ciało Claire oczekiwało na miejsce ostatniego spoczynku. W moich rękach zdawała się drobniejszą i słabszą niż za życia, kurcząc się jeszcze bardziej w momencie, gdy położyłem ją na dnie prowizorycznego grobu.

- Chyba wypadałoby coś powiedzieć… – jednak słowa nie przychodziły łatwo – Przepraszam cię. Nigdy nie powiedziałem ci nawet mojego prawdziwego imienia. Nie żeby ci to jakoś przeszkadzało, bo pewnie nadal byłbym w twoich oczach Rumiankiem.

Przerwałem na moment, ściskając blok żółtych karteczek samoprzylepnych. Zanim rigor mortis zdążył wejść, udało mi się wydobyć go z dłoni Claire. Przed śmiercią napisała na nim „da pan radę”, a nad tym narysowała koślawo uśmiechający się kwiatek. Choć w zwyczajnych okolicznościach uznałbym ten widok za trochę uroczy, teraz inne uczucie przejmowało nade mną kontrolę. Mianowicie smutek.

- Sparrow. Christopher Sparrow – wydusiłem z siebie, decydując by zachować ten nietypowy testament. Włożyłem go do wewnętrznej kieszeni płaszcza i schyliłem się po łopatę – Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa tam, gdzie przebywasz i tak dalej…

Pierwsza porcja ziemi opadła na koszulę Claire, przyprawiając mnie o ukłucie wyrzutów sumienia. To wyglądało jakbym grzebał ją żywcem, kiedy spała. Jej barwne włosy i ubiór skutecznie odwracały uwagę od postępujących przebarwień na skórze, które zdradzały, że ten sen był wiecznym. Z każdym zamachnięciem stawały się one być coraz mniej widoczne i wkrótce, zostały całkowicie pogrzebane. Potem odgrodziłem świeżo uklepaną mogiłę kilkunastoma patykami jakie udało mi się zebrać po okolicy, a na pniu pobliskiego drzewa wyryłem krzyż oraz inicjały C.C.T. – Claire „Carmen” Trethewey. Był to cóż prawda nic nieznaczący sentyment, gest pamięci z mojej strony, bo pewnego dnia, kiedy ją odnajdą i tak zostanie ochrzczona ofiarą niewyjaśnionego morderstwa. Na swój sposób będą mieć rację, jednak sprawcy od dawna będą poza ich zasięgiem. Ten, który pociągnął za spust już przyjął na siebie odpowiedzialność, natomiast mózg operacji pozostawał na wolności.

- Nie na długo. Nie na długo… – nagle zakręciło mi się w głowie. Poczułem, jak nogi osuwają się pode mną, więc podparłem się o uchwyt łopaty i przetarłem oczy.

- Nie ma czasu na zmęczenie – używając narzędzie jako laskę, ruszyłem przed siebie, ale każdy następny krok przychodził ciężej, jakby do mojej kostki była przywiązana metalowa kula, która ciągle przybierała na wadze.

Mimo to, musiałem kontynuować. Choć świat wirował wokół mnie, nie mogłem pozwolić by mnie to zatrzymało. Raczej była to tylko moja wyobraźnia, ale wydawało mi się, że ktoś szepcze mi do ucha. Dalej… Dalej… Jesteś już tak blisko. Prawda jest na wyciągnięcie ręki. Ten głos miał rację. Lada moment będę ją w stanie złapać. Może nawet teraz… Wychyliłem się, sięgając w stronę kuli światła, która wisiała w powietrzu, jednak, gdy moje palce miały się już na niej zacisnąć, odleciała, a ja straciłem równowagę, lądując twarzą w zaspie. Nie przejmując się temperaturą, zamknąłem powieki.

*

Obudziłem się oparty plecami o pień, nie mogąc drgnąć choćby o milimetr. Pozbawiony jakiejkolwiek energii, mój organizm przestał odpowiadać, pozwalając mi wyłącznie na patrzenie się przed siebie i czekanie aż wszystko wróci do normy. Bo przecież zawsze wracało. Niejednokrotnie pytałem się czy to ten moment, ale z każdego z tych bliskich spotkań ze śmiercią wychodziłem obronną ręką. Choć była w tym na pewno spora zasługa mojego Talentu, resztę zawdzięczałem mojemu aniołowi stróżowi…

- …Amy.

Nie byłem pewien czy mnie usłyszała, jednak wyłoniła się wtedy zza drzewa. Oczywiście, nie miała jej na sobie w momencie śmierci, lecz podczas każdego z naszych spotkań była ubrana w tą samą białą suknię z welonem, na której brzuchu znajdowała się krwawa plama. Tym razem w rękach trzymała pożółkły bukiet białych róż.

