Rozdział 10. Otchłań

Piątek, 25 grudnia 2021, kilka minut po północy. Każdy telewizor, telefon oraz komputer z połączeniem internetowym na terenie Stanów Zjednoczonych wyświetlał to samo nagranie, na którego pierwszym planie znajdował się prezydent Aaron Robinson. Był przywiązany do swojego fotela w Gabinecie Owalnym i widać było, że potraktowano go brutalnie. Jego zazwyczaj nieskazitelnie schludny garnitur był podarty, poplamiony krwią, która była też widoczna na meblach w tle. Prezydenckie biurko było zdemolowane, a wokół jego pozostałości rozrzucono stosy papierów. Po chwili kamera przybliżyła się.

- Shannon Shaffer, Donald Gilliam, James Medley, Thomas O’Connor, Bertha Quigley, Paul Schmid, Rose Stevens, John Neal, Elizabeth Rocha, Connie Thompson, Jennifer Bold, Josh Elser, Robert Branson, Carlos Smith, Susan Springs, David Deanda, Vicki Brunner, Eileen Bradshaw, Vernon Cross, Clint Chester i Betty Garcia – mechaniczny głos wyliczał nikomu nic niemówiące nazwiska – To tylko początek twoich grzechów. Jest ich więcej. Nie zasługujesz na przebaczenie…

Ujęcie oddaliło się od twarzy prezydenta, przy którym stał teraz zamaskowany mężczyzna w czerni. Unosząc przed siebie otwartą dłoń, zwrócił się do obiektywu.

- Szanowni współobywatele, ta noc jest szczególna. Dzisiaj sprawiedliwości stanie się nareszcie zadość. Zostanie wymierzona kara za winy, zarówno te odległe jak i niedawne. W 2003 roku człowiek jakiego uważaliśmy za godnego reprezentowania nas wszystkich dopuścił się odrażającego czynu. I powtórzył go 14 lat później. W obu nieludzkich eksperymentach zginęło wiele niewinnych osób... Szczegółowe dane zostaną upublicznione w sylwestrową noc, równo o północy, tak, aby razem z wyjściem prawdy na jaw, my, jako naród, wraz z nowym rokiem byli w stanie wejść w nową erę. Erę wolną od skorumpowanej władzy, pragnącej zniewolić nas wszystkich. Jestem patriotą. Udowodnię to, a kiedy nastanie czas, zrozumiecie moje akcje…

Porywacz wyjął spod płaszcza srebrny nóż i poderżnął nim gardło Robinsona. Kadr w pełni ujął powolną agonię Prezydenta, który tracąc oddech, słabł. Dusił się własną krwią, na której pulsowały pęcherze powietrza. W końcu blask życia bezpowrotnie opuścił jego szkliste oczy.

- Przeszłości nie da się wymazać. Przeszłość kształtuje przyszłość, a teraźniejszość jest czasem rozliczeń. Pierwsza Dama jest bez winy, ale dla jej dobra, musi zniknąć. Nie szukajcie jej, bo to i tak wam się nie uda. Ona oficjalnie przestała istnieć. Mam jeszcze jeden komunikat. Ostatni grzeszniku, zostałeś już tylko ty, a wtedy ten koszmar się skończy – mówiąc to, ściągnął maskę. Był młodym, przystojnym mężczyzną o drapieżnych rysach twarzy i mocno zarysowanej linii szczęki. Choć w jego bladoniebieskich, niegdyś znanych z opanowania oczach odbijało się pragnienie zemsty, wciąż bez trudu można go było rozpoznać. Był to…

*

Christopher Sparrow. Choć nie minęły nawet 24 godziny od zamachu, prawdopodobnie każdy miał już to nazwisko na ustach. Nie dziwiłem się. Dawna rozpoznawalność robiła swoje. Odkrycie tożsamości zabójcy nie okazało się wyzwaniem dla dziennikarzy, którzy nie mieli jednak prawa wiedzieć, że w międzyczasie byłem w innym miejscu i nie mogłem być sprawcą. Mimo to, osoba na filmie wyglądała dokładnie jak ja… V. To on musiał maczać w tym swoje palce. Runcorn wrobił mnie z morderstwo Atkins, a on w Prezydenta, przez co moje obecne położenie było tragiczne. Nie wiem jakim cudem udało się im to osiągnąć i czy współpracowali, ale musiałem przyznać, że był to mistrzowski szach mat. Mając na sobie list gończy byłem w potrzasku. Pomimo tej bezradności, wiedziałem, że z czasem pojawią się szanse na kontratak, dlatego nie traciłem ducha. Obława zmniejszy się, a cywile zapomną, wpadając w wir codziennych obowiązków, więc potrzebowałem przeczekać do tego momentu. Lecz z zapasami jakie aktualnie posiadałem, nie będzie to należało do najprostszych zadań.

