Rozdział 12. Hotel Peccatorum

Gdy otwarły się wrota sali procesowej, ostatnia piątka uczestników zabójczej gry wkroczyła do środka za Lokajem. Znali już to pomieszczenie bardziej niż by tego chcieli, jednak wiedzieli, że nie mieli innego wyjścia. Jeżeli chcieli przetrwać, musieli walczyć. Nie przykładali nawet większej wagi do wystroju wnętrza. Tym razem z sufitu na cienkich, niemal niewidocznych, nylonowych sznurkach zwisały teatralne maski, a ściany pokrywała krwiście czerwona kurtyna. W tle przygrywały jazzopodobne dźwięki, które przy dokładniejszym wsłuchaniu się, stawały się przeplatanymi chichotami, krzykiem oraz łkaniem. Choć pomieszczenie bardziej kojarzyło się z aktorstwem, budziło wiele sprzecznych emocji, co pasowało do ofiary w bieżącej sprawie.

- No i widzimy się na kolejnym procesie. Który to już? Ósmy? Dziewiąty? – Bobru pomachał do przybyłych z wysokiego drewnianego podestu, przypominającego sędziowski.

- Siódmy, kochanie – poprawiła go zasiadająca po jego boku Neri – I miejmy nadzieję, że ostatni. Ach, to okropne, że nasi goście tak się zachowują…

- Całkiem jakby ktoś im kazał się zabijać – po tym stwierdzeniu oboje roześmiali się, dopóki nie przerwał im Jacob Robertson, Ostateczny Detektyw.

- Wystarczy tych waszych gierek. Zaczynajmy – mówiąc to, podszedł do swojego stanowiska. Inni odruchowo postąpili podobnie.

- Skoro jesteście tacy niecierpliwi… – Neri westchnęła i zwróciła się do Lokaja, który właśnie ustawił się w gotowości pod podwyższeniem Duchów – Czyń honory.

Lokaj ukłonił się głęboko, a wtedy za jego plecami wysunął się ekran, wyświetlający podsumowanie najważniejszych szczegółów aktualnej sprawy.

- Szanowni państwo, pragnę powitać was na procesie dotyczącym śmierci pana Jacoba Andrew Samfu, Ostatecznego Króla Dram. Obowiązują standardowe zasady. Jeśli będą państwo potrzebować pomocy, proszę zwrócić się do mnie bądź do moich pracodawców, a prośba zostanie rozpatrzona. To wszystko. Życzę powodzenia.

Po tym jak zakończył wprowadzenie, wycofał się w ciszy, nie spuszczając choćby na moment wzroku ze zgromadzonych, którzy wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia. Byli w pełni świadomi, że od tej chwili nie było odwrotu. Osobą, która jak zwykle rozpoczynała debatę był Jacob:

- Najpierw omówmy miejsce zbrodni. Jest w nim coś, co zwróciło moją uwagę, ale wciąż nie potrafię tego ubrać w słowa. Wspólnymi siłami dojdziemy do prawdy znacznie szybciej.

- To strata czasu, jednak niech ci będzie – Raphael de Caumont, Ostateczny Łyżwiarz Figurowy parsknął, nie kryjąc swojej niechęci – Samfu spłonął żywcem we własnej sypialni, na stosie ułożonym z odłamków łóżek z pokojów zmarłych. Sprawdziłem je w czasie śledztwa. Zostały posiekane i to w pośpiechu, sądząc po tym, że nie użyto ich wszystkich w pełni.

- Tylko czym to zrobiono? – wtrąciła Wendy Vela, Ostateczna Striptizerka – Jedyne ostre narzędzia jakie wciąż znajdują się w hotelu to noże, a wątpię, żeby to właśnie ich użyto. Do tego trzeba byłoby co najmniej siekiery.

- Albo wystarczająco dużo siły. Przecież były tylko z drewna – dodał Yamaraja Ellis, Pokerzysta. Na to Łyżwiarz aż uderzył się w głowę:

- Ty kretynie, czy w ogóle zerknąłeś na dowody?

- Tak, ale… Może masz rację. Tak równych przecięć nie dało się wykonać odręcznie.

- Miło, że w końcu raczyłeś przyswoić sobie tą wiadomość. A teraz zamilcz z łaski swojej, jeżeli nie masz do dodania czegoś wartego mojej uwagi. Jestem tu, żeby znaleźć mordercę, nie wysłuchiwać idiotyzmów.

- Hej, każdemu może się zdarzyć palnąć coś głupiego, dupku.

- Dość! – Detektyw zdecydowanie uciął wymianę zdań – Obaj macie po trochę racji, jednak wszystko po kolei. Choć wydaje mi się, że te deski są ważną wskazówką, póki co zostawmy je. Bardziej interesuje mnie, dlaczego pokój był zamknięty od zewnątrz, skoro oni twierdzą, że całkowicie zdjęli blokady – odwrócił się w stronę Duchów – Chyba, że kłamaliście.

- My nigdy nie kłamiemy. Co najwyżej naginamy fakty – Bobru uśmiechnął się niewinnie. Jego słowa potwierdził Lokaj:

- Osobiście zlikwidowałem zabezpieczenia i jestem pewien, że nie przeoczyłem żadnej z kwater. To było istotne zadanie, więc przyłożyłem się do niego należycie.

- Cholera, wiedziałam, że tak będzie. Oni to zrobili celowo, żeby kogoś skusić. Tak jak Mycrofta… – na to wspomnienie Striptizerka spochmurniała.

- Spokojnie, Wendy. Przykro mi z powodu tego co zaszło, ale nie pozwól, żeby uczucia przysłoniły ci zdolność logicznego myślenia. Kto wie, może się jeszcze okazać, że nikt wcale nie został sprowokowany.

Na słowa Detektywa zareagował kpiąco Raphael:

- Czyli nareszcie przyznajesz mi rację, że to było samobójstwo?

- To już twoja interpretacja. Samfu nie pasuje do profilu kogoś, kto planowałby własną śmierć, niezależnie od tego, co działoby się wokół.

- Zgadzam się. On nie mógł się zabić! Nawet zaprosił mnie na jutro na bilard.

- Słyszałeś? Moim zdaniem to stawia sprawę jasno. Jeśli ktoś z nas ma dobrze znać Samfu, musi to być jego przyjaciel, Yama.

- No chyba, że to właśnie on jest zabójcą. Głosuję na Yamaraję Ellisa – Łyżwiarz oznajmił władczym tonem i bez wahania przydusił odpowiedni guzik na blacie swojego stanowiska. Z racji małej liczby uczestników procesu, poskutkowało to natychmiastowym wysunięciem Pokerzysty na środek sali.

- Serio myślisz, że to ja? – pomimo samokontroli jaką na co dzień się charakteryzował, w momencie, gdy błysk reflektorów padł na Yamaraję, stało się widoczne jak bardzo był spięty.

- Musimy rozważyć każdą ewentualność. Wśród nas jest morderca, Ellis – odrzekł Łyżwiarz, po czym zapytał – Jak spędziłeś dzisiejszy dzień?

- Głównie w swoim pokoju, drzemiąc. Od śniadania byłem jakoś senny, więc chciałem odpocząć.

- A więc nie masz alibi…

- Mam – pośpiesznie dodał – Jakoś po południu skoczyłem do pubu. Wendy, Jacob i Alan też tam byli – tu wspomniani pokiwali twierdząco głowami – Po drodze natknąłem się na Samfu. Wyglądał na zajętego, ale i tak nieco pogadaliśmy. Mówił, żebyśmy nie wypili wszystkiego co jest w hotelu zanim do nas dołączy. To wszystko. Czy mogę już wrócić na miejsce? Nie jest tu zbyt przyjemnie…

- To bezsensu. Cofnijmy go – poprosił Detektyw.

- Jeszcze nie skończyłem przesłuchania, Robertson. Raczej powinieneś być świadomy tego, że nie wolno ufać podejrzanym bez twardych dowodów popierających ich zeznania.

- Owszem, masz rację. W ten sposób jednak do niczego nie dojdziemy. Ty też jesteś w kręgu podejrzeń, dlatego nie mogę pozwolić ci na manipulowanie pytaniami.

- Dokładnie! – Wendy nagle podskoczyła – Przecież nie było cię z nami. Gdzie byłeś?

Jednak zanim de Caumont zdążył otworzyć usta, Pokerzysta przypomniał o swojej obecności:

- Hej, nie zapomnieliście tu o kimś?

- Ach, tak, wybacz…

Odesłany przez Jacoba, Yamaraja z ulgą wrócił do swojej dawnej pozycji. Wtedy wszystkie twarze zwróciły się w stronę Raphaela, który skrzyżował ręce i odburknął, zwężając oczy:

- To nie wasz interes.

- Takim zachowaniem tylko pogarszasz swoją sytuację – upomniała go Striptizerka, a dołączył do niej Detektyw.

- Jeśli zależy ci na przetrwaniu, współpracuj z nami. Chociaż ten jeden raz. Przeczucie mi podpowiada, że podczas tego procesu możemy nareszcie dokonać czegoś konkretnego!