- Chris… Och, Chris… – jej spojrzenie było przepełnione nieopisanym przygnębieniem, które zawstydziło mnie.

- To może kiepsko wyglądać, ale trzymam się świetnie. Przysięgam. Przysiadłem jedynie na chwilkę i już się zbieram – skłamałem i oboje byliśmy tego dobrze świadomi.

- Chris… Zmieniłeś się – odwracając wzrok oznajmiła niemal oskarżycielskim tonem.

- Niby jak? Zdaje ci się. Przecież cały czas cię kocham, a wyłącznie to się liczy, co nie? Wciąż jestem tą samą osobą i będę nią do samego końca.

- Mylisz się, mój drogi – Amy uciszyła moje tłumaczenia – Chris, którego znałam nigdy nie przejąłby się otwarcie losem innych ludzi, nawet starając się usprawiedliwić to własnym celem.

- J-ja… – zatkało mnie. Choć pragnąłem zaprzeczyć, w środku wiedziałem, że zachowywałem się dziwnie, jakbym nie był sobą. Pomimo tego, że bardziej praktycznym rozwiązaniem było uciszenie Claire na miejscu, nikt mnie nie zmusił do zabrania jej z Pałacu, zrobiłem to z własnej nieprzymuszonej woli. Czy chciałem w ten sposób uchronić ją przed szturmem Bellrose? Chyba nie było sensu rozpatrywać moich intencji, skoro ich efekt końcowy był, jaki był…

- Nie zrozum mnie źle. To rzecz jasna zmiana na dobre. Od zawsze czułam, że jest w tobie więcej dobroci niż dawało się poznać na pierwszy rzut oka. Nawet w szkole. Pamiętasz jak w pierwszej klasie liceum wdałeś się w bójkę ze starszymi chłopakami, którzy dla zabawy podpalili bezdomną kotkę?

- Oni pewnie woleliby zapomnieć – lekko zaśmiałem się – Trzech na jednego, a jeden z nich skończył w szpitalu ze złamaną nogą. Drugi stracił parę zębów, a trzeci… Co ja mu wtedy zrobiłem?

- Nic. Do tego stopnia się bał, że ich tam pozabijasz, że uciekł do szkoły po pomoc. Nawet nie zauważył, że posikał się z wrażenia – Amy zachichotała – Jakoś nikomu nie było ich szkoda. Wyżywali się na młodszych i kradli im pieniądze, więc wszyscy uczniowie uważali, że zasłużyli na to co ich spotkało. Zresztą, nauczyciele też specjalnie się nie kwapili, żeby cię za to ukarać. Wydaje mi się, że tylko dla uciszenia sprawy dostałeś za to dwutygodniowe zawieszenie.

- A wuj Benjamin powiedział, że jedyne co zrobiłem źle, było to, że dałem się rozpoznać. Po tamtym zajściu zaczął bardziej się przykładać do uczenia mnie skradania. Ach, to były czasy…

- Co ważniejsze, tamta kotka miała młode. Urocze istotki. Zostały znalezione przez woźnego i oddane w mieście do adopcji. Nasza sąsiadka, pani Clearwater, wzięła połowę z nich do siebie. Mówiąc o nich częściej już chyba tylko ubolewała, że nie dostała wszystkich niż chwaliła jak bardzo zadbane jak na bezdomne to były zwierzęta. Zupełnie jak domowe, zwykła twierdzić. W sumie nic dziwnego biorąc pod uwagę, że opiekowałeś się nimi przed nią, czasami nawet wymykając się z lekcji.

- Skąd o tym wiesz?

- Widziałam cię raz przypadkiem. Na w-fie grałyśmy w siatkówkę i piłka wyleciała za salę gimnastyczną. Raczej mnie nie zauważyłeś.

Mimo, że od wspomnianych wydarzeń minęło tyle lat, dowiedzenie się tego zmieszało mnie. Nie było to nic kompromitującego, jednak, gdy sekrety, nawet tego typu, wychodzą na jaw, wciąż pozostawiają po sobie nieprzyjemny posmak.

Po dłuższej przerwie Amy ponownie otworzyła usta:

- Fakt, wspomnienia są czymś pięknym. Gdyby nie one, wszystko byłoby inne… Będę z tobą szczera, Chris. Nie podjęłam tego tematu dla zwykłej nostalgii. Muszę powiedzieć ci coś naprawdę istotnego – jej głos spoważniał – Chris, jesteś chory.

