Rozdział 11. Dwudziesty drugi uczestnik
V zdjął maskę i spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Coraz bardziej przestawał przypominać dawnego siebie, co prawdopodobnie musiało być konsekwencją któregoś z tamtych eksperymentów. Z czasem jego ciało zaczęło odczuwać ich efekty uboczne. Momentami jego wspomnienia rozmywały się, pojawiały się nowe, nienależące do niego bądź te istniejące zniekształcały się. Był pewien, że ma mało czasu, ale to już nie było problemem. Przygotował szachownicę, na której stało już wyłącznie kilka nic nie znaczących pionków oraz królowie. Od ich następnego ruchu będą zależeć losy całej rozgrywki.
***
Gdyby świat nie stanął na głowie, dzisiaj byłoby czasem beztroskich przyjęć, świętowania tego, że od jutro zmieni się końcowa cyfra w kalendarzu. Miałem przeczucie, że 2022 zapisze się w historii jako najmniej entuzjastycznie przywitany rok tego wieku, dlatego postanowiłem zadbać o to, żeby przed jego nadejściem sytuacja choć trochę się poprawiła. Przewidziałem swój własny pokaz sztucznych ogni, który może niekoniecznie odbędzie się o północy, jednak nadal będzie powodem do radości dla niektórych. Oj tak… To będzie mój mały prezent pożegnalny dla nieświadomego tego świata, a także dla mnie samego. Dzisiaj moja misja nareszcie się zakończy.
- Christopherze, słyszysz mnie? – w słuchawce rozbrzmiał głos Taty Moda. By ułatwić komunikację, zgodził się być moim łącznikiem podczas tej operacji.
- Jasno i wyraźnie. Czekam na sygnał.
- Jeszcze moment. Oddział uderzy niebawem, więc bądź w stałej gotowości. Będziesz miał maksymalnie półtorej minuty na dostanie się do kompleksu. Nie wykluczone, że mniej. Pamiętaj, że mamy tylko jedną próbę.
- Jestem tego świadomy. Dam radę.
- Wiem. Mimo to, powodzenia. Bez odbioru – urwał, a wtedy na scenie pojawiła się dywersja.
Pięć wozów pancernych wjechało na odśnieżoną drogę przed posiadłością i rozpoczęło ostrzał z ciężkich karabinów maszynowych DShK. Ich siła ognia była na tyle potężna, że pojazdy mogły równie dobrze wjechać w budynek i wziąć go szturmem, a obrońcy nie byliby w stanie nic zrobić. Jednak Rosjanie tego nie czynili. Celem tego wypadu było jedynie odwrócenie uwagi i zasianie chaosu, który umożliwi mi infiltrację. Choć nie był to najbardziej efektywny pomysł, liczyło się dla mnie wyłącznie to, żeby nikt niepowołany nie przeszkodził mi w spotkaniu z Runcornem. To mój moment. Wybiegłem zza osłony i przeskoczyłem przez przewrócony fragment płotu. By pozostać niezauważonym, wystrzeliłem w pobliską kamerę. Jeżeli ktoś obserwował właśnie monitoring i tak nie uznałby tego za dziwne.
Musiałem przyznać, że rezydencja Ellrose’a wyglądała wręcz jak pałac. Nawet teraz, pod grubą warstwą śniegu jej czteropiętrowy gmach imponował przepychem. Prześwitujące miejscami dachówki oraz kolumnada zdawały się być wykonane ze złota, a niektóre okna, zwłaszcza na parterze miały w sobie witraże. Nie wiedziałem, czy miały one coś przedstawiać, bo kule zdążyły już je doszczętnie zniszczyć. Podobnie jak rzeźbę Temidy po środku stawu, której głowa oraz ręka trzymająca wagę leżały odłamane pod powierzchnią tafli lodu. Kiedy przeskoczyłem nad nimi, mój wzrok zatrzymał się na chwilę na marmurowym mieczu bogini. Sprawiedliwość czasami musiała przestać być ślepa i bezstronna.
- Walcie im po oponach! – wydarł się jeden z osiłków, którzy właśnie wybiegli z pobliskich drzwi. Strzelając do napastników, rozpierzchli się między osłonami, nie zauważając, że jeden z intruzów właśnie zniknął za ich plecami.
Pomieszczenie, do którego trafiłem wyglądało na magazyn stróżówki. Jego ściany były w większości pokryte stojakami na karabiny, głównie AK47, czyli najtańszego i najbardziej znanego modelu o jakim można było pomyśleć. Pożyczałem sobie jedno z pudełek amunicji, które stało na najwyższej półce, kiedy do środka wpadło dwóch podwładnych Bellrose. Jeden z nich zaczął przebierać w zbiorach, zwracając się do drugiego:
- Spychają nas. Szef kazał umocnić pozycje wewnątrz.
Udało mi się w ostatniej sekundzie wślizgnąć pod biurko, więc pozostawałem niewykryty. A w każdym razie, jak długo nie pochylą się.
- Nasza komunikacja jest zakłócana. Przekaż chłopakom, że jeśli zmusimy go do wyjścia z gabinetu, nie będzie litości… Tylko szybko!
- Przyjąłem – po wysłuchaniu rozkazów, osoba bliżej mojej kryjówki opuściła pomieszczenie.
Drugi z nieprzyjaciół jeszcze się czymś zajmował, nieświadomy tego jak fatalnym błędem to się okaże. Zasłaniając jego usta, pociągnąłem go do siebie i przyłożyłem nóż do jego krtani.
- Jeżeli zgodzisz się na współpracę, pomogę ci uciec i zachować życie – wyszeptałem mu do ucha.
- Mmmph! – przesłuchiwany zaskamlał. Pokiwał głową na znak przystania na moje warunki.
- Gdzie jest Runcorn? – powoli odsłoniłem twarz przesłuchiwanego, przygotowany na ewentualność, że postąpi głupio.
- K-k-kto? Nie znam n-nikogo takiego. Przysięgam!
To wciąż nie znaczyło, że kłamał. Nie powinienem był zakładać, że przywódca takiej organizacji poda podwładnym swoje prawdziwe nazwisko, nawet tym, którzy strzegli jego siedziby, ale wolałem się upewnić. Mając to za sobą, zdecydowałem sparafrazować poprzednie pytanie.
- Twój szef. Gdzie go znajdę?
- Na trzecim piętrze. W gabinecie. Tylko raz widziałem go poza nim. To wszystko co wiem! Wypuścisz mnie? Błagam, nie chcę umierać! Za mało mi za to płacą!
Nie miałem podstaw twierdzić, że ukrywał przede mną więcej faktów, więc obluzowałem chwyt. Mężczyzna przyjął to z ulgą, lecz nie wiedział, że wcale nie miałem zamiaru go uwolnić. Skręciłem mu kark i usunąłem ciało z pola widzenia. Jego trup raczej zostanie odnaleziony, jednak nie przejmowałem się tym. Na wszelki wypadek, na odchodne przywłaszczyłem sobie jeszcze jego karabin.
Biorąc pod uwagę liczbę strażników, Runcorn musiał spodziewać się, że jego prowokacja lada moment przyniesie rezultaty i dlatego zaopatrzył się w żywe tarcze. Ale nie założył, że przybędę po niego z pierwszorzędnym wsparciem, którego presja kupiła mi już sporo czasu. Mimo to, wiedziałem, że Rosjanie nie będą w stanie napierać na posiadłość w nieskończoność. Musiałem przyspieszyć. Wdrapałem się na piętro nie napotykając przy tym jakiegokolwiek oporu. Obrońcy byli zbyt skupieni na swojej walce. Zdawało się, że wszyscy jak jeden mąż odpierali wrogów, przez co korytarze całkowicie się wyludniły, jednak to nie mogło być takie łatwe. Wątpiłem, żeby Wynalazca był aż tak pewny siebie. Czułem, że w zanadrzu miał wciąż najciekawsze atrakcje. I to nie jedną czy dwie. Pierwszą z nich zgadywałem, że był stojący w przejściu blondwłosy młodzieniec w fioletowym kombinezonie ze stalowym napierśnikiem, na którym widniała płonąca róża.
- Monsieur Ellrose poprosił mnie o przywitanie gości – ukłonił się, dobywając zza pasa szablę o szkarłatnej rękojeści – Une réflexion imbécile brać za głupca tego, kto wybiera broń białą przeciw palnej. Dla Ostatecznego Fechmistrza to nie wyzwanie. En garde, intruzie!
