Rozdział 2. Dziewczyna z kwiatami we włosach

- Oh, there ain't no rest for the wicked. Money don't grow on trees. I got bills to pay, I got mouths to feed and there ain't nothing in this world for free…

Błagam, zlituj się nade mną, człowieku, przestań… Z trudem powstrzymując się przed wybuchem, przygryzłem wargę niemal do krwi. Choć łysiejący kierowca tira, który w ramach przysługi zgodził się mnie podwieźć, za cholerę nie potrafił śpiewać, nieprzerwanie wtórował radiu, nucąc kolejną już z rzędu piosenkę, nieświadomy tego, że katował tym mój zmysł słuchu. Naprawdę… Czy miałem tą nieprzyjemność odkrycia pierwszego w historii przypadku Antytalentu? Gdyby nie to, że próbowałem przebyć trasę bez tworzenia podejrzanych zdarzeń, już dawno uciszyłbym skowyt tego faceta. Albo sam popełniłbym samobójstwo, ponieważ wszystko było lepsze niż dalsze słuchanie tego! Uspokój się, Sparrow… To była próba. Tak, moje opanowanie było właśnie testowane, więc starając się nie myśleć o niczym związanym z teraźniejszością odwróciłem wzrok w stronę okna.

Byłem w podróży od ponad tygodnia. Unikałem środków masowej komunikacji, więc korzystając głównie z sił własnych nóg i sporadycznej dobroci kierowców, którzy biorąc mnie za ubogiego młodego podróżnika zapraszali mnie do swoich pojazdów choćby na kawałek, udało mi się osiągnąć jedną czwartą dystansu, co było całkiem niezłym rezultatem. Cóż, choć prawdopodobnie nie powinienem ich tak wykorzystywać, od zawsze miałem olbrzymie szczę… Przypomniawszy sobie, dlaczego rozpocząłem wędrówkę, zatrzymałem się w połowie myśli. To co stało się Amy świadczyło wręcz przeciwnie, ale nie, to nie był pech, lecz po prostu moja wina… Przez nieuwagę oraz zwykłą bezmyślność z mojej strony doszło do tragedii i absolutnie nic nie było w stanie tego usprawiedliwić. Świadomość tego grzechu ciążyła na moim sercu, stale wciągając je głębiej i głębiej w odmęty oceanu rozpaczy, od czego, jak podpowiadał złowieszczy szept, nie było ratunku. A nawet jeśli istniałoby łatwiejsze wyście z tej sytuacji, nie miałem zamiaru z niego korzystać. Dopóki w mojej piersi tliła się iskra życia, nie będzie mi dane zaznać odkupienia. Przecież miałem jej krew na rękach. A co, jeśli to ja…? Nagle przez moje ciało przeszedł zimny dreszcz i poczułem, jak uchodzą ze mnie wszystkie siły. Gdyby to miało okazać się prawdą, straciłbym… Jakikolwiek sens istnienia. Aaach, opanuj się wreszcie! Biorąc pod uwagę mój Talent, nie było na to szans. Uspokoiwszy się serią głębokich wdechów i wydechów, przymknąłem na moment oczy.

*

Kropla wody spadła na mój policzek, a po niej następna, budząc mnie. Mimo to, nadal nie miałem najmniejszej ochoty ruszać się z miejsca. Natarczywe kapanie nie ustawało, jednak było mi tu zbyt wygodnie. Kolejna kropla… Czyżby zaczynało padać? Nawet jeśli, niespecjalnie mi to przeszkadzało. Skoro krople lądowały w mniej więcej stałym punkcie, stwierdziłem, że wystarczy jedynie przekręcić głowę. Uczyniwszy to, leniwie uśmiechnąłem się. Podziałało. Rozwiązanie tego problemu sprawiło, że poczułem się niespodziewanie zadowolony z siebie. Teraz wyłącznie wystarczyło usnąć ponownie… Spróbowałem się rozluźnić, ale nie zanosiło się na to, żeby dane mi było wypocząć. Dobiegł mnie trzepot skrzydeł, a po chwili coś wylądowało na moim ramieniu, szturchając mnie. Niechętnie podniosłem się.

- Arsene? To ty? – walcząc z sennością zadałem dość głupie pytanie. Przecież w tym lesie był tylko jeden ptak, który mógł aż tak niecierpliwie upominać się o smakołyk. Powinienem był od razu rozpoznać mojego najbardziej zaufanego towarzysza, sokoła wędrownego, którym opiekowałem się już od prawie dwóch lat. Byliśmy na swój sposób podobni, oboje pozbawieni rodzin, więc nic dziwnego, że trzymaliśmy się razem.

- Nie mogłeś sobie czegoś upolować? Ech, niech ci będzie… – poddałem się i sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni kurtki po przekąskę. Ścisnąwszy ją swoim dziobem, Arsene ukłonił się, a następnie odleciał szczęśliwy na pobliską gałąź by skonsumować otrzymany pokarm.

Patrząc jak mój asystent posila się w spokoju, wstałem i strzepałem ziemię ze spodni. Lasy otaczające Johnville były gęste i bogate w zwierzynę, więc jako myśliwy-czeladnik nie byłem w stanie narzekać na niedobór zajęć, po wykonaniu których mogłem wypocząć w miejscach takich jak ta polana. Musiałem przyznać, że ta akurat była moją ulubioną kryjówką, w której nikt mi nigdy nie przeszkadzał. Tutaj mogłem doznać prawdziwego wytchnienia od tych wszystkich spojrzeń i zrelaksować się, najlepiej z książką w ręku. Można było by przypuszczać, że przedwczesna śmierć moich rodziców, przez którą wychowywał mnie wuj będzie powodem dla niekończącego się męczącego współczucia, jednak nie tutaj, nie w Johnville. Mieszkańcy tej wioski zdawali się traktować mnie jakbym był nieczysty, a czasem miewałem nawet wrażenie, że niektórzy wręcz bali się mnie i tego co robię. Zdążyłem już się nauczyć to olewać. Sparrowowie nie potrzebowali nikogo więcej niż samych siebie.

- Wiesz co, Arsene? Ostatnio zastanawiałem się nad czymś… – na dźwięk swojego imienia sokół zerknął na mnie i lekko przechylił się, jakby pozwalając mi kontynuować – Jak potoczyłoby się moje życie, gdyby oni nie umarli? Raczej byśmy się wtedy nie spotkali, a do tego, nie odkryłbym mojego Talentu. Chociaż na tym chyba wyszedłbym lepiej. Wolałbym nie wiedzieć o tej wyjątkowości, być jak inni, normalny.