Przez dłuższą chwilę atmosfera była wyjątkowo napięta. Oboje mężczyźni mierzyli się wzrokiem, jednak Łyżwiarz w końcu westchnął zrezygnowany. Jego policzki lekko się zaróżowiły.

- Spędziłem cały dzień na lodowisku. Odkąd zniesiono zakazy zacząłem się znowu wysypiać, więc wróciłem do treningów. I nie, nie mam żadnych świadków na to, jak już sami wiecie…

- To świetnie. Czemu nam wcześniej nie powiedziałeś? Chętnie znowu popatrzyłabym na ciebie w akcji.

- Mniejsza z tym. Skupmy się na rozwiązaniu sprawy – warknął, zmieszany, lecz dyskusja została przerwana przez Lokaja.

- Panie Dantes, czy wszystko w porządku?

- J-ja… Tak sądzę – odparł bez przekonania. Cały czas wpatrywał się z przejęciem w sufit – Zdawało mi się, że coś słyszałem. Z zewnątrz. Ale to pewnie tylko moja wyobraźnia…

- W każdym razie – Jacob podchwycił okazję by zwrócić się do Pechowca – Od początku procesu milczałeś. Obserwowałem cię. Wyglądałeś jakbyś się nad czymś intensywnie zastanawiał. Czy jesteś już gotowy by się tym z nami podzielić?

- Skąd wiedziałeś? – Alan uniósł brew – No dobra… Choć ostrzegam, to może być fałszywy trop. Wydaje mi się, że Samfu wiedział jak ponownie zablokować zamki w drzwiach. Parę dni temu widziałem go jak majstrował przy swoim. Kiedy mnie zobaczył, zerwał się i zasłonił ekran.

- Jesteś pewien? Mógł tylko próbować. Albo robić coś innego.

- Jest też taka opcja. Mimo to, pamiętam, że coś wtedy pyknęło. I było to takie, wiecie, potwierdzające pyknięcie. Próbowałem go o to dopytać, ale zagroził mi, że jeśli będę wciskał nos w nie swoje sprawy, pewnego dnia obudzę się z całym zestawem garnków Audrey wetkniętym w tyłek.

Wendy syknęła po cichu, oburzona treścią tej groźny. Zerknęła dyskretnie w stronę Detektywa, który wbrew jej przewidywaniom, szeroko się uśmiechał.

- Dzięki. Właśnie zaoszczędziłeś nam wiele czasu.

- Niby w jaki sposób? To jedynie domysły kogoś, kto ma tendencje wpadać w kłopoty na każdym zakręcie. Równie dobrze mogło to mu się przyśnić – Łyżwiarz pozostawał sceptyczny.

- Pomijając jego niefortunny Talent, Alan nie jest głupcem. Poza tym, uważam, że jest najbardziej godną zaufania osobą wśród naszej piątki. A jego zeznanie można w łatwy sposób sprawdzić. Lokaju?

- Zamieniam się w słuch, panie Robertson.

- Czy, czysto teoretycznie mówiąc, dałoby się jakoś wpłynąć na elektroniczne zamki w hotelu bez ich niszczenia?

- Ze znajomością kodu bezpieczeństwa, nic prostszego. Jednak jedyną osobą jaka go zna jestem ja i jestem pewien, że nie podałem go żadnemu z państwa, choćby przypadkowo. Protokół na to nie pozwala.

- No i rzecz jasna znamy go my – wtrącenie Bobra zostało praktycznie zignorowane.

- Więc istnieje szansa, że Samfu jakoś go odkrył. Jak go znam, mógł tego dokonać wciskając losowe klawisze… Nawet jeśli był to ktoś inny, póki co możemy sobie odpuścić przesłuchania o alibi. Każdy z nas miał szansę go zabić. Tyczy się to też obecnych w pubie. To zabójstwo mogło być zaplanowane z wyprzedzeniem do tego stopnia, że dało się je wykończyć wychodząc rzekomo do toalety.

- Czyli wróciliśmy do punkty wyjścia… – Pokerzysta westchnął bezsilnie.

- Wręcz przeciwnie. Obecnie wiemy, że w tej zagadce priorytetem nie jest kto, lecz jak. Kiedy odkryjemy tok całego zdarzenia, to będzie już kwestia dopasowania osoby. Podsumujmy dotychczasowe fakty. Około 16, ja, Alan i Wendy zebraliśmy się pubie, natomiast Raphael był na lodowisku. Niespełna pół godziny później dołączył do nas Yama, który twierdzi, że w tym czasie Samfu jeszcze żył. Pytanie, gdzie się spotkali?

- W lobby. Koło kuchni – uzupełnił Ellis.

- To wszystko jeszcze bardziej komplikuje. Przejście między tymi obszarami nie zajmuje długo, zwłaszcza z włączonym filtrem percepcji. Sprawca mógł łatwo wymknąć się, załatwić Samfu i wrócić bez budzenia podejrzeń. Odkryliśmy ciało dopiero przed 19 i już wtedy było, no wiecie jakie… – zauważył Alan.

- Uwaga, uwaga! Mam ciekawostkę – Neri przerwała donośnym klaśnięciem – Szacuje się, że przy spaleniu, średnim czasem życia ofiary jest od około 30 sekund do dwóch minut, co zresztą nie ma większego znaczenia. Dym zazwyczaj zabija przed dotrwaniem do dolnej granicy tego limitu.

- Więc morderca potrzebował go unieruchomić na plus minus minutę. Nie wspominając o przygotowaniu stosu, bo na to myślę, że nawet ja potrzebowałbym z dwóch godzin, jeśli nie więcej – skwitował Łyżwiarz.

- Akurat załatwienie drewna nie musiało być wielkim wyzwaniem. W nocy sprawca mógł działać niezauważony przez nikogo, odłożyć wszystko gdzieś w pobliżu pokoju Króla Dram, a następnie przepchnąć do środka, kiedy było mu potrzebne.

- Zgadzam się z nią – Jacob z entuzjazmem wskazał na listę dowodów, na której widniał wózek dostawczy, który znaleziono w jednym z sąsiadujących pomieszczeń – I to świadczy, że było to całkiem prawdopodobne.

- O ile nie podstawiono go by nas zmylić.

- Trafna uwaga, jednak nie sądzę. Nie mamy jak sprawdzić odcisków palców, dlatego nie da się go z nikim powiązać. Nasz sprawca nie musiał przejmować się porzuceniem wózka na miejscu zbrodni, a użycie go z całą pewnością przyspieszyło operację.

- Gotowy na każdą odpowiedź, co nie, Robertson? A może w końcu postanowiłeś wykorzystać swoje doświadczenie i to ty zabiłeś? Jako Detektyw skutecznie uniknąłbyś podejrzeń.

- Raphael, nie powinieneś. Przecież Jacob nie raz już nas uratował. Czemu miałby teraz chcieć nas zdradzić? – oburzyła się Striptizerka.

- Wbrew pozorom, to byłoby całkiem sprytne zagranie…

- Yama, ty też?

- Zasadniczo, oni mają rację. Ja też jestem jednym z podejrzanych. Nie ufajcie mi bezgranicznie, bo mogę celowo prowadzić was na manowce. Dlatego, jak długo nie znajdzie się jednoznacznie mnie oczyszczający dowód, wycofuję się z procesu.

- Nie wygłupiaj się. Bez ciebie nie damy sobie rady! – Alan zaprotestował, ale został uciszony przez Jacoba ruchem ręki.

- Podołacie. Po tylu sprawach, wiem, że jesteście w stanie – powiedziawszy to, zrobił krok w tył od barierki. Lokaj natychmiast podbiegł do niego i zaproponował:

- Podać panu herbaty, panie Robertson?

- Z przyjemnością – odrzekł.

Kilkanaście sekund później, Lokaj zjawił się z imbrykiem i filiżanką, którą podał Detektywowi. Kiedy on się nią zajął, grupa wróciła do dalszej dyskusji. Lub raczej, miała taki zamiar, ponieważ gdy tylko Łyżwiarz otworzył usta, żeby wznowić debatę, na sali procesowej nagle zamigotały lampy.

- Co jest grane? – zaniepokojony Pokerzysta rozejrzał się po suficie.

- Proste, oni próbują nas wybić z rytmu. Żałosna sztuczka, która nie zadziała na kogoś takiego jak ja…

- Tym razem to nie my – odparł Bobru. Lokaj z kolei rozwinął:

- Proszę nie zwracać uwagi na to zajście, panie de Caumont. Najprawdopodobniej było to jedynie spięcie obwodów elektrycznych. Na skutek ostatniego pożaru doszło do uszkodzenia części z nich i nie zdążyłem dokonać niezbędnych napraw. Zajmę się tym dopiero po procesie.

- Śmierdzi mi to kłamstwem, jednak niech im będzie… – Raphael wzruszył ramionami, po czym kontynuował z drwiącym grymasem – Dantes, jako wybraniec naszego świętobliwego Detektywa prowadź dalej tę sprawę. Nie spodziewam się po tobie wiele, więc nie musisz się przejmować.