Gazeta z rzędem moich portretów, dwa batoniki oraz nieciekawie pachnąca kanapka z czymś, co przypominało pasztet. Tyle udało mi się podkraść podczas porannej eskapady do miasta. Było to bardzo mało jak na ryzyko, jakie podjąłem by je zdobyć. Oprócz tego wciąż miałem przy sobie nóż oraz pistolet, choć mogłem nim co najwyżej palnąć komuś w łeb przez brak amunicji… Jeżeli nie musiałbym porzucić tamtego jeepa, mógłbym wyjechać w dzicz, gdzie poskładałbym się do kupy i zaopatrzył w prowiant, ale nie miałem innego wyjścia. Samochód został wtedy rozbity, więc musiałem uciekać, bo nie zgubiłbym ogona, sądzącego, że jest na tropie terrorysty. Miałem naprawdę dużo szczęścia, że im umknąłem. Nie było jak wytłumaczyć tej pomyłki, dlatego mogłem się wyłącznie ratować, zastanawiając co w międzyczasie porabiał prawdziwy sprawca jednego z przestępstw o jakie mnie oskarżano. Czy bawiła go ta pogoń? Co czuł stojąc nad martwym ciałem kobiety, która była dla niego gotowa na wszystko? Pocieszałem się tym, że Atkins odeszła zanim zdała sobie sprawę ze zdrady. Oszczędził jej chociaż złamanego serca, jednak czy to coś zmieniało, skoro i tak… Polubiłem ich oboje. A w zamian dostałem… Cios w plecy. A do tego byłem świadkiem kolejnego… Czułem jedynie odrazę wobec Runcorna. Nie taką jak do Bellrose, ale wiedziałem, że nie mogę go zostawić. Miał ich maskę… Nawet jeśli nie miał nic wspólnego z organizacją, z całą pewnością wiedział o niej więcej niż przekazał mi pierwszego dnia w FBTI.

Tylko jak miałem dokonać czegokolwiek, jeżeli moja prawa dłoń nie mogła się zdecydować czy wciąż wykonuje polecenia właściciela? Czasami działała jakby nigdy nic, innymi razy równie dobrze mogłem jej nie mieć, a żeby tego było mało, sporadycznie działo się z nią coś niewyjaśnialnego. Nagle traciłem nad nią kontrolę i zaczynała się wić jak wyciągnięty z ziemi robak, wyginając pod kątami, jakie przez istnienie kości nie powinny być możliwe. Kiedy to się działo, czułem, że rozpalam się od wewnątrz i nie byłem w stanie się ruszyć aż do momentu ustania bólu, w którym także traciłem przytomność. Któregoś razu, po jednym z takich ataków zauważyłem, że moja stopa się zrosła. Wydawało mi się, że było to przywidzenie, jednak namacalnie potwierdziłem zasklepienie się rany. To nie miało prawa zagoić się w kilka godzin, więc dlaczego? Starałem się nie rozmyślać na ten temat, bo czułem, że do reszty oszaleję.

Zabunkrowałem się w opuszczonym domu, który właściwie wyglądał bardziej na stertę gruzu, miejscami porastającego mchem i grzybem, mogącą w każdej chwili się zawalić. Miałem zamiar zostać w nim wyłącznie na noc, więc liczyłem, że konstrukcja nie załamie się akurat ze mną w środku. Przede mną musieli się tu czasem lokować bezdomni, ponieważ zostawili po sobie jakieś stęchłe koce, opony oraz beczkę – prowizoryczny piec grzewczy. Tej nocy temperatura znacznie spadła w porównaniu z poprzednią, więc jeśli nie chciałem zamarznąć, koniecznym było jakoś go rozpalić. Lecz i w tym było wyzwanie, gdyż wszystko w tej ruderze co zdawało się być w stanie posłużyć jako rozpałka, zawilgotniało. Śnieg nieprzerwanie wpadał przez dziurę w suficie, a porywisty wiatr rozprowadzał go na boki. Śnieżyca była na tyle intensywna, że tym tempem spodziewałem się rankiem zasp co najmniej do kolan i niespecjalnie mi się to podobało.

- Pierdol się, pogodo, ty kutasie. Akurat w tym roku szykujesz dla mnie zimę stulecia?