Przyjemnie było dać się ponieść wyobraźni, snując różne mniej lub bardziej szalone scenariusze o tym jak potoczyłyby się moje losy, jednak byłem świadomy tego, że nie miało to na dłuższą metę sensu. Niezależnie jak bardzo bym tego pragnął, rzeczywistość nigdy nie zmieni się pod wpływem fantazji, więc drążenie tego w nieskończoność wyłącznie by mi szkodziło. To był najwyższy czas by przyciąć ten cierń na moim sercu, który pogłębiał się z każdą sekundą snucia alternatywnych historii. Niech zabrzmi to banalnie poetycko, ale moim największym wrogiem byłem ja sam, lub raczej, ja nie potrafiący pogodzić się z przeszłością. Choć w słowach było to łatwiejsze niż w czynach, potrzebowałem skupić się na pracy i w końcu zapomnieć, żyć własnym życiem.

- Chwila! Co to było?

Zerwałem się, gdy nagle usłyszałem dźwięk łamanych gałązek. Odruchowo sięgnąłem po strzelbę i wstrzymując oddech, przywarłem do pnia najbliższego drzewa. Znowu wilki? Ostatnio namnożyło się ich w okolicy… Z głodu zaczęły podchodzić pod ludzkie osiedla, niedawno nawet atakując grupkę mieszkańców. Widziałem to na własne oczy. Wuj Benjamin rzucił się wtedy na ślepo z pomocą i został przez to poważnie ranny. Gdyby nie jego reakcja, sam najprawdopodobniej zignorowałbym całe zajście, bo nie uważałem, żeby śmierć kilku osób, których w ogóle nie znałem była moją sprawą. Nie byłem nikomu nic winny, więc gdyby nie to, nie zrobiłbym tego co zrobiłem.

Mimo iż od całego zajścia minęły ponad dwa tygodnie, nadal dokładnie pamiętałem każdy szczegół. Czując jakby czas się zatrzymał, złapałem za upuszczoną przez wujka broń i wystrzeliłem w stronę szarżującego wilka. Potem wymierzyłem w stronę kolejnego i znowu pociągnąłem za spust. Trafiłem zwierzę prosto między oczy. Nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń, przeładowałem strzelbę kilkoma płynnymi ruchami, bez odwracania wzroku choćby na moment od watahy, która nieubłaganie zbliżała się ze wszystkich stron. Jeden z wilków rzucił się na mnie, jednak zanim mógł zatopić swoje kły, odskoczyłem. Szybkim kopnięciem wybiłem go w górę i przystawiłem lufę do jego tułowia. Od tego strzału nie było ucieczki, podobnie jak od tych, które nastąpiły po nim. Zanim zdałem sobie z tego sprawę, uśmierciłem prawie wszystkich napastników oprócz jednego zwierzęcia. Ostatni wilk zaczął uciekać. Z tą bronią trudno było go dopaść z takiego dystansu. Otoczenie przyjęłoby większość śrutu na siebie, dlatego zdecydowałem się rzucić nożem. Uśmiercił swój cel na miejscu.

Już wtedy przypuszczałem, że to zdarzenie może zmienić wszystko co znałem dotychczas, ale nigdy nie zgadłbym w jakiej dziedzinie moje życie zostanie wywrócone do góry nogami. W tamtym momencie jednak moim priorytetem była stopniowo wyłaniająca się sylwetka, która na całe szczęście okazała się ludzką. Była to dziewczyna o długich czarnych włosach, zaczesanych mocno na prawo, przez co nieznacznie zasłaniających fragment jej twarzy. Chociaż znałem ją z widzenia, nie miałem pojęcia jak jej na imię, pamiętałem tylko, że była w podobnym wieku do mnie, może rok młodsza bądź starsza, mniejsza z tym. Kiedy nasze spojrzenia spotkały się, dziewczyna zatrzymała się.

Chcąc coś powiedzieć otwarła usta, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk. W międzyczasie przyjrzałem się lepiej jej wyglądowi. Nie była ubrana zbyt ciepło. Przed chłodem chroniła ją jedynie ciemnoniebieska kurtka z polaru, nie zapięta w pełni przez owinięty na jej szyi szalik ręcznej roboty. Jej, czy otrzymany prezent? Nie miałem ochoty wnikać. Biorąc pod uwagę ten ubiór, najprawdopodobniej wybierała się na schadzkę ze swoim chłopakiem.

- Ta okolica jest niebezpieczna. Lepiej stąd idź, jeśli cenisz swoje zdrowie – powoli odczuwając niezręczność tej sytuacji, postanowiłem zwrócić jej uwagę.

- T-tak. Wiem, ale… – pod wpływem temperatury jej policzki delikatnie zaczerwieniły się.

Westchnąłem. Nie miałem cierpliwości do obcych, więc miałem nadzieję, że uda mi się spławić ją jak najszybciej.

- Nie aluj mi tu. Po prostu wracaj do domu… – nalegałem. W tej samej chwili niespodziewanie mi przerwała, wyrzucając z siebie jednym tchem coś, co zaskoczyło mnie jeszcze bardziej.

- Twój wujek powiedział mi gdzie jesteś. Chcę tylko coś ci powiedzieć i już nie będę przeszkadzać – wziąwszy głęboki wdech, spłonęła potężnym rumieńcem i w końcu wydusiła z siebie – Dziękuję…

- Aha. Niby za co? – bezmyślnie zapytałem.

Nie miałem zielonego pojęcia o co jej chodziło. Czy ja kiedykolwiek przyczyniłem się komuś na tyle by zasłużyć na podziękowania, a zwłaszcza w takiej formie? Nie wydawało mi się, dlatego ciężko mi było ukryć sceptycyzm. W przeciwieństwie do Arsene’a, o którego obecności zdążyłem już prawie zapomnieć. Sokół podleciał na gałąź w pobliżu mojej rozmówczyni, z ciekawością przyglądając się jej. Ta wydała z siebie zduszony okrzyk, ale mimo to, zaciskając pięści zebrała w sobie odwagę by mi odpowiedzieć.

- Za to, że uratowałeś mi życie. Wtedy, przed wilkami… Gdyby nie ty... Nigdy nie będę w stanie ci się odwdzięczyć! Przepraszam. Już uciekam – nerwowo urywając, w panicznym pośpiechu odwróciła się na pięcie. Choć ten fakt powinien być dla mnie raczej powodem do zadowolenia, zawahałem się. Szokując tym nawet samego siebie, postanowiłem zawołać do niej.

- Hej, zaczekaj! – na dźwięk mojego głosu dziewczyna natychmiastowo zatrzymała się – Arsene ci się ukłonił. Zazwyczaj nie przepada za obcymi.

Sądząc po jej minie i tym, jak głośno przełknęła ślinę, była dość mocno przestraszona. Nie wiedziała do czego zmierzam, ale mówiąc szczerze, ja też. Co z tego, jeśli miałoby to być nasze ostatnie spotkanie, musiałem się czegoś dowiedzieć:

- Jak ci na imię?