- Chory? – powtórzyłem unosząc brew – Niby na co?

Milcząc, przyłożyła dłoń do swojej piersi i zniknęła między drzewami, pojawiając się po chwili kilkanaście metrów dalej, obok grobu Claire. Wyciągnęła z bukietu jeden z kwiatów i złożyła go na świeżo zakopanej ziemi.

- Gdy wskazówki zegara zatrzymają się dla osoby o tak wrażliwym sercu, może ona łatwo stać się użytecznym narzędziem dla ludzi o złych intencjach – w czasie, kiedy Amy wypowiadała te słowa poderwał się gwałtowny podmuch wiatru, który porwał różę w nieznane. Obserwowałem ją aż całkowicie przepadła, a gdy wróciłem wzrokiem, moja żona stała już nade mną.

- Jeśli chcesz osiągnąć swój cel musisz w końcu nauczyć się rozpoznawać kto jest godny zaufania, a kto jest prawdziwym wrogiem. W niektórych sytuacjach nie poradzisz sobie bez pomocy innych, więc gdy na twojej drodze pojawią się potencjalni sojusznicy, pamiętaj o tym co właśnie ci powiedziałam. A do tego czasu…

Bukiet został przyłożony w moją stronę. Jego woń dotarła do mojego nosa i wbrew pozorom, okazała się intensywna, nie przypominająca w żaden sposób zapachu normalnych róż, lecz bardziej świeżo skoszoną trawę. Pod wpływem tego aromatu poczułem się ociężale, a oczy same zaczęły mi się zamykać. Walczyłem z tym, jednak po chwili uległem.

- Śpij dobrze, skarbie. Przed tobą największa z prób…

*

Coś wilgotnego parokrotnie musnęło moją twarz. Na swój sposób było to całkiem przyjemne wrażenie, dzięki któremu ciepło zaczęło się ponownie rozchodzić po moim ciele, rozgrzewając wnętrzności. Choć czułem, że wracam do życia wolałem jeszcze nie reagować, licząc sam nie wiedziałem na co, jednak nadzieja, jak to się mawia, była matką głupich, gdyż wtedy rozległ się przenikliwy, szczekliwy dźwięk. Gwałtownie zerwałem się, lub raczej taki miałem zamiar, ponieważ jedynym co udało mi się ruszyć były oczy. Dobre i tyle, że chociaż mogłem zobaczyć źródło hałasu.

Sprawcą całego zamieszania okazał się nieduży bernardyn, który opierając się przednimi łapami o moje nogi, nieprzerwanie lizał moje policzki. Tak wiele słyszałem o tych psach, że niemal spodziewałem się ujrzeć go wyposażonego w legendarną beczułkę brandy, ale zamiast niej, u jego szyi znajdowała się zwykła obroża, do której była przymocowana napięta smycz. W posiadaniu jej drugiego końca była kilkunastoletnia dziewczynka w zielonej kurtce oraz pasującej czapce z białym pomponem. Nie zdając sobie sprawy z tego, że byłem już przytomny dalej mówiła do swojego pupila.

- Zostaw go w końcu, Barry! To pewnie ten cały menel. Tatuś kiedyś o nich opowiadał. Jak będziemy tu stać, złapiemy od niego jakieś choróbsko! – właścicielka bernardyna uparcie ciągła za smycz, lecz Barry’ego to niespecjalnie obchodziło. Zebrawszy wystarczająco energii postanowiłem zapobiec potencjalnej tragedii, jaka mogła wyniknąć z powodu tej niezgody.

- Nie jestem bezdomnym – wyjaśniłem, a wtedy pies przystanął po mojej prawej i dumnie zamachał ogonem.

- Oooch… On jednak żyje – dziewczynka spojrzała na mnie z ukosa i dodała pod nosem, myśląc, że tego nie słyszę – Szkoda… – a następnie zwróciła się do mnie, uśmiechając się nieszczerze, z udawaną ciekawością w głosie – Jak nie menelem, to kim? Tatuś powiedział, że normalni ludzie śpią w domach, a nie na dworze.

Przez chwilę poczułem chęć zapoznania się z jej ojcem i ucięcia sobie z nim krótkiej pogawędki. Nawet jeśli sam był szybko oceniającym dupkiem, wyrządzał zarówno swojemu dziecku jak i całemu społeczeństwu niewyobrażalną krzywdę przelewając własną mentalność na kolejne pokolenie. Skoro było już tak źle za czasów mojej młodości, strach pomyśleć co będzie za dziesięć lat…

- Jestem myśliwym. I możesz mi uwierzyć, zazwyczaj sypiam w bardziej wygodnych, lub jak to ujęłaś, „normalnych” miejscach.