Frustracja sama w sobie nie zmieni mojego położenia. Podniosłem się z posłania jakie uwiłem sobie w najcieplej wyglądającym kącie i ruszyłem szukać opału oraz czegoś do wskrzeszenia płomienia. Druga z tych rzeczy powinna być łatwiejsza do zdobycia. Istniały liczne metody na poradzenie sobie bez zapałek, choć cóż prawda, spora ich część wymagała obecności słońca… Dlatego swoje nadzieje pokładałem w krzemieniu. Jeśli bym go zdobył, mógłbym wykorzystać metalowy zawias, ledwo zwisający z uszkodzonej futryny. Poświęciłbym wtedy fragment koca by stworzyć pochodnię, którą wysuszyłbym na przykład resztki komody, co zapewniłoby mi ciepła na cały pobyt. No, ale łatwiej marzyć niż tego dokonać.

Pomieszczenie, sąsiadujące z moim prowizorycznym leżem niegdyś mogło być kuchnią, sądząc po jego ułożeniu oraz obecności dziury po kranie. Co ważniejsze, nie znalazłem tu jednak niczego przydatnego, dlatego po przetrząśnięciu wszystkich zakamarków, udałem się w kierunku sieni, gdzie moja ścieżka rozdwoiła się. Stanąłem przed wyborem: kontynuować eksplorację parteru bądź wspiąć się na piętro, które prawdę mówiąc, na chwilę obecną sprawiało wrażanie bardziej atrakcyjnego. Gdzieś tam w zgliszczach dawnej sypialni mógł czekać na mnie prezent. Zwróciłem się w stronę schodów.

- Całe życie pod górkę, co nie?

Zerknąłem na stopnie. Nie były zbyt strome, ale wciąż nie czułem się na tyle pewnie, żeby bez żadnej podpórki dotrzeć na ich szczyt. Oczywiście, opcją też było wgramolić się tam na czterech kończynach, jednak odrzuciłem ten pomysł ze względu na moją dłoń. Bałem się, że jeżeli będę jej za dużo używał, znowu da mi się we znaki. Niech to… Czyli tak czy siak musiałem polegać na własnych nogach. Skoro nie wpadało mi do głowy lepsze rozwiązanie, postanowiłem, że nie było sensu przewlekać nieuniknionego, wdrapałem się na pierwszy stopień. No i było to takie straszne? Ośmielony początkowym powodzeniem, pokonałem kilka kolejnych. Świadomość tego, że miałem już za sobą prawie połowę drogi rozluźniła mnie. Grunt, żeby piętro nie zawaliło się pod moim ciężarem. Wziąłem głęboki oddech i na moment zatrzymałem się. Tu jednak popełniłem ogromny błąd – odruchowo chciałem oprzeć się o barierki, zapominając o ich braku. Straciłem równowagę. Poleciałem w dół.

*

Marie… Marie… To jest to!

Niemiłosiernie huczało mi w głowie, ale w sumie, nie było w tym nic nadzwyczajnego. Wyrżnąłem o kant ściany z takim impetem, że wręcz wypadałoby dziękować za cudowne ocalenie. Przy takim upadku powinienem mieć co najmniej pękniętą czaszkę, a obyło się nawet bez krwotoku. Z drugiej strony, nie mogłem samemu wykluczyć wstrząśnienia mózgu… Mimo to, instynktownie czułem, że nie odniosłem żadnych wartych wspomnienia obrażeń. No może pomijając fakt, że powoli zaczynałem widzieć wszystko na fioletowo. Ta barwa stopniowo rozprowadzała się po otoczeniu na moich oczach, jak za pociągnięciem pędzla, z którego wbrew grawitacji, farba ściekała w dowolnych kierunkach, tworząc przedziwne wzory. Ich artyzm był tylko pozorny. Po dokładniejszym przyjrzeniu się im stwierdziłem, że były to dane. Liczby, symbole, formuły chemiczne, fizyczne. Olbrzymia biblioteka wiedzy była w zasięgu moich rąk.

Jesteś wielka! Teraz będziemy w stanie zmienić świat!

Tym razem zdecydowanie to usłyszałem. Głos obcy, choć zdający się brzmieć tak znajomo. Ekscytacja była niepodważalna w jego tonie. Czegokolwiek dokonała jego rozmówczyni, musiało to być coś naprawdę wyjątkowego.

Wytłumaczę resztę po drodze. Nie ma czasu do stracenia.