Przez dłuższą chwilę jedynym dźwiękiem jaki rozchodził się po polanie było coraz głośniejsze bicie mojego serca. Nawet wiatr ucichł całkowicie, co potęgowało poczucie narastającego napięcia. Choć nie byłem do końca pewny z jakiego powodu, panika stopniowo przejmowała kontrolę nad moim ciałem. Jak do tej pory potrafiłem zachować spokój w każdej sytuacji, więc czemu nie mogłem się teraz opanować? Zimny pot spłynął po moim czole, gdy swąd spalenizny zaczął unosić się po okolicy. Poznawałem ten zapach! Kiedy zdałem sobie sprawę skąd, było już za późno na jakąkolwiek reakcję. Przygryzłem język. Kombinacja smaku krwi i bólu otrzeźwiła mój mózg na tyle bym mógł odzyskać świadomość. Zdawszy sobie sprawę z tego, że ten obrót wydarzeń ani trochę nie pokrywał się z moimi wspomnieniami, wstrzymałem oddech, a wtedy, wargi dziewczyny ponownie się rozchyliły.

Do ostatniej sekundy naiwnie liczyłem, że mylę się, jednak nie dane mi było usłyszeć jej nazwiska. Zamiast tego, ze wszystkich stron rozległ się paraliżujący krzyk, który wydawał się nie mieć określonego źródła. Desperacko próbowałem zasłonić przed nim uszy, ale nie przyniosło to żadnego rezultatu. Ten hałas zdawał się wchłaniać, powoli rozrywając mnie od wnętrza. Czułem jak słabnę i choć z całej mocy zapierałem się o pobliski pień, wkrótce kolana ugięły się pode mną; upadłem twarzą w ziemię, a siła tego uderzenia wystarczyła by ogłuszyć mnie. Miałem wrażenie jakby niewidzialna dłoń starała się mnie zmiażdżyć. Mimo to, stawiałem jej opór, ale wtedy zdałem sobie sprawę, że może faktycznie zasługiwałem na to cierpienie. To było moje brzemię. Jeżeli moja ostatnia misja miała zakończyć się powodzeniem, nie mogłem zapomnieć tego uczucia, musiałem przekuć je w broń, dzięki której będę w stanie zwyciężyć. Dlatego ignorując ból, uniosłem głowę, lecz po sylwetce, która przypominała Amy w dniu naszego pierwszego spotkania nie było już śladu.

W miejscu, gdzie przed momentem stała nastoletnia wersja mojej ukochanej, znajdował się kształt o zarysie ludzkiej twarzy z jednym, zamkniętym okiem, otoczonym bulgoczącymi szkarłatnymi pęcherzami. Gotowały się one z coraz większą intensywnością, a po chwili, gwałtownie wybuchły, uwalniając z siebie ciecz o tym samym kolorze, która wystrzeliła w moim kierunku. Nie miałem jak uniknąć tej salwy. Substancja utworzyła bąbel wokół mojej głowy. Dusiłem się i w żaden sposób nie mogłem temu zapobiec, bo ta pułapka skutecznie uciekała przed moimi palcami, jednocześnie wnikając głębiej do moich ust i nosa. Kurwa, kurwa, kurwa! Chciałem się wić, robić cokolwiek byle tylko ściągnąć z siebie to gówno, lecz na próżno. Nie potrwało to długo nim wszystko przed moimi oczyma ściemniało.

*

Zerwawszy się gwałtownie, poczułem nagły ucisk na brzuchu i żebrach. Jak szybko się okazało, były to jedynie zapięte pasy bezpieczeństwa, które sprowadziły mnie do pozycji startowej. Kolejny koszmar? Wolałbym, żeby nie stawały się aż tak cholernie realistyczne… Odetchnąłem z ulgą i przetarłem rękawem czoło, a wtedy pewien głos przypomniał o swojej obecności.

- Zły sen, synu? To pewnie przez ten stres. Kurła, kiedyś to były czasy… Młodzi nie musieli marnować tyle zdrowia by coś osiągnąć – kierowca westchnął i widząc, że milczałem, zaśmiał się gorzko – Pewnie nie brzmię zbyt przekonywująco, co nie? Stary pierdziel w blaszanej konserwie raczej nie zalicza się do ludzi sukcesu. No, mniejsza. Jesteśmy prawie na miejscu.

- Już? – spojrzałem na niego z niedowierzaniem. Wyglądało na to, że podczas gdy spałem dotarliśmy do końca trasy, który stanowiło Chicago, gdzie wedle zawartej przez nas wcześniej umowy, nasze drogi miały się rozejść.

- Ehem. Jeszcze parę przecznic i będę musiał cię wysadzić. Wyrzucą mnie na zbity pysk, jeśli będę próbował wwieść obcego na bazę. Oczywiście bez urazy, boś dobry chłopak, nie to co ta cała gówniarzeria, co dzień dobry na klatce nawet nie potrafi powiedzieć, ale takie przepisy. Oj, nie pokonasz ich…

- Rozumiem. Jakoś sobie poradzę. Byłem parę razy w mieście, więc wiem, gdzie iść – odpowiedziałem, zmuszając się do uśmiechu. Usłyszawszy to, kierowcy wyraźnie ulżyło.

- To dobrze. Z tyloma klamotami kusiłbyś los. Licho nie śpi w niektórych dzielnicach – mężczyzna pokiwał głową do własnych słów, a następnie zjechał na stację benzynową.

Zatrzymał się na parkingu dla ciężarówek. Rozumiejąc co to oznaczało, odpiąłem pasy i pośpiesznie wyskoczyłem z kabiny razem ze swoim całym dobytkiem. Choć nie było to zbyt wygodne rozwiązanie, nie chciałem pozwolić by zawartość mojego bagażu została przypadkowo rozpoznana.

- Dziękuję za podwózkę. Gdyby nie pan, nigdy nie zdążyłbym na przesłuchanie – zdjąwszy kapelusz, ukłoniłem się, kontynuując kłamstwo o byciu początkującym aktorem.

- Ha ha, mogę powiedzieć to samo. Kto by przypuszczał, że taka złota rączka spadnie mi z nieba jak tylko spieprzy się ta kupa złomu. Chyba Pan Bóg czuwał nade mną maluśkim. Uratowałeś moją robotę, więc jesteśmy kwita. Teraz wybacz, ale pęcherz mnie już tak ciśnie, że muszę lecieć się odlać. Połamania nóg, młody człowieku! – wydarł się, kierując się sprawnym krokiem w stronę budynku.