Mgnienie oka wystarczyło, by dystans między nami przestał istnieć i tylko podniesienie kałacha pozwoliło mi w porę obronić się przed tym ciosem. Ostrze przecięło kolbę karabinu jakby był zrobiony z papieru. Odskoczyłem. Gwałtownie szarpnąłem drzwiami, próbując ogłuszyć nimi wroga, jednak to również okazało się mało skuteczne, gdyż Francuz po prostu pchnął na oślep i niemal dosięgnął tym moje lewe ucho, a następnie, wyminął przeszkodę. Praca jego stóp była perfekcyjna. Przemieszczał się niczym pantera. Odbijał mieczem większość z pocisków jakie posłałem w jego kierunku, jednocześnie nie dając mi wytchnienia. Wystarczyłoby, żebym spóźnił się o sekundę z reakcją, a wtedy zginąłbym na miejscu. To był pojedynek na wytrzymałość, a nie mogłem być pewny, że moja była wyższa, musiałem coś wymyślić. Choć warunki nie sprzyjały zastanawianiu się, sądziłem, że warto było spróbować tego…
Z kieszeni wydobyłem granat błyskowy i rzuciłem go pod nogi, udając, że mocno zaciskam oczy. Choć był to wyłącznie blef, bo w ogóle go nie odbezpieczyłem, podziałało. Fechmistrz odepchnął go swoją bronią na bok i ciął w poprzek. Dokładnie tak jak wyliczyłem. Łuk jego zamachu dał mi szansę na kontratak, ale nie chciałem ryzykować. Odpaliłem bombę dymną i wpadłem w jedną z bocznych odnóg.
- Chylę czoła wobec twych umiejętności, ale le temps presse. Nie powinienem schodzić ze swojego posterunku, więc prosiłbym o prędkie poddanie się. Znam twoją kryjówkę…
Szabla Fechmistrza rozcięła metalową płytę, za którą się schowałem. Zatrzymała się tuż nad moim barkiem, ale instynkt podpowiadał mi, żebym nie ruszał się. Wtedy ostrze zniknęło, a jego właściciel odszedł dalej. Wziął przykład z mojej poprzedniej zagrywki, bo nie mógł mnie widzieć w tych warunkach. Dym jednak lada moment miał ustąpić, a wtedy wrócilibyśmy do dawnego impasu. Nie mogłem do tego dopuścić. Zakradnięcie się do niego nie było opcją, tak samo jak strzał, który, gdyby spudłował, zdradziłby moją pozycję. Więc jak to rozegrać? Postanowiłem nie oszczędzać na środkach.
Najpierw sięgnąłem po paczkę amunicji. Wyjąłem z niej wszystkie 25 pocisków i rzuciłem nimi w dal. Rozsypały się na tyle głośno, żeby przebić się przez odgłosy strzelaniny i zaalarmować nieprzyjaciela. Nie czekałem aż namierzy mnie, cisnąłem do tego resztę granatów jakie miałem pod ręką: trzy zwykłe, dwa błyskowe i jeszcze jeden dymny, po czym błyskawicznie skuliłem się. Nastąpiła seria wybuchów, która wstrząsnęła całym piętrem. Kiedy zasłona dymna nareszcie zeszła, opuściłem swoją kryjówkę by zobaczyć efekty eksplozji.
Wchodząc do tego pokoju nie udało mi się stwierdzić jaka była jego funkcja i nie zapowiadało się, żeby miało to się zmienić. Wnętrze zostało kompletnie zdemolowane. Zawaliła się też część podłogi. Gdy zbliżyłem się do przepaści i spojrzałem w nią, Fechmistrz uśmiechnął się do mnie.
- To była zacna walka – leżał w kałuży krwi z oderwaną sporą częścią brzucha – Śmierć z twych rąk jest honorem. Toutes nos félicitations. Zasłużyłeś na prawo przejścia dalej – oznajmił i zamknął oczy. Nie było tu już nic po mnie.
Schody w tej rezydencji były rozsiane i nie dało się nimi pokonać więcej niż jedno piętro na raz. Takie rozwiązanie nie było praktyczne na co dzień, jednak w wypadku oblężenia, takiego jak teraz, stanowiło wyraźną zaletę. Spowalniało tempo z jakim przedzierałem się głębiej i jak się okazało, dało przeciwnikom czas na przygotowanie kolejnych linii obrony.
Gdy dotarłem do następnego łącznika i moja noga dotknęła najniższego stopnia schodów, zostały one zdetonowane. Fala uderzeniowa wypchnęła mnie do tyłu i skruszyła pozostałe szyby. Z wyższej kondygnacji dobiegł mnie czyjś rechot. Grupa kilku półnagich dziwaków w maskach gazowych przybijała sobie piątki, podskakując ze szczęścia i pokazując mi środkowe palce. Wystarczył jednak pojedynczy strzał, by złamać ich pewność siebie. Kiedy jeden z nich upadł martwy, całe towarzystwo rozbiegło się z krzykiem.
- Co za pajace… – skomentowałem po chichu.
Droga na następny poziom przestała istnieć. Wyrwa była zbyt duża by dało się ją pokonać z tego miejsca, co wbrew pozorom nie było najgorsze. Znacznie bardziej obawiałem się, że ci kretyni odpalą coś jeszcze mocniejszego. Willa już swoje wycierpiała, a zapach trotylu unosił się wszędzie, więc musiałem ich wyeliminować zanim będzie za późno. Na szczęście, do góry mogła mnie zaprowadzić jeszcze jedna ścieżka.
Wychyliłem się przez okno, zza którym przymocowana była rynna na deszczówkę. Jakaś przypadkowa kula urwała go odrobinę nad parapetem następnego piętra, ale nie narzekałem. Choć zdecydowanie nie pogardziłbym, gdyby mogła mnie zaprowadzić na sam szczyt, wolałem poświęcić chwilkę niż martwić się, że ściana nośna zostanie od tak wysadzona. Złapawszy za rurę, zaparłem się nogami o ścianę i ruszyłem. Pode mną Rosjanie właśnie kończyli swój szturm. Odjeżdżali w siną dal, a co durniejsi z Bellrose próbowali ich gonić na piechotę, obrywając pożegnalną serią. Od tego momentu byłem zdany wyłącznie na siebie, ale nie stanowiło to dla mnie nic nowego. Gotowy na wszystko, podciągnąłem się i wskoczyłem do środka, unikając odłamków szkła.
Czysto. Miłośnicy wybuchowej zabawy musieli solidnie się wystraszyć albo chcieli, żebym tak pomyślał i wpadł w zasadzkę. Znałem się na polowaniach, więc wiedziałem czego mogłem się spodziewać. Łowcy nie różnili się za wiele. Z oczyma szeroko otwartymi kroczyłem powoli przed siebie, rozglądając się. Bomby mogły być ukryte dosłownie wszędzie. W ścianie, w meblach, a nawet w podłodze. Wypatrywałem linek, płytek naciskowych, zapadni i tym podobnych, zastanawiając się czy Runcornowi aż tak zależało na powstrzymaniu mnie, że był gotowy zostawić swoją siedzibę w rękach szaleńców. W każdym bądź razie, strażnikom tego piętra powiodło się jedno, zwolniłem przez nich. Sądziłem, że do jakiegoś stopnia zrozumiałem Wynalazcę, ale najwidoczniej to on lepiej mnie przejrzał. Czytał mnie jak otwartą księgę. Wiedział, że nie zdobędę się na takie ryzyko, nie zostawię tego typu przeciwników za moimi plecami. Zatrzymałem się w progu jadalni. Stały w niej cztery rzędy stołów przykrytych długimi białymi obrusami, pod którymi… Ze skupienia wybiło mnie nagłe dzwonienie.
Grzechot dzwonków dochodził zza drzwi po przeciwnej stronie pomieszczenia. Nie był głośny, ale wciąż zaznaczał swoją obecność, przypominając mi o posiadaczce pełnego rozpaczy spojrzenia. Atkins ją zabiła, dlatego nie… Chociaż, czy to coś dało, skoro podobno była cyborgiem? Runcorn ją naprawił? Nie, to nie miało sensu. Ten dźwięk musiał być niezwiązany z wydarzeniami z kwater FBTI. Mimo tej świadomości, kiedy dotknąłem klamki, poczułem jak kolana uginają się pode mną. Nie wydurniaj się, Sparrow, skarciłem się w myślach, jednak lęk dalej mnie nie opuszczał. Mogłem pozbyć się go tylko w jeden sposób – przekonując się, że nie miałem racji, a to skojarzenie było zaledwie wytworem mojej paranoicznej wyobraźni.
Pierwszym co ujrzałem był rozbryzg czerwieni. Świeża krew ściekała po ścianie, niczym awangardowa dekoracja, na swój sposób urzekająca w swej złowieszczości. Została rozlana przez profesjonalistę kochającego zadawanie bólu… Tuż zza rogu dochodziło znajome nucenie. Zamarłem. Nie był to cóż prawda Most Londyński, ale bez trudu rozpoznałem ten głos. Do samego końca starałem się przekonać, że to nie była ona, lecz gdy pokonałem zakręt, zobaczyłem Jess. Stała nad zmasakrowanymi ciałami kompanii materiałów wybuchów. Choć wyczuwszy moją obecność, przechyliła się, nie zaatakowała. Nawet nie zważając na to, że mierzyłem w jej stronę.
- ~Ukochany Jess, wróciłeś! – zdawała się chcieć rzucić w moją stronę, ale jej nogi zaplątały się, przez co upadła, a fioletowa grzywka zasłoniła jej oczy.
- A więc to jest kolejny z jego pachołków…
- ~Jess nie jest żadnym pachołkiem! Nie stoi na drodze – oburzyła się – A zwłaszcza nie tego… Tego okropnego… Tego złego… Argh! Jess nienawidzi go za to co zrobił siostrzyczce i pani Sylvette! Przez niego Jess znowu jest sama jak palec. Jess wyjmie mu oko i nakarmi nim go, a potem wyjmie to oko z brzucha!