Zgodziłem się. Trzeba było działać prędko. Każda sekunda zwłoki może być katastrofalną w skutkach dla całego projektu… Aaach… Jakiego projektu? Skąd w ogóle ta myśl? Wtedy na podłodze pojawiła się złota smuga. Prowadziła w głąb budynku. Tam, gdzie czekał na mnie sukces… Coraz bardziej mi się wydawało, że moja świadomość rozdwaja się. Byłem jednocześnie tutaj, jak i tam, gdziekolwiek to było. Moje serce biło jak szalone, a głowa pulsowała ostrym bólem. Pomimo tego, z własnej, nieprzymuszonej woli podążałem wskazanym mi tropem w mgłę.

Kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że okolica się zmieniła, grawitacja nagle odwróciła swoją oś. Stałem w tej chwili na płaskiej powierzchni, jednak była ona sufitem dużej, okrągłej sali. Pode mną znajdowało się dwoje ludzi w laboratoryjnych kitlach, ale ich twarze były rozmazane. Budowali coś. Wtedy czas przyspieszył, a naokoło piął się słup kabli, tworząc barierę, która oddzielała ich od otoczenia. Sporadycznie pojawiały się również dwa kolejne kształty. Przyjaciele. Wspierali zamkniętą dwójkę, jednak nie mogli im dorównać, więc zajmowali się mniej istotnymi problemami. Cała grupa działała ze sprawnością szwajcarskiego zegarka, dążąc do realizacji swoich marzeń. Wkrótce u podnóża kolumny zmaterializowały się komputery. Jeden z ekranów rozświetlił się, a wtedy czwórka naukowców zbiegła się do niego.

Efekty naszej pracy były dokładnie przeciwne. Zmienimy świat. Ale na gorsze.

Mimo to, większość z nich nie przejęła się. Jedynie najmniejsza z obecnych sylwetek nie wzruszyła ramionami, nie wróciła do swoich obowiązków jak reszta. Myślała. I w tej chwili stała się wyraźniejsza. Jednak nie poczęła żadnych akcji. Kobieta go kochała. Wierzyła, że on naprawi wszystko i trwała przy nim, tak jak robiła to od lat. Opuściła pomieszczenie, dzięki czemu nareszcie mogłem zobaczyć monitor. Wypisane na nim było jedno słowo – choroba, które zaczęło pojawiać się na każdej płaszczyźnie w zasięgu wzroku, zielonymi, fluorescencyjnymi literami. CHOROBA, CHOROBA, CHOROBA, CHOROBA, CHOROBA. W różnych wielkościach i stylach, praktycznie pokrywało już wszystko co się dało, nawet mnie. W przerażeniu cofnąłem się, zakrywając dłońmi oczy, jednak to nie zadziałało. CHOROBA dotarła i tam.

Poczułem jak obracam się. Ponownie znalazłem się w zdezelowanej chatce i wszystko wróciło do normy. Na pozór. Nie kontrolowałem własnego ciała. Poruszało się wedle własnego uznania. Brnęło w stronę schodów, po których wdrapało się z łatwością. Gdy skocznym krokiem dostało się do jednego z pokojów na wyższej kondygnacji, zostałem przetransportowany gdzieś indziej niż powinienem, do drewnianej szopy. Nic nie wyróżniało się w jej wyglądzie i wyposażeniu, no może nie licząc dwóch masek na stojącym na środku stoliku. Jedna należała do V, druga zaś przedstawiała płonącą różę Bellrose. Zbliżyłem się do nich, jednak nie ważyłem się jeszcze dotknąć. Obserwowałem je, starając się pojąć skomplikowane uczucia nienawiści połączonej z miłością, którymi emanowały. Przeczyły sobie nawzajem, lecz nadal były tym samym. Ale czy aby na pewno? Zafascynowany tym widokiem, sięgnąłem najpierw po maskę z dziobem. Była zadziwiająco lekka. Pod wpływem impulsu przyłożyłem ją do twarzy i spojrzałem na swoje odbicie w lustrze, którego przed chwilą tu nie było. Pasowała idealnie, jakby była naturalną częścią mnie, a nie obcym obiektem z tworzywa sztucznego.