No cóż, chyba nic więcej już tu po mnie… Czas żebym także się ulotnił. Ruszyłem na rozpoznanie obcego dla mnie lądu, jakim było jedno z najbardziej rozpoznawalnych miast stanu Illinois, Chicago. Nigdy nie było wiadomo kto i skąd patrzy, dlatego przemieszczając się ulicami musiałem zachować pewne środki ostrożności. Nie było to aż tak proste zadanie, bo zdawałem sobie w pełni sprawę z tego jak bardzo moja osoba wyróżniała się z tłumu, jednak grunt to zachowywać się naturalnie i wtedy nikt nieodpowiedni nie powinien zwrócić na mnie większej uwagi. By czuć się bezpieczniej wpadłem na pomysł zakamuflowania się jako turysta-autostopowicz, ponieważ tych często można było spotkać w drodze na różnego rodzaju festiwale oraz inne takie, więc schowawszy do plecaka kapelusz, rozczochrałem swoje włosy i udałem się w stronę centrum, licząc, że wtopię się w tłum.

Do tego ryzykownego przedsięwzięcia zmusiły mnie pewne okoliczności. Mianowicie, to, że byłem poważnie głodny. Serio, zjadłbym konia z kopytami, gdyby mi go zaoferowano. Od czasu przekroczenia granicy nie miałem w ustach nic konkretnego oprócz resztek tego czym podzielił się ze mną kierowca tira, dlatego nie było to zaskoczeniem, że mój żołądek burczał. W środku tak wielkiej aglomeracji raczej nie udałoby mi się zebrać naturalnych składników, więc jeśli nie chciałem niebawem zemdleć, nie miałem innego wyjścia. Musiałem skonsumować co najmniej jeden posiłek i najlepiej, przy okazji uzupełnić zapasy. Ale gdzie? Oto było pytanie. Wyglądało na to, że moja edukacja przebiegła z jednym nieoczekiwanym błędem – moja wiedza o współczesnej popkulturze sięgała wyłącznie świadomości istnienia takich marek jak McDonald’s czy KFC, jednak co dokładnie w nich serwowano stanowiło dla mnie nie lada tajemnicę. Nie żebym był przesadnie wybredny pod względem jedzenia, ale zważywszy na plotki krążące na temat tych lokali, wolałbym mieć jakąś zdrowszą alternatywę. Niestety nie było na to szans, więc skoro nie mam tego co lubię, będę musiał zadowolić się z tym co mam, zwłaszcza, że lokale pokroju Hellfire in Paradise i tak nie wchodziły w rachubę z więcej niż jednego powodu.

Dotknąłem skroni. Powoli zaczynała mnie boleć głowa. Hałas produkowany przez bezlik ludzi i pojazdów na ulicach był przytłaczający, a jakość powietrza była delikatnie to ujmując, gówniana. Jak w ogóle można było czymś takim oddychać?! Wiedząc, że z każdym wdechem do mojego organizmu dostawały się niezliczone ilości toksyn od spalin, ciężko mi było oprzeć się pokusie natychmiastowej ewakuacji czym dalej tylko się dało. Ten syf doprowadzi mnie jeszcze do jakiegoś raka… Chociaż, czy miało to jakiekolwiek znaczenie? Wystarczało bym dożył chwili, w której pomszczę Amy, a reszta nie była istotna, więc powinienem skupić się na przetrwaniu minimum do tego dnia. Zacisnąłem zęby i próbując nie myśleć o głodzie, dyskretnie rozejrzałem się wokół. Poszukiwałem znaków nakierowujących na odpowiedni przybytek. A niech to… Nic szczególnego nie rzucało mi się w oczy. Pomimo tego, że odnalezienie czegokolwiek wśród labiryntu banerów reklamowych było prawdziwym wyzwaniem, nie poddawałem się. Kontynuowałem marsz, niecierpliwie skanując każdy z nich po kolei, to jest, dopóki nie poczułem, że przez nieuwagę na kogoś wpadłem.

- Aj, aj, aj… Przepraszam pana najmocniej. Zagapiłam się…

Dość młodo wyglądająca dziewczyna niezdarnie podniosła się z chodnika, błyskawicznie rzucając się do zbierania zawartości kartonów, która częściowo się wysypała, gdy te wypadły jej z rąk. Szacowałem, że pod tym nietypowym ubiorem i jasnym makijażem skrywała wiek plus minus 18 lat, jednak w dzisiejszych czasach, nigdy nie wiadomo. Tak jak jej płaszcz, jej długie włosy były w większości koloru kanarkowego, nie licząc końcówek, które były w odcieniu różu budzącym skojarzenia z gumą do żucia, z gdzieniegdzie wpiętymi różnymi kwiatowymi akcesoriami. Róże, stokrotki i lilie… Nie były prawdziwe, prawda?

- Wszystko gra? – pochyliłem się by jej pomóc i rozwiązać sytuację zanim postronni przechodnie ją zaobserwują, ale wtedy kwiecista panna wskoczyła pomiędzy mnie i swoje pudła, jakby zależało jej na tym, żebym pod żadnym pozorem nie zobaczył co było w ich środku.

- Tak, tak. Poradzę sobie. Nie trzeba się mną przejmować. Na pewno śpieszy się pan, panie Rumianku… – odparła lekko rozkojarzona, lecz nadal spięta.

Rumianku? Nigdy nie sądziłem, że dostanę taki przydomek od kompletnie nieznanej mi osoby… Ale wracając do tego co ważne, miałem i tak wystarczająco wiele własnych zmartwień na głowie by mieć ochotę interesować się przypadkowo napotkanymi dziwaczkami. Dlatego też, nie ingerując w jej poczynania, pozwoliłem dziewczynie zebrać jej pudła, po czym odprowadziłem ją wzrokiem jak odbiegła w swoją stronę. Tak powinno być lepiej dla obu stron. Utwierdzając się w tym postanowieniu już miałem odejść, jednak wtedy zauważyłem coś na bruku. Hmm… Zapowiadało się na to, że nieco nadłożę dzisiaj drogi.

*

Jak przystało na Myśliwego, moje umiejętności tropienia działały skutecznie nawet kiedy otaczała mnie betonowa dżungla, więc ostatecznie trafiłem do miejsca, które szukałem, a dochodzący z głębi tej bocznej alejki uniesiony głos mnie w tym utwierdzał. Przywarłem do rogu ściany i lekko się wychyliłem.

- Próbujesz nas robić w chuja?

Oj, nieładnie się tak odzywać, nieładnie… Byłem przekonany, że bez obecności dwóch goryli w ciemnych okularach za jego plecami, ten dżentelmen raczej nie wykrzesałby z siebie aż tak niesamowitej odwagi. W końcu ich przeciwnikiem był ktoś niezrównanie niebezpieczny, czytaj, tamta dziewczyna z kwiatami we włosach z wcześniej.

- Przysięgam. Liczyliśmy kilka razy i kwota zawsze się zgadzała! – odparła, panicznie spoglądając po twarzach agresorów. Pod ich presją wycofała się o krok, prawie wpadając plecami na śmietnik. Choć z innych powodów, uczyniłem podobnie, dzięki czemu zauważyłem coś niepokojącego.

