Rozdział 3. Pałac Umysłu

Dystans z Chicago do Oklahomy City, miasta będącego stolicą stanu o tej samej nazwie, najkrótszą trasą wynosił niewiele mniej niż 1300 kilometrów, więc po niespełna jedenastu godzinach od wyruszenia byliśmy już prawie u celu. Obyło się bez żadnych niedogodności, jednak nie chwalmy dnia przed zachodem słońca lub raczej w tym wypadku, przed jego wschodem, gdyż na ekranie radia podświetlała się jasnozielonymi cyframi godzina 2.52 nad ranem.

Postęp jaki w tak krótkim czasie zrobiłem na trasie do Los Angeles i Dismasa Hardina był niesamowity. Igrałem z ogniem wykorzystując dobroć ocalonej przeze mnie rodziny Tretheweyów, ale jeśli nic złego się nie stanie do momentu naszej rozłąki, uważałem, że to ryzyko mi się opłaci, ponieważ podróżując z nimi oszczędzałem być może nawet tygodnie. Skłamałbym gdybym nie przyznał, że czułem się z tego powodu pobudzony. Przypuszczałem, że spotkanie Hardina będzie ważnym punktem mojej przygody, może nawet bardziej istotnym niż tego się spodziewałem, dlatego czym prędzej go znajdę, tym lepiej, pomyślałem, a wtedy cisza panująca w pojeździe została przerwana.

- Jeśli mogę zapytać, masz Talent?

Nie oczekiwałem usłyszeć takiego pytania z ust Theodora. Swoją drogą, byłem pod wrażeniem jak dobrze sobie radził za kółkiem pomimo gipsu. Choć najbardziej logicznym rozwiązaniem było powierzenie mi całości jazdy, nalegał byśmy prowadzili na zmianę, więc dla świętego spokoju uległem.

- Może tak, może nie. Wybacz, ale nie odpowiem.

Nie chciałem wymyślać świeżego Talentu na potrzeby tymczasowej tożsamości, a na zdradzenie tego prawdziwego byłem zbyt rozważny.

- Rozumiem. Nie chciałem być wścibski… – zmieszał się i widząc, że skupiłem się na trasie przed nami, ponownie zamilkł.

Od najmłodszych lat nie miałem zbyt przyjemnych skojarzeń z podróżami. Pierwszej z nich, związanej ze śmiercią matki nie mogłem pamiętać, bo byłem wtedy jeszcze niemowlęciem, ale ta z kilku lat później utkwiła mi w głowie do dziś. Nic dziwnego, zważywszy, że kiedy miałem siedem lat mój ojciec powiesił się, a ja znalazłem jego ciało... Jednak to obecna wyprawa była najgorszą z nich wszystkich. W przeciwieństwie do rodziców, którzy wydawali się odległym wspomnieniem, utrata Amy bolała bardziej niż cokolwiek co byłem w stanie sobie wyobrazić.

- Sophia, to jest moja żona, też miała Talent – Trethewey oznajmił i westchnąwszy, mówił dalej – Była Florystką. Rak zabił ją trzy lata temu. To dla jej pamięci wciąż prowadziliśmy kwiaciarnię.

Gdy Theodore zerknął za pomocą lusterka wstecznego na swoją córkę, która spała spokojnie na tylnych siedzeniach, zauważyłem, że był bliski łez. Właśnie minęliśmy znak wyjazdowy na granicy Tulsy, co znaczyło, że do celu pozostało nam około 170 kilometrów, dlatego stwierdziłem, że nie będę mu przerywał. Skoro zdecydował się wyrzucić to z siebie przy osobie, którą znał tak niedługo, te uczucia musiały być jak trucizna, duszona w środku od nie wiadomo jak dawna.

- Przez długi czas nie mogłem się pozbierać. Nie uważam, żebym pogodził się z tym nawet teraz. Cały czas tęsknię za Sophią. Wiem, że ona już nie wróci i powinienem się wziąć w garść, ale nie mogę… Jestem żałosny, co nie? Jak chcesz, śmiej się ze mnie dowoli. Zasługuję na to. Choć jestem tego świadomy, nie potrafię się zmienić. Nie dość, że wychowywanie samemu nastolatki po prostu mnie przerosło to jeszcze tamta mafia... Powiedzieli, że jeśli nie będę regularnie płacił co miesiąc to zrobią krzywdę Claire. Nie miałem wyjścia. Oddałbym wszystko dla dobra mojej córki. Sam widziałeś do czego to doprowadziło… I to wszystko przeze mnie! Nie sprawdziłem terminu następnej wpłaty i przez to… Przez to…

Theodore ścisnął mocniej zdrową ręką kierownicę, po czym włączył radio, prawdopodobnie starając się odwrócić moją uwagę od jego drgającej wargi i łez opadających po jego twarzy. Akurat tak się złożyło, że aktualnie transmitowane były cogodzinne wiadomości.

- Po szumnych zapowiedziach wygląda na to, że prace nad lekiem na raka utknęły w miejscu – donosił silnie oskarżający głos dziennikarza – Przypomnijmy, w ubiegłym roku skarb państwa przyznał Trinity Pharmaceutics niemal miliardowy grant na przełomowe badania, jednak jak wynika z informacji uzyskanych przez nas z wiarygodnego źródła, laboratoria od pewnego czasu pozostają puste. Co więcej, doktor Elizabeth Goodwyn, przewodnicząca zespołowi naukowców rzekomo nie była widziana przez swoich podwładnych od kilku tygodni. Rzecznik prasowy Trinity Pharmaceutics dementuje te plotki, twierdząc, że… – jednak nie dane mi było poznać usprawiedliwień rzecznika prasowego, gdyż w tym momencie Theodore Trethewey wyciszył dźwięk.

- Claire nie chciała iść na studia. Tyle razy próbowałem wytłumaczyć jej jak ważne jest wykształcenie, ale ona uparła się. Postanowiła, że całe życie będzie zajmować się kwiatami. Zobaczyłem wtedy w jej oku błysk, taki sam jak u Sophii i dałem się namówić. Wydawało mi się, że chce iść w ślady swojej matki, więc nawet opłaciłem jej odpowiedni kurs oraz odnowiłem kwiaciarnię, która leżała odłogiem, odkąd żona nie mogła już w niej pracować. Byłem naiwny… Zupełnym przypadkiem odkryłem, że Claire zainteresowała się tym tylko przez jakiś durny blog, który znalazła w Internecie. Zaczęła ubierać się jak prowadząca go kobieta, naśladować jej zachowania, teraz nawet żąda, żeby zwracano się do niej jej imieniem… Wiesz co jest w tym wszystkim najgorsze? Część mnie ma jej to za złe… Zarówno Sophia jak i ta cała Carmen zajmowały się tym samym, obie były Florystkami, więc czemu? Czy zapomniała o swojej mamie?

Nie wiedziałem jak zareagować na ten monolog, a nawet gdybym, możliwe, że i tak nie powinienem tego czynić. Jako osoba bezdzietna mogłem jedynie domyślać się jak skomplikowana była relacja między Tretheweyami. Ten żal, o którym wspomniał Theodore stworzył między nimi niewidzialną barierę i czym dłużej będą zwlekać ze szczerą rozmową, tym cięższa stanie się ona do zburzenia. Ale to nie był mój problem. Po tym jak zostanę przez nich wysadzony w Oklahoma City raczej już nigdy o sobie nie usłyszymy, więc to czy odnajdą wspólny język, z mojej perspektywy było nieistotne. Mimo to, złapałem się na tym, że doceniałem jego nastawienie. Jako głowa rodziny, choć średnio mu to wychodziło i do tej chwili był przeżarty bólem, pragnął pogodzić się ze śmiercią żony i walczyć o lepszą przyszłość nie dla siebie, lecz dla ich jedynego dziecka. To było całkiem szlachetne. Nie posiadał silnej woli ani wybitnych umiejętności, ale nie poddawał się. Uważałem to za coś na swój sposób imponującego i prawdopodobnie dlatego, postanowiłem zapytać go o zdanie na pewien temat.

- Te Talenty… Świat byłby bez nich lepszy, prawda?

- Co próbujesz przez to…?

Trethewey otworzył usta w zdumieniu, przez moment spoglądając na mnie z niedowierzaniem. Wyraz jego twarzy szybko się zmienił, kiedy dodałem:

- Co z tego, że dzięki nim sporo dziedzin rozwija się szybciej niż mogliśmy o tym wcześniej pomarzyć, skoro ceną jest tyle cierpienia? Mało kogo obchodzi już szczęście pojedynczej osoby, bardziej przykłada się wagę do potencjału ich Talentu.

- Masz trochę racji, Jacob – opuszczając ramiona, wydał z siebie zduszone stęknięcie – Znajomy opowiadał mi o Informatyku, którego poznał w pracy. Nazywał się bodajże Masayoshi, czy jakoś tak. Młody i ambitny chłopak, a skończył w szpitalu z przepracowania. Nawet tam próbował robić zlecenia i gdyby dziewczyna nie zabrała mu siłą laptopa, pewnie zmarnowałby się do końca. Cholera, co z tego, że jest się w czymś wyjątkowym, jeśli prawie wszyscy wokół zapominają, że jest się człowiekiem, nie narzędziem! Mającym uczucia, marzenia… Kurwa, kocham Sophię nie dlatego, że potrafiła zajmować się roślinami, lecz przez to kim była, a była cudowną osobą…

Choć Amy nie miała Talentu, czułem wobec niej podobnie. Zawsze ważniejsza była dla mnie ona, a nie jej zdolności, jednak z drugiej strony, gdyby nie mój Talent, nie poznalibyśmy się w ogóle. No cóż… Chociaż tyle dobrego wyszło z tego, że go posiadam. Przełknąwszy dziwną chęć zaśmiania się, stwierdziłem, że czas skorzystać z okazji i uciąć sobie krótką drzemkę. Jednak w tamtym samym momencie dostrzegłem światło, które nagle nasiliło się.

- Ruch o takiej godzinie? Kto by pomyślał – skomentował Theodore, nie przykładając większej wagi do narastającego dźwięku silników. Do ostatniej chwili chciałem wierzyć w trafność jego osądu, ale dla pewności, zerknąłem w boczne lusterko.

Zobaczyłem na nim wyraźnie przekraczającą dozwoloną prędkość kolumnę złożoną z czterech pickupów niezidentyfikowanej marki, jadących za nami w zwartym szyku. To musieli być oni! Jakim cudem udało się im nas znaleźć?

- Mamy problem! Szybko, zamień się ze mną miejscami… – poleciłem, jednak zareagowałem zbyt wolno. Seria strzałów z karabinów maszynowych oraz dźwięk tłuczonego szkła skutecznie zagłuszyły mój głos. Straciliśmy tylną szybę, natomiast na przedniej pojawiło się kilka pęknięć, po których powoli ściekała krew.

Należała do Theodora Tretheweya. Jeden z pocisków oderwał spory kawałek jego szczęki, przyprawiając go o upiorny jednostronny uśmiech.

- Co się dzieje?! Dlaczego jest taki hałas? Tato?! Panie Rumianku?! – Claire zerwała się w panice.

- Jesteśmy atakowani. Nie wychylaj się! – rozkazałem jej, w ostatniej chwili złapawszy za kierownicę, dzięki czemu samochód nie wypadł z jezdni w poślizgu. Mimo to, sytuacja była wciąż daleka od opanowania.

Trethewey jeszcze żył, ale bez natychmiastowej pomocy specjalisty, na którą w zaistniałej sytuacji nie było na co liczyć, był w gruncie rzeczy trupem. A pościg stale nad nami zyskiwał… Musiałem odzyskać pełnię władzy nad autem, więc nie miałem innego wyjścia. Po chwili siłowania się po omacku z zapięciem pasów usłyszałem kliknięcie, na dźwięk którego przesunąłem się w lewo i naciskając na klamkę, popchnąłem drzwi.

- Tato, tato?! Powiedz coś proszę! – przez szum pędu powietrza krzyki dziewczyny były ledwo słyszalne – Co robisz panie Rumianku? Nie!!!

Choć jej ojciec nadal rozpaczliwie próbował uciskać na ranę, wiedziałem, że czekała go już jedynie śmierć w męczarniach. Każdy wdech i wydech jaki starał się wziąć kończył się tylko powstaniem dodatkowych pęcherzy powietrza, które pękały między jego palcami, uwalniając kolejne porcje krwi. Dlatego też wypchnąłem na zewnątrz ciało konającego Theodora. Koziołkując, zniknął po chwili w mroku, jednak na sekundę przed tym, nasze spojrzenia spotkały się. Zapewne była to wyłącznie moja wyobraźnia, ale zdawało mi się, że jego wargi ruszały się, jakby chciał mi coś jeszcze powiedzieć.