- Myśliwym? Serio? To musi być bardzo fajna praca! Masz broń? Taką prawdziwą? Pokaż! Zawsze chciałam ją potrzymać, ale tatuś nie pozwalał – w ekscytacji dziewczynka zaklaskała, podskakując. Swoją drogą, dobrze wiedzieć, że jej ojciec miał chociaż tyle rozumu…

- Przykro mi, ale pewnie zawiodę. Nie mam strzelby, tylko dwa pistolety i to w dodatku, nie przy sobie, bo w samochodzie.

- Ech, to ssie – westchnęła – Czemu tu leżysz? To jakaś nowa metoda na polowanie?

- Nie, po prostu… – zająknąłem się. Wtedy Barry ponownie zaszczekał, wskazując nosem na moją nogę, gdzie widoczny był przekrwiony opatrunek. Cholera, rana musiała się otworzyć podczas kopania…

- Acha, teraz rozumiem. Jesteś ofermą i sam siebie postrzeliłeś. Zabrali ci za to broń, a potem zostawili w lesie.

Ty mała… Ta gówniara wiedziała jak dokładnie zagrać na moich nerwach, żeby wyprowadzić mnie z równowagi.

- Ha, ha. Bardzo śmieszne. Ta okolica jest niebezpieczna, więc powinnaś stąd zjeżdżać – odburknąłem przez zaciśnięte zęby.

- Niebezpieczna? Bzdura! Od zawsze chodzimy tu z Barrym na spacery i wszystko dotąd gra. Prawda, Barry? – na dźwięk swojego imienia bernardyn dał głos, jakby potwierdzając słowa swojej pani.

- Nawet w taką pogodę?

- Co poradzę, że tak mocno się rozpadało? To nie moja wina! Schowaliśmy się na naszej działce i czekaliśmy aż się skończy. Jakiś podejrzany typek, pewnie złodziej, kręcił się dookoła, ale nie bałam się. Załatwilibyśmy go na cacy, co nie, Barry? – jednak Barry’emu nie udzielił się entuzjazm właścicielki. Bardziej wydawał się przejmować moim bandażem, bo najpierw dotknął go czubkiem nosa, a potem językiem.

- Fe! Nie ruszaj! Zły pies! Zły pies! – dziewczynka skarciła go, gwałtownie szarpiąc za smycz, lecz ponownie bezskutecznie, więc szybko zrezygnowała, pogrążając się głęboko w myślach. Wahała się co począć dalej, a jej wzrok przemieszczał się między mną, moją raną i jej towarzyszem. Ostatecznie wyraz jej twarzy zmiękł, tracąc niedawną pewność siebie.

- Czy to boli? – spytała.

- Nieco. Na szczęście przestałem czuć cokolwiek przez temperaturę. Nie wiem nawet jak długo tu jestem – uśmiechnąłem się, próbując złagodzić nastrój, choć jak powinienem się był tego spodziewać, miało to dokładnie przeciwny skutek. Moja rozmówczyni zdawała się jeszcze bardziej przejęta.

- Barry jest psem ratowniczym – oznajmiła, jakby to przesądzało o wszystkim – Tatuś mówił, że to jest w ich genie, cokolwiek to znaczy. Pomagają komu trzeba…

Złapała się za swój podbródek, po czym nastała cisza. Nie chciałem na nią naciskać w jakikolwiek sposób. Oczekiwałem na jej samodzielną decyzję, którą podjęła parę sekund później.

- Na działce jest apteczka. W szkole uczono nas jak z niej korzystać. Może… – wciąż szepcząc do siebie samej, zerknęła na mnie badawczym wzrokiem – Nie, nie mogę go tutaj zostawić. Dostanie hito-hipote-no tego od zimna. – oj, nie zdziwiłbym się jakbym miał już co najmniej umiarkowaną, więc jej spostrzeżenia były jak bardziej na miejscu. Wtedy zwróciła się do mnie:

- Dasz radę wstać?

- Możliwe. Ciężej pójdzie z utrzymaniem się na nogach – oceniłem moją obecną kondycję.

- To kiepsko. Barry raczej cię nie uciągnie… Chwila, a ta łopata? Pomoże? Jako laska?

- Lepszy rydz niż nic, ale boję się, że nie podtrzymam się samemu.