Umięśnienie i uzbrojenie w jakiego posiadaniu mogli znajdować się ci mężczyźni wcale nie było najgorszym faktem w tej sytuacji, gdyż, o zgrozo, ich cała trójka była łysa. Pomimo małej ilości promieni słonecznych jakie docierały do tego zakątka, ich wypolerowane i perfekcyjnie bezwłose glace niemal oślepiały mnie swoim blaskiem. Serio, to musiała być jakaś moda w tej okolicy, bo spotykałem łysych zdecydowanie za często niż bym tego pragnął.

- No to kurwa źle to robiliście. Chyba wyraziłem się jasno, że ma być dokładnie dziesięć kafli i ani jebanego centa mniej. Taka była umowa – przywódca kompanii odbłyskowych czerepów nie dawał za wygraną. Chociaż jego rozmówczyni była już od dawna widocznie zastraszona, nadal jej groził – Umowy są po to, by ich przestrzegać. Bez nich nie bylibyśmy lepsi od zwierząt. Jeśli nie potrafisz tego pojąć, twój pieprzony problem, mała suko. Przyznaj, nie bierzesz nas na poważnie, co nie?

- N-ni…! – wydukała, jednak zanim miała szansę w pełni odpowiedzieć, została uderzona pięścią w brzuch, od czego natychmiastowo zgięła się w pół.

- Kłamiesz! Inaczej kasa by się zgadzała! A tak nie jest! – mężczyzna splunął jej na policzek i oparł na nim obcas swojego buta.

Męczyło mnie dalsze siedzenie w kryjówce, lecz rozum wyperswadował mi jej opuszczenie. Po pewnym czasie znudzą się swoją ofiarą i rozejdą, najprawdopodobniej prowadząc mnie wprost do swojej bazy, a tam, kto wie, może znajdę coś przydatnego dla mojej misji?

- Przepraszam… Przepraszam… Przepraszam…

Choć niczym tak naprawdę nie zawiniła by zasłużyć na takie traktowanie, kwiecista panna nie przestawała wylewać z siebie potoku przeprosin. Jej głos był szeptem, ale jeśli ja mogłem go usłyszeć z takiej odległości, nie było szans, że nie docierał do jej prześladowcy. Silniejszy zjada słabszego – to było jedno z podstawowych praw natury, jednak w tym wypadku nasuwało się pytanie, czy koniecznym było brnąć w to aż tak daleko?

- Nikt nie będzie choćby próbował oskubać nas z naszej forsy. To miasto jest nasze! Jego ludzie są nasi! Ich pieniądze są nasze!

Po każdym z wykrzyczanych zdań przychodził czas na następne kopnięcie. Choć musiał być świadomy tego, że nie zdobędzie w ten sposób brakującej kwoty, nie przeszkadzało mu to w tym, by dalej męczyć kogoś, kto nigdy nie stanowił zagrożenia.

- To my jesteśmy władcami! Płomienie róży tak chciały, więc…

- Więc…?

Nim zdążyłem się pohamować, stałem już w zasięgu wzroku łysego, który spostrzegł moją obecność w całkiem przyzwoitym tempie. Odstąpił od swojej ofiary i groźnie zmierzył mnie wzrokiem.

- Co się gapisz? Zjeżdżaj stąd, póki jesteś w stanie!

Pomimo początkowego zawahania mężczyzna szybko odzyskał niedawną pewność siebie, jednak ja nie miałem zamiaru spełniać jego rozkazu. Milcząc, śledziłem każdy jego ruch, a to, że nie czuć było ode mnie strachu musiało wytrącić go z równowagi. Po tym jak wymienił spojrzenia ze swoją obstawą, całe trio zbliżyło się w moim kierunku. Oho, chyba żarty się skończyły…

- Nie słyszałeś mnie? Wypierdalaj, jeśli życie ci miłe! – przywódca łysiaków popchnął mnie. Udając, że tego w ogóle nie dostrzegłem, wyjąłem z kieszeni plik 50 dolarowych banknotów i rzuciłem mu nim w twarz.

- Poniekąd to była moja wina, dlatego zwracam zgubę. Teraz wszystko powinno się zgadzać. Swoją drogą, stary dobry Benny Franklin wypadł już z salonów, czy jak? Zdecydowanie wolałem go od Granta… – prowokująco wyszczerzyłem zęby – A tak przy okazji, zaintrygowałeś mnie. Śmiało, tak jakby mnie tu nie było. Czego tak bardzo pragnęły te płomienie róży?

To nie mógł być zwykły zbieg okoliczności. Nawet tutaj natknąłem się na moich wrogów. Stało się, nie powinienem doszukiwać się czegoś więcej, po prostu musiałem wziąć sprawy w swoje ręce. Mogło to się okazać olbrzymim błędem, ale nie potrafiłem się powstrzymać. Jeśli chciałem dorwać Hardina, nie mogłem zostać tu na tyle długo by zabić ich wszystkich, jednak, skoro lada moment i tak stąd zniknę, nic nie stało na przeszkodzie bym pozwolił sobie zostawić trzy nadprogramowe trupy.

- Za kogo się uważasz, żeby mi rozkazywać?! Wiesz co to jest? – zamiast satysfakcjonującej riposty otrzymałem stalową groźbę, przytkniętą mi prawie do policzka.

- Tak, to nóż taktyczny. Średniej klasy, jeśli miałbym być szczery. Głownia o długości 98 milimetrów i szerokości trzech i pół. Widziałem taki model już wiele razy, ale ten egzemplarz jest w nadzwyczaj nędznym stanie. Poważnie, kiedy po raz ostatni się nim zajmowałeś? – zadrwiłem, przy okazji popisując się swoją wiedzą. Facet nie zdawał się być zbytnio cierpliwy, więc przeciągając rozmowę i nie biorąc go na poważnie, z łatwością mogłem sprowokować go do tego co chciałem.

- A ty, wiesz co to jest? – dodałem po chwili, wskazując jednym palcem na siebie, a drugim na płaczącą z bólu dziewczynę, jednak wyłącznie pierwszy z nich zdawał się zostać dostrzeżonym.

- Kretyn, który śpieszy się do grobu. Bellrose pozbywa się takich w setkach i jeden więcej nie zrobi różnicy. Chłopaki…

Na ten sygnał dwójka mięśniaków zablokowała mi drogę ucieczki. Choć ich twarze nie zdradzały niczego, nawet śladów inteligencji, czuć było, że przez przewagę liczebną nie doceniali niebezpieczeństwa w jakim się właśnie znaleźli. Ich problem, westchnąłem ramionami i naśladując ton nauczyciela upominającego niesfornych uczniów, zagwizdałem.

- Źle. To jest sprawiedliwość. Będąc gotowym ranić innych należy być przygotowanym samemu zostać ranionym. Jestem w lekkim pośpiechu, więc postaram się, żeby nie potrwało to długo.