- Dla niego jest już za późno. Przykro mi, ale on wybrałby twoje bezpieczeństwo ponad spokojny pogrzeb – zatrzasnąłem drzwi i skupiłem się na dalszej ucieczce.

Citroen C3, za którego sterami aktualnie zasiadałem nie był najszybszym środkiem transportu, jednak nadrabiał te braki swoją wytrzymałością. Nie zmieniało to wciąż faktu, że powinienem rozważyć inne dostępne mi opcje. Choć poradzenie sobie z czterema strzelcami mogło być przy tej prędkości nieco kłopotliwe, sądziłem, że z odpowiednim planem moje szanse przetrwania były nadal całkiem przyzwoite. Włączyłem wyższy bieg i wychylając się do tyłu, roztrzaskałem nogą resztę szyby, która znacznie ograniczała moją widoczność. Odłamki szkła rozsypały się po tablicy rozdzielczej, dzięki czemu przyszedł mi do głowy ciekawy pomysł.

- Trzymaj się mocno!

Nie czekając na reakcję pasażerki, pociągnąłem za hamulec ręczny i gwałtownie skręciłem w lewo. Jednocześnie wyszarpałem z plecaka pistolet i ufając mojemu instynktowi, opróżniłem cały magazynek. Z racji, że samochód wciąż się obracał nie mogłem mieć pewności czy trafiłem cokolwiek, ale mniejsza z tym. Gdy tylko nastąpił pełny zwrot o 360 stopni docisnąłem pedał gazu do podłogi.

- Nadal żyjemy? Prawda? Prawda?! – Claire zdawała się być szoku i prawdę mówiąc, sam byłem pod wrażeniem. Jakie trzeba było mieć szczęście by po aż tak przesadnie filmowej akcji być w stanie wciąż poruszać się na czterech kółkach?

- Tak, ale jeśli zaraz czegoś nie zrobimy może być z tym różnie. Ta droga powoli się kończy – odparłem, spoglądając za siebie przez nadłamane lusterko.

Wyglądało na to, że jakimś cudem wyeliminowałem jeden z wrogich pojazdów, a biorąc pod uwagę zmniejszoną częstotliwość ostrzałów, pozostali oszczędzali amunicję. Oczywiście, jeżeli nie próbowali wprowadzić mnie w ten sposób w fałszywe poczucie bezpieczeństwa był to dobry znak. Jednak, jeśli chciałem zgubić ich w najbliższej miejscowości, koniecznym było zwiększenie dystansu. Chyba czas użyć asa, którego specjalnie do tej pory trzymałem w rękawie. Rzuciłem jedną z moich toreb na tylne siedzenia:

- Łap, młoda. Tylko uważaj. Skoncentruj się i słuchaj uważnie moich instrukcji – uznawszy jej niezdarne kiwnięcie głową za sygnał gotowości, wyjaśniłem dalej – W głównej przegrodzie jest pakunek z granatem. Znajdź go, wyciągnij zawleczkę i ekspresowo wyrzuć z auta!

- G-granat?!

- Tak, pieprzony granat. Jeśli wolisz negocjować z nimi, wysiadasz.

Pomimo strachu, Claire sięgnęła naprzód, w pośpiechu przewracając zawartość mojego plecaka. Granaty były dość charakterystycznym uzbrojeniem, więc każdy kto choćby o nich słyszał powinien być w stanie bez trudu je rozpoznać.

- Chyba mam! Czy to to? – dziewczyna zapytała, unosząc coś w ręku, jednak zanim przyjrzałem się co, pocisk rozdarł materiał oparcia centymetr od mojej głowy.

- Wchodzimy w zakręt, więc poczekaj na mój sygnał. Zawleczka i pozbywaj się tego dziadostwa. Nie przejmuj się, nawet jak nie trafisz nic się nie stanie. To tylko dywersja. Zrozumiano?

- T-tak. Chyba tak.

- Świetnie. Nie myśl, tylko działaj, ale przede wszystkim, zaufaj mi. Dobra, na trzy. Raz… Dwa… I trzy!

Gdy skończyłem odliczać Claire wykonała moje polecenia, czego efekty mogłem z łatwością zaobserwować. Po kilku sekundach doszło do eksplozji, tuż przed maską pickupa, który prowadził kolumnę. Pojazd stanął w płomieniach i stracił przyczepność. Zablokował trasę następnemu, który wjechał w jego bok, pozostali natomiast wyminęli ich poboczem, nie przerywając pościgu ze względu na swoich sojuszników, którzy jak można było przewidzieć, w pośpiechu próbowali się ratować. Przed czym? Raczej nie musiałem tego wyjaśniać Claire, bo ta aż podskoczyła, kiedy rozległ się donośny huk.

- Jezu, zabiłam ich? Panie Rumianku, powiedz mi, że to nie prawda! – zapłakała.

- Coś w tym złego? Oni chcieli ci zrobić to samo. Z takimi jak oni to kwestia zabij albo zostań zabita, więc nie trać czasu na wyrzuty sumienia.

- No, ale… Tak nie powinno się robić! Jeśli oni są źli, to robiąc to samo jesteśmy jeszcze gorsi. Co jeśli ktoś ich do tego zmusza? Oni też mogą mieć rodziny…

- Claire… – wziąłem głęboki wdech. Zaczynałem żałować zadania się z Tretheweyami, ale skoro zaszedłem już tak daleko, miałem zamiar walczyć do ostatniego tchu, a myśląca w ten sposób towarzyszka mogła okazać się zgubą. Korzystając z długiej prostej przed nami postanowiłem naprawić jej szkodliwy światopogląd.

- Dobry człowiek to martwy człowiek. Żaden z twoich kodeksów moralnych nie zobowiązuje drugiej strony do zachowywania się w podobny sposób. Jeden moment zawahania wystarczy by… – nie było mi dane dokończyć tego zdania, gdyż w tej chwili poczułem jak nasz Citroen został gwałtowanie zatrzymany, a ja wylatuję przez przednią szybę.

*

To było nie do wytrzymania. Jakby wszystkie moje kości zostały doszczętnie zmiażdżone… Gdy uniosłem wzrok z asfaltu przez moje ciało przeszła fala porażającego bólu. Nie wiedziałem jak wiele czasu minęło, ale nareszcie zacząłem adaptować się do panujących warunków, choć wciąż nie byłem wstanie ujrzeć nic poza rozmazanymi kształtami. Te jednak wystarczyły bym zdał sobie sprawę z tego, że masywny SUV ze wzmocnionymi zderzakami pojawił się znikąd i wykorzystując jak ogromny błąd popełniłem, staranował samochód Tretheweyów. Jego front został wgnieciony z taką łatwością jakby był zrobiony z papieru, a razem z nim...

- Claire! – zawołałem lub raczej, miałem taki zamiar, bo głos odmówił mi posłuszeństwa.

Używając resztek sił zacząłem wlec się w stronę Citroena. Z każdym posunięciem się moje paznokcie szorowały po betonie, wydając z siebie przenikliwy dźwięk. Raz za razem przemieszczałem się naprzód, obojętny wobec tego co działo się wokół, rejestrując tylko szorstkość nawierzchni, która przy kolejnych ruchach stopniowo się wygładzała.

I nie była to jedyna zmiana. Z światłości wyłoniły się znajome ściany, pokryte rzędami granatowo-szarych kafelków oraz sufit, podtrzymywany kolumnadą w podobnym stylu. Owalne filary były rozmieszczone w regularnych odstępach od siebie, tworząc prosty korytarz, który zdawał się ciągnąć w nieskończoność, a gdzieś w niej stała…

- Amy? – wysapałem osłupiony, a ona, posławszy mi spojrzenie, odwróciła się i odbiegła.

- Kochanie, to ja! – wrzasnąłem, ile sił w płucach – Nie poznajesz mnie? Poczekaj!

Gdyby ból mnie nadal nie ograniczał, zerwałbym się na równe nogi i gonił ją, jednak byłem jedynie w stanie pełzać powoli. Jeśli pragnąłem z nią porozmawiać, nie miałem innego wyjścia. Tyle czasu… Tak bardzo tęskniłem, a kiedy było już tak blisko, ona znów oddaliła się ode mnie. Złapię cię! Przyrzekłem. I już zawsze będziemy razem.

Czym dłużej trwała ta pogoń, tym bardziej traciłem nadzieję. Korytarz, łudząco przypominający wystrój wnętrz Królewskiego Banku Kanady w Ottawie, sprawiał wrażenie stale się rozciągać, z każdą sekundą oddalając mnie od celu. Co więcej, w powietrzu unosił się intensywny swąd śmierci, który poznałbym wszędzie. Choć wydawało mi się, że już do niego przywykłem, teraz ledwo potrafiłem znieść ten zapach, ale przełknąwszy nudności, czołgałem się dalej.

Przychodziło mi to z coraz większym trudem, jednak nie miałem najmniejszego zamiaru się zatrzymywać, nawet gdy z fug łączących płytki zaczęła sączyć się krew. Tafla czerwieni błyskawicznie rosła, przez co po chwili nie byłem już dłużej w stanie utrzymać głowy ponad jej poziomem. Wziąwszy zapas powietrza, zanurkowałem, a kiedy otworzyłem ponownie oczy, różnica stała się wyraźna. Pomijając to, że kolorystyka była zaburzona jakbym spoglądał na świat przez powierzchnię rubinu, widoczność okazała się niespodziewanie dobra. Do tego prawie nie czułem, żeby otaczała mnie ciecz, której ilość zwiększała się wprost proporcjonalnie razem z moją mobilnością. Byłbym rad z tej zmiany, jeśli tylko nie zauważyłbym pewnego dodatkowego szczegółu.

Mianowicie, wszystkie powierzchnie pokryły się lekko pulsującą tkanką, na której pojawiły się gałki oczne, różniące się wielkością i kolorem źrenic. Wpatrywały się we mnie nieprzerwanie, bez choćby pojedynczego mrugnięcia. Ich spojrzenia miały w sobie coś złowieszczo znajomego, ale wolałem nie zastanawiać się co. Bałem się. Nie, byłem wręcz przerażony, chociaż i to nie oddawało w pełni tego, co działo się w mojej głowie. Każdy mięsień mojego ciała napinał się do granic możliwości, kiedy przymglone dotychczas szepty, które starałem się ignorować, stały się krzykami potęgowanymi echem. Wtedy coś złapało mnie za plecy i gwałtownie pociągnęło do góry.

- Ej, szefie, ten jeszcze żyje! Jakiś obcy – ktoś bezceremonialnie upuścił mnie z powrotem na asfalt. Lodowata lufa została przyłożona do tyłu mojej czaszki, a kolejny głos przemówił.

- Nie jesteś nim. Szkoda, bo liczyłem, że w końcu… Ach, mniejsza z tym. Wypadałoby wyciągnąć jakieś konsekwencje z tego całego zamieszania. Najpierw, przedstaw się. No, dalej – ponaglił mnie dźwięk odbezpieczania broni.

Byłem wciąż zbyt ogłuszony, aby wiedzieć co mu odpowiedziałem, jeśli w ogóle udało mi się cokolwiek wydusić, jednak sądząc po tym, że mierzący do mnie mężczyzna nie pociągnął za spust, musiał być tym usatysfakcjonowany.

- Sprawdźcie auto – wydał rozkaz, choć zaczynałem mieć trudności z rozumieniem tego co działo się wokół. Szum jaki słyszałem najprawdopodobniej za sprawą obrażeń skutecznie zagłuszał co drugie słowo.

- Mamy... Jeszcze… – następna osoba zaobserwowała.

- Wyciągnijcie… – polecił przywódca, a gdy zwrócił się ponownie do mnie, jego ton odzyskał niedawną słyszalność – Jestem pod wrażeniem. Nigdy nie widziałem, żeby ktokolwiek był w stanie spowodować aż tyle chaosu w pojedynkę. Jeżeli spotkalibyśmy się w innych okolicznościach, postawiłbym ci jakiś dobry trunek, przysięgam.

Spróbowałem wstać, ale skończyło się to na szybkim upadku. Musiałem mieć złamaną rękę, choć zdziwiłbym się, gdyby więcej moich kości nie było uszkodzonych. Stojący nade mną mężczyzna zdawał się być tego świadomy, więc nie reagował aż do momentu, w którym osłabłem i ciężko dychając, poddałem się. Wtedy docisnął mnie podeszwą swojego buta do betonu.