- Dam ci się oprzeć na moim ramieniu! – zaoferowała, a jej policzki zaczerwieniły się – Oczywiście, to tylko przez nagły wypadek. Normalnie nie pozwalam się dotykać obcym dziwakom!

- Prawidłowo. Jak przystało na szanującą się, inteligentną młodą damę – skomplementowałem, ignorując ostatnie słowo tej wypowiedzi, co znacznie poprawiło jej humor. Wyszczerzywszy się z satysfakcją, dziewczynka podała mi rękę i pomogła się podnieść. Cała operacja powiodła się zdecydowanie łatwiej niż przewidywałem.

- Ok, Barry, prowadź! I nie odchodź za daleko! – rozkazała, upuszczając smycz. Bernardyn, zdając się w pełni rozumieć powagę sytuacji pokiwał głową i wybiegł naprzód, zatrzymując się po chwili by sprawdzić czy nadal jesteśmy za nim. Bystra psina, zauważyłem, kiedy nasz nietypowy pochód wyruszył.

*

- Tutaj jest skrót. Uważaj! Jest ślisko i z górki – zostałem w porę ostrzeżony. Dzięki temu, że nieco rozprostowałem kości byłem przekonany, że podołam takiemu spadkowi, zwłaszcza ze wsparciem – Powoli…

Prowadząca mnie dziewczynka ostrożnie schodziła krok po kroku, jednocześnie upewniając się, że wciąż utrzymuję balans. Tym sposobem wkrótce znaleźliśmy się na dole, gdzie radośnie przywitał nas Barry, dumnie się wypinając, jakby chcąc zostać pogłaskanym. Miałem zamiar to właśnie uczynić, ale wychyliłem się za mocno do przodu i przed upadkiem uratowała mnie wyłącznie natychmiastowa reakcja ze strony właścicielki psa.

- Ogłupiałeś?! Skoro chcę ci pomóc, nie przeszkadzaj. Ci dorośli… Wydaje im się, że pozjadali wszystkie zmysły tylko dlatego, że są starsi.

- Chyba chodziło ci o rozumy – wtrąciłem.

- Ech, szkoda gadać. Po prostu chodź i nie marudź! Tędy – przesyłając mi nienawistne spojrzenie, nadęła policzki, po czym odwróciła się i przyspieszyła. Już aktualne tempo było dla mnie wyzwaniem, więc by dalej nie zdenerwować młodej odpuściłem sobie protesty. Po prostu zająłem się marszem przez ośnieżoną alejkę ogrodów działkowych.

Nawiasem mówiąc, dotarcie do celu zajęło mniej niż pięć minut. Wcześniej musiałem nieźle błądzić, marnując drogocenny czas, co poskutkowało w… Wzdrygnąłem się, gdy przed oczyma przeleciał mi obraz martwego ciała Claire.

- Co jest znowu? Bo zaraz cię zostawię, żebyś tutaj zamarzł na śmierć – wycedziła w złości, jednak zobaczywszy w jakim byłem stanie, jej ton spokorniał. Miałem przeczucie, że przez moment rozważała taktyczny odwrót.

- Mogę zapytać jak masz na imię?

- A-Annie… – odparła nieśmiało.

- Annie… Ładne imię. Gdybym miał córkę chyba nadałbym jej tak na imię. To jest, jeśli Amy nie miałaby nic przeciwko, bo wspominała, że wolałaby chłopca. Edmunda, po jej dziadku – zaśmiałem się szaleńczo – Parę razy o tym rozmawialiśmy, ale nigdy nie doszliśmy do porozumienia. Nie żeby był na to pośpiech. Jeżeli wszystko by się nie spierdoliło, pewnie kiedyś mielibyśmy dzieci.

Mój monolog sprawił, że dziewczynka poczuła się nieswojo. Musiała się bać. Skoro sam miałem wrażenie, że do reszty postradałem zmysły, na zewnątrz musiało to być jeszcze bardziej widoczne.

- Życie jest kruche, moja droga – kontynuowałem – W każdej sekundzie może się rozpaść. Puf i go nie ma. Od tak. My ludzie jesteśmy naprawdę wrażliwym gatunkiem… A do tego poważnie popieprzonym. Każdego dnia zabijamy się nawzajem, starając się nie myśleć o tym, że nawet pojedyncza śmierć niesie za sobą kolejne konsekwencje. Jak domino. Przewrócenie pierwszego daje początek lawinie. Ale ty możesz ją powstrzymać! Mi to się nie udało, jednak ty jesteś w stanie zapobiec dalszym tragediom. Zostaw mnie tu. I tak jestem bezużyteczny. Nie potrafiłem uratować osoby, którą kocham… Idź stąd i zapomnij o mnie. Tak będzie lepiej dla wszystkich… No, na co czekasz? Ktoś taki jak ja nie zasługuje na życie, a nikt nigdy się nie dowie, że mnie tu spotkałaś.