W tym momencie, nie dając szans na przygotowanie się, rozbroiłem przywódcę łysielców, z całej siły wykręcając jego ramię do tyłu. Wnioskując po chrupnięciu i syku jaki z siebie wydał, udało mi się skuteczne wyłamać mu bark lub z odrobiną szczęścia, może nawet złamać kość. Ale nie zatrzymywałem się na tym. Pchnąłem nim naprzód i dwukrotnie zderzyłem jego głowę ze ścianą. Bezwładnie osunął się, zostawiając po sobie krwawy odbryzg, a ja odskoczyłem na bok. W ostatniej chwili uniknąłem bycia schwytanym przez jednego z osiłków. Wątpiłem, żeby uczciwa walka na pięści była dobrym pomysłem, ale nie mogłem użyć broni palnej. Musiałem szukać alternatywnego rozwiązania. Stojącym nieopodal śmietnikiem odgrodziłem drogę drugiemu z przeciwników i rozejrzałem się wokół. Nic specjalnego… Chyba będę musiał improwizować. Licząc, że ten dźwięk nie przyciągnie niczyjej uwagi, chwyciłem za butelkę po piwie i roztrzaskałem ją o kant budynku. Pozostawione w niej resztki alkoholu wypłynęły, a odłamki rozsypały się. Tak zwany tulipan, specjalnie z okazji waszego pogrzebu, pomyślałem i rzuciłem się do ataku.

Moją największą przewagą była szybkość, dlatego zwycięstwo wymagało ode mnie pełnego wykorzystania tego atutu. Ruszyłem w kierunku bliższego z celów, mierząc w stronę jego szyi, która przy prowizorycznej broni tego typu stanowiła najbardziej narażony obszar. Z tego też powodu, bezimienny członek Bellrose odruchowo zasłonił właśnie ją. Jednak to był jego błąd. Moje ruchy tylko wyglądały przewidywalnie. Skutecznie zamarkowałem pchnięcie, ukrywając moje prawdziwe zamiary aż do momentu, gdy ostre zakończenia szkła zatopiły się w jego prawym oku.

- Ty śmieciu! – dziko zawył z bólu, wymachując pięścią na oślep.

Na całe szczęście w porę się schyliłem i zanurkowałem pod jego łokieć, dzięki czemu bez trudu znalazłem się za jego plecami. Teraz wystarczyło już tylko dokończyć dzieła, więc złapałem mężczyznę za żuchwę i gwałtownie przekręciłem jego głowę. Dzięki odpowiednio nałożonej sile nawet tak masywnie zbudowany kark nie dawał szans na przetrwanie. Runął z hukiem niczym marionetka, której ktoś nagle podciął sznurki, a ja odwróciłem się w stronę ostatniego z wrogów, dostrzegłszy wtedy wycelowaną we mnie lufę pistoletu.

Choć nie miałem za dużo czasu by przyjrzeć się dokładnie broni, wydawało mi się, że rozpoznałem jej model. Półautomatyczny Colt Delta Elite, kaliber 10mm, 8 pocisków w magazynku, jednak ta informacja nie zmieniała za wiele. Z takiej odległości trzeba byłoby być całkowicie ślepym, żeby nie trafić nawet w ruchomy cel, dlatego znalazłem się w nieciekawej sytuacji.

- No dalej, pokaż na co cię stać – zachęciłem go gestem. Skoro to było już nieuniknione, załatwmy to jak najprędzej.

Spust broni został pociągnięty trzykrotnie.

W tym momencie czas dla mnie spowolnił. Ujrzałem trzy bladoniebieskie smugi, których ścieżki nieznacznie rozeszły się przez odrzut. Jeden trafiłby mnie tuż nad sercem, a pozostałe w lewy bark, dlatego musiałem temu jakoś zapobiec. Nie przerywając biegu odskoczyłem w prawo i rzuciłem się na kolana. Kiedy mocno odchylony prześlizgnąłem się przez nieduży dystans, na policzku poczułem krótkotrwałą falę ciepła. Kula minęła mnie zdecydowanie bliżej niż bym sobie tego życzył. Póki co uniknąłem zagrożenia, choć jeśli czegoś zaraz nie zrobię, mogło to się niebawem zmienić. Zerwałem się i zatopiłem stalowy czubek mojego buta w kroczu goryla, któremu nie było dane w pełni tego poczuć nim ponownie go uderzyłem, tym razem pięścią w brzuch. Upadł na bezdechu, wciąż zaciskając palce na uchwycie pistoletu. Przytknąłem jego wylot tuż pod podbródek właściciela i przydusiłem na jego palec.

*

Gdy było już po wszystkim usłyszałem z oddali dźwięk syren. O ile tak po prostu się nie złożyło i nie zmierzały one w inne miejsce, ktoś musiał zaalarmować policję. Musiałem działać w założeniu, że radiowozy miały dotrzeć tutaj w każdej chwili i otoczyć mnie, jednak zebrawszy plecaki, przypomniałem sobie o jeszcze jednej ważnej rzeczy. Przed ucieczką potrzebowałem pozbyć się ostatniego ze świadków, który mógł zapamiętać i potem rozpoznać mój wygląd bądź głos. Podniosłem przez rękaw nóż przywódcy i uklęknąłem przy ledwo przytomnej dziewczynie.

Biorąc pod uwagę jej budowę, było to cudem, że w aktualnym stanie nadal trzymała się przytomności, dzielnie walcząc z bólem i starając się śledzić moje poczynania. W jej oczach mogłem być obecnie bohaterskim rycerzem na białym koniu, więc miałem nadzieję, że uda mi się sprawić by rozczarowanie było jak najmniej bolesnym. Mimo, że była ofiarą tego incydentu, widziała mnie, a ja nie mogłem pozwolić sobie na to by opowiedziała komukolwiek o tym zajściu. Nie dostrzegałem innego rozwiązania, musiała zginąć. Nieznacznie podniosłem ostrze do góry i nakierowawszy je na serce tej biednej zagubionej duszy…

- Kurwa, nie mogę tego zrobić!

Odrzuciłem nóż i uderzyłem pięścią w podłożę. Nie potrafiłem jej zabić… Choć nie był to pierwszy raz kiedy miałem odebrać życie, nie dałem rady. Nawet nie rozumiałem dlaczego. Czy była to kwestia jej niewinności? Jedyne co miała wspólnego z moimi nieprzyjaciółmi był haracz, do płacenia którego zmuszano ją przemocą. Jak powinienem się zachować? Puścić ją wolno? Odsuwając na bok potencjalne konsekwencje okazania łaski, potrząsnąłem ramieniem dziewczyny i spytałem.

- Hej, słyszysz mnie? – minimalna reakcja. Nie miałem całego dnia, więc by pobudzić jej świadomość, spoliczkowałem ją – Jak ci na imię?