- Tsk. Tsk. Niefajnie. Nie kurwa fajnie. Zaatakowałeś moich ludzi, a kiedy chcieli się bronić, może i nawet ich zabiłeś. Nie masz zielonego pojęcia jak niefajne to jest. Jestem odpowiedzialny za ich życia, których utrata byłaby po równo naszą winą. Moją, bo posłałem ich na śmierć, a twoją, oczywiście dlatego, ponieważ ich zamordowałeś. To uczucie nie podoba mi się. Ani kurwa trochę. Dlatego musimy coś zrobić z tym fantem. Jakieś pomysły? Hmm… Coś nie jesteś wygadany, więc zróbmy to po mojemu. Za zbrodnię należy się kara… – oznajmił, a ostatnią rzeczą jaką zapamiętałem był rozlegający się wystrzał.

*

Plątanina wszelakiej grubości kabli o różnych wzorach i kolorach wiła się jak wąż w pomieszczeniu o połyskujących białych ścianach. Część z nich splatała się ze sobą na przemian, inne ciągły się wzdłuż, ale każdy zmierzał ku centrum tej kopuły, gdzie łączyły się w jeden wielki słup, który w większości znikał w otworze na dachu. Pozostałe odgałęzienia przewodów nieznacznie opadały dookoła i były zakończone świecącymi się na zielono lampkami, co zwiększało wrażenie, że cała ta konstrukcja przypominała drzewo. Do jego podstawy były przyłączone komory o zamglonych szklanych powłokach, uniemożliwiających zobaczenie ich zawartości.

Cisza jaka panowała w tym miejscu zdawała się być wręcz sztuczna. Choć każde z urządzeń było nadal w pełni sprawne, pokrywała je gruba warstwa kurzu, sugerująca, że ta maszyneria została porzucona wiele lat temu. Mimo to, ten widok wręcz hipnotyzował i odwrócenie od niego uwagi okazywało się bardzo trudne jak zauważyłem, gdy nagle pojawiłem się, zastanawiając skąd się tu wziąłem.

- Widzę, że mamy niespodziewanego gościa… – słysząc za plecami nieludzko pogrubiony głos odwróciłem się na pięcie, lub raczej, siła, która kontrolowała mnie tak uczyniła z moim ciałem.

Przez czarną, sięgającą kostek pelerynę z kapturem oraz białą maskę z dziobem nie szło określić płci ani wieku osoby, która stała przede mną, jednak to nie było i tak najważniejsze. Kimkolwiek była ukrywająca się pod tym strojem istota, czułem od niej niewiele człowieczeństwa. Instynktownie wiedziałem, że powinienem jak najprędzej od niej uciekać.

- Przykro mi, ale wszystko w swoim czasie. Cierpliwości – sądząc po tonie głosu wątpiłem, żeby zamaskowanemu kształtowi było naprawdę przykro, zwłaszcza, że zaśmiał się i uniósłszy prawą dłoń, pstryknął palcami. Po chwili obraz zaczął coraz bardziej falować aż całkowicie się rozmazał.

*

Jeśli tak miała wyglądać śmierć, była ona niespodziewanie przyjemnym doświadczeniem. Cierpienie się skończyło, pozostał jedynie błogi spokój oraz ciepło, czule dogrzewające moje plecy. Aż chciałoby się rozpuścić i przeleżeć w ten sposób całą wieczność, ale to byłoby zbyt piękne by mogło być prawdziwym. Moja historia nie będzie miała tak mało satysfakcjonującego finału.

- Zbudź się, Chris. Nie jest jeszcze za późno…

- Amy?

Usłyszawszy jej wołanie, zerwałem się, odgarniając na bok zielony koc, którym byłem przykryty. Jak szybko pojąłem, raczej nie znajdowałem się jeszcze w zaświatach, bo śmiałem wątpić, żeby przyjęły formę średniej wielkości biura o wyblakłej jasnozielonej tapecie.

- Witamy w krainie żywych. Zaczynałem już się powoli martwić, ale sądząc po tym, że sam się obudziłeś, gorączka musiała nareszcie odpuścić.

Przy biurku siedział mężczyzna w średnim wieku, na oko koło pięćdziesiątki, który odwróciwszy się w moją stronę, przesłał mi serdeczny uśmiech. Był ubrany w ćwiekowaną skórzaną kurtkę motocyklisty, a jego włosy były ciemne, lecz bardzo krótkie, porównywalne długością do kilkunastodniowego, lecz zadbanego zarostu. Elementem jaki najbardziej przykuwał uwagę w jego wyglądzie był złoty kolczyk, znajdujący się w jego lewym uchu.

- Ty… – pomimo niejasnych wspomnień, rozpoznałem w nim głos przywódcy napastników z wcześniej, więc wycofałem się, rozglądając na boki za czymś, co mogłoby posłużyć za broń.

- Ja… – naśladując mój ton, skrzyżował ręce – Muszę przeprosić, panie Christopherze. I wszystko wyjaśnić. Doszło do… Małego nieporozumienia, jeśli wciąż można tak to nazwać.

- Skąd znasz moje imię? – wtrąciłem, nie spuszczając go z oczu choćby na sekundę. Zdawałem sobie sprawę, że właśnie to potwierdziłem w nad wyraz idiotycznym stylu.

- Mistrzostwa w Des Moines, 2019. Byłem jednym z członków ekipy technicznej. Zajmowałem się twoim sprzętem. Pamiętasz?

Pokiwałem przecząco głową. To było tak dawno, że prawie jakby w przeszłym życiu.

- Powinienem był przewidzieć. Zamieniliśmy góra dwa zdania przez całą imprezę. Byłeś nieźle zabiegany, ale w każdym bądź razie, świetna robota. Ten rekord nigdy nie zostanie pobity. Sześć złotych medali… Niech mnie, zgarnąłeś cały komplet! Och, powinienem się przedstawić. Możesz mówić do mnie Tata Mod, jak wszyscy. Użyłbym prawdziwego imienia, jednak to trochę skomplikowane. Mam nadzieję, że zrozumiesz…

Po wspomnieniu Lekkoatletycznych Mistrzostw USA skojarzyłem, że jego twarz faktycznie wydawała mi się znajoma, ale niezależnie jak bardzo wytężałem pamięć, nie mogłem przypomnieć sobie niczego więcej co dałoby mi wskazówkę na temat tożsamości Taty Moda, który zauważywszy, że wciąż nie zdobył mojego zaufania, wskazał na moje lewe ramię oraz zabandażowany tors i powiedział:

- Wiem w jakiej sytuacji się poznaliśmy, ale uwierz mi, nie jestem twoim wrogiem. Przespałeś ponad dzień, a ja nie dość, że cię nie zabiłem w międzyczasie, poskładałem cię. Swoją drogą – zerknął na znamię tuż nad moim prawym biodrem – Ciekawy kształt. Zupełnie jak kwiat. I liczba? Może trochę nadinterpretuję, ale jak dla mnie to róża w szóstce…

Byłem w pełni świadomy jak bardzo specyficzne było to znamię, lecz nie miałem ochoty o nim rozmawiać. W końcu po co dyskutować o czymś, z czym się urodziłem i na co nie miałem wpływu?

- Jesteś lekarzem? – zapytałem, by odwrócić uwagę.

- Nie, ale zaufaj mi. Nasz medyk jest dosyć… Specyficznym człowiekiem – drapiąc się po tyle głowy Tata Mod zachichotał, po czym kontynuował – Dlatego wolałem zająć się tym samemu. Nie mówię, że jestem w tym lepszy od niego, jednak chciałem wziąć odpowiedzialność za gościa, którego potraktowałem w tak grubiański sposób.

Coraz mniej mi się to podobało. Zważywszy, że zaatakował mnie zaraz po uciecze z Chicago, mój rozmówca musiał należeć do Bellrose. Nie widziałem innego wytłumaczenia, ale wnioskując po tym, że według niego rzekomo doszło do pomyłki, może nie powiązano mojej osoby z tamtą sprawą. Prawdopodobnie przez wcześniejszą przelotną znajomość Tata Mod stwierdził, że nie mogłem zabić ludzi z jego organizacji i w efekcie, zamiast dokonać egzekucji, zaopiekował się mną, wybaczając walkę na drodze. To jest, jeśli to wszystko nie było skomplikowanym planem, mającym na celu uśpienie mojej czujności, więc na wszelki wypadek nie przeceniałem mojego szczęścia.

- Do czego zmierzasz? – nie ukrywając podejrzeń, obserwowałem mężczyznę, który nic sobie z tego nie robiąc, wstał z fotela i rozmasował nogi.

- Niczego szczególnego. Domyślam się jak się czujesz i z chęcią odpowiem na każde pytanie, jednak w swoim czasie. Póki co, jak się masz? W ramach krótkiej przerwy chciałbym ci coś pokazać. Tylko to zależy, czy jesteś w formie na mały spacerek. Nie będę nalegał.

- Raczej podołam. A niby co? – byłem w gruncie rzeczy niemal w pełni sił, ale wątpiłem, żeby to i tak miało znaczenie. Gdybym zaprzeczył, wózek inwalidzki zostałby zapewne przyniesiony.

Zobaczywszy moją reakcję, Tata Mod otworzył na oścież drzwi i uśmiechnął się. Dumnie napinając pierś odsłonił widok za sobą.

- Marzenie, na które pracowaliśmy latami. Nasz dom, nasz Pałac Umysłu.

Gdy dołączyłem do niego przy szklanej ścianie i spojrzałem na zewnątrz, zrozumiałem, dlaczego Tata Mod uznawał bycie przywódcą tego miejsca za ogromny honor. Widok, przed jakim stanąłem był szczerze imponujący. Pod drapaczem chmur, w którym aktualnie znajdowaliśmy się na jednym z wyższych pięter, rozciągało się coś, co równie dobrze mogło być nazwane małym miastem, którego granice wyznaczały dwa niższe wieżowce w rogach oraz zapewne kolejne dwa w lustrzanym odbiciu, po przeciwnej stronie. Część z budynków, zwłaszcza tych bliższych, była utrzymana w podobnym stylu i kolorystyce dominujących bieli, różu i błękitów oraz połączona ze sobą oszklonymi mostami, natomiast architektura dalszych zabudowań stanowiła jeden wielki barwny miszmasz.

- I to tylko początek. Chodź, oprowadzę cię – Tata Mod zaprosił mnie gestem do windy. Zjechaliśmy nią na sam dół, jednak nie zdążyło minąć choćby kilkanaście sekund, zanim zdążyłem tego pożałować.

- Nigdy więcej… Nigdy więcej…

Łapiąc oddech oparłem się o ścianę, jednocześnie zakrywając dłonią usta, aby powstrzymać się od zwymiotowania. Prędkość, z jaką dotarliśmy na parter okazała się dla mnie niemal zabójcza.

- Trzeba było mówić, że kiepsko znosisz takie rzeczy, wybrałbym wtedy schody. Przynieść ci trochę wody?

- Nie trzeba. Już mi lepiej… A schodzenie z 17 piętra byłoby marnotrawstwem czasu, więc warto było się poświęcić – zwłaszcza, że jeśli chciałem myśleć o opuszczeniem tej okolicy powinienem czym prędzej rozpoznać wrogi teren.

- Skoro tak twierdzisz. Osobiście często wspinam się na szczyt i z powrotem dla sportu... Wracając do tego co ważne, może zacznijmy od sali treningowej? Nie żebym coś sugerował, ale przypuszczam, że jedna z jej części może cię zainteresować. Jeśli pozwolisz w tę stronę…

*

Choć ten kompleks nazywał się Pałacem Umysłu, nie wyglądało na to, żeby jego mieszkańcy uważali się za jakąś arystokrację, a na pewno, nie pogrążyli się w próżności, pamiętali o dbaniu o zdrowie zarówno psychiczne jak i fizyczne. Pod okazałym gmachem hali sportowej o jaskraworóżowej elewacji panował średni, jednak nadal całkiem umiarkowany ruch, co biorąc pod uwagę dzisiejsze zwyczaje mogło cieszyć, ale z drugiej strony, wiązało się z pewnymi męczącymi utrudnieniami.