Plan B. Należało posprzątać po nieudanych eksperymentach. Na całe szczęście niepowodzenie było brane pod uwagę, więc nie musiałem aż tak wiele przygotowywać. Mimo to, wszystkie nasze wysiłki zostały włożone w ten projekt. Moje ostatnie dzieło…

Maska stała się przejrzysta, a zachowanie mnie po drugiej stronie zwierciadła przestało zgadzać się z moimi ruchami. Niby-Sparrow stał wyprostowany z rękoma za plecami i dumnie uniesioną głową. Wyglądał jak ja, jednak, kiedy odezwał się, różnica stała się wyraźna:

- Jestem tobą, a ty mną. Wśród bezliku światów, jesteśmy w każdym z najistotniejszych, kształtujących bieg wydarzeń na szczycie wieży. Choć tutaj się nie odbędą, jesteśmy ważnym elementem walki, na ostateczny rezultat której nasze poczynania będą miały wpływ. Walki pomiędzy siłami przekraczającymi nasze zrozumienie. Część z nas wykonała już swoje zadanie i oczekuje na finał twoich losów.

Wskazawszy na boki, cofnął się o krok i zastygł w bezruchu. Wtedy zauważyłem, że otaczały mnie lewitujące lustra z przeróżnymi odbiciami mnie. Ich oczy były utkwione we mnie, a ich usta poruszały się bezgłośnie, powtarzając coś. Gdy zacząłem rozczytywać ich słowa, wrzasnąłem. Nie mogłem już dłużej tego znieść. Rzuciłem się w stronę zwierciadeł. Tłukłem je po kolei pięściami, nie czując postępującego zimna oraz tego jak dotkliwie raniłem dłonie. Jednak cisza, której tak bardzo łaknąłem nie następowała. Choć Sparrowowie stopniowo znikali, ci, którzy znajdowali się poza moim zasięgiem, coraz bardziej przyspieszali.

- PRZESTAŃCIE! – zawyłem bezradnie.

Wszystko byle się od nich odgrodzić… W akcie desperacji zwinąłem się na podłodze w kulkę. Nie mogłem już dłużej… To za dużo…

- ZOSTAWCIE MNIE!

Nie słuchali. Mój mózg zdawał się topnieć, ale co w tym dziwnego? Czego innego się spodziewali przekazując zwykłemu człowiekowi taki balast? Wkrótce pogrążyłem się w jasności.

Przebywałem w pustce, nie będąc w stanie określić swojego położenia w przestrzeni i w czasie. Dryfowałem z prądem. Gdzie? Nie wiedziałem. Po co? Tego tym bardziej. Zdałem się na łaskę losu. Byłem świadomy jedynie krótkich przebłysków wspomnień, których nie rozpoznawałem. Nie należały do mnie. Należały? Gdybym był w stanie się skupić, oceniłbym to lepiej. Każdy obraz trwał mniej niż sekundę, a potem zastępował go następny. W końcu rozbrzmiał skądś głos:

Mogłem przewidzieć, że w końcu przestanie mi ufać. Zawsze jej zależało na sprawiedliwości, a to, czym się zajmowaliśmy niespecjalnie zgadzało się z jej moralnością. Próbowała zniszczyć nasze badania i prawie to się jej udało, jednak to mnie nie powstrzyma. Miałem jeszcze jedno wyjście, żeby naprawić nasze błędy. Nie, one były wyłącznie moje. Osiągnięcie tego celu będzie wymagało wielu poświęceń, ale kto wie, może uda się nawet przy okazji zrealizować pierwotny zamiar projektu?

Nagle coś złapało mnie za nadgarstki i zaczęło wlec. Pode mną uwydatniało się podłoże. Chropowaty marmur, taki, jakim była wyłożona posadzka tamtego przeklętego banku. Nie miałem wątpliwości, że to właśnie w nim aktualnie się znajdowałem, co potwierdziłem otwierając oczy. Wtedy spod kopuły, z końcu korytarza przywitała mnie Amy.

- Znowu się spotykamy, Chris.

- Dawno nie przychodziłaś. Tęskniłem.

- Ja również, ale… Okoliczności na to nie pozwalały – po tym stwierdzeniu nastąpił moment pauzy – Przetrwałeś punkt zwrotny twojej wędrówki, tylko po to, żeby stanąć naprzeciw kolejnej i to jeszcze trudniejszej próbie.

- Powiedz mi coś, czego nie wiem… – westchnąłem.

- Cieszy mnie, że wciąż nie opuszcza cię poczucie humoru. Nigdy nie traktowałeś problemów na poważnie, po prostu usuwałeś je ze swojej drogi. Dla przeciętnych ludzi, takich jak ja, nie jest to wykonalne. A nawet przy próbie, nerwy z tym związane zazwyczaj wpuszczają nas w jeszcze większe tarapaty. Jednak nie mamy czasu na pogaduszki. Dzisiaj widzimy się by naprawić pewną… Wadę. Zaraz wyjaśnię szczegóły, ale do tego będę potrzebowała pomocy. Bez obaw, to nikt obcy, znacie się.