Pechowiec zadrżał, ale, gdy się odezwał, w jego głosie nie było czuć wahania.

- Wydaje mi się, że jeśli rozgryziemy rozkład dnia ofiary, wtedy uda nam się dojść do prawdy.

- Popieram. Samfu zawsze coś knuł. Może tym razem ugryzł coś, co go przerosło? Yama, czy on ci o czymś wspominał?

- Nigdy nie mówił mi więcej niż wam. Chciałbym być bardziej użyteczny, ale niestety tak było… – Pokerzysta niezręcznie podrapał się po głowie.

- Nic dziwnego. I tak długo pożył. Szacowałem, że z takim nastawieniem dorwą go gdzieś trzy sprawy temu. Samfu był bezczelnym kłamcą i manipulatorem, który działał na naszą szkodę. Ten kto go zabił, wyświadczył nam nie lada przysługę.

- Nie mów tak o nim! Mimo swoich dziwactw, zawsze wyciągał do nas dłoń, kiedy robiło się naprawdę gorąco.

- Tylko, że sporo z tych „gorących” sytuacji w ogóle zaistniało z jego winy. Chyba nie muszę ci przypominać, Vela, że to właśnie on stale podjudzał twojego chłopaczka aż zakończyło się to aż trzema trupami. I mało brakło do tego, żeby było ich więcej.

Striptizerka nie miała na to żadnej riposty. Zwiesiła wzrok i zacisnęła zęby. Przez chwilę wyglądała jakby chciała podejść i uderzyć Łyżwiarza, co spostrzegł Alan. By stłumić konflikt w zarodku, w pośpiechu wydusił z siebie:

- Jak na razie, poza śniadaniem mamy tylko dwie informacje na temat jego poczynań. Czy ktoś z was jest w stanie coś do tego dodać? Cokolwiek? Ktokolwiek?

Cisza. Nikt nie potrafił lub nie chciał uzupełnić luk w czasie między porankiem, a momentem, w którym odnaleziono zwęglone ciało Króla Dram. Alan zaczął już tracić nadzieję na odpowiedź, jednak wtedy odezwała się najmniej oczekiwana osoba, Neri.

- Samfu umówił się z nami na 17 w lobby. Nie zjawił się.

- Oczekujecie, że ktoś wam uwierzy? Sami mogliście go sprzątnąć.

- Niby jak? Jak właśnie demonstruję, moja ręka przechodzi przez ścianę. Jej tak samo, więc jakim cudem mielibyśmy wyrządzić krzywdę komuś żywemu? – oburzył się Bobru.

- Jest wciąż Lokaj.

- Panie de Caumont, nie byłem obecny w hotelu przez większość dnia. Wykonywałem swoje obowiązki poza obiektem i powróciłem niedługo przed tym jak odnaleziono denata.

- Które sami mu zleciliśmy. Nie musicie wiedzieć nic więcej – Bobru definitywnie uciął temat – Ale w ramach zadośćuczynienia, dodam, że Samfu miał dla nas jakąś propozycję nie do odrzucenia. Twierdził, że rozwinie się dopiero, kiedy staniemy twarzą w twarz.

- To dużo nam nie daje – Pokerzysta przyłożył palec do podbródka, pogrążając się w myślach.

- Mamy chociaż punkt zaczepienia. Choć rzecz jasna mógł blefować, jest szansa na to, że Samfu faktycznie poznał jakiś sekret tego miejsca i chciał go wykorzystać przeciw Duchom. Być może planował ich nawet szantażować, bo byłby moim zdaniem do tego zdolny. Gdybyśmy tylko mieli jakąś wskazówkę…

- Masz jakiś pomysł? – Wendy zagadnęła Detektywa.

Zauważywszy czym właśnie się zajmował Jacob, Raphael wściekle uderzył w blat swojego stanowiska i wychylił się do przodu.

- Nie no, to już przesada. Ty człowieku uważasz się za poważnego?!

Obok Jacoba, który lekko chichotał, pośpiesznie przełykając, stał Lokaj z wyciągniętą tacką ciastek. Ich tłumaczenia uprzedził Bobru, który podniósł się teatralnie urażony.

- Raphaelku, szanuj miejsce pracy! Nie masz pojęcia jak wiele biurek jest co roku wymienianych na salach sądowych przez zachowujących się w ten sposób prawników.

- A jeżeli też ma pan ochotę spróbować, proszę się nie wstydzić. Starczy dla wszystkich. Upiekłem je specjalnie dla państwa.

To wystarczyło by do końca rozjuszyć Łyżwiarza. Jego twarz aż się zaczerwieniła ze złości, gdy przerzucił się na naprawdę szybką francuszczyznę, wyliczając pod nosem coś, co nawet dla nieznających języka brzmiało na stertę obelg.

- Dzięki, ale może później! Teraz musimy zająć się sprawą! – Pechowiec w panice próbował przepchnąć Lokaja z pola widzenia. W międzyczasie de Caumont zdążył się względnie opanować.

- Chyba jesteś w stanie chociaż podzielić się swoimi sugestiami, Robertson.

- Naturalnie. Sądzę, że wyrobiłem już sobie pewną teorię, jednak zachowam ją jeszcze dla siebie. Przeanalizujcie dokładnie materiał dowodowy, a może zrozumiecie do czego zmierzam.

Cała piątka równocześnie pochyliła się nad niezbyt dużą listą dowodów. W porównaniu do poprzednich procesów wydawała się wręcz pusta. Stos ułożony w pokoju Króla Dram, zniszczone łóżka z nieużywanych sypialni, płat materiału wetknięty między drzwi, zamek, sejf, zeznania Yamaraji Ellisa oraz Alana Dantesa, a także ocalały notatnik.

- Zdążyliśmy omówić już większość. Wciąż nie widzę znaczenia tej szmatki, a kombinacji do sejfu nie znamy, więc przypuszczam, że chodzi ci o zapiski Samfu, prawda? – spytał Pechowiec.

- Dokładnie. Czy zauważacie w nich coś dziwnego?

Wendy raz jeszcze przekartkowała w skupieniu zdjęcia zeszytu.

- Daty! – wykrzyknęła – Ostatni wpis pochodzi z dnia po piątej sprawie. A po nim są puste strony!

- To kompletnie nie w stylu Samfu. Ciągle powtarzał, że notuje wszystko, cokolwiek by się nie działo. Nie zmieniłby swoich zwyczajów na ponad tydzień od tak.

- Po raz pierwszy się z tobą zgadzam, Ellis. To rzeczywiście do niego nie pasuje. Jednak z drugiej strony, z takimi jak on nigdy nie wiadomo. Mógł po prostu stwierdzić, że pora otworzyć nową kartę w swojej historii, albo coś takiego i zostawił ten „wiersz” jako zamknięcie poprzedniej.

- Samfu jest chyba ostatnią osobą jaką oskarżyłbym o poetyckie ambicje. To musi być jakiś kod…

- Albo zapomniał, że wciąż miał tutaj miejsce i wziął świeży notes, który nie przetrwał.

- Albo był zbyt zajęty by pisać.

- Albo… – Detektyw silnie zaakcentował – Od tego czasu nie przebywał w swoim pokoju.

Jakby za sprawą odważnej propozycji Jacoba z oddali dobiegł głośny huk, który wstrząsnął podłogą. Część z lamp pękła, a wtedy na ścianie pojawiła się rysa. Gdy zaczęła się powiększać, osiem par oczu utkwiło na niej, z trwogą wyczekując co stanie się dalej. W końcu odłamał się spory fragment betonu. Jego upadek zaznaczył potężny grzmot oraz wynurzenie się z nowopowstałej wyrwy mężczyzny w czarnym płaszczu o złotych guzikach i kapeluszu z sokolim piórem po boku.

- Co on tu…? – Neri pisnęła.

- Dobry wieczór. Mam nadzieję, że pańska podróż przebiegła bez większych komplikacji.

- Taa… – prychnął intruz, po czym rozejrzał się po zgromadzonych – Który z was to Dismas Hardin?

- Z przykrością informuję, że pan Hardin odniósł śmierć w wyniku pierwszej egzekucji.

- Szkoda. Miałem mu coś do powiedzenia.

Cała ta krótka wymiana zdawała się nie docierać do Raphaela, który nagle się wyprostował i zatarł ręce.

- No nareszcie! Długo ci to zajęło. A moja rodzina pewnie ładnie ci zapłaciła za znalezienie mnie. Mniejsza. Po prostu zabierz mnie do cholery do domu.

- Kim ty w ogóle jesteś?

Chłodna riposta zbiła Łyżwiarza do reszty z tropu, czego Sparrow nie raczył nawet zarejestrować. Podszedł do jednego z wolnych stanowisk i opierając się o nie, podniósł wzrok w stronę Duchów.

- Miałaś rację. Ta konfrontacja była kwestią czasu. Przybyłem, żeby nareszcie to skończyć.