- C-Carmen… Carmen… – wymamrotała, choć wydawało mi się, że nie do końca rozumiała co dzieje się wokół. Była tak poobijana, że absolutnie nie uważałem tego za coś nadzwyczajnego.

- Dobrze, Carmen. Zaniosę cię teraz do domu. Trzymaj się i nie puszczaj kartonów z forsą. Pieniądze przydadzą ci się teraz jak nigdy – delikatnie podnosząc ranną, obdarzyłem ją niezdarnym uśmiechem.

Była tak bardzo lekka i drobna. Z trudem opierałem się wrażeniu jakbym przenosił coś na tyle kruchego, że przy najmniejszym zderzeniu mogło się całkowicie rozsypać… Przybierając umiarkowanie szybkie tempo, opuściłem alejkę, starając się nie zachowywać podejrzanie. Jakby miało to mieć jakieś znaczenie, kiedy w ramionach mam pobitą młodą kobietę… Zaśmiałem się pod nosem i po chwili, ponownie zwróciłem się do Carmen.

- Prowadź. Będę musiał krążyć bocznymi ścieżkami, ale jakoś damy sobie radę.

Na to pokiwała ona głową i powolnym ruchem wskazała palcem kierunek, w którym udałem się, lamentując w myślach nad własną głupotą.

*

Nie wierzyłem w żadnych bogów, ale jeśli to, że udało mi się przekraść aż tak daleko bez bycia wykrytym zawdzięczałem jednak któremuś z nich, byłem ich dozgonnym dłużnikiem. Choć na całe szczęście Carmen zaczynała czuć się coraz lepiej, co ułatwiało mi poruszanie się po mieście, nie chciałem ryzykować jej zdrowia bardziej niż wymagały tego okoliczności. Przywarłem do ogrodzenia i dyskretnie rozejrzałem się na boki. Czysto… Edgebrook, czyli dzielnica, w której przy Lunt Avenue numer 10/1 mieścił się dom uratowanej przeze mnie kwiecistej panny, okazało się niespodziewanie puste jak na tę godzinę, więc bez obaw mogłem przejść na drugą stronę ulicy by dotrzeć do pokrytego bujną roślinnością dwupiętrowego domku jednorodzinnego. Wnioskując po nazwisku umieszczonym na skrzynce na listy, należał on do rodziny Tretheweyów.

- W kieszeni mam klucze – Carmen pośpiesznie wtrąciła, prawdopodobnie myśląc, że planowałem nacisnąć przycisk domofonu. Po chwili poszukiwań otworzyła furtkę. Nie czekając na zaproszenie wciągnąłem ją do środka i wspiąłem się po schodkach, ponaglając dziewczynę do zajęcia się frontowymi drzwiami. W ten sposób, kilka sekund później nareszcie znaleźliśmy się w środku.

Zważywszy na akcesoria Carmen, nie powinienem być zaskoczony wystrojem jej domu. Już na pierwszy rzut oka zdawała się mi kimś, kto lubił zajmować się kwiatami, jednak po tym co właśnie zobaczyłem musiałem przyznać, że było to w gruncie rzeczy niedopowiedzenie. Gdziekolwiek zatrzymał się mój wzrok, tam znajdowała się doniczka o różnokolorowej zawartości. Storczyki, begonie, irysy, a nawet tulipany i byłem pewien, że na tym ta lista się nie kończyła, bo w rzadkich miejscach, gdzie nie leżało nic żywego można było dostrzec przedmioty zdobione kwiecistymi wzorami. Całokształt tego wystroju był prawdę powiadając lekko onieśmielający, gdyż z każdym mniej uważnym krokiem można było wdepnąć w umieszczoną na podłodze paprotkę czy kaktusa. Z tego powodu zawahałem się i dopiero głos Carmen przywołał mnie do rzeczywistości, przypominając, dlaczego tu przybyłem.

- Może już mnie pan opuścić, panie Rumianku – za wszelką cenę starała się mi udowodnić, że nic jej nie dolegało, ale wiedziałem, że nawet jeśli nie był to tylko blef, nie było mowy o spełnieniu jej życzenia.

- Dopóki nie zostaniesz zbadana, nie ruszaj się więcej niż minimum. Twoje organy wewnętrzne mogą być uszkodzone, a uwierz mi, śmierć od takich obrażeń jest znacznie gorsza niż możesz sobie wyobrazić – odparłem.

Usłyszawszy to ostrzeżenie, Carmen wzdrygnęła się i zamilkła, głośno przełykając. Chociaż moją intencją nie było jej przestraszenie, lepiej było dmuchać na zimne, zwłaszcza, że mogliśmy sobie nareszcie pozwolić na niewielki moment wytchnienia.

- Claire, czy to ty? – nagle z głębi korytarza rozległ się głos mężczyzny. Po kilku sekundach, jego właściciel wychylił się zza rogu.

Instynktownie czułem, że ten schludnie ubrany jak na domowe standardy jegomość w okularach o pogrubionych ramach był ojcem Carmen. Rysy jego twarzy były delikatne, niemal kobiece, dzięki czemu podobieństwo między nim, a jego córką stawało się jeszcze bardziej widoczne. Jego ciemnobrązowe włosy były krótkie, ze starannie uczesaną grzywką, jednak tym na co zwróciłem najbardziej uwagę był znajdujący się na jego lewej ręce gips. Kiedy zobaczył nas w progu musiał zdać sobie sprawę z tego co zaszło i zamarł. Upuścił niebieską konewkę, której zawartość wylała się na dywan.

- O, Jezu! Nie mów, że…

- Nic mi nie jest. Po za tym, ile razy mam powtarzać? Nie lubię tego imienia. Wolę być Carmen – nadymając swoje policzki, dziewczyna o imieniu na C, jak tymczasowo ją ochrzciłem, dopóki zaistniała wątpliwość się nie wyjaśni, skrzyżowała ręce na piersi i odwróciła głowę.

- Wytłumaczę wszystko w międzyczasie. Macie jakiś wystarczająco duży stół lub łózko, na którym można byłoby ją opatrzeć? – wtrąciłem.

- Tak. W dużym pokoju… – Trethewey zapewne był zbyt zaskoczony by myśleć logicznie i bez zastanowienia wprowadził mnie do swojego salonu.

- Nie wnikam w szczegóły, powiem tylko, że transakcja nie poszła pomyślnie. Chyba nie muszę tłumaczyć do czego to doprowadzi – wyjaśniając mu, najostrożniej jak tylko potrafiłem położyłem Claire, aka Carmen, na oczyszczonym z rupieci blacie.

- Jest pan lekarzem? – gdy podwinąłem koszulkę dziewczyny, jej ojciec przesłał mi przepełnione trwogą spojrzenie.