Podczas gdy wyliczyła swoje pomysły, spostrzegłem lekką zmianę w jej zachowaniu. Wydawała się być trochę bardziej… Stabilna? Wciąż nie uznałbym jej za zdrową psychicznie osobę, ale jej tiki nerwowe jakby znikły, a jej źrenice przygasły i znormalniały. Mogłem utrzymywać z nią kontakt wzrokowy bez żadnych konsekwencji. Ciekawiło mnie dlaczego. Tak samo zresztą, skąd wiedziała o tym miejscu, jeśli faktycznie nie była na usługach Runcorna.
- ~Po tym jak nowa Jess się obudziła, niuchała. Niuchała i niuchała no i znalazła. Przyszła zabić tego hultaja, ale spotkała ciebie i nie rozumie czemu. Czy to przeznaczenie, czy siła miłości nas połączyła?
- Jeszcze czego – skrzywiłem się – Mamy jedynie wspólny cel. Też mam zamiar zdjąć tego bydlaka.
- ~Och, to cudownie! Jess i ty są tacy sami! – posłała mi ułożone z palców serduszko, do którego nie przykułem uwagi, zaintrygowało mnie użyte przez nią wyrażenie.
- „Nowa Jess”? Co miałaś na myśli?
Po minie mojej rozmówczyni obawiałem się przez moment, że przeciążyłem jej zdolności rozumowania, jednak na szczęście tak się nie stało. Patrząc się w dal, odparła:
- ~Jess zawsze budzi się po śmierci w takim ciemnym pomieszczeniu i pani Sylvette ją wyprowadza i mówi, żeby nie patrzyła. Są tam takie kapsuły, ale tym razem były puste. Jess czuje się jakby było jej wiele, też w innych miejscach, nie tylko tam…
- Mam nadzieję, że tak nie jest – jedna taka to było już za dużo. Chciałem się jej pozbyć by ułatwić sobie życie, jednak sekundę przed tym jak mój palec miał docisnąć spust, otoczyła nas grupa żołnierzy Bellrose.
- ~Oho, towarzystwo…
- Grzecznie czekają aż skończymy rozmawiać. Ach, ci złoczyńcy…
- ~Jess proponuje się nimi zająć.
- Po raz pierwszy i zapewne ostatni się z tobą zgadzam – westchnąłem i natychmiast wkroczyłem do akcji.
Przeciwnicy bali się ognia krzyżowego, który mógł zranić ich sojuszników, więc używali wyłącznie krótkich serii, ale ich celność pozostawiała wiele do życzenia. W przeciwieństwie do mojej. Posławszy do grobu kilku wrogów, wyładowałem magazynki na podłogę. Podrzuciłem pełne i zastąpiłem je w powietrzu. Jednocześnie dalej przebijałem się naprzód. Kolejny strzał i kolejna ofiara runęła na podłogę. Widząc, że zaraz rozbiję ich szyk, wrogowie przestali korzystać z broni palnej. Jeden z nich próbował mnie uderzyć, jednak ślizgiem umknąłem jego muskularnym ramionom i odpowiedziałem na ten atak ołowiem. Jakaś zagubiona kula przemknęła mi tuż obok ramienia, rozrywając rękaw. Uniknąłem jej zupełnym przypadkiem, a następnie uderzyłem napastnika w kark uchwytem pistoletu. Upadł pod moimi stopami. Przeskoczyłem przez jego ciało i rozpędziłem się. Nie wiedziałem jak wielu było na moim ogonie, dlatego skorzystałem z powstałej wyrwy i przedostałem się do rozszerzenia korytarza. Okazało się ono przestrzenią wokół zniszczonych schodów. Zatrzymałem się przed ledwo trzymającą się całości balustradą i zmierzyłem wzrokiem pole bitwy.
Choć moja szarża znacznie przerzedziła szeregi nieprzyjaciela, to wciąż nie był koniec bitwy. Niedobitki oddziału powoli organizowały kontratak, a moje pole manewru było mocno ograniczone. W gruncie rzeczy sam zagoniłem siebie w kozi róg. Nie miałem najmniejszego zamiaru skakać niżej i ryzykować, że nie będę w stanie wrócić, więc jaki powinien być mój następny krok? Zdecydowałem się oszczędzić amunicję i przyjąć rzucone mi wyzwanie. Dobyłem noża. Liczyłem, że w chaosie walki będę mógł zniwelować przewagę liczebną zwinnością i prędkością. Jak widać, wcale się nie myliłem. Otaczali mnie kompletni amatorzy, pozbawieni koordynacji do tego stopnia, że niemal zabijali siebie nawzajem. Niektórzy starali się dźgać na prawo i lewo bagnetami w jakie wyposażone były ich karabiny, niekiedy raniąc swoich kompanów. Nie byli w stanie nadążyć za moim zabójczym tempem, zwłaszcza odkąd zacząłem naśladować ruchy Fechmistrza. Wychodziło mi to skutecznie, jednak do czasu, bo dobra passa niestety się zakończyła. Potknąłem się o jednego z trupów.
Chwilowo straciłem równowagę, co w pełni starczyło, aby napędzić lawinę niepowodzeń. Popchnięto mnie na posadzkę, z której moment później zostałem podniesiony. Jeden z pięciu pozostałych przy życiu osiłków złapał mnie od tyłu, uciskając moje ręce w taki sposób, że nie mogłem się wyrwać. Jego koledzy, czując już triumf w powietrzu, rozluźnili się. Największy i wyglądający na najgłupszego z nich, ten, z blizną przechodzącą przez oko uderzył mnie w brzuch. Nogi ugięły się pode mną, jednak zanim mogłem złapać oddech, padł następny raz. Wyplułem przed siebie krew. Wiedziałem, że była to moja ostatnia szansa, więc zmusiłem moje ciało do walki. Wrogom powoli nudziło się znęcanie nade mną i ponownie dobyli broni, chcąc skończyć to przedstawienie. Mimo to, nie strzelili, jedynie spojrzeli w stronę głównego prześladowcy, który z sadystycznym uśmieszkiem wyciągnął nóż. Świetnie, zawsze marzyłem, żeby mieć rozprute flaki… Usilnie szamotałem się na boki, ale nie dawało to za wiele. Byłem skrępowany stalowym chwytem, którego nie potrafiłem pokonać. Zaczynałem panikować. Byłem gotowy kopać, ile sił w nogach, nawet jeśli jedynie przeciągnąłbym nieuniknione. Ale zapowiadało się na to, że nie będzie to konieczne. Tuż przed tym jak ostrze miało zatopić się w moim brzuchu, wokół szyi oprawcy owinęła się kobieca noga.
- ~Jess nie pozwoli go skrzywdzić. On należy do niej!
Nim osiłek w ogóle zdał sobie sprawę z tego co się dzieje, jego kark wygiął się pod nienaturalnym kątem. Jego ciało nie zdążyło na dobrze upaść, a już dołączyło do niego kolejne, rażone srebrną błyskawicą. Cięcie było tak szybkie, że udało mi się dostrzec wyłącznie jego efekty oraz Jess, stającą na rękach ze swoją bronią w zębach. Czubek jej lewego buta trafił prosto w oko najbliższego z przeciwników, a zaostrzony obcas prawego zatopił się w kroczu drugiego, który skurczył się w sobie i wijąc się, odskoczył na ubocze. Na polu bitwy pozostał już wyłącznie jeden cel. Niepewność sprawiła, że jego ucisk osłabł na tyle, żebym w końcu był w stanie się wyrwać. Korzystając z odzyskanej wolności, zdzieliłem go łokciem i przerzuciłem przez ramię, dokładnie tak jak swego czasu uczyniono to mnie, po czym złapałem swoje pistolety. Dobiłem nimi przeciwników w zasięgu wzroku, a następnie rozejrzałem się wokół. Ani jednej żywej duszy oprócz mnie. Nawet Jess gdzieś zniknęła… Znikąd nie dochodził choćby najdrobniejszy szelest, ale uznałem to za dobry znak. Już miałem ruszyć dalej, jednak wtedy, za moimi plecami rozległy się dzwonki. Chociaż odruchowo odwróciłem się w stronę tego dźwięku, byłem za wolny. Zostałem obalony.
- ~Jeeej! Pokonaliśmy ich! Czy Jess była grzeczną dziewczynką? – kiedy już miałem nadzieję, że nie będę musiał jej dłużej znosić, ona wróciła jak niechciany bumerang. Dopóki jej nie zepchnąłem, niczym kotka ocierała swoje policzki o mnie, machając nogami jak oszalała. Czyli w sumie adekwatnie…
- Dzięki – odburknąłem półszeptem dla wewnętrznego spokoju. Mimo to, zostałem usłyszany.
- ~Jess musiała uratować swojego partnera. Czy dostanie za to nagrodę? – wygięła się moją stronę, oczekując na nie wiadomo co. Zanim jednak wpadła mi do głowy odpowiednia riposta, dostrzegłem coś, co sprawiło, że głos utknął mi w gardle.