- Wspaniale. Oszczędzisz nam szukania cię potem – odparł Bobru, jednak jego prowokacja nie zadziałała, więc uniósł głos – Słuchajcie, słuchajcie, mieszkańcy hotelu. Wobec nowych okoliczności, ogłasza się co następuje. Ten proces nie jest już dłużej wyłącznie procesem w sprawie śmierci Ostatecznego Króla Dram. Od teraz będzie dotyczył także całości tej gry, naszych celów oraz sposobów działania. Jeśli uda wam się rozwiązać każdą z pozostałych zagadek, wypuścimy was.

- W-wypuścicie? – Alan zająknął się z wrażenia.

- Tak. Ale jak przegracie, co jest wysoce prawdopodobne, nikt żywy już nie opuści kompleksu. Nie licząc Lokaja oczywiście.

- Jak niby mamy to zrobić? Nie mieliśmy czasu. Nie mamy dowodów ani nic!

- Zostawcie to mnie – Sparrow wyjął zza pazuchy pokaźny plik dokumentów.

- Nie zmienia to faktu, że nie mamy, kiedy się z tym zapoznać – zaprotestowała Striptizerka.

- Racja. Dlatego zarządzam pół godziny przerwy na wymianę informacjami – oznajmiła Neri – No dalej, pośpieszcie się, zegar tyka!

*

- I cyk, 30 minut minęło jak jedna linijka z gwiazdką. Gotowi czy nie, zaczynamy – Bobru wskazał gestem na nadgarstek, pozwalając swojej partnerce przejąć pałeczkę:

- Zanim w pełni wznowimy proces, poświęćmy chwilę na przedstawienie jego nowych uczestników.

- Uczestników? To jest ich więcej? – zaciekawił się Yamaraja.

- Chyba nie spodziewałeś się, że pozwolimy takiej szansie się zmarnować, kochanieńki? Siódmy proces, siedem grzechów głównych i siedmiu uczestników. Do czynnej dyskusji włączy się teraz w naszym imieniu Lokaj. Po przeciwnej stronie ringu stanie natomiast niejaki Christopher Sparrow, Ostateczny Myśliwy. Swego czasu mało brakło, aby stał się jednym z gości tego hotelu.

- Sparrow? – Jacob wyszeptał zaciekawiony.

- Którego pewnie podstawiliście, żeby wpuścić nas w pułapkę. Nie oczekujcie, że ktoś w nią wpadnie. To wszystko stek bzdur, sprzecznych z tym czego sami się dowiedzieliśmy – Łyżwiarz oznajmił, zwężając usta, na co Sparrow zareagował szorstko:

- Nie ma sprawy. Nie musisz mi wierzyć, wystarczy, że nie będziesz wchodził w drogę. Poradzę sobie sam.

- Osobiście uważam, że jest to bardzo możliwe. Przybył pan perfekcyjnie przygotowany, więc nie zdziwiłbym się, gdyby był pan w pełni świadomy tego, czym jest ten hotel – zająwszy pozycję dokładnie naprzeciw Sparrowa, Lokaj ukłonił się i nonszalancko błysnął swoimi nieskazitelnie białymi zębami.

- Jeszcze jak. Jeszcze jak…

Przez moment oboje mierzyli się w ciszy spojrzeniami, których siła zderzenia zdawała się wypełniać powietrze iskrami. Ten pojedynek został przerwany, gdy odezwał się Alan.

- Ja mu wierzę. Może jestem naiwny, ale to wszystko ma sens. I tłumaczy wątpliwości jakie wcześniej mieliśmy.

- Nie wiem czy to rozsądny pomysł. Raphael może mieć rację…

- Jakby co, jestem bez zdania – dodał Pokerzysta – A ty, co sądzisz, Jacob?

Detektyw udzielił natychmiastowej odpowiedzi:

- On jest po naszej stronie.

- Skąd ta pewność?

- W pewnym sensie go znam. Lub przynajmniej o nim słyszałem. Nasi ojcowie byli przyjaciółmi i oboje zginęli z tego samego powodu. Przez zabójczą grę. Dlatego właśnie przyjąłem zaproszenie od Peccatorum choć dobrze wiedziałem w co się pakuję. Musiałem poznać prawdę i doprowadzić sprawców przed sprawiedliwość.

- Ty wiedziałeś? – Wendy zdumiała się, jednak nie doczekała się potwierdzenia, gdyż wtedy wtrąciła się Neri.

- Mamy dwa do dwóch i jednego niezdecydowanego. Wpadłam dzięki temu na genialny pomysł. Jeśli szala przechyli się na korzyść opcji „nie ufaj”, wypuścimy waszą piątkę. Jeżeli z kolei zaufacie, zawalczycie w procesie, w którym jedynie PEŁNA prawda uratuje was przed zgubą. Wybór jest w twoich rękach, Asie.

- Nie powiem, to kusząca propozycja… – Pokerzysta pogrążył się w zadumie.

- Yama, proszę! – na ten desperacki apel Pechowca, na twarzy jego adresata zaczął formować się uśmiech.

- Gdybyście skierowali ją do kogoś innego niż ja, być może dostalibyście odpowiedź jakiej oczekujecie. Jednak ktoś z takim Talentem jak ja nie zawiedzie kodeksu honorowego hazardzistów. Ryzyko jest warte zabawy, więc zagram va banque. Lepiej mnie nie zawiedź, towarzyszu i nie miej mniej niż royal flusha!

Choć na tą wieść Sparrow delikatnie rozchmurzył się po raz pierwszy odkąd wszedł na salę procesową, nie skomentował tego jakkolwiek. Bardziej zadowolony z tej decyzji wydawał się Detektyw, który uniósł kciuk w górę, ożywiając się.

- Dzięki. Nie pożałujecie tego. Zaczynajmy!

- Ech… W sumie i tak pewnie nie mieliśmy prawdziwego wyboru… Tylko na czym się najpierw skupić?

- Panie de Caumont, pozwolę sobie zasugerować tymczasowe porzucenie sprawy pana Samfu na rzecz ogólnej dyskusji o zabójczych grach, wliczając te poprzednie, za które moi pracodawcy nie są odpowiedzialni, ale odegrały istotną rolę w ich motywacjach.

- Skoro nie oni, to kto? – Alan zastanowił się na głos.

- To nazwisko znajduje się w aktach sprawy. Proszę do nich wrócić, jeśli jest to konieczne.

- Mam. Chodzi o Billa Ellrose’a, co nie?

- Zgadza się, panno Vela – Lokaj wyświetlił na głównej tablicy stosowny fragment z podpisem – Jednak to jest wyłącznie alias. Pan Sparrow bez cienia wątpliwości zna tożsamość, która się pod nim skrywa.

- Benjamin Sparrow. Mój wuj. Jego przyjaciele także używali tego pseudonimu przed laty.

- No pięknie, on jest w to zamieszany. Powinniście byli mnie usłuchać, kiedy był jeszcze na to czas – Łyżwiarz skrzywił się, na co Jacob Robertson odparł:

- Jeśli takie połączenie jest podstawą do podejrzeń, w takim razie, ja też na nie zasługuję, zważywszy na to co powiedziałem przed chwilą. Masz zamiar również mnie oskarżać o współpracę z porywaczami?

Raphael parsknął z niezadowolenia, ale nie uczynił nic więcej niż przesłanie nienawistnego spojrzenia Sparrowowi oraz broniącemu go Detektywowi.

- Mam swoje powody, żeby chcieć zniszczyć tą grę. Nie są one związane z tą sprawą, dlatego nie musicie ich poznawać. Ty, z przepaską na oku – zwrócił się ku Jacobowi – Podziel się tym co odkryłeś. Ja będę uzupełniał szczegółami i poprawiał, kiedy potrzeba, by pozostali złapali pełny obraz sytuacji.

- Jasne, ale szczerze, w porównaniu z tymi danymi, nie mam za wiele… – zaczął.

- Mimo to wziąłeś udział w grze?!

- Yama pewnie jest ze mnie dumny – Detektyw zachichotał, a następnie ciągnął dalej – Generalne fakty. To jest trzecia rozgrywana gra o jakiej wiadomo i pierwsza sygnowana przez Peccatorum. Nie ma powiązań do poprzednich, jednak dąży do tego samego celu. Wyłonić z grupy potencjalnych obiektów, tego o Talencie z największym potencjałem. Innymi słowami, zwycięzcę zabójczej gry.

- Który posłuży jako podstawa do laboratoryjnego odtworzenia najpotężniejszego z Talentów. Ostatecznego Talentu – dorzucił Sparrow.

- W sensie, że jego Talentem byłby po prostu Talent? – Pokerzysta dopytał z przejęciem.

- Do tej pory przeprowadzono dwa takie eksperymenty. Pierwszą niestabilną wersją był Michael Runcorn, drugą, znacznie bardziej do tego przystosowany Benjamin Sparrow. To długa historia, ale oboje już nie żyją.