Gdy Amy skończyła wprowadzenie, zza jej pleców wyłoniła się Atkins, bledsza niż za życia, do tego stopnia, że zdawała się być jak duch.

- Hej – przywitała się, choć wyraźnie przygaszona.

- Ty żyjesz? – z zaskoczenia wygłupiłem się, no co Amy zareagowała chichotem:

- A ja to niby też?

- Jeśli można uznać to za życie, to tak.

- Wybacz – obniżyłem wzrok.

- Naprawdę nie masz za co przepraszać. Nie mogłeś nic zmienić, a nawet jeśli, jestem ci wdzięczna, że tego nie zrobiłeś. Michael musiał mieć swoje powody, których my nadal nie znamy.

- Wciąż w niego wierzysz?

- Sam mi tak poradziłeś. Żoną nigdy nie zostałam, ale spełnię choć ten obowiązek.

Amy stanowczo ukróciła na tym tą wymianę zdań.

- Zegar tyka. Wolałabym załatwić kluczowe sprawy od razu – przyznałem jej rację. Skinieniem zachęciłem ją do przejścia do sedna – Chris, jesteśmy tu, żeby pomóc ci obudzić twój prawdziwy Talent.

- Przecież jestem już Myśliwym i…

- Wcale nie jesteś Myśliwym.

- Więc kim…? – nie miałem najmniejszych przesłanek, żeby nie uwierzyć, dlatego zatkało mnie. Zwłaszcza po następnych słowach Amy.

- Nigdy nie byłeś Myśliwym, jedynie tak ci wmówiono. Talent, który posiadasz jest unikatowy. Obecnie potrzebujesz go jak nigdy, ale zapobiega temu blokada na twoim sercu. Została nałożona ze względu na twoje bezpieczeństwo, żeby twój Talent nie aktywował się zanim będziesz gotowy na poznanie go.

- Co mam zrobić?

- Przypomnieć sobie.

Nie było w tym nic strasznego, jednak nagłe uczucie niepokoju wstrząsnęło mną.

- Co i jak? – dopytałem.

- Zrozumiesz w odpowiednim momencie jak długo będziesz świadomy, że to część ciebie, z którą nie powinieneś walczyć. Pieczęć w końcu pęknie i jak do tego dojdzie, będziesz zmuszony stawić czoła całej prawdzie. W aktualnym stanie nie przetrwałbyś tej potyczki – kiedy Amy przerwała, inicjatywę przejęła Atkins:

- Uznajmy, że konsekwencje nie byłyby zbyt fajne. Z racji, że nikt tutaj nie życzy ci źle, wpadłyśmy na pomysł, żeby temu zapobiec, delikatnie luzując zabezpieczenia na tyle, żeby zapobiec trwałym uszkodzeniom, gdy nastąpi ich całkowite zejście, tak, abyś mógł w porę przystosować się do przebudzonego siebie. Obiecuję, że nie będzie bolało. Za bardzo…

- Co zamierzacie?

Nim dane mi było choćby przetrawić te fakty, obie kobiety unieruchomiły mnie. Amy zdjęła ze mnie płaszcz i koszulę, a następnie przyłożyła dłoń do mojej piersi.

- Ciii, skarbie… Bądź grzecznym pacjentem i nie ruszaj się. Nie chcę przypadkiem wyrządzić ci krzywdy – pod wpływem uśmiechu, jakim mnie obdarzyła, zmiękłem. Cokolwiek planowała, nie miało znaczenia. Już dawno temu postanowiłem zawierzyć jej mój los i to nigdy się nie zmieni.

- Kocham cię.

- Ja ciebie też, Chris. Nawet nie wiesz jak bardzo – jej ręka przeszła przez moją skórę i żebra. Poczułem falę przejmującego ciepła na moim sercu, które wtedy uchwyciła.

***

Siedmioletni Christopher Sparrow wyszedł ze swojego pokoju i skierował się do łazienki. Dopiero wstał i nie spodziewał się zastać nikogo w domu. Pani Clarisse miała tego dnia wolne, a tata… Ostatnio kompletnie nie zwracał na niego uwagi, poświęcał każdą swoją chwilę pracy. Choć ojcu zdarzały się wcześniej epizody rzadkiego bycia w jednym miejscu, Christopher nie rozumiał tej jego nowej obsesji. Musiała być spowodowana tym piciem, o którym słyszał od jednego z chłopców w parku, tym jaki piją dorośli, kiedy nie radzą sobie z czymś, ale on im nie pomaga, tylko robi gorzej… To musiało być to, bo Chris czasem widywał ojca ukradkiem wyrzucającego do śmietnika jakieś szklane butelki, a nie kupował ich podczas wspólnych zakupów.