Od kurtki Jess była oderwana spora część materiału, odkrywając obszar między jej żebrami a biodrem. Choć była w większości pokryta krwią zabitych, na jej skórze wciąż wyraźne było znamię. I to nie byle jakie znamię, bo przypominające różę, przez którą przechodziła piątka. Ten wzór był zbyt charakterystyczny bym mógł go zignorować.
- Skąd to masz? – wskazałem na nie palcem.
- ~Och, to. Jess już się taka urodziła. Podobno jej siostrzyczka ma identyczne, ale Jess go nigdy nie widziała…
Atkins zarzekała się być jedynaczką, jednak mogła po prostu o czymś nie wiedzieć. Nie byłem w stanie potwierdzić tej informacji i szczerze, nawet gdybym mógł, nie uczyniłbym tego. Nie miałem również najmniejszej ochoty przyznawać się, że miałem bardzo podobne znamię. Zwiększyłem tempo, a Jess podążyła moim śladem.
Budynek zdawał się już względnie bezpieczny, ale byłem pewien, że było to złudne wrażenie. Nawet jeśli jakimś cudem na drodze do gabinetu gospodarza nie napotkam dodatkowych przeszkód, sam Runcorn wciąż stanowił spore zagrożenie, gdyż nie byłem w stanie w pełni ocenić jego możliwości. Dlatego też pozwoliłem, żeby przyczepił się do mnie ten dzwoniący rzep. Gdyby sytuacja tego wymagała, miałem kogo poświęcić dla sukcesu.
- No i trzecie piętro. Teraz tylko brakuje trójgłowego psa… – zażartowałem, jednak wyglądało na to, że mój komentarz został wzięty na poważnie.
- ~Jess nie wie, czy oni są psami, ale na pewno jest ich trzech – pokazała na sufit, sycząc i napinając się.
Wtedy na podłogę zleciały z wdziękiem trzy kształty w długich, czarnych szatach. Zdziwiłem się, że nie zauważyłem ich wcześniej, jednak to nie było teraz aż takie istotne, ponieważ nie spodziewałem się, żeby ta trójca miała przyjazne zamiary.
Mimo to, nadal nawet nie drgnęli ze swoich miejsc. Nie podejmując żadnych akcji, stali z kapturami zwróconymi w naszą stronę, niczym posępne omeny śmierci. Choć ich twarze zasłaniały lśniące srebrem maski z dziobami, krótszymi niż V i bardziej przypominającymi sokole, czułem z jaką dokładnością mierzyli nas swoimi spojrzeniami, gotowi na błyskawiczną reakcję, gdybym odważył się ich sprowokować.
- Nie zaatakujecie nas jak długo nie będziemy próbować przejść dalej?
W odpowiedzi pokiwali głowami. Ich synchronizacja była wręcz upiorna.
- Te drzwi na końcu korytarza. Tam ukrywa się wasz szef? – zważywszy, że miały wygrawerowaną płonąca róża na swojej powierzchni, było to w gruncie rzeczy pytanie retoryczne. Zadałem jej wyłącznie by sprawdzić czy ponownie potwierdzą, co właśnie się stało.
- ~Jess czuje, że jest z nimi coś bardzo nie tak. Musimy ich zabić jak najszybciej! – wyrwała się do ataku, ale powstrzymałem ją. W ostatniej chwili, bo dzięki temu bełt minął ją dosłownie o włos.
- Chyba mamy do czynienia z elitą…
Wyłącznie trajektoria lotu pocisku zdradziła, który z nich go wystrzelił. Ten atak odbył się prędzej niż w mgnieniu oka, co jak sądziłem, dawało pełen obraz zagrożenia. Podjęcie w pojedynkę rękawicy od tego typu wrogów byłoby właściwie samobójstwem, ale to, że była nas dwójka nie robiło sporo różnicy. Z tego powodu wolałem przeciągnąć tą jednostronną konwersację jak tylko się dało i w międzyczasie znaleźć jakąś wskazówkę, która ułatwi ich pokonanie.
- Bylibyście tak mili, żeby go tutaj poprosić? Mamy do pogadania.
Trójca zaprzeczyła. Czułem, że złamali swoją formację by dać mi ostatnie ostrzeżenie. Jeszcze jedno takie pytanie i stanę się niepożądanym gościem… Zamilkłem, obserwując wrogów. Zdawali się sunąć kilka centymetrów nad podłożem, niczym ponure zjawy roznosząc za sobą ciemność. Ach, chyba wyglądało na to, że improwizacja i tak była nieunikniona...
- Wiedziałem, że nie będzie to aż takie proste – wystrzeliłem.
Kula rzecz jasna minęła się z swoim celem, który wykonał w powietrzu niewiarygodny unik i wysunął spod rękawa małą kuszę, przymocowaną do nadgarstka. Odpowiedział ogniem, a następnie zaszarżował na mnie. Zdążyłem odbić bełt własnym pociskiem, jednak, gdyby Jess nie sparowała za mnie w porę kolejnego uderzenia, ostrze, które zastępowało drugą dłoń wroga zatopiłoby się w moim sercu.
- ~Jess się nimi zajmie. Osłaniaj ją – oznajmiła, napierając. Pomimo różnicy w wielkości broni, udawało się jej spychać przeciwnika, przytłaczając go chaotyczną kombinacją cięć.
Ale wcale nie znaczyło to, że dane mi będzie asystować ją w spokoju. Na mojej drodze stanęli pozostali strażnicy. Ich priorytetem musiało być zatrzymanie obcych, a nie ich eliminacja, jednak jak już zdążyli to udowodnić, jedno nie wykluczało drugiego. Dlatego uraczyłem ich salwą na całą pojemność magazynków, której skuteczność ciężko było ocenić w pośpiechu. Wnioskując po tłukących dźwiękach, część kul musiała trafić w kryształowe żyrandole, czego efektów nie miałem jak zobaczyć, byłem bowiem zbyt zajęty manewrowaniem pomiędzy dwoma ciemnymi ostrzami. Musiałem bronić się, dopóki Jess nie pokona swojego rywala, bo nie miałem najmniejszych szans. Przeskoczyłem nad łańcuchem jakim posługiwał się ostatni z kształtów i kilkukrotnie pociągnąłem za spust. Uniknął jednej z kul, jednak wpadł w drugą. Nie widać było, żeby wywarło to na nim jakiekolwiek wrażenie. Choć mogłem próbować wcisnąć kolejny cios, nie miałem zamiaru nadwyrężać szczęścia, zwłaszcza, że powietrze zostało właśnie przecięte tuż nad moją twarzą. Na szczęście, w porę zdążyłem ugiąć kolana. Wychyliłem się do tyłu, dzięki czemu zobaczyłem jak podwójne ostrza gładko wbijają się w ścianę. Wyjąwszy je, ich właściciel przemknął za swojego towarzysza, który z całej siły zamachnął się, lecz nie celując we mnie. Postanowił zdemolować ścianę.
Wstrząs oraz chmura kurzu, będąca jego następstwem, tymczasowo ograniczyła moją widoczność. Mimo to, absolutnie nie zaskoczył mnie kierunek ataku, od którego bez trudu się odsunąłem. Stopniowo uczyłem się odczytywać zamiary sokolich masek, więc poczułem się nieco pewniej. Wtedy błysk krawędzi ostrz raptownie się zbliżył. Ledwo udało mi się przetrwać pierwszy cios, a kolejne były równie śmiercionośne. Za każdym razem umykałem im o milimetry, ale nie zauważyłem, że o to właśnie chodziło napastnikowi. Kiedy zrozumiałem, że zostałem wprowadzony w pułapkę, było już za późno. Gdy znalazłem się na odpowiednim miejscu, łańcuchy gwałtownie podcięły mi nogi. By wyratować się, musiałem porzucić na moment pistolety i wylądować na rękach. Jakoś mi się powiodło. Rzuciłem się by odzyskać bronie, jednak władający łańcuchami był pierwszy. Odepchnął je poza mój zasięg, a po tym zaczął machać we wszystkie kierunki, wyrządzając olbrzymie szkody. Instynktownie zasłoniłem oczy przed drobinkami tynku, ale nie zapomniałem o tym co ważne. Byłem już prawie przy moich wiernych Berettach kiedy spostrzegłem, że wpadłem pod kolejne cięcie. Nie miałem jak przed nim uciec. Mogłem wyłącznie wyczekiwać na wyrok, jednak wtedy poczułem, że spadam.
Jak się okazało, zawalił się fragment piętra. Wylądowałem na szczycie gruzowiska. Obok mnie leżał kształt. Był ogłuszony, ale wykorzystałem tą szansę, żeby to zmienić. Pchnąłem go nożem pod podbródek i podniosłem się. Rozmasowałem obolałe od upadku barki. Czy aby na pewno go zabiłem? Z rany nie wyciekła ani kropla krwi. Postanowiłem się więc upewnić. Z mocno bijącym sercem nachyliłem się by ściągnąć jego maskę. Zresztą, skłamałbym, jeśli nie przyznałbym się, że byłem ciekawy tożsamości tak potężnego rywala. No i moment prawdy… Kiedy w końcu odsłoniłem jego twarz, oddech ugrzązł w mojej piersi.