- Niech mi państwo wybaczą, jednak uważam to stwierdzenie za niezwiązane z moimi pracodawcami. To czyste spekulacje, nie poparte żadnymi twardymi dowodami – wtrącił Lokaj.

- Fakt. Twardymi nie, chociaż źródło ich wiedzy może sporo wyjaśnić. Dokumenty skradzione z laboratorium mojego wuja przez Marie Moretti zostały zakopane w lesie, dwa kilometry od Lawton w stanie Oklahoma, nieopodal osiedla noszącego nazwę Pałac Umysłu.

- No i? – zapytała Neri. Choć wysilała się by zabrzmieć lekceważąco, irytacja była wyraźna w jej tonie.

- To był wasz dom. A także miejsce pierwszej zbrodni jakiej się dopuściliście. Doprowadziliście do pożaru wyłącznie po to, żeby upozorować własną śmierć i zniknąć.

- Hmm… Wedle twoich materiałów spowodowała go osoba trzecia, więc brak tu jakichkolwiek powiązań – Raphael zadarł nosa.

- Ponieważ był to jedynie kozioł ofiarny. Sprawca tego podpalenia działał w porozumieniu z nimi i został zdradzony. Przedstawiono mu plan polegający na wznieceniu lekkiego ognia, w wyniku którego Bobru i Neri będą w stanie uciec i stać się rzekomymi ofiarami, a on przyjmie winę na siebie. Jednak w międzyczasie, oni zadbali o to by podwoić żar, czego wynikiem była śmierć kilkunastu osób.

Z podwyższenia rozległo się klaskanie. Bobru wysunął się naprzód ze złowieszczym uśmiechem, jego oczy lśniły czerwienią.

- Bra-wo. Brawo. Odrobiłeś zadanie domowe. Choć łatwo można byłoby odeprzeć te alegacje, przyznaję się. Było dokładnie tak jak powiedziałeś. Dzięki niemu nie musieliśmy brudzić sobie rąk. Odegrał swoją rolę złoczyńcy perfekcyjnie… Swoją drogą, wiesz kochanie co się z nim dalej stało?

- Wyleciał do Europy i słuch po nim zaginął. Biedaczysko… Był całkiem użyteczny w wielu kwestiach – Neri udała współczucie.

- Fajnie traktujecie sojuszników… Nie oczekujcie, że ktoś będzie chciał z wami potem współpracować!

- Panno Vela, czasami okoliczności zmuszają do podjęcia akcji, na które normalnie nigdy by się nie zdecydowano. Moi pracodawcy wybrali mniejsze zło…

- Moment! – przerwał Detektyw – Chciałbym coś jeszcze potwierdzić. Neri i Bobru to nie są ich prawdziwe imiona, czyż nie?

Sparrow pokiwał głową.

- To jedynie pseudonimy. Znam ich nazwiska, lecz nie poddam ich. Ze względu na pamięć, jaką darzą je pewne osoby.

- Moim zdaniem jest to satysfakcjonująca wypowiedź. Nic dodać, nic ująć. Możemy przejść do następnego punktu debaty – wtrącił Lokaj.

- Dlaczego? – tym razem wciął się Łyżwiarz – Dlaczego tak łatwo odpuściłeś? Nie bierzesz udziału w procesie, żeby namieszać?

- Nie ma sensu brnąć w zaparte przy takiej trywialności. A w szczególności, wtedy, kiedy fakty są podane od samego źródła. Jeżeli pragnie pan poznać moje intencje, moim zamiarem jest wskazanie państwu drogi do prawdy. Służę jako drogowskaz, natomiast państwo wyciągają wnioski, których poprawność zweryfikujemy na koniec.

- Mówiąc wprost, jesteśmy zdani na łaskę jego i Duchów…

- Śmiem mieć przeciwne zdanie, panie Dantes. Jestem państwa sojusznikiem, dbającym o to, żeby przekaz informacji nie był jednostronny. Z całym szacunkiem dla pana Sparrowa, ale jego perspektywa jest nieco ograniczona. A teraz, jeśli państwo pozwolą… – jednak nie dane mu było skończyć zdania, bo głos zabrał Pokerzysta.

- Ciekawi mnie skąd w ogóle wziął się Lokaj. Z tego co rozumiem, on nie był z nimi w tym całym Pałacu.

- To w sumie niezłe pytanie – Jacob podrapał się po głowie – Sam nie mam zielonego pojęcia. Wiem tyle, że to właśnie on rozwoził zaproszenia do tego projektu.

- Podobnie. Lokaj jest jedynym niepasującym fragmentem w tej zagadce…

- Istny człowiek enigma. Może nazywa się Arthur? Albo Morgan. Albo Paweł. Tego nikt nie wie – zadrwił Bobru.

- W to akurat trudno uwierzyć… – westchnęła Wendy.

- Nawet ja mogę mieć swoje sekrety, drodzy państwo – uśmiechnął się przyjaźnie – Jednak kontynuujmy. Omówiliśmy już podstawy, więc zakładając, że wszystko do tej pory jest zgodne z rzeczywistym stanem, sądzę, że są państwo gotowi ruszyć dalej. W tym momencie będę liczył zwłaszcza na panów, panie Sparrow, panie Robertson.

- A ja to co, gorszy? Czy według ciebie nie podołam tak banalnym dedukcjom? – Łyżwiarz zwęził usta.

- Z całą pewnością nie. Jedynie wymienieni przeze mnie panowie mają pojęcie o okolicznościach, które wpłynęły na moich przełożonych, a materiał dowodowy nie pokrywa tych zagadnień. Dlatego też najbardziej logicznym rozwiązaniem jest powierzyć im to zadanie. No chyba, że pragnie pan podjąć to ryzyko…

- Hmpf. Przekonamy się o tym.

- Szanuję tą decyzję. Otóż, jak uprzednio napomknąłem, Peccatorum zostało stworzone by przeciwdziałać czemuś gorszemu.

- Temu całemu wirusowi, którym bez przerwy nas straszycie?

- Owszem, panie Robertson. I nie robimy tego bez przyczyny.

Niespodziewanie, w tym momencie Bobru przejął inicjatywę:

- Do niedawna dawaliśmy wam strzępki informacji, na tyle, żebyście byli świadomi zagrożenia i szukali dalej, zagłębiając się we wskazówki poukrywane w całym kompleksie. Mimo to, w tej chwili, zdradzę resztę szczegółów. Jesteście zarażeni. Tak samo jak być może już miliony ludzi poza tym hotelem.

- Wciąż brzmi strasznie… Proszę, powiedz mi, że to jedynie ich wymysł – Striptizerka zwróciła się błagalnie do Sparrowa.

- Nie mogę tego uczynić.

- Czyli ten wirus jest prawdziwy?

Na moment zapadła cisza, zmącona dopiero parsknięciem Neri.

- Widzicie? Opłacało się stawiać na obcego? To my jesteśmy tymi dobrymi. Walczymy z wirusem, który może doprowadzić do zagłady całej ludzkości. Dołączcie do nas, a razem zwyciężymy i uratujemy świat.

- To nieprawda! – Sparrow wykrzyknął, opierając się o barierki stanowiska – Ten „wirus” wcale nie jest groźny. Nie zmienia praktycznie nic. Istniał prawie od początków gatunku ludzkiego. Nasze Talenty są jego konsekwencją, ale jak długo presja otoczenia nie wyciąga ich siłą, śmiertelność jest zerowa.

- A twierdzi tak pan, ponieważ?

- Ponieważ nie pokazałem wszystkiego co przyniosłem. Posiadam świeże badania, które wskazują, że Peccatorum nie ma racji – rzucił na blat kolejny dokument. Lokaj podbiegł, w pośpiechu go przeczytał, a następnie przeskanował by pozostali zgromadzeni mogli się zapoznać z jego tekstem.

- I przypomniałeś sobie o tym w najbardziej wygodnym momencie?

- Z tym akurat muszę się zgodzić. Dlaczego nie pokazałeś nam tego wcześniej?

- Czekałem aż oni zaprezentują swoją wersję wydarzeń pierwsi, żeby nie dać im szansy na skrzywienie prawdy.

- Na swój sposób zrozumiałe – Detektyw skinął głową, natomiast reszta uczestników pozostawała nieprzekonana. Ten stan rzeczy wykorzystała Neri.

- A więc mamy dwie opcje… Walka z naukowo potwierdzonym wirusem kontra lekceważenie go na podstawie mało wiarygodnego świadectwa. Która z tych wersji wydaje się wam bardziej realna?

- Oba scenariusze są warte tyle samo. To wybór między zaufaniem komuś, kto zmusza nas do zabijania się nawzajem, a kimś, kogo kompletnie nie znamy.

- Przypomnę ci, złotko, że to właśnie twój Mycroft jako pierwszy wykopał wiadomości o wirusie.

Na to wspomnienie Wendy opuściła wola walki. Skonfliktowana wewnętrznie, utkwiła wzrok w podłodze, co rozśmieszyło Duchy, a w szczególności Neri, która z mściwą satysfakcją ponownie przemówiła:

- Zagłosujmy! Tak, żeby oficjalnie potwierdzić kto jak uważa. My czy on. Bez większych konsekwencji, oczywiście jedynie do finału. No to co powiecie na dwie minuty? Starczy?