Pokonanie dystansu do tego celu zajęłoby normalnie mniej więcej z dziesięć minut, ale nie z Tatą Modem, bo podróżując z nim trwało to prawie trzy razy dłużej. Każdy z przechodniów jakich mijaliśmy musiał podejść do niego, przywitać się, zapytać o zdrowie, a potem otrzymać podobny zestaw pytań o samopoczucie lub o ogólnie pojęte życie danej osoby, nie wspominając jeszcze o przedstawianiu mnie. Doprowadzało mnie to powoli do szału. Pomijając nieskończone gadulstwo mojego przewodnika, wszyscy z napotkanych ludzi byli tak przesadnie mili, że wydawało mi się to wręcz straszne, dlatego mogłem odetchnąć z ulgą dopiero gdy weszliśmy bocznymi drzwiami do środka budynku.

- Och, nikogo nie ma? Specjalnie dzwoniłem by zapowiedzieć wizytę… – Tata Mod skomentował i wyjąwszy z kieszeni staromodny telefon z klapką, przyłożył go do ucha. Korzystając z tej okazji postanowiłem się rozejrzeć.

Pokój, w którym byliśmy przypominał mi kantorek wuefistów z mojej podstawówki lub raczej, jego bardziej budżetową wersję. Meble z ciemnego drewna były wypolerowane na błysk, a czerwona wykładzina wyglądała jakby przyniesiono ją prosto z wystawy sklepowej. Oprócz tego, na niskiej komodzie stał telewizor, a pod nim konsola oraz stos pudełek z grami. Z ciekawości spojrzałem na te z wierzchu. Dark Souls, Dead by Daylight. Tytuły nic mi nie mówiące, ale miałem przeczucie, że właściciel tego sprzętu lubił te produkcje, gdyż opakowania zdradzały ślady regularnego użytkowania. Dzięki temu, że pochyliłem się nad tą stertą, znalazłem kartkę, która wnioskując po tragicznym stanie brzegu, została w pośpiechu wyrwana z zeszytu.

Przepraszam, nagły wypadek. Sprawy rodzinne. Wyjaśnię jak wrócę. Klucze są w szafce,
H. M. Deshet

- Ej, chyba już wiem w czym problem – podniosłem ten list i wręczyłem go Tacie Modowi, który przeczytawszy go, zmartwił się.

- Mam nadzieję, że nie stało się nic poważnego… Szkoda, ale nic straconego. Na pewno jeszcze będziecie mieli okazję się poznać, więc trzymajmy kciuki. W każdym bądź razie, mam to czego szukaliśmy – zabrzęczał pękiem kluczy i ruszyliśmy dalej, tym razem jak się okazało, w kierunku podziemi.

*

Niższy poziom wyraźnie różnił się od pięter ponad powierzchnią. Sprawiał wrażenie bardziej bunkru niż w dalszym ciągu sali treningowej. Pod wyblakłymi ścianami w równych rzędach ustawione były rowery oraz bieżnie stacjonarne. Część z nich była właśnie wykorzystywana, ale raczej nie o nie chodziło Tacie Modowi, kiedy mnie tu zaprosił, ponieważ skierował się do rogu pomieszczenia, gdzie mieściły się wtapiające w tło żelazne drzwi z kratami.

- To jeszcze nie tutaj – oznajmił, otwierając przede mną przejście do kolejnej klatki schodowej.

Jak głęboko zeszliśmy, ciężko było określić, ale z racji, że chłód zaczynał powoli się nasilać, zgadywałem, że pokonaliśmy równoważnik co najmniej dwóch pięter zanim dotarliśmy na miejsce.

- Strzelnica? – zauważając kilka odgrodzonych od siebie stanowisk, na końcach których wisiały tarcze z punktami, mimowolnie uniosłem brew.

- Nic wyjątkowego, jednak zawsze coś. Skoro już tu jesteśmy, to co powiesz na małe zawody? – Tata Mod zaproponował, wyciągając z jednej z metalowych szafek parę pistoletów pneumatycznych różniących się jedynie kolorem dolnej części lufy: jeden miał czerwoną, drugi zaś niebieską.

- Jaka stawka?

- Hah, wiedziałem, że profesjonalista zawsze zareaguje na konkurencję! Kto wygra rundę będzie mógł zadać przegranemu dowolne pytanie, bez możliwości odmowy odpowiedzi. Zgadzasz się?

Choć zostałem źle zrozumiany, wzruszyłem ramionami. Skoro moja tożsamość była mu znana, dziwiło mnie, że zaproponował taki zakład, ale w gruncie rzeczy nie widziałem nic przeciwko wzięciu w nim udziału. Szanse porażki były naprawdę znikome, a mogło mi się udać uzyskać jakieś przydatne informacje.

- Niech ci będzie – przyjąłem broń, na której wygrawerowane było „Morini CM 162M”. Jej drewniany uchwyt przyjemnie leżał w dłoni.

- Do pięciu strzałów i sprawdzamy kto trafił więcej punktów. Na sygnał… – Tata Mod przydusił guzik pod poręczą i przyjął odpowiednią pozycję strzelecką. Zrobiłem to samo, a wtedy czerwone lampki po przeciwnej stronie pomieszczenia zazieleniły się.

Byłem pewny siebie. Dystans wynosił tyle co nic, a cel był nieruchomy, dlatego bez zawahania pociągnąłem pięciokrotnie za spust, raz po razie powiększając dziurę na dziesiątce. Tacie Modowi zajęło to trochę dłużej, ale jak skończył, aktywował kolejny przycisk, który wciągnął obie tarcze i przetransportował je do nas.

- Komplet punktów. Gratulacje! – skomentował z podziwem – U mnie trzy dziewiątki, ósemka i dycha. Wygrałeś. Wal śmiało.

- Jesteś przywódcą tego miejsca? – do tej pory tak zakładałem, jednak chciałem to teraz oficjalnie potwierdzić.

- Hmm… To trochę skomplikowane, ale w pewnym sensie tak. Powiedzmy, że sytuacja mnie do tego zmusiła… – wyjaśnił wymijająco, po czym pośpiesznie odwrócił się, zapowiadając następną rundę. Biorąc pod uwagę, że nie sprecyzowałem pytania, nie złamał zasady.

Jak można się było tego spodziewać, wygrałem również i drugie starcie, choć Tata Mod walczył dzielnie, poprawiając swój poprzedni wynik. Chybił środek tylko dwukrotnie, strącając dziewiątkę i siódemkę, dzięki czemu zyskałem prawo do kolejnego pytania, które zadałem po chwili namysłu.

- Gdzie mieści się Pałac Umysłu? Mam na myśli miasto, stan.

- Kawałek od Lawton, Oklahoma. Ładna okolica. Jak w pełni się wykurujesz, będziemy mogli pojechać pozwiedzać, jeśli tego będziesz chciał – mojemu rywalowi wyraźnie ulżyło. Prawdopodobnie obawiał się poważniejszego tematu. Obdarzając mnie przyjaznym uśmiechem zakręcił wokół palca swoim pistoletem:

- Jeszcze jedna piątka? Finałowa?

Przystałem na to i po około minucie wróciliśmy do punktu sprawdzania wyników, jednak rezultat tego podejścia okazał się niespodziewany.

- Wygląda na to, że mamy remis – Tata Mod poklepał mnie po ramieniu.

- Co teraz?

- Oboje wygraliśmy, oboje pytamy i odpowiadamy. Pozwól, że zacznę…

Własne pytanie przygotowałem już dawno, ale nie przeszło mi przez głowę, że mogę otrzymać jakieś samemu, przez co poczułem się nieswojo. Przeczucie podpowiadało mi, że zostanie poruszona niewygodna kwestia, więc licząc na to, że w porę uda mi się przygotować wiarygodne kłamstwo, czekałem aż Tata Mod ponownie otworzy usta.

- Choć w Des Moines zdobyłeś kwalifikację olimpijską, nie poleciałeś do Tokio. Zniknąłeś i cały sportowy świat zastanawiał się dlaczego. Co się z tobą wtedy działo? Choć umówiliśmy się inaczej, nie chcę być oczywiście zbyt wścibski wobec prywatnych spraw…

Z wszystkiego na co mógł wpaść, po prostu musiał wybrać najgorszy możliwy pomysł. Z drugiej strony, byłem mu za to wdzięczny, bo przypomniał mi tym, że był moim wrogiem. I to w dodatku nad wyraz bezczelnym. To właśnie przez jego koleżków moje życie straciło sens, więc co starał się mi przekazać? Wykpić mnie? Ha, kurwa, ha. Umieram ze śmiechu. Starając się opanować, zauważyłem, jak paznokcie powoli wżynają się w moje zaciśnięte w pięści dłonie. Byliśmy tu sami i zanim ktoś, kto zapewne obserwował nas przez kamerę byłby w stanie wznieść alarm, zdążyłbym zabić Tatę Moda i uciec. Nie musiałem być w szczytowej formie, żeby stosunkowo łatwo go obezwładnić. Mimo to, powstrzymałem się w dosłownie ostatnim momencie, cedząc te słowa przez zaciśnięte zęby:

- Straciłem żonę. Została zamordowana.

- Cholera, przepraszam… Nie chciałem…

Może jeszcze powiesz, że ci przykro? To jak Tata Mod wycofuje się, usilnie próbując okazać mi współczucie, wypełniło mnie szczerą pogardą. Pozbawienie go życia nie wystarczyłoby i w sumie, było i tak zbyt ryzykowne w zaistniałych warunkach. Jednak wciąż mogłem zrobić coś jeszcze, a mianowicie, spróbować sprawić mu taki sam rodzaj bólu.

- A ty? W jakiej sytuacji przejąłeś władzę?

Tata Mod zamarł, wpatrując się przed siebie pustym wzrokiem. Chyba opłaciło się zaufać instynktowi, który podpowiadał mi, że trafiłem w czuły punkt. Uśmiech natychmiastowo zszedł z jego twarzy i zastąpił go grymas, którego pomimo starań nie udało mu się ukryć.

- Po śmierci poprzednich liderów – odparł krótko i odwróciwszy się na pięcie, dodał – Zostaw to gdziekolwiek i sprężaj się. Trochę się tutaj zasiedzieliśmy, a czeka mnie ważne spotkanie. Po drodze zostawię cię jeszcze w pewnym miejscu – nie czekając na moją reakcję wyszedł ze strzelnicy. Zyskawszy choć tę odrobinę satysfakcji, podążyłem za nim.

*

Po incydencie z pytaniami przypuszczałem, że Tata Mod zmieni swoje nastawienie wobec mnie, lecz jak się okazało, milczał tylko tak długo jak byliśmy sami. Kiedy zaczęli otaczać nas inni ludzie wrócił do snucia opowieści o mijanych budynkach oraz osobach, które spotykaliśmy na drodze do największego, nie licząc wieżowców, budynku jaki znajdował się na horyzoncie.

- „N&B”? Dziwnie jak na centrum handlowe – nie była to sieciówka, dlatego ta nazwa musiała zostać nadana tutaj, w Pałacu.

- Masz tu parę centów jakbyś miał na coś ochotę. Nie wiem ile czasu mi na tym zejdzie, więc jak znudzisz się czekaniem, idź do głównego biurowca – na odchodne Tata Mod wręczył mi plik kilkunastu dolarów, ale zanim zdążył się na dobre oddalić, zatrzymałem go.

- Chwila. Puszczasz mnie od tak? A co, jeśli ucieknę?

- Czemu niby miałbyś uciekać? – spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

- To nie jestem więźniem?

- Skądże! To co stało się na drodze było wypadkiem. Jeśli będziesz chciał nas opuścić, droga wolna, sam odwiozę cię gdziekolwiek zechcesz, bo twoje stare auto jest wrakiem. Ale jeżeli nie masz nic lepszego do roboty, możesz tutaj zostać, a nawet zamieszkać.

- Zamieszkać? – powtórzyłem, szeroko otwierając oczy, ale Taty Moda już nie było przy mnie. Odszedł i zanim w pełni przetworzyłem tę informację, zniknął w tłumie krzątających się z siatkami oraz wózkami sklepowymi.

- Kto by przypuszczał, że będzie czekał mnie zakupowy szał… – uniosłem wzrok nad automatyczne drzwi, gdzie wisiała bożonarodzeniowa girlanda, oplątana migoczącymi lampkami. Ach, to już ten sezon… Westchnąłem.