- Wygląda jak… J-ja… – wydyszałem.
Nie mogłem w to uwierzyć. W tej chwili równie dobrze mógłbym patrzeć we własne odbicie. Martwy mężczyzna przypominał mnie w niewiarygodnym stopniu. Byliśmy wręcz jak dwie krople wody. Po kilku sekundach jego skóra pokryła się pulsującymi bąblami. Całe jego ciało zaczęło się rozkładać w przyspieszonym tempie. Stałem bezmyślnie, przyglądając się temu jak w transie, z którego wyrwał mnie dopiero okrzyk z wyżej.
- ~Uwaga, leci!
Czarna smuga runęła z hukiem kawałek od mojej pozycji, a z dziury w suficie wyjrzała Jess. Choć zdawała się być zmęczona, uśmiechała się szeroko i nuciła pod nosem jakąś piosenkę.
- ~To ostatni. Niech ukochany Jess złapię ją za rękę i wespnie się z powrotem – oznajmiła, wysuwając się w przepaść. Choć zgubiła przy tym swoją dzwoniącą czapkę, nie przejęła się zbytnio.
- Niby jak? Nie sięgnę – jej dłoń była o jakieś półtora metra za krótka.
- ~Poczekaj. Jess zaraz wróci…
Gdy pojawiła się ponownie, spuściła prowizoryczną linę z czarnej tkaniny. Pomimo tego, że sprawiała wrażenie lichej, nie pękła, kiedy złapałem ją, ani podczas wspinaczki.
- Uf, to było bliskie – odetchnąłem, lecz nie zdążyłem uczynić nic poza tym, nim prawie strącono mnie po raz kolejny na dół.
Jess niespodziewanie przylgnęła do mnie, całując w usta.
- ~Jess wykonała swoje zadanie… Reszta należy do ciebie – powiedziała, gdy nasze wargi nareszcie się rozdzieliły. Wtedy też osunęła się bezwładnie. Przytrzymałem ją przez moment, czując narastającą plamę wilgoci na moim płaszczu.
- ~Pomścij siostrzyczkę i panią Sylvette… I Jess… Bo ona znowu umiera w najważniejszym momencie…
Byłem pod ogromnym wrażeniem, że wciąż nie straciła przytomności. Jej wnętrzności praktycznie wystawały na zewnątrz i nie było w nich nic mechanicznego. W przeciwności do ostatniego razu, Jess była z krwi i kości, a świadectwem tego był fragment jelita, który ciągnął się wzdłuż jej nogawki, kapiąc. Kiedy ułożyłem ją pod ścianą, jej wzrok był już właściwie nieobecny.
- ~Jess boi się śmierci. Ta może być ostatnia… Ale pomogła – w tej chwili na jej twarzy pojawił się zaskakująco ciepły uśmiech. Wyszeptała, kładąc dłoń na mojej – Cieszę się, że cię spotkałam. Chociaż na ten ostatni moment mogę być znowu prawdziwą sobą…
Z tymi słowami Jess zastygła na wieczność. Jej śmierć była mi szczerze obojętna, jednak na swój sposób mnie ujęła. Może i chwilę temu traktowałem ją jak zwykłe narzędzie, ale obecnie wiedziałem jedno. Musiałem spłacić dług za pomoc jakiej mi udzieliła. Znalazłem moje pistolety i sprawdziłem ich zawartość. W magazynkach znajdowały się same resztki. Mimo to, powinny starczyć. Przede mną była już ostatnia prosta. Droga bez powrotu.
*
Kopnąłem drzwi i wtargnąłem do środka gabinetu, w którego wystroju dominował ciemny fiolet. Utrzymane w tej kolorystyce połyskująca tapeta oraz dywan kontrastowały z białym biurkiem, stojącym centralnie naprzeciw wejścia. Przymocowana była do niego plakietka podpisana jako Brian Ellrose.
- Oj, długo ci to zajęło. Niepokoiłem się. Już miałem nawet wyjść po ciebie, bo myślałem, że zgubiłeś się w moim do niedawna pięknym domu.
Z nogami założonymi na blat, Runcorn wygodnie rozwalił się na oparciu skórzanego fotela. Choć przywitał mnie żartobliwie, po jego mowie ciała nie było widać cienia autentyczności. Sprawiał wrażenie wydrążonego z emocji, niezależnie czy pozytywnych, czy negatywnych. Ściskał strzykawkę z intensywnie zieloną substancją, w której rozpoznałem specyfik, jaki niegdyś przedstawił mi jako V3.
- To koniec. Zostaliśmy tylko my – nie miałem pojęcia, dlaczego nie strzeliłem od razu. A najgorsze w tym było, że Runcorn zdawał się tego właśnie po mnie spodziewać.
- Dla nas może i tak, ale dla świata, wręcz przeciwnie. To początek nowej ery. Nic nie będzie już takie same, kiedy wypłynie prawda o zabójczych grach. Jednak nie interesuje mnie to aż tak bardzo. W momencie, w którym przeszedłeś przez próg tego pokoju, osiągnąłem wszystko na czym mi zależało.
- Masz na myśli zemstę nad organizatorami drugiej zabójczej gry? Tej, którą wygrałeś? – sprowokowałem go, jak się okazało, skutecznie.
Samozwańczy Brian Ellrose zesztywniał. Pod wymuszonym uśmiechem próbował ukryć grymas złości, choć z mizernym rezultatem. Widząc tą reakcję, kontynuowałem:
- Ten tajemniczy świadek, o którym wspominałeś to nikt inny niż Michael Runcorn, dwudziesty drugi uczestnik gry. Poświęciłeś tych wszystkich ludzi dla własnego zysku, ale to nie dało ci nic. Nie wiem jak dokładnie zamierzasz się zemścić, jednak nie widzę żadnych powiązań do mnie, Amy Whitfield-Sparrow, a zwłaszcza do Charlotte Atkins…
- ZAMKNIJ SIĘ! – Wynalazca zerwał się z wrzaskiem. Oddychał ciężko z głową opuszczoną w dół – Nie masz zielonego pojęcia. O niczym…
- Zaufaj mi lub nie, ale mam. Dzięki tobie poznałem, jak to jest stracić ukochaną osobę. Właśnie dlatego pragnę zrozumieć, dlaczego ją zamordowałeś. Nie wiem, czy jesteś zdolny do normalnych uczuć, jednak na swój sposób coś do niej czułeś, bo gdyby tak nie było, nie byłbyś tak wściekły po tym co powiedziałem – choć wiele w tym było zgadywaniem, wyglądało na to, że trafiłem w dziesiątkę. Spodziewałem się, że Runcorn rzuci się na mnie, ale zamiast tego, roześmiał się.
- Ja ją uratowałem. Oszczędziłem jej oglądania tego wszystkiego. Kiedy ten cały burdel się skończy, po prostu ją wskrzeszę. Haha, a wtedy może będziemy razem… Chyba masz rację, polubiłem ją. Mimo to, ten świat jest dla mnie zbyt nudny. Raczej zdecyduję się go pominąć…
- Do reszty zwariowałeś czy byłeś taki od samego początku? Wskrzesić? To nie jest możliwe.
- I kto to mówi? – parsknął – Poza tym, mam nadzieję, że dobrze bawiłeś się z moimi strażnikami. Byli klonami. W ich wykończeniu pomogły mi dane, które sam mi dałeś. Podobnie jak w przypadku tego.
Podniósł w moją stronę V3, a następnie, nakierował igłę na siebie. Ciężko mi było uwierzyć, że substancja działała jak obiecywał. Może i miał Talent, jednak czym dłużej przeciągała się ta rozmowa, tym bardziej miałem wrażenie, że rzeczywistość i jego słowa nie pokrywały się.
- Pozwól, że zademonstruję – oznajmił i wbił strzykawkę w zgięcie swojego łokcia.
Kiedy dodusił jej tłok, zrozumiałem rozmiar mojego błędu. V3 stopniowo rozchodziło się po żyłach Runcorna, sprawiając, że stały się widoczne z zewnątrz. Pulsowały neonowym światłem. Gdy ten proces doszedł do jego oka, zmieniło swoją barwę, a jego źrenica wydłużyła się w pionie.
- Ach, działa lepiej niż sobie wyobrażałem. Już czuję potęgę – obserwując z satysfakcją co działo się z jego ciałem, zwrócił się do mnie, chichocząc – Naprawdę myślałeś, że będę walczył uczciwie? Z taką przewagą będę mógł zgnieść…
Zanim dokończył to zdanie, zaatakował. Nie zdążyłem nawet tego przyswoić, a już znajdował się przede mną. Złapał mnie i obalił, po czym podskoczył. Nie spuszczając swojego chwytu na mnie, przebił się przez podłogę.