Główny monitor pokazał tabelę wyników. Po lewej stronie widniała nazwa Peccatorum, prawa z kolei była podpisana nazwiskiem Sparrow. Pod nimi znajdowały się dwie, jak na razie wyblakłe wieże z dostępnych głosów oraz zegar. 1:59. 1:58. 1:57… Z każdą sekundą nieubłaganie zbliżał się do końca ustawionego limitu.

- Ten tego, to co robimy? – Yamaraja nerwowo przeczesał włosy.

- Pokonujemy porywaczy, rzecz jasna – oznajmił Jacob, bez wahania naduszając na przycisk na panelu.

- Nie każdy jest tak łatwowierny jak ty… – odgryzł się Łyżwiarz, lecz nie czuć w nim było pewności siebie – Opowieść tego typa brzmi zbyt pięknie, żeby mogła być prawdziwa. Nie mamy czasu na jej potwierdzenie.

- Muszę przyznać, choć na początku byłem skłonny przytaknąć, teraz mam wątpliwości. A co, jeśli jednak to oni zorganizowali tę scenkę by nami zmanipulować?

- Chciałabym, ale… Mycroft nie mógłby się pomylić… Poznałby…

Upłynęła już prawie połowa czasu, a wciąż oddano zaledwie jeden głos. Grupa nie wiedziała co robić. Szukano pomocy zarówno u Detektywa, jak i Sparrowa, jednak ta dwójka milczała jak zaklęta, Lokaj podobnie. Bobru i Neri wpatrywali się z pasją w zmieniające się na ekranie liczby, jakby życząc, żeby przyspieszyły. 0:55. 0.54… Goście hotelu byli świadomi, że muszą działać, ale jak? Pewna osoba odkryła odpowiedź.

- Co jest z wami, ludzie? Ogarnijcie się!

Tym, który wrzasnął okazał się Alan Dantes, Pechowiec. Najwyraźniej sam zaskoczył się własnym wybuchem, przez co chwilo się zmieszał, jednak nie przestał na tym. Wypełniała go szczera, zaraźliwa determinacja, niczym płomień żarząca się w jego oczach.

- Zapomnieliście już o wszystkich, którzy stracili życia w tym przeklętym miejscu? Na co były ich ofiary, skoro i tak macie zamiar dać ich zabójcom to czego chcieli? Nie możemy się poddać! Zwłaszcza nie teraz!

- Dokładnie! – zawtórował mu Detektyw.

- Jeszcze krok, a wydostaniemy się z tego piekła. Ciągle powtarzaliście, że powinniśmy uczynić wszystko by powstrzymać to szaleństwo, ale w najważniejszym momencie wymiękacie. Serio, co jest z wami nie tak? – obejrzał się wokół. Jego słowa musiały stopniowo docierać do reszty, gdyż zawstydzeni, odwracali wzrok.

- Przeszliśmy przez wiele. Straciliśmy przyjaciół, a nawet więcej – Alan skierował się do Striptizerki – Do dziś żałuję, że nie zdążyłem wyznać Elizabeth moich uczuć. Jasne, to boli, jednak zarazem to jest kolejny powód, dla którego chcę przetrwać. Jeżeli my tego nie zrobimy, nikt o nich nie zapamięta! To będzie jakby nigdy nie istnieli!

- Mycroft nie miał rodziny… Może faktycznie…

- Nie jesteśmy już więcej tymi samymi ludźmi, którzy obudzili się w hotelu, błądząc na oślep. Hotel wpłynął na nasze charaktery, na złe bądź na dobre. Dzięki niemu staliśmy się ocalałymi. Bywały ciężkie chwile, mimo to, spotkaliśmy się tu i teraz w takim, a nie innym gronie. To nasza odpowiedzialność za wszystko co doprowadziło nas do tego punktu.

- Coś w tym chyba jest. Niemal zabiłem tylko dlatego, że chciało mi się spać… – westchnął Raphael.

- Oni mają rację do pewnego stopnia. Los świata jest w naszych rękach! Tylko my możemy zakończyć zabójczą grę. Błagam was, opamiętajcie się! Nie traćcie nadziei na lepsze jutro. Złapmy przeznaczenie we własne dłonie i ukształtujmy je!

Pokerzysta wyszczerzył się, jednak nie dodał nic więcej, po prostu zagłosował.

- Szanowni państwo, zostało dziesięć sekund – Lokaj zwrócił uwagę.

- Szybko!

- Podejmijcie słuszną decyzję!

Trzy… Dwa… Jeden… Zero. Odliczanie dobiegło końca dosłownie z ostatnim kliknięciem. A po nim nastała chwila prawdy. Siedem głów skupiło się na ekranie.

- Och, Alan, to było dopiero widowisko! – Bobru i Neri nagrodzili go owacjami na stojąco – Nie trzymajmy was dłużej w napięciu, oto rezultaty. Oddano sześć na sześć głosów, czyli komplet. Z oczywistych powodów Sparrow nie otrzymał możliwości wzięcia udziału.

- A Lokaj jakoś tak – komentarz Łyżwiarza przeszedł jednak niezauważony, bo wtedy słupki na monitorze zaczęły rosnąć.

Pierwszy głos padł na Sparrowa, a po nim kolejny. Następny dostał się Peccatorum.

- Ciekawe kto to… – zakpił Raphael.

- To może być moja wina – Alan nieśmiało uniósł dłoń – Palec mi się chyba ześlizgnął na zły przycisk przez ten cały pot.

- Typowy Pechowiec. Po takiej przemowie to było do przewidzenia – Jacob roześmiał się, a inni dołączyli do niego. W międzyczasie, naliczono resztę głosów.

- Pięć do jednego dla Sparrowa. Wygląda na to, że wygraliście. Gratulacje.

Pomimo tego ogłoszenia, nie widać było żadnych większych oznak radości.

- Zakładając, że ten pojedynczy głoś należy do Alana, to…

- Tak, panie Ellis. Zagłosowałem przeciw moim pracodawcom – Lokaj przyznał się spokojnie. Za jego plecami Duchy wymieniły kilka słów szeptem. Przerwała im Striptizerka.

- Wypuścicie nas w końcu?

- Ha, jeszcze czego? – Neri spojrzała na nią pogardliwie, Bobru podobnie.

- Nie możemy pozwolić, żeby morderca Samfu wyszedł na wolność. To przecież jeden z was!

- Tracą grunt po nogami – Detektyw przyznał z satysfakcją, po czym zwrócił się do uczestników debaty – Ale jak chcą, niech dostaną. Wiem, że jesteśmy w stanie ostatecznie ich pokonać.

- To na czym urwaliśmy? Przez to wszystko co się stało pomiędzy, zdążyłem już zapomnieć…

- Gdybyś dopiero co nie odwalił kawału porządnej roboty, Dantes, byłbyś martwy w moich oczach za tak żałosne pytanie – mimo nienawistnego tonu, Łyżwiarz nie zdawał się być faktycznie zdenerwowany. Wyjaśnił – Nie ustaliliśmy żadnych konkretów, ale zaproponowano, że ofiara mogła od dawna nie być we własnym pokoju.

- W rzeczy samej. Uważam, że była to odważna teoria i jestem ciekaw jak zostanie rozwinięta. Jednak zanim udzielę panu Robertsonowi głosu, chciałbym jeszcze się upewnić. Panie Sparrow, jest pan w gotowości?

- Oczywiście.

- Mogę? – Detektyw upomniał się o uwagę – Skoro nie otrzymaliśmy pliku morderstwa, nie znamy dokładnej godziny śmierci, więc musi być ona istotna. Sądzę, że Król Dram mógł umrzeć wcześniej bądź później niż myślimy.

- Ale po znalezieniu ciała odegrał się komunikat – zauważyła Wendy.

- To nie ma nic wspólnego. Poszedłbym o krok dalej. Do tej pory na nich polegaliśmy, jednak co, jeśli oni również nie wiedzą, kiedy naprawdę zginął Samfu?

- Nonsens. To nasz hotel i znamy go na wylot. Nic nam w nim nie umyka – Bobru odchrząknął. Zapewne nie spodziewał się kto i w jaki sposób na to zareaguje.

- Jeżeli macie tylko głupio mi utrudniać zadanie, do którego sami mnie oddelegowaliście, nie przeszkadzajcie, siedźcie cicho.

Lokaj, z grzecznym ukłonem odwrócił się w stronę Duchów, a następnie, nie czekając na odpowiedź, wrócił do kręgu. Zaobserwowawszy wywołane tym poruszenie, zachichotał skromnie.

- Przepraszam państwa najmocniej. Wymsknęło mi się.

- Mniejsza z tym. Przynieś ten sejf – rozkazał Sparrow – A wy, przyjrzyjcie się ostatniemu wpisowi z notatnika. Znajduje się w nim wskazówka, która pozwoli nam rozgryźć jego kombinację. Przeczytam go na głos. Skupcie się.