Wnętrze N&B sprawiało równie imponujące wrażenie. Na środku atrium stała wielka choinka, która była właśnie ozdabiana przez roześmianą grupkę pod przewodnictwem kobiety w kostiumie rekina. Gdziekolwiek nie spojrzałem, barwne gabloty dominowały przestrzeń, zachęcając klientów do zakupów za pomocą plakatów oraz bogato zdobionych wystaw, przepełnionych świątecznymi dekoracjami. Spora część lokalów należała do branży spożywczej, jednak wśród kawiarenek, cukierni oraz fastfoodów, można było znaleźć także innego rodzaju biznesy, choć aż tak się one nie wyróżniały. Kuźwa mać… Złapałem się za głowę. Czy nie prościej byłoby postawić kilka większych sklepów niż masę małych? Choć już mnogość marek wystarczała, żebym czuł się przytłoczony, znacznie bardziej doskwierały mi tłumy, jakie napierały ze wszystkich stron.

Więcej ich matka nie miała?! Mógłbym przysiąc, że populacja co najmniej jednego średniej wielkości miasteczka zjechała się akurat tego dnia do Pałacu Umysłu. Przeciskając się z gracją lodołamacza, w końcu udało mi się dopchać do wolnej przestrzeni, gdzie biorąc głęboki wdech, oparłem się plecami o kolumnę. Nie panikuj, Sparrow, upomniałem się. Jesteś na terytorium nieprzyjaciół, ale wśród cywili jesteś względnie bezpieczny, raczej nie odważą się otworzyć ognia przy swoich. Powtórzyłem kilkukrotnie w myślach, a po momencie wytchnienia, logika zaczęła wypierać pierwszy szok. Hmm… Na początek wypadałoby zainteresować się moją aktualną pozycją, przy czym na pewno pomoże mi brązowa tabliczka, na której widniały eleganckie białe litery:

Biblioteka Garto
Otwarte codziennie: 14-20

Pociągnąłem za klamkę, jednak drzwi były zamknięte. Musiało być wciąż przed drugą. Nie pomagało mi to za wiele, ale zawsze coś. W każdym razie, szkoda czasu na zatrzymywanie się w jednym miejscu dłużej niż to było niezbędne. Ruszyłem w stronę ruchomych schodów, które prowadziły na wyższe piętro.

Drugi poziom centrum handlowego nie różnił się mocno od pierwszego, bo jedynie sprzedawanymi produktami. Królowała na nim elektronika i wszystko co z nią związane, czyli innymi słowami, nic mi potrzebnego. Nawet jakbym posiadał wystarczająco funduszy, na co miałby je wydawać? Na telewizor? Ciekawe, gdzie bym go trzymał, nie mówiąc już o moim braku zainteresowania oglądaniem go. A może telefon? Parsknąłem pod nosem. Ludzkość potrafiła osiągać coraz większe cuda, ale sądząc po tym jak bardzo technologia zaczęła dyktować życia większości, tylko ona poszła do przodu. Uzależniliśmy się od własnych wynalazków, które miały jedynie ułatwiać życia. Upewniwszy się, że to wszystko co to piętro oferowało, postanowiłem wspiąć się na najwyższą kondygnację, jednak zanim dane mi to było uczynić, rozproszył mnie tłum zakupowiczów, wpatrujących się z ekscytacją na coś przez okna. Co mogło być tam aż tak fascynującego? Zrozumiałem, gdy tylko osobiście zerknąłem.

Na zewnątrz od tej strony budynku znajdował się duży plac. Choć wyglądał na parking, żaden pojazd nie był na nim postawiony, to jest, jak długo nie liczyło się… czołgu. Bez dwóch zdań był to całkiem niecodzienny widok. Na masce czołgu siedział rudy mężczyzna w grubym żołnierskim mundurze, który rozmawiał ze stojącą nieopodal kobietą, ubraną w czarno-czerwoną suknię oraz płaszcz o puchowym kołnierzu. Ten strój w połączeniu z diademem jaki nosiła na swoich długich ciemnych włosach przykuwał sporo uwagi, nawet przy dwójce w pełnych płytowych zbrojach o podobnej kolorystyce oraz wyposażonych w miecze, trzymającej się kawałek za jej plecami. Jeden z tych paladynów bawił się z małą pandą, która wesoło biegała wokół całego towarzystwa aż do momentu, gdy pojawiła się kolejna osoba – Tata Mod. Na tle takiego zgromadzenia wyglądał dość blado i pospolicie, ale nie wątpiłem, że to go nie obchodziło. Po pierwszych przywitaniach dyskusja potrwała jeszcze chwilę, a następnie, grupa udała się w nieznane, co poskutkowało rozejściem się ciekawskich. Ja natomiast usiadłem na parapecie by odpocząć przez moment.

Zazwyczaj nie interesowałem się innymi ludźmi, ale nie spotkałem jeszcze na swojej drodze równie charakterystycznej społeczności. Nawet pomijając ich powiązania z moimi wrogami, nie widziałem szans na przyszłość w Pałacu Umysłu. Nie pasowałem do tego miejsca jak tylko było można, po prostu nie odnalazłbym się w tak spokojnym otoczeniu. Zresztą ani do jakiegokolwiek innego. Nie nadawałem się już do niczego więcej niż zabijania. Myśliwy… W perspektywie wydarzeń był to całkiem adekwatny tytuł. Chociaż polowałem na inną zwierzynę niż niegdyś, w gruncie rzeczy wciąż pracowałem w swoim zawodzie. Ten Talent zdawał się układać moje życie od początku do końca. Złapałem się na tym, że zazdrościłem wolności otaczającym mnie tłumom. Oni mogli w każdej chwili zadecydować o własnym losie, gonić za marzeniami, kiedy nade mną oraz mi podobnymi ciążył od urodzenia wyrok. Posiadacze Talentu byli jego marionetkami, których każdy ruch był dyktowany przez tą „specjalność”, z kolei nad pozostałymi nie zauważałem żadnych tego typu nici. Nikt w polu widzenia ich nie miał. Uniosłem więc głowę w górę, jednak zrobiłem to z zamkniętymi oczyma, bojąc się, że ujrzę coś, czego pomimo świadomości nie chciałem zobaczyć.

Po tym przerywniku przyszedł czas na dokończenie eksploracji. Moje oczekiwania względem szczytu centrum handlowego były lekko ujmując nieistniejące, dlatego podszedłem do tego jak do czystej formalności. I zapowiadało się, że było to słuszne nastawienie, gdyż ostatnie piętro skupiało sklepy odzieżowe. Od dziecięcych, przez młodzieżowe, aż do wręcz pogrzebowych. Właściwie, wszystko czego można potrzebować, o każdej porze roku, zarówno na co dzień, jak i w tych wyjątkowych chwilach. Przystanąłem przed wystawą sklepu ze ślubną garderobą, gdzie stały dwa manekiny – jeden z nich był ubrany w elegancki garnitur z czarną muszką, a drugi w śnieżnobiałą suknię z welonem. Jej krój bardzo przypominał tą, którą zamawiałem razem z Amy, przez co ten widok wywołał u mnie mieszane uczucia. Uśmiech, z jakim moja ukochana dokonywała przymiarek zastygł w mojej pamięci, więc z racji, że nie będzie mi dane już więcej go zobaczyć, musiałem bronić to wspomnienie za wszelką cenę. Choć wiązało się ono też z bólem, było piękne. Jak jej śmiech, gdy pokazałem się jej w wybranej przeze mnie marynarce. Kazała mi ją jak najszybciej zdjąć i zaproponowała inną, twierdząc, że prostota oraz staromodność może i do mnie pasowała, jednak w tym zestawie będę wyglądał jeszcze przystojniej. Czy miała rację, ufałem na słowo, lecz samemu ciężko było mi wyrobić opinię, nawet po spędzeniu tyle czasu w tych ciuchach. Przytknąłem zaciśniętą pięść do serca. Poza kapeluszem oraz koszulą, którą dostałem od Taty Moda, wszystkie moje ubrania pochodziły z tamtych zakupów. Uważałem je za pamiątkę, z którą nie byłem w stanie się rozstać tak samo jak z… Wtedy zauważyłem brak łańcuszka na mojej szyi.

Oddech utknął w mojej piersi. Gdzie on jest? Pośpiesznie zacząłem przeszukiwać kieszenie, jednak nie było po nim ani śladu. No gdzie do licha mógł się podziać?! W panice wywróciłem na drugą stronę każdą skrytkę płaszcza. Bez rezultatów. Czemu nie pomyślałem o tym wcześniej? Żebym chociaż miał pojęcie, kiedy po raz ostatni go miałem przy sobie ułatwiłoby to odnalezienie zguby, ale wyglądało na to, że będę musiał zbadać całą dzisiejszą trasę. Pewnie zerwał się gdzieś po drodze i leży na chodniku, czekając na podniesienie… Tak, bez dwóch zdań tak się okaże! No chyba, że wziął go Tata Mod, kto wie w jakim celu. Miałem nadzieję, że prędzej tak się stało, bo gdyby został tam, na miejscu wypadku… Kurwa, nawet nie chciałem sobie tego wyobrażać! Nigdy nie odnalazłbym go pośrodku niczego! Ten krzyż i obrączki były amuletem o niewyobrażalnej wartości oraz jedynymi pamiątkami po mojej prawdziwej rodzinie, więc nie mogłem go stracić. Skanując każdy milimetr podłoża brnąłem przed siebie na oślep, wpadając co chwila na przechodniów, a kiedy w końcu oprzytomniałem, zdałem sobie sprawę, że trafiłem do obszaru, w którym wcześniej nie byłem.

A konkretniej, do małej klatki schodowej, schodzącej wąskimi schodami w niepozorny korytarz. Choć starałem się zapoznać z pełnym planem budynku, jakimś cudem przeoczyłem go wcześniej. Musiało to być przejście dla pracowników, prowadzące, zgadywałem, że do kotłowni, śmietnika lub czegoś w tym stylu. By upewnić się, wychyliłem się za barierki. Dzięki matowości poręczy dostrzegłem przy tym ledwo widoczny błysk złota. Mrugnąłem parę razy, ale nie znikał, co dawało mi pewność, że to nie była iluzja, czy gra świateł. Wyglądało na to, że na czubku jednego z metalowych prętów faktycznie coś było zawieszone. Nie do końca wiedząc co mnie motywowało, zbiegłem na dół by to sprawdzić, a kiedy tylko znalazłem się wystarczająco blisko by rozpoznać połyskujący kształt, kolana ugięły się pode mną.

- Jak…?!

Nie było mowy o pomyłce. Wszędzie rozpoznałbym ten krzyż, a zwłaszcza, te dwie obrączki, bo sam je kupowałem i miały wygrawerowane nasze inicjały. Choć zdawało się to brzmieć niedorzecznie, moje poszukiwania już się zakończyły i to w tak losowym miejscu.

Tępo wpatrując się w łańcuszek, przesuwałem go między palcami, jakby oceniając jego prawdziwość. Jednak nadal istniał. Nie był moim urojeniem ani podróbką, bez cienia wątpliwości trzymałem właśnie oryginał. Jak on się tu do cholery znalazł? Ktoś go tu powiesił dla hecy? Brak szans. Przypadkowy znalazca raczej spieniężyłby go od razu w lombardzie, więc ktokolwiek zostawił ten przedmiot w tym miejscu musiał mieć inny cel. Zwabić mnie? Zakładając, że Tata Mod maczał w tym palce, mogło to być możliwe, bo inaczej jeden z pracowników centrum handlowego ukradłby go prędzej niż ja miał tu trafić, a podejmowanie tego typu ryzyka nie pasowało mi do przywódcy Pałacu. Nieważne. Zastanawianie się nad tym nie zmieni mojej sytuacji, więc po prostu zwróciłem z ulgą zgubę na jej prawowite miejsce. Ale jeżeli miało to się okazać zasadzką… Skoro połknąłem ten haczyk, postanowiłem, że pójdę o krok dalej i zwiedzę tę okolicę. Wtedy usłyszałem kroki.

Instynktownie przywarłem do wnęki w ścianie i kucnąłem, zasłaniając się koszem na śmieci dosłownie w ostatniej chwili zanim zza drzwi wyłoniła się sylwetka brodatego mężczyzny. Wokół jego szyi była owinięta brązowo-szara arafatka w kratkę, a pod kilkoma gumowymi opaskami na jego ramieniu znajdował się tatuaż. Rozmawiał przez telefon, nie zwracając zbytniej uwagi na otoczenie.

- Czemu? – zapytał, odkładając na podłogę sportową torbę, po czym wyjął pęk kluczy, z którego zwisał breloczek z Buddą – Aha. Ok. Mam coś jeszcze do załatwienia po drodze, ale myślę, że da radę ogarnąć. Tak ci się wydaje?

Po wybraniu odpowiedniego, przez kilkanaście sekund siłował się zamkiem, ostatecznie przekręcając go. Przy wyjmowaniu klucz wypadł mu na podłogę.