*
Moje zmysły były mocno otępiałe, jednak zaczęły wracać do normy. Przecież leżałem na parterze… To było coś więcej niż cud, że wciąż żyłem, a oprócz ogłuszenia, jedyny problem jaki zauważyłem, to było otwarte złamanie. Kość przebiła moje ramię, ale siłą wstawiłem ją na miejsce. Prawie zemdlałem przez ilość towarzyszącemu temu bólu. Kiedy ochłonąłem po pierwszym szoku, zdawało mi się, że usłyszałem głos. Nie wiedziałem co mówił, ani nie potrafiłem go rozpoznać, ale przypomniałem sobie, gdzie dokładnie byłem i to wystarczyło, żeby mnie pobudzić. Wyczołgałem się z szczeliny, w której leżałem. Kręciło mi się w głowie do tego stopnia, że ściany zdawały się przemieszczać. Mimo to, liczyło się dla mnie wyłącznie dorwanie Runcorna, którego obecność czułem w pobliżu.
- Widzisz to? Nie masz ze mną żadnych szans.
Opierając się o ścianę, podniosłem się na nogi i od razu zwymiotowałem. Sama żółć… W moich oczach była cóż prawda zielona, za sprawą szmaragdowej aury, jaka unosiła się w powietrzu. Zauważyłem wtedy, że myliłem się, nie byłem na parterze, lecz z powrotem pod gabinetem Ellrose’a, ale nie miałem siły się nad tym przesadnie zastanawiać. Pragnąłem wyłącznie go zabić. Jak to zrobię, niech dzieje się ze mną cokolwiek…
- Żyjesz. Jak można było się tego spodziewać po nadczłowieku. Zaprawdę jesteś wyjątkowym okazem – zauważyłem Runcorna, który opierał się o drzwi biura, choć sekundę wcześniej go tam nie było. Unosiła się nad nim trująco wyglądająca chmura – Żeby było jeszcze zabawniej, dałem ci potrójną dawkę azurytu szkarłatnego. Taka ciekawostka. Czerwień w jego nazwie jest nawiązaniem do jego pierwszego zastosowania. Był podawany uczestnikom zabójczych gier podczas egzekucji, żeby spotęgować doznania. Oprócz tego ma jeszcze sporo innych zastosowań, ale ja osobiście najbardziej lubię go jako halucynogen. Sprawia, że ofiara postrzega świat jak tylko się jej to zasugeruje. To co, mogę być dla ciebie bogiem?
Roześmiał się. Nie wiedziałem, czy była to kwestia podanego mi narkotyku, czy działania V3, jednak Runcorn stał się na ułamek sekundy smugą, kiedy przemieszczał się na drugą stronę korytarza, gdzie zostawiłem ciało Jess. Podniósł ją za kołnierz i zaczął przedrzeźniać.
- Och, jaki z niego ideał! Chodząca doskonałość. Chyba aż się zakochałam.
- Zostaw ją… – wydusiłem z siebie, mocno zgrzytając zębami.
- Ooo, czyli jednak z wzajemnością! Już zapomniałeś o tej swojej rzekomo jedynej miłości życia? Jak jej tam było? Kompletnie wylatują mi z głowy niewarte uwagi imiona… Ale mniejsza z tym. Mogę robić co mi się podoba z tą suką. Jest moją własnością, której dla wygody poprzestawiałem osobowość. Była stworzona jako Ostateczna Zabójczyni, jednak okazała się trefnym egzemplarzem. Wystawiłem ją na finałową scenę wyłącznie, żeby tamta cała szopka w FBTI była bardziej przekonująca.
Powiedziawszy to, odrzucił Jess z pogardą na podłogę.
- A więc ukartowałeś i to?
- Jedynie „przypadkowo” zapomniałem aktywować zabezpieczeń. No i oczywiście podstawiłem wskazówki, gdzie szukać bazy. Serio, manipulowanie ludźmi takimi jak ona, czy ty jest żałośnie banalne – Runcorn uniósł palec wskazujący – Jako że mam całkiem dobry humor, będę przykładnym złoczyńcą i dam ci jedną radę, Sparrow. Poddaj się i dobrowolnie stań się moim nowym obiektem testowym. Nie chcę uszkodzić twojego ciała bardziej niż to konieczne. Jest zbyt cenne.
- Nigdy.
- To byłoby zbyt piękne… – westchnął, zrzucając z ramienia pelerynę – Uważam, że siłowe rozwiązania są dla prostaków, ale skoro nie mam innego wyjścia… W sumie mam jeszcze jedną propozycję. Za każde dziesięć sekund jakie wytrzymasz, opowiem ci coś o moim planie. Chociaż pewnie znasz już jego fragmenty, ułoży ci się wszystko w całość. Pasuje?
Nie czekając na moją odpowiedź, Runcorn rzucił się na mnie. Nie zdążyłem nawet dostrzec jego uderzenia, a już moje plecy zderzyły się z oddaloną o kilka metrów ścianą. Poczułem, jak mój kręgosłup pęka. Chwilę później moje usta wypełniły się metalicznym posmakiem.
- Fiu, fiu, chyba nieco przesadziłem. W ramach zadośćuczynienia zdradzę ci mój prawdziwy Talent. Talent, który został stworzony w laboratorium. Nagrodą za zwycięstwo w zabójczej grze było bycie przerobionym na Ostateczny Talent. Nie prosiłem o to. Nie chciałem tego!
Dopadł do mnie i zaczął okładać pięściami. Zerwał przy tym opaskę. Tam, gdzie spodziewałem się pustego oczodołu, ujrzałem mechaniczne oko, świecące na czerwono.
- Porwano mnie do tej idiotycznej gry. Zrobiono ze mnie potwora. Odebrano mi wszystko! Dla jego zachcianki. Kiedy uciekłem, przysiągłem się zemścić. Zabiłem Robinsona. Sora popełnił samobójstwo, a on… On po prostu umarł. Ten skurwiel! Wymknął się, dlatego ukarałem jego jedynego krewnego. Ciebie!
Ciosy nie ustawały. Czułem jakbym w każdej chwili miał umrzeć i nie mogłem jakkolwiek temu zapobiec. Na całe szczęście Runcorn odpuścił zanim było za późno.
- Oj, nieco się rozgadałem… Zupełnie inaczej wyobrażałem sobie scenę, w której ci powiem, że pierwsze dwie zabójcze gry zorganizował twój dzielny wujaszek, Bill Ellrose, znany też jako Benjamin Sparrow. Miałeś być w szoku. Przepraszam za zepsucie klimatu – zakpił.
Domyślałem się tego. Przed przybyciem tutaj dowiedziałem się, że Albert Sora był jednym z podejrzanych, więc dodałem do siebie fakty. Chociaż do samego końca w to nie wierzyłem, wyglądało na to, że będę musiał się z tym pogodzić. Zresztą, w obecnej sytuacji to było najmniejsze z moich zmartwień. Byłem całkowicie w łasce mojego oprawcy, który pomimo wcześniejszych zapewnień, nie przestawał wyrzucać z siebie słów, nie zauważając, że moja dłoń zaciska się na czymś.
- Nienawidzę go. Was obu. To wcale nie był przypadek, że doszło do napadu, kiedy byłeś w banku. Celem moich ludzi nie były pieniądze.
Palce Runcorna oplotły się wokół mojej szyi. Uniósł mnie, żeby nasze spojrzenia mogły się spotkać na równym poziomie.
- Muszę przyznać, że przy okazji zyskałem całkiem przydatne ciało. Pomimo braku pokrewieństwa, ta twoja żonka stanowiła idealny obiekt do transplantacji serca dla Charlie. Do czasu… Pewnie Benjamin znowu jakoś wpłynął na to zza grobu. Razem z tą szmatą! Żałowałem, że nie dałem jej chłopcom. Chociaż podniosłoby to ich morale…
Fala gniewu dała mojemu organizmowi zastrzyk dodatkowej energii. Nie myślałem jak, chciałem jedynie wyrządzić mu krzywdę, więc zamachnąłem się. Wbiłem zaostrzony odłamek żyrandolu prosto w oko Runcorna, a następnie przekręciłem go, wpychając aż po kciuk.
- TY MAŁY, PIERDOLONY… KURWA! – zawył nieludzko, upuszczając mnie. Za wszelką cenę próbował zatrzymać wyciekające ciało szkliste.
To była moja szansa. Zacząłem pełzać w kierunku broni wartowników. Jeśli tylko udałoby mi się dobyć jednej z nich… Raczej nie byłbym w stanie użyć tych wielkich mieczy, jednak kusza uratowałaby mnie. Leżała tam… Tak blisko! Już miałem ją wziąć, ale wtedy, brutalnie nadepnięto na moją dłoń.
- Ponownie chcesz pozostawić mnie z niczym, co nie? Nie udało ci się wtedy, to wróciłeś dokończyć dzieła?! Ach, nie ważne. Ty wciąż nie jesteś świadomy. Wypadałoby to zmienić… – kopnięciem przekręcił mnie na plecy, po czym przytknął dłoń do mojej twarzy. Obłok azurytu sprawił, że świat zaczął znikać i ostatnim co doświadczyłem był widok czerwono-zielonego płynu, który spływał po policzku Runcorna.
*
Kamienny chodnik budował się pod moimi stopami i natychmiast zawalał się, kiedy nie był już dłużej potrzebny. Biegłem, nie czując jakbym w ogóle stąpał po nim, lecz lewitował nad jego powierzchnią, stopniowo unosząc się coraz wyżej i wyżej. Przez cały czas towarzyszył mi głos Runcorna.