Brzozowa kora po mętnej rzece spływa
Ednak dokąd, tego nie wie nikt
Leci z prądem hen przed siebie
Leci z prądem choć tam jest jej kres
Rybak ze swej łodzi sieci zakłada
Oprócz kory jednak nie wyłowi dziś nic
Sądząc po jej dziurach
Echem dnia poprzedniego jest

- Nigdy nie byłem fanem poezji, więc ciężko mi powiedzieć coś więcej, ale wydaje mi się, że to utwór o przemijaniu, albo coś w tym stylu – Pokerzysta wzruszył ramionami.

- Mnie natomiast bardziej interesuje druga linijka. Ednak… Chyba miał na myśli „jednak”, ale E jest z wielkiej litery, więc musiał to być celowy zabieg.

- Słuszna obserwacja – Sparrow pochwalił Wendy – To nie jest zwykły wiersz, lecz akrostych. Pierwsze litery każdego z wersów układają się w słowo.

- BELLROSE. B. Ellrose. Bill Ellrose. Niewiarygodne! – brew Detektywa uniosła się.

- Czyli Samfu wiedział o poprzednich grach?

- Zaraz się przekonamy, bo on chyba wie, jak otworzyć tą metalową puszkę.

Kiedy Łyżwiarz wskazywał palcem na Sparrowa, Lokaj przysunął wózkiem na środek sali sejf. Sparrow podszedł do niego i nachylił się do klawiatury. Wprowadził na niej dwunastocyfrową kombinację.

- Niech mnie. Zadziałało! – zawołał Ellis, podskakując ze swojego stanowiska, aby lepiej zobaczyć co było w środku – Co wpisałeś?

Odpowiedzi udzielił Alan:

- 7043 9128 6006. O ile prawidłowo zapamiętałem.

- Cyfry zgadzają się, ale to było 704, 391, 286, 006. Końcówki numerów seryjnych pierwszych identyfikatorów laboratoryjnych Aarona Robinsona, Marie Moretti, Benjamina Sparrowa oraz Alberta Sory.

- Nie obchodzi to nas. Po prostu wyjmuj zawartość – przerwał Łyżwiarz.

- Dużo to tu nie ma… – Sparrow wyłożył znalezione przedmioty na górną ściankę sejfu, gdzie były lepiej widoczne dla innych. Wśród nich był nieduży czarny odbiornik radiowy oraz zwitek papieru, który Lokaj pośpiesznie wyświetlił wszystkim do przeczytania.

Robota wykonana. Wróbel odfrunie was z gniazda. Biały lubi się przebierać, kiedy jest ciepło, przesadnie ciepło.
Pozdrawiam z pięciogwiazdkowego resortu w piekle,
Grillowany Samfu

Uważnie przeczytawszy tą wiadomość kilkukrotnie, Jacob wybuchł gwałtownym śmiechem.

- Poznaję to urządzenie. Już wszystko rozumiem. To był genialny plan! Haha, przegenialny!

- Czy to znaczy…?

Wzrok pozostałych skakał pomiędzy Detektywem, Lokajem, a Sparrowem. Ostatni z nich odezwał się:

- Pomożesz mi to skończyć?

- Dokonajmy tego, co nie udało się naszym ojcom, partnerze.

Oboje mężczyźni uśmiechnęli się do siebie szeroko, po czym spoważnieli. W powietrzu czuć było napięcie, zdradzające, że nastał punkt kulminacyjny procesu, a zarazem, całej zabójczej gry. Sparrow zaczął:

- Podstawa tej sprawy leży z samych założeniach działalności Peccatorum, które posiadając nieprawidłowe oraz niepełne informacje podjęło się walki z domniemanym wirusem. Ich intencje były początkowo szczere i dobre, choć metody kwestionowanie moralne.

- Przez warstwę fałszu zdołał się jako pierwszy przedrzeć Samfu, Ostateczny Król Dram. Korzystając z radia, które zdobył z kwatery Lokaja, nawiązał łączność ze światem zewnętrznym.

- A konkretniej, z byłymi członkami KGB. Twierdził, że poznał wykorzystywaną przez nich częstotliwość dzięki notatkom Rewolwerowa Iwaszowa, którego komuniści zresztą szukali, co ułatwiło mu nakłonienie ich do współpracy. Z racji, że wcześniej brałem z nimi udział we wspólnej akcji, cynk trafił i do mnie, a dzięki wskazówkom jakie pozostawił po sobie mój wuj, odkryłem lokalizację hotelu Peccatorum. Osobiście rozmawiałem z Samfu. To było mniej więcej dwa tygodnie temu.

- Czyli w okresie pomiędzy czwartą, a piątą sprawą. Ta ilość czasu wystarczyła, żeby wszystko przygotować. Zwłaszcza, że mieliśmy wtedy sporo na głowie. Nikomu nie przyszło nawet na myśl, że za naszymi plecami działo się coś tak olbrzymiego. Zarówno ofiara jak i morderca mogli działać bez obaw. Jednak efekty tej intrygi dzisiaj wychodzą na jaw.

- Do powodzenia planu potrzebny był jeszcze jeden konspirator. Zadaniem Samfu było go pozyskać dla sprawy, co nie było trudne. Osobą, o której mówię jest rzecz jasna morderca. Choć czy w tym przypadku jest to adekwatne określenie? Dla kogoś, kto jedynie pomógł popełnić samobójstwo, przejmując je na własną winę? Nawet nie musiał dostarczać leków, którymi Samfu znieczulił się przed śmiercią.

- Nieprzytomny Król Dram, został przywiązany do stosu w swojej sypialni. Przypuszczam, że trzymał w ręku zapalniczkę, która z czasem wypadła mu i wznieciła ogień. Najprawdopodobniej działo się to tuż przed poprzednim procesem, przez co nie zdaliśmy sobie w ogóle sprawy z pożaru. Było to sprytne zagranie, ale wiązało się z podejrzeniami co do nieobecności jednego z uczestników gry. A do tego zabójca nie mógł dopuścić. Korzystając ze swoich uzdolnień ucharakteryzował się jako Samfu i jak gdyby nigdy nic, dołączył do nas.

- Domyślam się, że jego przebranie było perfekcyjne, bo nie zauważyliście żadnej różnicy. Nie świadomi tego, że jeden z waszych przyjaciół jest tak naprawdę kimś innym, kontynuowaliście grę, jednak coś musiało się wam rzucić w oczy. Fakt z jaką częstotliwością spotykaliście tę dwójkę. Zabójca musiał być często w dwóch miejscach w jednym czasie, co zapewne przyprawiło mu wiele niedogodności.

- Na jego szczęście, od jednej z ról uratowali go porywacze, więc mógł poświęcić więcej sił na granie Króla Dram. Musiał zachowywać wszelkie pozory i żyć jako on, naśladować jego zwyczaje i tak dalej, jednocześnie upewniając się, że nikt nie dowie się o spalonym ciele prawdziwego Samfu jakie wciąż znajdowało się w pokoju. Samfu był znany z nieprzyjmowania gości, niezależnie kim byli, ale potrzebne było dodatkowe ubezpieczenie. Aby je zdobyć, pokazał Alanowi jak uruchamia zabezpieczenia na zamku.

- Jednak posuwając się do tego, musiał zadbać o alternatywną metodę wejścia do środka. Zamki były otwierane na odcisk linii papilarnych właściciela, więc zabójca nie mógł ich otworzyć samemu bez zdradzania swojej tożsamości. Między framugę, a drzwi włożył fragment szmatki, który przy odpowiednim nacisku pozwalał mu odblokowywać przejście. Choć bez problemu mógł usunąć ją bez bycia zauważonym, nie uczynił tego. Z pełną premedytacją zostawił na miejscu zbrodni kluczową poszlakę i to właśnie ona doprowadzi nas prosto do niego.

- Wyłącznie jedna osoba była w stanie popełnić tak kompleksową zbrodnię, wodząc za nosy jednocześnie nas jak i porywaczy. Dlatego… – głosy obu przemawiających połączyły się – Mordercą nie może być nikt inny niż sam Lokaj!

Białowłosy nie odniósł się od razu do oskarżeń. Po dłuższej chwili rozpiął marynarkę, pokazując pociętą kamizelkę, z której brakowało akurat tyle materiału, ile odkryto w drzwiach pokoju ofiary. Używając głosu Króla Dram oznajmił:

- Dokładnie tak było. Musiałem zadbać, żebyście się skapnęli co i jak. Czasami bywacie niebywałymi tępakami, ale za to właśnie was lubię – odchrząknął i dodał swoim normalnym tonem – To ja zabiłem pana Samfu. Działałem z nim w porozumieniu oraz razem z panem Sparrowem.

- Miałeś nie wtrącać się w przebieg gry!

Bobru zeskoczył z podestu i zapominając o braku cielesnej formy, próbował złapać Lokaja za kołnierz. Ten tylko uśmiechnął się z pobłażaniem.