Mimo wszystko Annie nadal stała w miejscu. Choć miałem nadzieję, że uda mi się ją spłoszyć, skończyło się na tym, że po raz kolejny osiągnąłem rezultat przeciwny do zamierzonego. Dziewczynka zacisnęła pięści. W kącikach jej oczu zauważyłem łzy, które starała się zdusić, jednak niedługo później pociekły po jej twarzy, a kiedy do tego doszło, wybuchła.

- NIGDY NIE MÓW CZEGOŚ TAKIEGO! PRZENIGDY! – wrzasnęła, ile sił w płucach, policzkując mnie – To, że się urodziłeś jest wystarczającym powodem na to, że zasługujesz by żyć. Brzmisz dokładnie jak tatuś. Próbował to przede mną ukryć, bo mam tylko trzynaście lat, ale nie jestem durna! On… On był chory… Tak jak ty. Ciągle powtarzał podobne rzeczy, że lepiej byłoby mi z mamą niż z nim, że do niczego się nie nadaje i jak skończył? – tu Annie obniżyła zarówno wzrok i głos – Zabił się… Nie wiem jak, ale mama tak powiedziała.

Po chwili przerwy ciągnęła dalej:

- Nie wiem jak było u ciebie. Może faktycznie nawaliłeś albo nie mogłeś nic zrobić, ale to nie jest ważne. Liczy się to, że wciąż tu jesteś. Zanim odszedł, tatuś opowiedział mi jeszcze o czymś. O pokucie. Jak ktoś narobi coś złego, musi naprawić swoje winy, a nie poddawać się. Nie powtarzaj jego pomyłek! Na pewno jest nadal coś, co możesz zmienić na lepsze. Wysil tę swoją mózgownicę. Ja, w każdym razie, nie pozwolę ci umrzeć, nawet jeśli ryzykowałabym przy tym własnym zdrowiem. To moja pokuta za to, że zostawiłam tatusia, kiedy potrzebował mnie najbardziej.

Emocje, które wyrzuciła z siebie uderzyły we mnie niczym taran. Ugiąłem się, czując jak do pewnego stopnia trzeźwieję i jedynym co byłem w stanie wydukać było:

- Przepraszam…

Nie wiedziałem co mi strzeliło by aż tak mocno stracić wiarę w siebie. Przeszłe i dzisiejsze nieszczęścia nie przekreślały sukcesu w przyszłości, były doświadczeniami, moim brzemieniem, które powinienem z godnością nieść na szyi. Zapomniałem o swoim własnym motto – słabość należy przekuć w moc.

- Nie mnie przepraszaj. Po prostu rusz się. Jeśli zemdlejesz ani ja, ani Barry nie podniesiemy cię, a nie jestem Ethanem Incredible, żeby zatargać cię magią – Annie rozkazała, wlekąc ze sobą moje ramię. Choć próbowała to ukryć, jej usta delikatnie uniosły się.

Działka należąca do rodziny Annie okazała się ocieploną drewnianą chałupką, sąsiadującą z parcelą, z której zabrałem łopatę. Wnętrze tego domku przypominało staromodny salon, którego centralny punkt stanowił wygaszony kamienny kominek oraz powieszone tuż nad nim okazałe jelenie poroże. Oprócz tego, znajdowały się tu dwa fotele, obłożone pomarańczowymi, wełnianymi narzutami oraz stara skórzana sofa. To właśnie na tą ostatnią opadłem bezwładnie, gdy tylko weszliśmy do środka.

- Poczekaj. Już lecę po apteczkę – poinformowała moja gospodyni. W międzyczasie Barry, usadowiwszy się wygodnie na jednym z foteli, wydał z siebie przeciągnięte ziewnięcie, które uświadomiło mi jak bardzo byłem zmęczony.