- Och, ironio, kto by mógł przewidzieć, że stanę się tym, kogo nienawidziłem najbardziej? Następcą Billa Ellrose’a… Brianem… A wiesz co jest w tym jeszcze śmieszniejsze? To, w jaki sposób przejąłem całą organizację. Benjamin z czasem zostawił Bellrose na pastwę losu. Dziesiątki podwładnych czekało na rozkazy, niektórzy zaczęli rozwijać własne grupy, ale wystarczyło kilka razy pokazać się im w masce płonącej róży i wszyscy zjednoczyli się pod nią. A miałem im do zaoferowania znacznie więcej niż poprzedni przywódca. Bellrose rozkwitło dzięki mojemu Talentowi. Mogłoby w każdej chwili podbić cały świat, jednak nie chciałem tego. Bardziej zależało mi na zemście. Miałem bardzo ambitny plan…
Na moment przerwał. Wtedy po moich bokach wysunęły się mury, na których niczym film w kinie, pojawił się wizerunek posiadacza Ostatecznego Talentu.
- Pokażę ci parę moich wspomnień. Jeśli faktycznie, tak jak myślisz, jesteś synem Detektywa, dojdziesz do prawdy, która cię zrujnuje. Tak samo jak mnie. Miłego oglądania.
Zapadła cisza, a obraz skupił się na sali procesowej, niemal identycznej do tej, którą widziałem pod kompleksem Cardiff. Na jej ścianach wisiały różne instrumenty smyczkowe, od skrzypiec, aż po kontrabasy, a przy stanowiskach stało dziewiętnaścioro osób: kobiety i mężczyźni; młodsi i starsi, jednak na oko nie dzieliło ich więcej niż dziesięć lat. Wszyscy wpatrywali się z napięciem w tablicę, na której wyświetlały się wyniki głosowania. 17 głosów oddano na Johna Neala, Koszykarza, dwa na Michaela Runcorna, Aktora. Rozpoznałem go w tłumie wyłącznie dzięki staremu zdjęciu, na jakie niegdyś natrafiłem. Jak na swój Talent przystało, zachowywał spokój nawet pomimo podejrzeń wobec jego osoby.
- Winnym drugiego morderstwa i zabójcą Shannon Shaffer, Ostatecznej Skrzypaczki jest… – dobiegło z głośników – Tym razem wam się nie udało. John Neal jest niewinny. Prawdziwym sprawcą był Michael Runcorn.
Całe pomieszczenie zamarło w przerażeniu, nie spuszczając Runcorna z oczu. Ten roześmiał się z ulgą, tylko by wkrótce rozkręcić się. Przez dłuższą chwilę jedynym dźwiękiem jaki można było usłyszeć był jego szaleńczy rechot. Dopiero gdy w końcu zachrypł, ktoś, kto po wzroście zgadywałem, że był wrobionym w morderstwo, odważył się odezwać:
- Mówiłem, że z nim jest coś nie tak. Przez was wszyscy zginiemy!
Zgodnie z zasadami gry, lada moment miała nastąpić egzekucja przegranej strony oraz wypuszczenie zabójcy. Prawdopodobnie, gdyby nie szok, jaki tożsamość sprawcy wywarła na większości, podjęliby próbę walki do ostatniego tchu, ale obecnie nikt nie był w stanie nawet drgnąć. Brama, która prowadziła do sali egzekucji rozwarła się. Stał w niej wysoki mężczyzna w fioletowej szacie ze sterczącym kołnierzem oraz maską płonącej róży zakrywającą twarz. Trzymał pistolet maszynowy, nieprzypominający żadnego znanego modelu.
- KURWA, KURWA, KURWA! To nie miało się tak szybko skończyć!
Zaledwie pierwsza wystrzelona przez niego kula wystarczyła by pozbawić Runcorna niedawnej buty. Obrót wydarzeń wyraźnie go zdumiał. Wycofał się o krok, zasłaniając swoje uszy przed krzykiem ginących, zamknął oczy, aby bronić się przed widokiem upadających trupów. Zdawało mi się, że trawiły go wyrzuty sumienia. Wtedy nastała cisza, a organizator gry zbliżył się do niego.
- Chłopcze, będziesz musiał nadrobić straty w badaniach – rozpoznałem ten głos.
Następujące potem sceny były krótkie i nieuporządkowane. Na każdej z nich Runcorn znajdował się na stole operacyjnym. Amputowano mu rękę i zastąpiono ją mechaniczną, wyciągnięto jego oko, kładąc w jego miejsce sztuczne oraz dokonano wielu licznych operacji na jego ciele, których celu nie potrafiłem określić. Wkrótce jego włosy straciły swój naturalny kolor, stały się białe, co jakby zaznaczyło, że przestał być sobą. Umarł Aktor, narodził się Ostateczny Talent. I to dopiero był początek jego drogi. Prawdziwe eksperymenty były o wiele gorsze. Bliżej niż do nauki było im zdecydowanie do tortur. Podłączano go do jakiegoś urządzenia i sprawdzano jego ciało w ekstremalnych warunkach. Nakłuwano go, przypalano, truto na wszystkie możliwe sposoby… Czym dłużej to trwało, tym bardziej Runcorn stawał się silniejszy, ale jednocześnie, mniej ludzki. Nie czuć było po nim wściekłości, lecz zwykłe pragnienie krwi. Jego oczy nie należały do kogoś, kto chciał zemścić się za wyrządzone mu krzywdy, ale do osoby, której ambicją było udowodnienie, że nie miał sobie równych. Aż w końcu pewnego dnia doszło do przerwy w zasilaniu placówki. Bez wahania wykorzystał ją. Uciekł.
Na tym wspomnienia wygasły, a ścieżka nagle się urwała. Czyjaś ręka wysunęła się w moją stronę, jednak nie po to, żeby uratować mnie przed upadkiem. Złapała za krzyż z obrączkami, zwisający z mojej szyi. Łańcuszek pękł. Spadłem w przepaść, wyciągając dłoń za utraconymi pamiątkami.
Kiedy odzyskałem poczucie czasu, zauważyłem, że stałem kilka kroków za odwróconym do mnie plecami Runcornem. Rzuciłem się na niego, ale nie byłem w stanie go dotknąć. Moja pięść przeszła przez jego głowę jakby był duchem. Poddałem się i postanowiłem sprawdzić czemu się tak uważnie przyglądał. Na blacie biurka leżał siwowłosy mężczyzna w białej koszuli i niebieskim krawacie. Choć na pierwszy rzut oka wyglądał jakby usnął przy pracy, jego klatka piersiowa nie poruszała się, a jego palce wciąż zaciskały się na małej buteleczce. Popełnił samobójstwo. W momencie, w którym zdałem sobie z tego sprawę, otoczenie zaśnieżyło się, transportując mnie do Gabinetu Owalnego, gdzie zobaczyłem zabójstwo poprzedniego prezydenta, nagrane i edytowane przez jego następcę. A więc to był zwykły fotomontaż? Ale jak mu się udało tak precyzyjnie odwzorować V? Czy jednak działali wspólnie? Wtedy zakłócenia powtórzyły się i trafiłem do ostatniego miejsca, jakie miałem ochotę oglądać.
Królewski Bank Kanady, Ottawa. Na ławce na uboczu siedział Michael Runcorn z przefarbowanymi na brąz włosami, ubrany w schludną szarą marynarkę. Mimo, że wyglądał w niej raczej na grubą rybę niż przeciętnego petenta, wtapiał się w tłum bez zarzutów. Wpatrywał się w jeden punkt z intensywnością jakby starał się wzrokiem wydrążyć w nim dziurę. Chodziło mu o rząd krzeseł po przeciwnej stronie korytarza, gdzie siedziała kobieta i mężczyzna. Ja i Amy… Bez trudu nas rozpoznałem, ale chwila… Ja tak nie wyglądam! Byłem bardzo podobny, ale moja linia szczęki była mniej owalna, nos pełniejszy, a oczy powinny być niebieskie, nie szare. Nie wiedziałem co o tym myśleć. W mojej głowie panował chaos, a w międzyczasie wydarzenia toczyły się swoim tempem. Choć znałem już ich przebieg, nagle zrobiło mi się zimno i zacząłem się intensywnie pocić. Runcorn wyjął z kieszeni telefon i przesłał nim wiadomość, która musiała być sygnałem, bo wkrótce do budynku wtargnęli uzbrojeni członkowie Bellrose. Wszystko co po tym nastąpiło, stało się w mgnieniu oka. Przeszły ja osłoniłem Amy, ponaglając ją do schowania się. Nie zauważałem jak ktoś się do mnie zbliża. Kiedy znalazł się wystarczająco blisko, Runcorn wyciągnął pistolet z tłumikiem i wystrzelił. Pocisk rozsadził moją czaszkę. W akompaniamencie krzyku Amy osunąłem się w kałużę własnej krwi.