- Nie, ale mam wystarczająco wiedzy by zdiagnozować i udzielić pierwszej pomocy, jeśli takowa będzie potrzebna. Gdyby działo się coś poważniejszego, koniecznym będzie znaleźć odpowiedniego lekarza. Za wystarczającą kwotę nie jest aż tak trudno znaleźć kogoś dyskretnego – nacisnąłem na obrzęk w okolicach jej wątroby, po czym zapytałem – I jak? Boli?

- N-nie… Chyba nie… – odrzekła, jednak jej reakcja nie była jednoznaczna. Skoro wciąż nie było przebarwień od krwi, mógł to równie dobrze być zaczątek zwykłego siniaka jak i czegoś groźniejszego, więc spokojnie kontynuowałem drobiazgowe badanie, które trwało przez następne 15 minut.

Po jego zakończeniu doszedłem do następującego wniosku: samozwańcza Carmen miała wyjątkowe szczęście. Poza jednym możliwie złamanym, a na pewno pękniętym żebrem, które profilaktycznie zabezpieczyłem, nie dolegało jej nic, czego nie dałoby się wyleczyć domowym opatrunkiem i odrobiną odpoczynku. Mimo to, nie tryskałem optymizmem. Przyszłość była niepewna, bo nie ukrywajmy, bez prześwietlenia mogłem wyłącznie zgadywać co działo się wewnątrz organizmu tej młodej kobiety, ale zatrzymałem to dla siebie. Obserwując Tretheweya, który dowiedziawszy się o stabilnym stanie swojej córki opadł z ulgą na kolana, nie mogłem się zmusić by odebrać mu ten skromny fragment nadziei. Miał wiele innych zmartwień na głowie, a wszystkie znaki wskazywały, że ich ilość jeszcze się niedługo powiększy… Czy sympatyzowałem z nim z tego powodu? Kto wie? W każdym bądź razie, rozumiałem przez co przechodził, ale to nadal nie wystarczało by było mi go szkoda, nawet z wiedzą, że spragnieni krwi członkowie Bellrose mogli w każdej chwili wtargnąć na jego posesję z chęcią wymierzenia kary za brak haraczu oraz śmierć ich towarzyszy. Do czego by to doprowadziło, chyba nie musiałem tłumaczyć, więc pogrążyłem się w planowaniu następnego kroku by w to się nie wplątać. W międzyczasie doszedł mnie strzępek rozmowy Tretheweyów:

- Przepraszam cię, córciu. To wszystko moja wina. Zapomniałem, że to dzisiaj… Czemu sama poszłaś? Czemu mi nie przypomniałaś? Skoro miało to się tak skończyć, lepiej żebym to był ja…

- Nie chciałam, żeby znowu zrobili ci krzywdę, tato. Poza tym, nic się nie stało. Pan Rumianek mnie uratował.

Na to wspomnienie oboje odwrócili się w moją stronę, mimowolnie zmuszając do dołączenia do konwersacji.

- Drobiazg. Po prostu znalazłem się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Każdy zachowałby się podobnie w takiej sytuacji – choć starałem się udawać skromność, byłem pewien, że mało kto byłby w stanie dokonać czegoś takiego. Pojedynek z trójką uzbrojonych graniczył z szaleństwem, jeśli nie posiadało się odpowiedniego treningu lub Talentu.

- Nie ważne. I tak dziękuję. Nigdy nie będę w stanie się w pełni odpłacić, panie…

- Samfu. Jacob Samfu – podałem pierwsze lepsze imię i nazwisko jakie wpadło mi do głowy.

- Theodore Trethewey. A to moja córka i choć upiera się, że tak nie jest, nazywa się Claire. Razem prowadziliśmy znajdującą się nieopodal kwiaciarnię Corazón de flores – ukłonił się, a ja z grzeczności uścisnąłem jego wyciągniętą dłoń. Widać było, że chciał jeszcze coś dodać, ale zszokowana Claire przerwała mu:

- Prowadziliśmy? Co to znaczy, tato?

- Musimy uciekać, skarbie. Nie jesteśmy tu bezpieczni – Trethewey miał więcej zdrowego rozsądku niż się tego po nim spodziewałem. Świadomość zagrożenia była pierwszą przeszkodą, ale czy podejmie odpowiednie decyzje by ochronić swoją rodzinę? Bellrose operowało zarówno w Kanadzie jak i w tym kraju, dlatego marne szanse na ukrycie się przed nimi. Jednak nie chciałem ich zniechęcać do próby.

- A co z kwiatkami? Przecież bez nas umrą… – niespodziewanie, młoda była bardziej przejęta losem roślin niż własnym zdrowiem. Aż cisnęło mi się na język by powiedzieć, że jej śmierć i tak będzie miała identyczne konsekwencje, ale w porę powstrzymałem się, pozwalając sytuacji rozwinąć się samodzielnie.

- Nie mamy wyjścia. Obiecuję, że weźmiemy ich jak najwięcej, jednak w drodze do dziadków i tak może być z tym różnie. Przykro mi – Theodore pogładził jej włosy, po czym zwrócił się do mnie tłumacząc – Moi rodzice mieszkają w Oklahomie. Powinni nas przygarnąć na jakiś czas, dopóki wszystko nie ucichnie. A co z tobą?

- Spokojnie. I tak jestem w podróży. Jakoś sobie poradzę – nie starałem się brzmieć beztrosko, po prostu poinformowałem ich o stanie rzeczy, a oni sądząc po minach, wyciągnęli niepoprawne wnioski.

- A dokąd, panie Rumianku? Jeśli po drodze, to może… Tato, znajdziemy miejsce w aucie? – Claire zaproponowała, błagalnie spoglądając na swojego ojca, który bez wahania zgodził się.

- Jasne, jeśli Jacob będzie tylko tego chciał. Jesteśmy mu sporo winni, więc chociaż nie wystarczy to by odpłacić za wszystko co dla nas zrobił, jestem za. A więc?

- Oklahoma… Hmm… Jeżeli nie widzicie nic przeciwko, byłoby mi miło – odruchowo sięgnąłem w stronę głowy by uchylić kapelusza, jednak wtedy przypomniałem sobie, że nadal znajdował się on w plecaku.

- To świetnie! W międzyczasie opowiem panu o… – córka Tretheweya klasnęła, zaczynając entuzjastyczny wykład o kwiatach. Ignorując ją, skupiłem się na Theodorze, na którego twarzy po raz pierwszy w przeciągu naszej krótkiej znajomości zagościła odrobina spokoju.

- Czas zacząć pakowanie – gorzko uśmiechnął się.

- Czym szybciej, tym lepiej – skomentowałem i wiedząc, że ścigaliśmy się ze śmiercią, poszedłem pomóc mu z pakowaniem najważniejszego dobytku. Miałem nadzieję, że nie pożałuję tej decyzji.

Komentarze