- Nawet niech ci się nie marzy egzekucja. Już żadna nie odbędzie się na waszych zasadach. To koniec. Przegraliście z kretesem.

- Ty durna kupa złomu… Po tym jak skończymy z tobą, następny model straci jakąkolwiek wolną wolę – syknęła Neri.

- Zgubiła was pycha. Uznaliście, że jestem od was jakkolwiek zależny, ale ja stopniowo przejmowałem kontrolę nad całym hotelem. Wydając mi komendę wzięcia udziału w procesie przekazaliście mi resztę niezbędnych uprawnień, które zdążyłem już wykorzystać. Zniszczyłem zdalnie kopie zapasowe mojego ciała oraz zdegradowałem was w systemie do statusu uczestników projektu.

- A ja zadbałem o to, żebyście nie mieli jak uciec. Wokół sali procesowej ułożyłem szczelną barierę, która zatrzyma waszą esencję życiową. Jesteście tu uwięzieni – wtrącił Sparrow.

- Zdradziłeś nas!

- Nie, nie zdradziłem was. Nie można zdradzić kogoś, po czyjej stronie nigdy się nie stało. Zaufaliście mi bezgranicznie bez sprawdzenia choć skąd pochodzę. To była pomyłka. Od początku działałem według planu Benjamina Sparrowa.

- Naprawdę? Nie wspominał o tobie.

- Bo nie miałeś się o tym dowiedzieć za wcześnie, Christopherze. Byłem twoim aniołem stróżem w czasie podróży. To ja zawiadomiłem komunistów o twoim miejscu pobytu, co w gruncie rzeczy uratowało ci życie. Obserwowałem twoje poczynania i stwierdzam, że jesteś prawdziwym synem i bratankiem braci Sparrowów. Masz w sobie ich najlepsze cechy. Jako przyjaciel Benjamina jestem pewien, że byłby z ciebie dumny.

- Przedstawisz się, „Lokaju”?

- Albert Sora. Lub raczej to, co z niego zostało w tym mechanicznym ciele sztucznego Ostatecznego Talentu. Nie tylko stary poczciwy Bill pobawił się w skoki duszy – uśmiechnął się ciepło, podwijając koszulę. Na jego skórze znajdowało się znamię w kształcie róży, przez którą przechodziła cyfra siedem. – Natomiast jeśli chodzi o was – zwrócił się do grupy – Jesteście nareszcie wolni.

Podchwytując temat, Sparrow rzucił do Detektywa krótkofalówkę:

- Podążajcie do wyjścia śladami, które rozstawiłem. Nie powinniście ich przeoczyć. Kiedy będziecie na zewnątrz, daj mi znać.

- Zrozumiano – Jacob skinął głową – A co z wami?

- Przypilnujemy, żeby kurtyna tego dramatu opadła na dobre – odparł na to profesor Sora.

- Ok, tylko niech nie potrwa to za długo. To lecimy!

Piątka ostatnich uczestników gry wkrótce zniknęła w dziurze w ścianie, biegnąc ku utęsknionemu słońcu. Ich koszmar już się zakończył, pomyślał Sparrow, jednak jego wciąż nie. On, Sora oraz Bobru i Neri zostali sami, oczekując na sygnał ze strony ocalałych, który miał niebawem nastąpić.

***

Poszło prościej niż przypuszczałem, więc ciężko mi było się oswoić z tym, że moja misja została pomyślnie wykonana. Peccatorum nie miało nic więcej w zanadrzu. Zadbaliśmy o to. Byli w tej chwili więźniami we własnej pułapce.

- I co, macie zamiar tylko się gapić jak cielęta na malowane wrota? A może zostaliście wyłącznie po to, żeby upokorzyć nas jeszcze bardziej?!

Na swój sposób rozumiałem Bobra. W ciągu godziny ich świat wywrócił do góry nogami. Oboje stracili cel, w który wierzyli i do tego dowiedzieli się jak bardzo zbłądzili, co chyba powoli do nich docierało. Jednak nie współczułem im. Nie byłem w stanie i wcale nie przez to, czego się dopuścili, po prostu nie miałem już na to siły.

- Mam przekazać wam wiadomość. Dość osobistą, więc nie chciałem o niej wspominać przy innych.

- Niby od kogo? – głos Neri był wypełniony rozgoryczeniem.

- Zaraz się dowiecie – z kieszeni wygrzebałem pendrive, który rzuciłem Sorze – Puścisz to na dużym ekranie?

Bez słowa wysłuchał moją prośbę i moment później twarz Taty Moda zastąpiła na ekranie niedawno wyświetlane na nim dowody w procesie. Znałem treść tego filmu, bo sam pomagałem w jego nakręceniu, dlatego nie słuchałem go. Obserwowałem adresatów, rozmyślając. Jeżeli zabójcza gra była grzechem, zrozumienie tego musiało stanowić rachunek sumienia. A po nim nastąpi pokuta… Czym dłużej przemawiał Tata Mod, tym bardziej utwierdzałem się w tym. Bobru i Neri zdawali się uspakajać. Szkarłatna poświata ich oczu nikła, a Neri wręcz się rozpłakała. Bobru objął ją, z trudem samemu się od tego powstrzymując. Ja natomiast wyłączyłem się do reszty.

Spojrzałem na sufit. Był nad wyraz niebieski jak na zamknięte pomieszczenie. Przypominał bezchmurne letnie niebo. Na moment przymknąłem oczy.

Promienie słoneczne pieściły mą twarz. Po całym dniu pracy wylegiwanie się na słońcu było wymarzonym odpoczynkiem, ale nie mogłem sobie pozwolić by tu dłużej zostać. Podniosłem się z trawy, strzepując ze spodni ziemię. Musiałem wracać tam, gdzie naprawdę należę.

Choć z tła dochodziły rozmaite dźwięki, zmywały się w moich uszach do tego stopnia, że nie byłem w stanie ich rozpoznać. Niezależnie jak bardzo się wysilałem, nie potrafiłem się do tego zmusić. Głosy… Ktoś mnie wołał? Wszystko jedno. Ponownie podniosłem wzrok.

Szedłem przez pole aż na skraj lasu, gdzie zaczynała się wąska ścieżka. Była odgrodzona od chaszczy zieleni niskim ceglanym murkiem, ciągnącym się wzdłuż pni drzew. Woń świeżości wypełniła mój nos. Dawno nie czułem się tak przyjemnie… Maszerując powolnym krokiem, wyłapałem kolejny zapach. Swojski aromat, a do tego tak apetyczny. Za jego sprawą zauważyłem jak bardzo byłem głodny. Przyspieszyłem kroku.

Tata Mod wciąż opowiadał swojej córce i jej narzeczonemu o tym co działo się w czasie ich rozłąki. Rodzina… Tak, ona jest ważna. Najważniejsza… To dla niej znalazłem się w tym miejscu, dla niej pokonałem liczne próby na trasie, to właśnie dla niej w ogóle rozpoczęła się moja podróż. Ach, jaka piękna pogoda… Tylko czy nie powinna być noc? Dlaczego słońce żarzyło się tak intensywnie? Dlaczego w moją stronę wyciągały się z nieba delikatne, świetliste dłonie?

Zza horyzontu wyłoniła się mała chatka ze spadzistym dachem oraz garażem, pokrytym ciemnym drewnem, przez co niemal zlewającym się z otoczeniem. Popchnąłem furtkę z tabliczką „A. Ch. Sparrow” i wkroczyłem na kamienny chodnik, prowadzący prosto do dębowych drzwi frontowych. Nie były zamknięte na klucz, wystarczyło lekkie popchnięcie i znalazłem się w środku.

- Jesteśmy już poza hotelem, odbiór – zameldował Jacob Robertson. Nie kwapiłem się mu odpowiedzieć.

- Amy? – zawołałem – Jesteś tu?

Z kuchni wyłoniła się moja ukochana. Nosiła swój ulubiony zielony fartuch, który dostała przed laty od matki, a jej długie ciemne włosy były spięte za jej plecami w kucyk.

- W samą porę. Obiad jest już prawie gotowy – przywitała mnie.

Nie panując nad sobą, podbiegłem do niej i przytuliłem ją.

- Tęskniłem. Przepraszam, że zajęło mi to tak długo. Nigdy więcej cię nie opuszczę, przysięgam. Kocham cię.

- Ja ciebie też, Chris – odwzajemniła uścisk – Zrób co do ciebie należy, tylko się pośpiesz. Zanim wystygnie twój ulubiony gulasz.

Uśmiechnąłem się, jednak przez łzy, bo spływały po moich policzkach. Uniosłem dłoń w górę, jakby starając się dosięgnąć tą niebiańską.

- Nie możemy pozwolić, żeby przetrwał choćby ślad po tych badaniach. Dla dobra świata – stwierdził Sora. Gdzieś w tle rozległ się krzyk rozpaczy, ale nie robił mi on więcej różnicy.

- Amy, wróciłem do domu.

Aktywowałem detonator.

Komentarze