Zanim zdałem sobie z tego sprawę, znajdowałem się na kolanach, mamrocząc do siebie pod nosem. To było niemożliwe… To musiała być jakaś sztuczka. Omamił i zmanipulował mnie. To nie była prawda. Skoro byłem tu teraz, nie mogłem wtedy umrzeć. Przecież pamiętałem… Amy… Ona…
- Jeśli nadal nie wierzysz, podaj mi dokładną datę tego napadu – przede mną pojawił się Runcorn z uśmieszkiem mściwiej satysfakcji.
- To było… – zacząłem, ale wtedy język stanął mi dęba. J-ja… Nie potrafiłem określić dnia ani choćby miesiąca… Zamurowało mnie. Czułem się jakby jeden z najważniejszych filarów mojego życia runął z hukiem. Oprócz nielicznych przebłysków wydawało mi się jakbym całe życie polował na Bellrose.
- Dokładnie tak jak sądziłem! Chyba wiem już wszystko. Trochę przyspieszymy z opowieścią o mojej wspaniałości – oznajmiwszy, pstryknął palcami i pochłonął nas mrok.
Padało na mnie światło reflektora. Parę metrów dalej włączyło się drugie, pod którym stała zamglona sylwetka.
- Nie możesz już dłużej uciekać od prawdy.
Niepewnie wstałem i podszedłem w stronę osoby w oddali, a ona postąpiła podobnie.
- Christopher Sparrow zginął 27 października 2019 roku. Jesteś wyłącznie jego kopią, a twoje wspomnienia są sztuczne. Otchłań jest systemem konwertującym ludzką świadomość w dane i ona dała ci nowe życie. Obaj jesteśmy ofiarami Billa Ellrose’a. On odebrał nam człowieczeństwo.
- Nie! – zawołałem – To kłamstwo. Jestem Christopherem Sparrowem!
- Tak uważasz? – z przeciwnej strony rozległ się stłumiony śmiech – A więc przekonajmy się…
Opary rozeszły się, pozwalając mi dostrzec kto do mnie przemawiał. To byłem ja sam. Lub raczej, mój sobowtór, bo nie mogłem być w dwóch miejscach w jednym czasie. Odróżniało nas wyłącznie to, że jego twarz rozkładała się i widoczne były przez nią kości. Znajdował się w moim zasięgu, dlatego przyspieszyłem, jednak nie dane mi było go dosięgnąć przez niewidzialną barierę, z którą się zderzyłem.
- Jeśli ty nim jesteś, ja też. Czy potrzeba ci więcej dowodów? Nawet jak ci je przedstawię, nie zaufasz im. Pragniesz wyłącznie jednego, zabić mnie. Proszę bardzo. Dam ci szansę. Decyzja należy w pełni do ciebie.
Pod moimi stopami zmaterializował się pistolet. Schyliłem się po niego i sprawdziłem magazynek, w którym mieściła się jedna kula. Wyjąłem ją i odrzuciłem za siebie, co zaskoczyło podszywającego się pode mnie mężczyznę. Zresztą, mnie też. Nie wiedziałem co mną kierowało. Kolejny raz czułem się, jakby ktoś inny mną sterował.
- Och? Zdawało mi się, że nie będę musiał być aż tak bezpośredni. Tylko jeden z nas może istnieć na tej samej linii czasowej. Wybierz który. No chyba, że obleciał cię strach.
- Wręcz przeciwnie – obcy głos wydobył się z mojego gardła – Pozbyłem się lęków już lata temu. Przegrałeś Runcorn. Wpadłeś w moją zasadzkę. V3 zabije cię w przeciągu maksymalnie godziny od zażycia. Twoje ciało jest zbyt niestabilne, żeby dało się je jeszcze wzmocnić sztucznie.
Ze skrytki pod wewnętrzną kieszenią płaszcza wydobyłem niebiesko-zielony pocisk z tsenretu i załadowałem go do broni. Według Rosjan, miał zapobiec ewentualnemu przetrwaniu esencji życiowej, więc miałem zamiar zabić nim Runcorna, jednak wyglądało na to, że spełni inną funkcję. Nie rozumiejąc co czynię, przyłożyłem pistolet do skroni i zaśmiałem się:
- Zawsze w głębi duszy wiedziałem, że byłeś trefnym modelem – bez wahania pociągnąłem za spust.
***
Szklana pokrywa uniosła się, wylewając z komory sporą część niebieskawej cieczy. Gwałtownie poderwałem się, łapczywie wdychając tlen i wydostałem się z kapsuły, choć przez silnie odrętwiałe kończyny wyszło mi to niezbyt zgrabnie. Wypadłem na białe kafelki, w kałużę śluzu. Przez mój mózg przeszła błyskawica. To były wspomnienia. Wiedziałem już kim byłem i co zrobiłem, ale skąd się tu wziąłem? Nie miałem zielonego pojęcia. Póki co wystarczyła mi wiedza, że byłem w nowym ciele, a o resztę zatroszczę się, kiedy to będzie konieczne.
Maszerując wzdłuż kolumny kabli idących aż do sufitu, minąłem sąsiadujące stanowiska, identyczne do tego w jakim się ocknąłem, a wtedy spostrzegłem, że byłem nagi. Nie odczuwałem przez to żadnego dyskomfortu, jednak okryłem się zawieszonym na fotelu kitlem laboratoryjnym by chociaż trochę podnieść temperaturę organizmu. Poruszałem się dalej wzdłuż rzędu komputerów. Większość z nich była wyłączona, prawdopodobnie od dawna, ale ekran jednego wciąż był zapalony. Od niego ciągnęła się na posadzce smuga krwi oraz niezidentyfikowanej bezbarwnej substancji. Podążyłem ich śladami do wnęki między sprzętem, gdzie znalazłem źródło tego bałaganu. Leżał tam V. Choć nie byłem w stanie dostrzec żadnej rany, instynktownie czułem, że umierał. Jego oddech był płytki i nieregularny, wręcz zanikał. Potrzebowałem od niego jeszcze paru odpowiedzi, więc zdjąłem jego maskę.
- W końcu dotarłeś do mnie, młody – wyszeptał, a ja odruchowo odsunąłem się o krok.
Wyglądał okropnie. Fragmenty jego twarzy schodziły płatami. Jedno jego oko było niebieskie, drugie natomiast brązowe, a jego włosy lśniły wieloma kolorami. Sprawiał wrażenie fuzji kilku różnych osób naraz.
- Dobra robota. Jestem z ciebie dumny – wydusił z siebie głosem, który rozpoznałem.
- Wuju, czy to ty? – zapytałem naiwnie.
Parsknął rozbawiony:
- Choć twoje ciało należy do mnie, wciąż jesteś prawdziwym synem swojego ojca.
- Jak to możliwe? Przecież umarłeś…
- Ty również, Christopherze. Obaj wydarliśmy się śmierci, jednak ja niedługo do niej wrócę – z jego ust wyciekła krew – To co najważniejsze masz w komputerze. Runcorn-klon, którego znałeś już nie istnieje, a oryginalny Runcorn, w którego ciele przebywam zaraz do niego dołączy, ale zanim to się stanie, muszę ci coś pokazać. Tam… – uniósł palec w kierunku pionowo ułożonych komór wewnątrz splotu kabli. W ich środku dryfowały dwie kobiety. Jedną z nich była Amy. Na jej piersi widoczna była pooperacyjna blizna.
- Utrzymałem ją przy życiu, podłączając do Otchłani jako administratora systemu. Nie mogłem jej zostawić. Chociaż tyle mi się udało. Nie uratowałem obu moich córek.
- Córek? – powtórzyłem, całkowicie wybity z rytmu.
- Charlotte i Jessica Moretti. Skrzywdziłem zwłaszcza tą drugą… Ale dla niej jest wciąż nadzieja. Była podłączona do ciebie, więc… – wykrztusił z siebie jaskrawoczerwoną substancję.
- Nie trać sił. Odpoczywaj – zachęciłem go, ale wuj wydawał się tego nie słyszeć.
- Chłopcze, wyrosłeś na dzielnego mężczyznę. Wątpię, żebyś miał mi wybaczyć, ale wiedz, że… Że przepraszam… Gdyby nie ja… Twój Talent… Byłeś Ostateczną Pamięcią… Jesteś perfekcyjnym Talentem… – po tych słowach Benjamin Sparrow znieruchomiał. Nie bał się śmierci, odmaszerował z nią ramię w ramię, jak z dawno niewidzianym przyjacielem.
Stałem nad nim jeszcze przez moment, po którym zamknąłem jego oczy i zwróciłem się w stronę włączonego monitora. Na pulpicie znajdowało się kilka folderów, kolejno podpisanych jako: Peccatorum, Bellrose, Otchłań – Panel Kontrolny, CHS, JM, MR oraz Nowy Folder. Musiał być stworzony niedawno, więc kliknąłem na niego. Zawierał plik, wymagający dwunastoznakowego hasła, składającego się wyłącznie z cyfr, sądząc po okienku, które wyskoczyło. Nie zastanawiałem się długo. Jedyna kombinacja jaka przychodziła mi na myśl to 704391286006. Okazała się poprawna. Przed moimi oczyma pojawiła się ściana tekstu. Zacząłem uważnie ją czytać.
Komentarze
Prześlij komentarz