Choć czułem jakby minęły lata odkąd po raz ostatni leżałem na czymś tak wygodnym, wiedziałem, że nie było to prawdą, bo wizyta w Pałacu zakończyła się… No właśnie, kiedy? Szacowałem, że dzień, góra dwa temu, jednak mogło minąć nawet jedynie kilka godzin. Moja świadomość pływała pomiędzy snem, a jawą, dekoncentrując mnie do tego stopnia, że nie byłem w stanie zmierzyć upływu czasu. Dochodziły mnie wyłącznie dźwięki krzątania się. Annie musiała w końcu odnaleźć zestaw do pierwszej pomocy i teraz zajmowała się zmianą mojego opatrunku. Czy aby na pewno wiedziała co robi? Jak na jej wiek była dosyć bystra, więc nie mając lepszej alternatywy, postanowiłem zaufać jej umiejętnościom. Dobra, chyba to na tyle. Usłyszałem głos, choć więcej detali umknęło mojej uwadze. Nareszcie mogłem się odprężyć, dlatego wypadałoby w pełni skorzystać z tej rzadkiej okazji.

Jednak nie wyglądało na to, żeby było mi dane wypocząć. Bez dwóch zdań nastąpiła poprawa mojego stanu zdrowia, lecz związana była ona również z pewnymi niedogodnościami. Mianowicie, ból, który jak do tej pory był tłumiony przez długie przebywanie na mrozie, zaczął wracać ze zdwojoną siłą. Co więcej, wysoka gorączka dawała się także we znaki. Nie potrzebowałem termometru by być w stanie określić, że znajdowałem się w stanie krytycznym. Pozostało mi jedynie liczyć, że mój organizm poradzi sobie z nim bez specjalistycznej pomocy medycznej.

*

Co jakiś czas przebudzałem się, choć nie sposób było określić w jakich odstępach. Z racji, że w tych momentach nie byłem w stanie się ruszyć, w moim polu widzenia znajdował się wyłącznie mały skrawek pokoju, w stronę którego była akurat ułożona moja głowa. Za pierwszym razem zobaczyłem Annie siedzącą na drugim fotelu. Jej usta ruszały się, co świadczyło, że rozmawiała z Barrym, jeśli można to było uznać za konwersację. W tle, na parapecie otwartego okna przysiadł kruk. Następny przebłysk i wtedy… Kruk zasiadł na czole dziewczynki. Trzymał w dziobie jej prawe oko, z nerwu którego ściekała krew. Chciałem krzyknąć, przegonić go, jednak obraz rozmazał się, a kiedy ponownie ustabilizował, pomieszczenie było już nie do poznania. Wszędzie wokół krakały ptaki, a w miejscu, gdzie powinna być Annie leżał nagi szkielet. U jego stóp znajdował się drugi, mniejszy i nieludzki. Psi… Wtedy poczułem ukłucie w gardle. Instynktownie sprawdziłem jego przyczynę. Tuż przed moją twarzą stał jednonogi i jednooki kruk. Jego dziób był zakrwawiony i ściskał w nim… Kiedy zdałem sobie sprawę co, czarny atrament zaczął rozprzestrzeniać się dookoła, zatapiając cały świat.

*

Zerwawszy się z kanapy odruchowo złapałem się za szyję, ale wszystko było z nią w najlepszym porządku. Podobnie jak z resztą doskwierających mi dolegliwości. Ustały. Czułem się jak nowo narodzony i żaden ruch nie sprawiał mi nawet najmniejszych trudności. Byłem kompletnie zdrów? Na to wyglądało. Chociaż była to bezapelacyjnie wspaniała nowina, zaskoczyło mnie, że obyło się bez żadnych komplikacji. Chyba nie doceniłem mocy motywacji do czynienia dobra Annie, która zrównoważyła braki jej doświadczenia w opiece nad chorymi. A niech mnie… Zagwizdałem z podziwem, zdawszy sobie sprawę z tego jak profesjonalnie zawinięty był świeży bandaż na mojej nodze. Pomimo młodego wieku poradziła sobie lepiej niż wiele osób zajmujących się tym zawodowo przez całe życie. Czyżby miała do tego Talent? Z wdzięczności życzyłem jej, żeby w przyszłości nie okazała się Pielęgniarką.