- Niech to… Poczekaj, proszę – schylił się i ponownie odblokował drzwi. Musiał zapomnieć czegoś w środku, a jego rozmówca mu o tym przypomniał. Lub tak przynajmniej podpowiadała mi logika, a rzeczywistość pokazała jak poważnie się myliłem. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, brodacz odszedł w swoją stronę, nie upewniając się czy wnętrze zostało prawidłowo zabezpieczone.

Nawet gdy dźwięk jego głosu się oddalił, nie wychodziłem z kryjówki, pewny tego, że mężczyzna w końcu cofnie się by naprawić omyłkę. Jednak mijały minuty, a po nim nie było ani widu, ani słychu. Powoli zaczynałem wątpić czy scena, której właśnie byłem świadkiem była realna. Skoro raz chciał zamknąć te drzwi, znaczyło to, że coś w środku powinno być chronione przed nieupoważnionymi. Więc skąd ta nagła zmiana zdania? Niezależnie jak bardzo starałem się to zrozumieć, nijak byłem w stanie usprawiedliwić akcje tego człowieka. Ale jak powiadają, strata jednego jest zyskiem drugiego, dlatego wypadałoby wykorzystać zaistniałą sytuację i odkryć strzępek tajemnicy, jaki stał przede mną otworem. Choć może nie wydawać się niczym istotnym, nigdy nie wiadomo. Odczekawszy wystarczająco długo by było to już bez znaczenia, ruszyłem naprzód, bo inaczej mogłem bezpowrotnie utracić moją szansę, a na to nie miałem ochoty. Zakradłem się na przeciwny kraniec korytarza i nacisnąłem na klamkę. Pociągnąłem ją do siebie, starając ograniczyć hałas do minimum i wcisnąłem się w powstałą szczelinę, zwinnie zamykając za sobą drzwi.

Co zobaczyłem po ich drugiej stronie zdecydowanie pasowało do gościa, który niedawno opuścił to pomieszczenie. Najprościej opisałbym ten pokój jako „artystyczny nieład”. Wszędzie walały się rozmaite drobiazgi, urządzenia oraz egzotyczne instrumenty, a na ścianach wisiała tapiseria przedstawiająca Mandalę. Co ważniejsze, po obu stronach znajdowały się przejścia. Które na pierwszy ogień? Zadecydowałem, że zacznę od tego po lewej, bo zasłona z drewnianych korali mogła skrywać za sobą zagrożenie, które byłoby w stanie odciąć mi późniejszą drogę ucieczki, gdybym najpierw sprawdził prawą ścieżkę i okazała się ona głębsza.

Z racji, że tego typu zasłony lubiły robić sporo hałasu musiałem być bardzo ostrożny. Wstrzymując oddech włożyłem palec pomiędzy nici i nieznacznie rozchyliłem je, przytykając oko. Na całe szczęście za koralami nie było nikogo. Ujrzałem jedynie coś, co przypominało pracownię alchemiczną. Oprócz bezliku butelek o różnych kształtach i rozmiarach, na blacie stołu leżały akcesoria: młynki, moździerze i im podobne; a nad nim suszyły się zioła. Wśród nich rozpoznawałem między innymi lawendę, miętę oraz babkę lancetowatą. Pomimo tej niekwestionowalnej przychylności wobec medycyny naturalnej, bardziej konwencjonalne leki były wciąż obecne, w szczelnie zamkniętych szafkach na tyłach pomieszczenia, na których szklanych powierzchniach mieściła się gruba warstwa osadu, jakby nikt do nich od wielu lat nie zaglądał. Te zapasy nadal były sporo warte, jednak gdybym chciał „pożyczyć” sobie odrobinę, nie miałem i tak w czym ich transportować, więc zrezygnowałem z tego pomysłu, pozwalając koralom ponownie zwisać w spokoju.

Na progu przeciwległego przejścia przywitała mnie przygrywająca w tle melodia. Dochodziła z pozostawionego na parapecie radia z anteną, stylizowanego na antyczne. Jej głośność była na tyle wyważona, żeby zbytnio nie wadziła, lecz nadal tworzyła przyjemny szum, który sądząc po obecności kilku odsłoniętych od siebie łózek szpitalnych, mógł tu być mile widziany. Biorąc jednak pod uwagę brak reakcji na moje wejście, aktualnie wszystkie miejsca musiały być wolne. Z tą świadomością mogłem się nieco rozluźnić. Odkrywszy na biurku stos papierów, skupiłem się na ich przeszukaniu. Karty pacjentów… Żadne z tych nazwisk nie brzmiało znajomo, więc pobieżnie skanowałem kolejne strony, wsłuchując się w dźwięki radia, w którym zaczęła się właśnie audycja o obecnych promocjach w N&B. Nie obchodziły mnie one za bardzo, a głos prowadzącego działał mi na nerwy. Jego pretensjonalność i wyraźne bezpodstawne przekonanie o własnej wyższości nad innymi przyprawiał mnie o mdłości, dlatego po chwili obniżyłem gałkę dźwięku do zera. Ach, od razu lepiej…

Moment po pozbyciu się uprzykrzającego życie radiowca dotarłem do ostatniej teczki z aktami, a gdy przeczytałem imię i nazwisko osoby, do której należała, oniemiałem.

Claire Trethewey
Wiek – 19
Miejsce zamieszkania – Edgebrook, Chicago
Rodzina – matka Sophia, ojciec Theodore (oboje nie żyją)

Jak mogłem o niej zapomnieć? Przecież była ze mną w aucie w momencie kraksy… To, że spisano jej dane musiało znaczyć, że przeżyła, co najmniej by opowiedzieć o sobie, bo wątpiłem, żeby jakiekolwiek dokumenty przetrwały wypadek, umożliwiając jej identyfikacje. Co się z nią potem działo? Odwróciłem stronę by zapoznać się z dokumentacją medyczną:

Stan pacjentki:
30.11/1.12: przywieziono nieprzytomną, puls zanikał; po kilkugodzinnej akcji reanimacyjnej przywrócono czynności życiowe; pacjentka ma trzy pęknięte żebra (wcześniejsze obrażenia), wstrząs mózgu oraz uszkodzony kręgosłup; konieczna operacja
2.12: operacja przebiegła z sukcesem; pacjentka wybudziła się na kilkanaście minut, pytała o swojego ojca, zdawała się myśleć, że rozmawia z kimś znajomym, zwracając się do mnie per „panie Rumianku”(?); po przyjęciu leków ponownie zasnęła
3.12: stan stabilny; dwa razy dziennie zmieniać opatrunek, stale monitorować; przygotować na ewentualność utraty władzy nad nogami (zioła uspakajające); jedynie czas może już jej pomóc
Obok ostatniego wpisu widniał komentarz, dopisany na szybko ołówkiem – „zapytać Taty Moda o tego całego Rumianka”.

To nie wyglądało dobrze i wcale nie miałem na myśli błędu w odmianie słowa rumianek. Ta dziewczyna nie uczyniła nic złego, a tyle wycierpiała… Odkąd wpadła na mnie na ulicy jej życie zamieniło się w istne piekło. Rzecz jasna nie miałem w planach się obwiniać. To nie była moja wina, lecz Bellrose, zresztą, nawet jeśli ona nie zostałaby wciągnięta w to bagno, wcześniej lub później ten los podzieliłby ktoś inny. Pomiędzy mną a mymi wrogami rozciągał się pas śmierci, więc musiałem być przygotowany na więcej takich widoków w przyszłości. Niewinni świadkowie zawsze będą najczęstszymi ofiarami przemocy. Choć poszkodowani nie byli moją odpowiedzialnością, poczułem, że jestem dłużny Theodorowi chociaż tyle, by upewnić się, że jego córka wciąż żyła. Dlatego, zauważywszy kontem oka, że wbrew moim wcześniejszym obserwacjom biała kotara wokół jednego z łóżek nie była w pełni zaciągnięta, odsunąłem ją do końca.

Na białej pościeli, przykryta kołdrą spała Claire, bledsza i jeszcze mizerniej wyglądająca niż gdy widziałem ją ostatnio. Śniła najprawdopodobniej o czymś przyjemnym, dzięki czemu chociaż w krainie snów była w stanie zapomnieć o złu, które odebrało jej prawie wszystko. Złu, którego przyczyną była płonąca róża. Nie byłem jedynym, któremu odebrała ona bliską osobę, ale nikt oprócz mnie nie mógł się przeciwstawić, dlatego musiałem wziąć się w garść. Do tej pory jakoś mi to umykało, jednak teraz stało się to jasne. Ten konflikt nie był wyłącznie między nami. Wplątana w niego była również nieoszacowana liczba rozdartych rodzin, okaleczonych jednostek, których dusze wołały o sprawiedliwość. Pewnego dnia ją dostaną. Ja już o to zadbam.

- Halo, ładnie to tak podglądać?

Podskoczyłem, gdy z rozmyślań wybiła mnie żartobliwa uwaga ze strony szczerzącego zęby chłopaka. Jakim cudem udało mu się do mnie zakraść? Sprawdziłem każdy kąt, a przecież nie pojawił się tu od tak, z powietrza!

- Spokojnie, nie oceniam. I nie patrz tak na mnie spode łba! Oboje się tu włamaliśmy, więc to chyba wystarczająca podstawa żebyśmy stali się najlepszymi kumplami – mówiąc to, rozłożył szeroko ramiona i cały czas nie spuszczając uśmiechu, przestąpił o kilka kroków bliżej.

Choć szacowałem, że mój tajemniczy rozmówca był troszkę młodszy ode mnie, nie czuć było by jakkolwiek przejmował się starszeństwem. Nie rozmawiał nawet ze mną jak równy z równym, lecz jakbym był błądzącym we mgle dzieciakiem, potrzebującym prowadzenia za rękę. Oprócz tego, jego postawa nie zdradzała żadnych znaków agresji.

- No co? – przesyłając mi ciekawskie spojrzenie, zmierzwił swoje włosy, które wydawały się nienaturalnie jasne. Zresztą, jego cała sylwetka sprawiała wrażenie przejrzystej, o rozmytych, prawie przejrzystych konturach.

- Czego chcesz? – odparłem.

- Jak to czego? Pomóc! A na dowód przyjaźni przynoszę podarki. Proszę bardzo – wskazał na podłogę, na której leżał:

- Mój plecak – sięgnąłem po niego i sprawdziłem zawartość. W środku była większość mojego dobytku: stare dobre Berettki, nóż mojego ojca oraz inne drobiazgi. Dobywszy ich przestałem czuć się nagi.

- Tak jest, panie kapitanie! – chłopak zasalutował i ukłoniwszy się, odwrócił na pięcie – I co za niespodzianka, nie chcę nic w zamian. W dzisiejszych czasach na taki gest mało kto by się pofatygował, więc lepiej go doceń. Nie żebym oczekiwał podziękowań, ale byłyby nadal miło widziane…

Skrzyżował ręce i wyszeptał coś pod nosem. Po tonie zgadywałem, że kpił ze mnie, czekając na reakcję, której nie dostawszy, uniósł palec wskazujący do góry i zaśmiał się jowialnie.

- Ach, prawie wyleciało mi z głowy! Zapewne chcesz się dowiedzieć prawdy na temat Pałacu Umysłu. Moim zdaniem będzie lepiej, jeśli zobaczysz ją na własne oczy bez żadnych wprowadzeń. Zaznaczam, to tylko sugestia, ale jakby co, na placu, na którym niedawno doszło do trójstronnego spotkania znajduje się tajne przejście. Wystarczy, że wciśniesz na zepsutej maszynce na bilety kombinację 11037. Dobra, to łap, a ja spadam! – oznajmił, po czym rzucił we mnie prostokątnym przedmiotem i wybiegł z sali.

Ruszyłem za nim, jednak gdy dotarłem do drzwi kliniki, po chłopaku nie było ani śladu. Rozpłynął się, zostawiając po sobie jedynie bogato zdobioną zapalniczkę, na której widniała złota litera P.

*

Ostatnimi czasy ja i wchodzenie z własnej woli w oczywiste pułapki mieliśmy ze sobą do czynienia więcej niż mógłbym sobie tego życzyć. No, ale co tu zrobisz, nic nie zrobisz, pomyślałem. Póki co i tak nie posiadałem lepszych tropów, a jeżeli z tego udałoby mi się wyciągnąć wartościowe informacje, była to w moim mniemaniu gra warta świeczki, gdyż będąc ponownie uzbrojonym, mogłem pozwolić sobie na większą inicjatywę.