Po porannej toalecie Christopher przebrał się w domowe ciuchy i zjadł śniadanie – kanapki z dżemem malinowym. To, że potrafił je zrobić całkowicie samemu było przedmiotem jego wielkiej dumy, ponieważ żaden z jego wąskiego grona kolegów wciąż nie umiał poradzić sobie bez pomocy mamy. Jednak teraz nie było to takie ważne, bo Chris przypomniał sobie jaki dzisiaj był dzień. Boże Narodzenie. Może tata nie zapomniał chociaż Mikołaju i o prezentach? Z tą nadzieją pobiegł pod drzwi salonu, w którym stała choinka. Przydusiwszy klamkę, pociągnął ją do siebie i stanął jak wryty. Do żyrandola była przywiązana lina, kończąca się pętlą na szyi Davida Sparrowa.

Lub raczej, kogoś łudząco go przypominającego. Twarz mojego ojca była zatarta w mojej pamięci, ale byłem pewien, że to nie był on, lecz dubler. Ten zabieg wystarczył, żeby zmylić młodego mnie, jednak bogatszy o 18 lat doświadczeń, przejrzałem przez iluzję.

*

Sierociniec, niespełna miesiąc później. Pierwsze spotkanie Christophera i Benjamina Sparrowów.

- Naprawdę jesteś moim wujkiem? Tata nigdy o tobie nie wspominał.

- To trochę skomplikowane, ale tak, jestem bratem twojego świętej pamięci staruszka. Przyznam, nie zdążyliśmy się pogodzić, bo nie miał czasu się spotkać, ale nadal jesteśmy rodziną. Z tego co słyszałem, masz trafić do adopcji. Wiesz, jacyś dziwni obcy ludzie cię przygarną i tak dalej, ale co powiesz, żeby zamieszkać ze mną? Może nie będzie ci u mnie super wygodnie, jednak co krew, to krew. Prawdziwa więź.

- Masz własny dom?

- Jasne. A co, nie wyglądam jakby mnie było stać? – Benjamin zaśmiał się, przeczesując swoją bujną czuprynę. Upewnił się przy okazji, żeby bratanek zobaczył dwa rzędy jego lśniących zębów.

- Gdzie?

- Daleko. Johnville, na północy Kanady. Spokojna mała wioska. W szczególności zimą jest to malownicza okolica. Wyglądasz na takiego, któremu by się tam spodobało.

- Serio? Czemu?

- Zgaduję. Rozmawiamy już trochę i przeczucie mi podpowiada, że odzywają się w tobie geny nie tego brata Sparrowa, co można by przewidzieć. To co, wchodzisz w ten układ?

Christopher przyłożył dłoń do podbródka i na moment zamilkł. W międzyczasie, Benjamin odwrócił w stronę okna, przed którym stałem i uśmiechnął się. Nasze spojrzenia spotkały się, jednak pozornie, bo było to tylko wspomnienie. Tamtego dnia znajdowałem się na łóżku. Mimo to, przez ten zbieg okoliczności przeszedł przeze mnie dreszcz. Benjamin zerwał się nagle z siedzenia i oznajmił:

- Nie musisz podejmować decyzji dzisiaj. Nie będę nalegał. Przecież też jestem jednym z tych obcych dziwaków, o których wspominałem. Prześpij się z tym, to być może ujrzysz odpowiedź. W każdym bądź razie, mam jeszcze parę spraw do załatwienia w mieście, więc wystarczy, że dasz cynk opiekunom, a oni się w takim wypadku skontaktują ze mną. Wychodząc zostawię im swój numer…

- Już idziesz? – Christopher przesłał mu tęskne spojrzenie. Chciał coś jeszcze dodać, jednak wahał się.

- Lepiej wyjść o własnych siłach niż być wypchniętym przez pracowników tego przybytku, zamartwiających się nad biednym, pokrzywdzonym chłopcem. Jakby jeszcze jakiś był w tym pomieszczeniu… Ja widzę tylko dzielnego młodzieńca z olbrzymim potencjałem. No, to do kiedyś. Na pewno jeszcze wpadnę, nawet jeśli odmówisz wspólnego mieszkania. Polubiłem cię.