A właśnie, wspomniawszy o Annie przypomniałem sobie o tym co widziałem rozbudzając się. Rozejrzałem się, jednak na szczęście nigdzie nie było jakiegokolwiek kruka ani tym bardziej szkieletów. To musiał być jedynie koszmar, wytwór mojego udręczonego gorączką umysłu, czego świadomość przyjąłem z wytchnieniem. Rozciągnąwszy się, wstałem. Nieco odzwyczaiłem się od samodzielnego chodzenia, ponieważ początkowo zachwiałem się. Oparłem się o ścianę, odczekałem aż wszystko unormuje się, po czym ponownie zbadałem otoczenie. Byłem sam. W środku nie było śladu po obecności Annie i Barry’ego, a jak miało to się na dworze? Gdy opuściłem schronienie również ich nie zauważyłem. Szkoda. Byłem dłużny podziękowania tej dwójce, ale wiedziałem, że nie mogli zostać tu w nieskończoność. Robiło się już powoli ciemno, więc zapewne wrócili do domu, do codzienności, choć pozbawionej ukochanego taty. Podziwiając wielkiego ducha tej młodej osóbki postanowiłem, że czas bym i ja ulotnił się w stronę swojej „normalności”. Opuszczając działkę zainteresował mnie stojący na uboczu mały składzik, na którego dachu usadowił się kruk. Wpatrywał się we mnie swoim jednym okiem, jednak, kiedy mrugnąłem, zniknął, rozpłynął się w powietrzu, jakby nigdy go tam nie było.

Będąc na szlaku sporo myślałem. Przygoda, którą przebyłem pod Santa Fe sprawiła, że zrozumiałem parę rzeczy. Może i było to coś oczywistego, co od dawna wiedziałem, ale sądząc po dzisiejszym dniu, sporadycznie musiało mi być przypominane. Nie byłem normalny, więc nie powinienem porównywać się do standardów reszty społeczeństwa. Jednak, tak jak zaobserwowała to Amy, zmieniłem się i najlepszym tego dowodem był fakt, że nie zgadzałem się z nią pod tym względem. Nie widziałem w tej przemianie żadnego pozytywu. Wcześniej zawsze byliśmy jednego zdania i choć nadal ceniłem sobie jej opinię ponad wszystko, tym razem posłucham samego siebie. Zabiję resztki swojego serca, stając się całkowicie bezwzględnym, jakim powinienem być marząc o zemście. O tak… Przyłożyłem pistolet do klatki piersiowej i pociągnąłem za spust. Chociaż broń nie była załadowana, przez moje ciało przeszła błyskawica, niszcząc na swojej drodze jakiekolwiek ślady uczuć. Straciłem władzę nad własnym ciałem, stałem się biernym obserwatorem automatycznie wykonywanych przez nie akcji. To było zupełnie jakby ktoś przejął kontrolę nad moim umysłem, przystosowując go do tego co miałem dokonać. Wlokłem nogę za nogą, bez większej koordynacji, niczym żywy trup wędrując do przodu ku mglistemu celowi, którego jeszcze nie znałem. Nie miałem pojęcia jak długo to trwało, ale w końcu dotarłem na opustoszały parking.

W świetle latarni stał tylko jeden samochód – biała Honda Civic, lecz ten fakt nie był istotny. Obchodziło mnie wyłącznie tyle, że miał cztery sprawne koła i zapas paliwa. Bezszelestnie podszedłem do pojazdu, sięgając do płaszcza po drugi z moich pistoletów. Niestety, nie była to siostrzana Beretta, bo tą straciłem w zgliszczach Pałacu Umysłu, lecz zdobyczny SIG Sauer, bodajże model P226 z 13 załadowanymi kulami. Wystarczą, dopóki nie znajdę czegoś bardziej poręcznego. Delikatnie zastukałem końcem tłumika o drzwi. Bez powodzenia. Zabawiająca się wewnątrz para była zbyt zabsorbowana sobą by dotarły do nich jakiekolwiek bodźce z otoczenia, więc powtórzyłem, zwiększając siłę puknięć. Tym razem szyba poszła w dół, więc wetknąłem lufę w powstałą szczelinę. Nie chciałem tego robić, ale coś zmusiło mnie do tego. Pociągnąłem za spust. Czerwień wybuchła wokół z głowy staro wyglądającego mężczyzny, plamiąc między innymi twarz kobiety o wyzywającym makijażu, która zanim zdążyła choćby krzyknąć, dołączyła do swojego kochanka. Desperacko szukając usprawiedliwiania dla tego obrzydliwego czynu, zwróciłem uwagę, że na jego palcu wciąż znajdowała się obrączka. Nie zdjął jej nawet pieprząc prostytutkę… Wyrzuciłem oba ciała i usiadłem na fotelu kierowcy. Kluczyk był w stacyjce, dzięki czemu odjechanie nie mogło być prostsze. Czułem się koszmarnie na myśl o tym, w jakim stylu wszedłem w posiadanie tego pojazdu, jednak chyba nawet cierpliwość Myśliwego miała swoje granice. Pora nareszcie to skończyć.

Komentarze