Z tego powodu parłem naprzód ciasnym korytarzem, w którym jedynym źródłem światła był płomień mojej zapalniczki. Podróż, jak mi to obiecano, zaczęła się po wprowadzeniu kodu do zniszczonego biletomatu, po czym jeden ze stojących nieopodal śmietników przesunął się, odkrywając zejście do podziemnego tunelu. Początkowo sprawiał on wrażenie zadbanego, jego ściany były czyste, lecz w powietrzu unosił się swąd, którego przyczynę poznałem niedługo potem. Od dobrych paru lat to przejście musiało być znajome ze śmiercią. Gdzieniegdzie można było dostrzec zastygnięte plamy, z całą pewnością nie będące sokiem pomidorowym, a do tego, drewniane belki na suficie, do których niegdyś było przytwierdzone oświetlenie, były kompletnie zwęglone. Nie tylko one, bo ze wszystkich stron otaczały mnie efekty dawnego pożaru. Wyjaśniało to też moje trudności z oddychaniem. Wyglądało na to, że po wydarzeniach jakie tu się swego czasu odegrały zaniechano użytkowania tego przejścia i dopiero kiedy je odpieczętowałem, do środka wleciała świeża porcja tlenu, pozwalając mi bezpiecznie utrzymywać ogień, wspominając o którym, kiedy dotarłem do końca tunelu, nagle poruszył się.

Gaz się kończył? Przesunąwszy zapalniczkę nieco na bok, płomień powrócił do swojej pełnej formy, więc to nie była tego kwestia. Ukryte przejście? Na to się zapowiadało, bo nie sądziłem, żeby miało to się okazać ślepą uliczką. Przystawiłem ucho do ścian, ale nie było czuć ruchu powietrza, a wymacanie wszystkich powierzchni przyniosło podobne rezultaty. Wtedy uniosłem wzrok i od razu zrozumiałem o co chodzi. Choć była ona minimalnie widoczna w tych warunkach, nad moją głową była metalowa klapa, na której znajdował się krwawy odcisk niedużej dłoni. Podskoczyłem, starając się dosięgnąć włazu, jednak udało mi się go jedynie trącić końcówkami palców. Zaraza. Gdybym był o te parę centymetrów wyższy… Spróbowałem ponownie, lecz znowu bez pożądanego skutku, wobec czego widziałem dwa wyjścia: wycofać się lub rozwiązać ten problem w mniej cichy sposób. Wybór drugiej opcji był oczywisty. Dobra, to załatwmy to tak. Z lekkiego rozpędu odbiłem się od ściany, dzięki czemu zyskałem odrobinę wysokości, która w sam raz starczyła by z ogromnym hukiem wypchnąć blachę. Powtórzyłem to i złapawszy się krawędzi, podciągnąłem się.

Pierwszym skojarzeniem z prezencją wyższego poziomu była kaplica, ale szybko zdałem sobie sprawę, że za ławki wziąłem sterty gruzu, ułożone w rzędach po obu stronach pogorzeliska, na którego końcu wisiała tablica. Zbliżyłem się do niej. Choć ogień również odcisnął swoje piętno na tej płycie, w porównaniu do reszty otoczenia była nadal w dość przyzwoitym stanie, dzięki czemu mogłem rozczytać większość napisów. „… honorowa Pałacu…”, głosił wyryty na samym szczycie nagłówek, pod którym znajdowały się dwie kolumny nazwisk i przydomków. W ich skład wchodziły między innymi: „Esu”, „Pan Kamilek”, czy „Paulisia”, jednak to nie one najbardziej rzucały się w oczy, lecz to, że jeden z rzędów został starty i bez cienia wątpliwości, doszło do tego już po pożarze. Zastanawiało mnie z jakiego powodu komuś tak usilnie zależało by ukryć tę linijkę. Prawdopodobnie tak mi się tylko zdawało, jednak pod spiłowaną warstwą dostrzegałem literę G…

- Christopher?

Na dźwięk swojego imienia odwróciłem się. W progu, po przeciwnej stronie pomieszczenia stał Tata Mod, w którego spojrzeniu szok mieszał się z lękiem.

- Jak…? Przecież jedyne wejście jest obstawione! – wyrzucił z siebie po chwili.

- Nie jedyne – wskazałem na właz. – Gdzie jesteśmy?

- W Pałacu…

- To wiem. Chodziło mi konkretnie o…

- W pierwszym Pałacu – Tata Mod wtrącił, unosząc głos. Po tym ponownie zapadła cisza, którą po ułożeniu sobie kilku faktów, przerwałem:

- Poprzedni przywódcy zginęli w jego pożarze. Byli dla ciebie kimś bliskim, czyż nie? – wydedukowałem. Było za późno by wycofać się z tej rozmowy i Tata Mod także zdawał sobie z tego sprawę. Przygryzłszy wargę wziął głęboki wdech i gdy przemówił, czułem, że wyrzuca z siebie skrywaną od lat tajemnicę.

- Skoro już tu jesteś, masz prawo wiedzieć… Ogień został podłożony celowo przez kogoś, komu ufaliśmy, a okazał się zwykłym mordercą. Pod naszym nosem gromadził prowizoryczne bomby zapalne, które pochował, gdzie popadło. I wtedy stało się… W żaden sposób nie szło tego powstrzymać. Zginęły 22 osoby. Drugie tyle zostało poważnie rannych, w tym moja żona. Do dziś jest w śpiączce... Ciała córki i jej narzeczonego nigdy nie odnaleziono.

- Skąd masz tyle informacji?

- Moja żona… Ona potrzebowała natychmiastowej pomocy. Była poważnie poparzona, a zawalona ściana złamała mi nogę. Kiedy pojawił się on, myślałem, że uda się uratować chociaż ją, bo nie przejmowałem się własnym życiem. Ten bydlak zostawił nas na pastwę losu, ale zanim uciekł, przyznał się do wszystkiego. Powiedział mi jak długo to planował i dlaczego to zrobił. Dla większego dobra… Gdybym mógł, zatłukłbym go własnymi rękoma.

- Skurwiel… – wyszeptałem, poczuwszy nagłą sympatię wobec Taty Moda.

- Mało powiedziane. Przysiągłem, że go dorwę, nawet jeśli będzie to ostatnia rzecz jaką zrobię. Moja rodzina i ci wszyscy dobrzy ludzie… Oni nie zasłużyli na to co ich spotkało! – wykrzyknął, a w kąciku jego oka pojawiła się łza.

- Ten zamazany na tablicy. To on?

- Trzy dni temu dostałem od partnera biznesowego informacje, że on wrócił w tę okolicę. Miał jechać nocą z Tulsy na Oklahomę, więc jak to usłyszałem, poczułem, że to w końcu ten moment. Próbowałem zapomnieć, jednak niezależnie jak bardzo starałem się zająć innymi sprawami, musiało mnie to wciąż zjadać od środka. Inaczej nie wytłumaczę mojej naiwności. Kazałem obstawić każdą drogę na tej trasie i szukać szarego Citroena, którym miał się rzekomo poruszać. Powoli zaczynałem tracić nadzieję, ale wtedy przyszła wiadomość. Taki samochód faktycznie się pojawił i w czasie pościgu otworzył ogień. Nie potrzebowałem niczego więcej… Reszty tej historii chyba nie muszę ci opowiadać.

- W końcu przeżyłem ją na własnej skórze. Rozumiem twój ból. Sam postąpiłbym podobnie.

Usłyszawszy tą odpowiedź, Tata Mod gorzko się roześmiał:

- Pewnie dlatego łatwo mi było się przed tobą otworzyć. Jesteśmy bardziej podobni do siebie niż można było przypuścić. Cieszę się, że nie narobiłem wtedy kolejnych głupot i nikomu nie stało się nic poważnego. Cóż prawda jest trochę strat w sprzęcie, ale kto by się tym przejmował – podchodząc w moją stronę wzruszył ramionami i zerknął na wymazane imię. Przełknąwszy, kontynuował:

- Nie zmienia to faktu, że mu nie wybaczyłem. Nigdy tego w pełni nie zrobię, jednak czy zemsta przywróci utracone życia? Choć ofiarom należy się pamięć, przed nami jest przyszłość. Pewnego dnia wszyscy ponownie się zobaczymy, więc chciałbym móc przyjść na to spotkanie z dumnie uniesioną głową, upewniwszy się, że uczyniłem wszystko co w mojej mocy by ten świat stał się lepszym.

Ach, czyż nie brzmiało to idealnie? Jednak kategoryzowanie według kryteriów dobra i zła miało jedną poważną wadę, a mianowicie, wszystko było zależne od perspektywy. To co dla jednych jest złem, dla innych stanowi dobro i na odwrót. Dlatego sięgnąłem za rękojeść noża. Tata Mod był zbyt pogrążony w myślach by dostrzec moje intencje, przez co „uczynienie świata lepszym” nie mogło być prostsze.

- Święte słowa. Sam również staram się postępować w ten sposób – westchnąłem.

- Doprawdy? Może jest jeszcze nadzieja na zmianę. Gdyby tylko więcej ludzi mogło przejrzeć na oczy…

Pragnąłem, żeby odwrócił się w tej chwili w moją stronę i stawił czoła śmierci. Nie robił tego. Choć atak z zaskoczenia nie przeszkadzał mi w jakimkolwiek stopniu, przyznałbym wręcz, że działałby mi na rękę, gdyż pragnąłem widzieć, jak zareaguje na kolejną zdradę. Cóż, jak powiadają, historia kołem się toczy. Skoro nie mogłem powtórzyć wyczynu podpalacza G, zostało mi zadowolić się wyeliminowaniem lidera tej społeczności, licząc, że zadam tym wystarczająco duży cios Bellrose. Trudno… Uniosłem ostrze i już miałem się nim zamachnąć, celując w plecy Taty Moda, ale wtedy rozległ się hałas.

- Co to było?! – podskoczył, kompletnie ignorując to, że byłem uzbrojony.

- Wystrzał. A nawet kilka. Karabin maszynowy – zaobserwowałem.

- Broń jest dozwolona tylko na strzelnicy. Co tam się u licha wyprawia?

Odgłosy walki narastały. Wrzaski przebijały się między kolejnymi salwami i to wystarczyło by pobudzić Tatę Moda do działania. Prawie potykając się o własne nogi pobiegł na zewnątrz, a ja za nim. Wkrótce dotarliśmy do wielkich, wzmocnionych metalowymi płytami drzwi, które przywódca Pałacu potraktował z rozpędu kopnięciem. Gdy zobaczył rozciągający się za nimi widok, głośno przeklął.

Napastnicy napierali ze wszystkich stron. Wszyscy jak jeden mąż nosili fioletowe maski z płonącą różą Bellrose. Ostrzeliwali wszystko co ruszało się w zasięgu wzroku, niezależnie czy byli to cywile, czy stawiający im opór strażnicy.

- Co jest grane? Czemu atakują swoich? – wybity z rytmu, powiedziałem to przypadkiem na głos.

- Swoich? Jakich swoich? Wiesz co to za jedni? Mniejsza. Musimy coś zrobić! Masz jakąś broń? Amunicję? – Tata Mod wyjął pistolet i sprawdził jego magazynek. Ja natomiast ściągnąłem plecak. Cholera, mogłem przysiąść, że miałem więcej zapasów! To co zostało starczało na maksymalnie dwa przeładowania.

- Kiepsko, ale powinno dać radę na początek. Problemem może być jednak mało osłon… – moją wypowiedź przerwało donośne:

- Ktoś jest w tej ruderze!

Chociaż kula Taty Moda trafiła go prosto w serce, nie przeszkodziło to pozostałym członkom oddziału, aby zainteresować się naszym położeniem. Skupili na nim swój ogień, wśród którego znajdował się…

- Granatnik! Padnij!

W ostatniej chwili Tata Mod pociągnął mnie na ziemię, osłaniając własnym ciałem od gruzu, który zasypał nas ze zdemolowanej ściany. Odepchnąłem go i rzuciłem się naprzód. Nie wyszlibyśmy cało z następnego wybuchu, więc wymierzyłem w stronę najniebezpieczniejszego z wrogów i nacisnąłem na spust. Pocisk dosięgł celu dokładnie w momencie, gdy przeładowano go. Rozerwał kolejny granat i uśmiercił osobę operującą tym uzbrojeniem oraz jego pobliskich kompanów. Niestety, nie zmieniało to za wiele naszej sytuacji. Przewaga liczebna płonącej róży była przytłaczająca.

- Musimy się wycofać! – zawołałem – To miejsce nie wytrzyma długo. Musimy bronić się w środku.

- Racja. Ty pierwszy. Osłaniam cię! – odpowiedział, wychylając się zza ukrycia.

Biorąc pod uwagę, że wyposażenie Taty Moda było jeszcze skromniejsze od mojego, wiedziałem, że mam mało czasu. Sprintem pokonałem dystans i ślizgnąłem się do bezpieczeństwa, a następnie, opróżniłem magazynek by umożliwić to samo mojemu tymczasowemu sojusznikowi.

- Jasny chuj by to strzelił!

Nie wytrzymałem i rzuciłem pistoletem o podłogę. Kiedy przeładowałem, okazało się, że dodatkowe magazynki były tak naprawdę ślepakami, a do ich dna przyklejono karteczkę: „Jestem pacyfistą. Przykro mi.” Obok tego napisu był narysowany uśmieszek z wyciągniętym językiem.

- Co jest?

- Tamten koleś mnie udupił. Został mi już tylko nóż – wyjaśniłem.

- U mnie ostatnia kula… – Tata Mod spojrzał na swojego Desert Eagle’a. Była to dość potężna broń, jednak sama w sobie nie powstrzyma małej armii, która lada moment przebije się przez nieistniejące linie obrony – Chyba wiesz co to znaczy…

- Trzeba zabrać ich ze sobą na dno. Im więcej, tym lepiej.

- Nie miałem tego na myśli…

- A co? Może jeszcze zaproponujesz wywieszenie białej flagi? Pojebało cię do reszty, człowieku? Oni nie należą do tych, którzy przyjmują honorowe kapitulacje.

- Zdaję sobie z tego sprawę. Pozostaje jeszcze jedna opcja… Wybacz, ale nie widzę innego rozwiązania – zanim zrozumiałem co się dzieje, leciałem już w dół. Korzystając z momentu mojej nieuwagi, Tata Mod wepchnął mnie do tajnego przejścia, a następnie stanął nad nim.

- Ktoś musi zostać na górze by je całkowicie zamknąć. I kupić trochę czasu. Przepraszam, że wciągnąłem cię w ten bajzel. Nie wiem kim jest ta grupa, jednak jako gospodarz muszę ich odpowiednio przywitać – wtrącając do przepaści moje rzeczy, uśmiechnął się, po czym wyjął z kieszeni kluczyki i upuścił również i je.

- Potraktuj to jako zadośćuczynienie. Stoi na podziemnym parkingu pod centrum handlowym. Klikaj, a znajdziesz. Jesteś młody, masz całe życie przed sobą. Korzystaj z niego.

Zostawiwszy mnie z tymi słowami, zamknął właz. Przez dłuższą chwilę leżałem na plecach w mroku, wsłuchując się w tupot kilkunastu par stóp oraz w serię huków jaka po nich nastąpiła. A także w upadek czegoś na klapę.

*

Chaos rozprzestrzeniał się na terenie całego Pałacu Umysłu. Po dotarciu na plac natrafiłem na podobny oddział, który udało mi się uniknąć przeczekując w śmietniku. Zauważyłem, że nie skupiali się na niszczeniu otoczenia, lecz na zabijaniu i co ciekawe, dokładnie sprawdzali każde ciało, jakby poszukiwali kogoś konkretnego. Mnie… Musiałem działać w założeniu najgorszego, więc przedarłem się do wnętrza N&B.

Mimo, że uprzednio go nie zwiedziłem, miałem pojęcie, gdzie znajdował się wspomniany przez Tatę Moda parking, bo minąłem wcześniej prowadzące do niego zejście. Nie było już nic do stracenia. Po prostu biegłem. Wszędzie wokół walały się odłamki szkła, które pękały pod moimi butami ze satysfakcjonującym trzaskiem, a ściany były poplamione rozbryzgami szkarłatu. Takie scenerie nie robiły już od dawna na mnie wrażenia. W moich oczach stanowiły jedynie nadprogramowe świąteczne dekoracje, tak samo zresztą jak kryjący się gdzie popadnie ludzie. Biegłem, omijając błagalne spojrzenia, padające na mnie z każdych stron i zatrzymałem się dopiero na znajomej klatce schodowej. Przypomniałem sobie wtedy, że piętro niżej nadal leżał ktoś, kto, gdyby dostał się ręce wroga, byłby w stanie utrudnić moją dalszą misję.

Tym razem nie potrzebowałem przejmować się finezją. Wybiłem drzwi barkiem, spakowałem do plecaka, ile zmieściło się leków oraz przyborów medycznych, a następnie spaliłem całość dokumentacji, uprzednio rozsypując papiery dla niepoznaki. Załatwiwszy to, podszedłem do łózka Claire. Wciąż spała. Musiała dostać coś silnego na sen, ponieważ wrzawa z góry z całą pewnością obudziłaby nawet zmarłego. Nie rozumiejąc co mną kierowało, odpiąłem ją od kardiomonitora, jednak wenflon kroplówki zostawiłem na miejscu. Stojak z nią, tak samo jak łóżko, był ruchomy, więc mogłem zabrać go ze sobą. Ja pierdolę, schody! Że też nie przyszło mi to do głowy! Nie ważne. Nie były aż tak wysokie. Choć dodatkowe wyposażenie potrajało ciężar Claire, udało mi się podnieść całość. Ledwo, ale nie myśląc o moich niemal pękających plecach, powoli pokonywałem stopień za stopniem i w końcu, odniosłem sukces, jednak, gdy tylko dotarłem na szczyt, prawie upadłem.

Wziąłem kilka głębokich oddechów, dzięki którym ból ulżył, pozwalając mi na kontynuowanie marszu. O nie, znowu schody… Tym razem miały podjazd dla wózków i choć rozstaw kół łóżka był szerszy, ułatwiło mi to bezpiecznie sprowadzenie pacjentki na ich dół. Faktycznie znalazłem się na parkingu. Sięgnąłem po kluczyki Taty Moda i przydusiłem guzik pilota o kształcie różowej maskotki z dużymi czarnymi oczyma. Z oddali dobiegł sygnał oraz zapaliły się światła, źródło których stanowił ciemnofioletowy Ford C-Max. Przyspieszyłem. To była ostatnia prosta, dlatego przestałem przejmować się ilością hałasu jaką produkowało tarcie kółek o nawierzchnię. Było już tak blisko… Jednak kilka metrów przed autem ostry ból przeszedł przez moją prawą łydkę.

Straciłem równowagę i przewróciłem się na łóżko, które pod wpływem impetu zawaliło się. Próbując się podnieść, spostrzegłem, że moja nogawka była przesiąknięta krwią. Zostałem postrzelony, jak okazało się, przez młodego mężczyznę o przerażonym spojrzeniu. Pomimo tego, że nie miał ubranej maski, po kombinezonie poznałem, że należał do Bellrose.

- D-d-d-duchy… Duchy… Duchy! One cię dotknęły! Jesteś przeklęty! Tak jak to miejsce! – drąc się jak opętany, rzucił się na mnie, zapominając o trzymanym w dłoni pistolecie z tłumikiem.

Może była to kwestia mojego osłabienia albo jego szaleństwa, ale siła, z jaką jego palce zamknęły się na moim gardle okazała się zbyt duża bym mógł stawić opór. Byłem duszony i z tej pozycji nie byłem w stanie temu przeciwdziałać. Zwierzęcy ryk tego wariata zdawał się odsuwać ode mnie za wytłumiającą kotarę. Szarpałem, kopałem, wiłem się jak tylko mogłem, jednak bezskutecznie. Nie mogłem się wyrwać z tej pułapki. Pomimo tego, że świat pogrążał się przede mną w mroku, nie traciłem wiary, walczyłem dalej. Chwila! Czy to tylko moja wyobraźnia, czy właśnie pojawił się nad nami cień?

- Zostaw go! Nie pozwolę, żebyś zrobił mu krzywdę! – nagle oznajmił słaby głos, a wszystko co nastąpiło bezpośrednio po tym, stało się dosłownie w mgnieniu oka.

Ledwo stojąc na nogach, Claire Trethewey trzymała oburącz mój nóż, który musiał wypaść podczas szarpaniny. Choć dziewczyna cała się trzęsła, próbowała to ukryć powtarzając rozkaz, który nie docierał do napastnika. W akcie desperacji Claire zatopiła ostrze w jego plecach. Korzystając z tej dywersji, zepchnąłem z siebie ogłuszonego przeciwnika i przygwoździłem własnym ciężarem. Zacząłem go okładać raz po razie pięściami, opanowując się dopiero gdy poczułem dotyk drobnej dłoni na moim barku.

- Jemu wystarczy, panie Rumianku…

Spojrzałem na twarz mężczyzny. Przez tą krótką chwilę zdążyła się stać wręcz nierozpoznawalną przez rozległą opuchlinę. W każdym bądź razie, nie dawał już znaków życia, co było moim celem. Rozmasowując dłonie, wyciągnąłem nóż i wytarłem go.

- Możliwe. Jak najbardziej możliwe – płytko oddychając, złapałem się za nogę.

- Pan krwawi! Trzeba to jak najszybciej opatrzyć. Proszę poczekać, zaraz… – zanim Claire mogła odejść chwiejnym krokiem, powstrzymałem ją.

- Sam się tym zajmę. Pomóż mi do auta. Nie mamy tyle czasu, aby tracić go na wyjaśnienia.

- Dobrze… – choć przez moment wahała się, ostatecznie posłuchała mnie i podniosła stojak na kroplówkę. Wspierając się oboje na tej podporze, jakoś doczłapaliśmy się do pojazdu.

- Bandaże są w plecaku. Jeśli mogłabyś… – wskazałem palcem na pakunek, a dziewczyna, praktycznie nie spuszczając wzroku z mojej rany, pośpiesznie mi go podała, nerwowo się przy tym krzątając. Chyba powinienem coś powiedzieć. Tylko co? Podjąłem próbę załagodzenia jej strachu.

- Nie martw się. To nic takiego.

- Mhm – wydając z siebie lekki pisk, gwałtownie pokiwała głową, a ja zająłem się bandażowaniem.

- Nie mówiłem?

Gdy skończyłem, Claire zamiast poczuć ulgę, wyglądała na jeszcze bardziej strapioną. Kąciki jej ust drgały, a jej wzrok był nieobecny. Domyślałem się co mogło być tego przyczyną i moje dedukcje potwierdziły się. Wybuchła histerycznym płaczem, rzucając się prosto w moje ramiona.

- Panie R-R-Rumianku… – szlochała, wtulając twarz w moją kamizelkę. Początkowo nieco mnie to zmieszało, ale… W sumie pieprzyć to. Wyobraziłem sobie, że pocieszam młodszą siostrę, której nigdy nie miałem, więc delikatnie, lecz zapewne niezręcznie odwzajemniłem ten uścisk. Dając się ponieść chwili, na moment zapomniałem o otoczeniu.

- Wszystko będzie dobrze. Obiecuję – poklepałem ją po tyle głowy.

- J-j-ja… Ja znowu to zrobiłam… Nie chciałam, żeby zrobił panu krzywdę. Jestem morderczynią. Zwiędnę za to. Nikt nie będzie chciał podlać takiego chwastu jak ja…

Pod wpływem impulsu prawie już miałem odpowiedzieć jakimś dennym frazesem pokroju „spokojnie, wezmę to na siebie.”, jednak słowa ugrzęzły mi w gardle, kiedy poczułem jak chwyt Claire słabnie. Była w kiepskim stanie, dlatego dodatkowy wysiłek i związane z nim emocje wykończyły ją. Tak… To musiało być właśnie to. Nic innego, wyłącznie to. Bo przecież gdyby jakaś nieznana siła wyższa pragnęła kogoś ukarać, miałaby od dawna więcej powodów, żeby zająć się mną. Z naszej dwójki na tytuł grzesznika zasługiwał prędzej Christopher Sparrow, więc dlaczego? Dlaczego zamiast uderzenia błyskawicy po moich ciuchach rozlało się coś ciepłego? Choć starałem się znaleźć inne wyjaśnienie, prawda, od której usilnie odwracałem oczy, uderzała we mnie z brutalną siłą. Założyłem, że oszalały dezerter Bellrose umarł, ale on odzyskał przytomność i w międzyczasie, kiedy nikt nie zwracał na niego uwagi, doczołgał się do swojej broni. Wydając zarazem swoje ostatnie tchnienie, wystrzelił. Kula trafiła Claire tuż pod barkiem. Widok ściekającej z jej ust krwi sprawił, że coś nieodwracalnie we mnie pękło.

Komentarze