Powiedziawszy to, już miał zamiar opuścić pokój, ale Chris go powstrzymał.

- Poczekaj!

- Hmm…? – Benjamin zdawał się tylko na to czekać.

- Chcę jechać z tobą. Nie podoba mi się tu…

- Miło to słyszeć. Jesteś tego pewien? Być może pewnego dnia pożałujesz dołączenia do mnie.

- Tak! – Christopher zawołał z pełną determinacją.

- Mądry wybór. Papierkową robotę zostaw mi. A tak na przyszłość, chciałbym, żebyś coś zapamiętał. Wraz z moimi przyjaciółmi opracowaliśmy tajny kod na wypadek nieprzewidzianych zdarzeń. Nie podam ci go rzecz jasna wprost, ale dam wskazówkę jak go odgadnąć. Hasło to ARMMBSAS, wystarczy, że dopasujesz odpowiednie liczby. Być może kiedyś, za jakieś odległe lata ci się przyda.

*

Przez chwilę myślałem, że to było na tyle, jednak wtedy warstwa mroku stopiła się po raz trzeci. Kiedy rozejrzałem się dookoła, otaczali mnie ludzie, petenci i pracownicy banku. Królewskiego Banku Kanady w Ottawie. Instynktownie wiedziałem, że był to dzień, w którym wszystko się zaczęło. Obok mnie siedziała Amy. Oczekując na umówioną wizytę z jakąś grubą rybą bankowości, przeglądała zawartość swojego telefonu, sporadycznie zaczepiając mnie rozmową, na co odpowiadałem pół słowami. Choć byłem świadomy tego co się zaraz wydarzy, nie mogłem ostrzec przeszłego siebie. Byłem biernym obserwatorem biegu zdarzeń.

- Wciąż nie potrafię uwierzyć, że wuj Benjamin miał taką fortunę. Zawsze był taki skromny…

- Nigdy o niej nie wspominał – odparłem.

- Och, jak będzie mi go brakowało. Choroba to straszna rzecz.

- Nie powinniśmy rozpaczać. Wuj ciągle powtarzał, że śmierć to tylko kolejny przystanek, o którym nie wolno myśleć za wcześnie.

- To brzmi całkowicie jak coś, co mógłby powiedzieć… – westchnąwszy ponuro, Amy ponownie zajęła się swoim telefonem.

W ten sposób minęło kilka minut. Napad zbliżał się nieubłaganie. Uciekajmy, proszę… Naiwnie starałem się przekazać to przeszłemu sobie, jednak to do niego nie docierało. Jedynie zagadnął:

- Jak twoje wyniki?

Kilka dni przedtem Amy udała się do szpitala na drobiazgowe badania. Jej zdrowie było perfekcyjne. Ani razu w przeciągu naszej znajomości nie złapała choćby drobnego przeziębienia, ale profilaktycznie postanowiła się sprawdzić. Zachęcała ku temu również mnie, jednak odmówiłem.

- Przyszły dzisiaj rano.

- I?

- Jestem zdrowa jak ryba. Możliwe, że nawet trochę za bardzo, bo zapraszają mnie na powtórkę. Podobno wyniki mogły wyjść nieco podkręcone przez wadę sprzętu.

- Wydziwiają. Nie marnuj czasu i pieniędzy.

- A co, będziesz na mnie oszczędzać? – zażartowała, lecz ja tego oczywiście nie zauważyłem.

- Nie. Rób co uważasz za słuszne. Chciałem jedynie stwierdzić, że to może być pretekst by naciągnąć cię na więcej kasy.

- Kto wie? Możesz nawet mieć rację. Mimo to, skorzystam. We wtorek masz wolne. Potowarzyszysz mi?

Już miałem odpowiedzieć, że rozważę to, jednak scena gwałtowanie się urwała.

Krew…

Migoczące światła…

Dźwięk wystrzałów…

Kałuża krwi…

Powiększa się na posadzce.

Kobiecy krzyk…

Zduszony, jakby dochodził zza kilku ścian.

Ciało…

Całe we krwi…

Do kogo należy?

Do Amy…

W szkarłatnej tafli pływały kawałki mózgu.

Charlotte?

Amy, czy Charlotte?

Amy, czy Charlotte?

Zaraz się przekonam.

Ciało przysłonił cień…

***

Poczułem jakby kula armatnia uderzyła mnie w tył głowy. Ból parokrotnie podrzucił moim bezwładnym ciałem, przepuszczając przez nie potężny impuls elektryczny. Przed moimi oczyma przelatywały łańcuchy cyfr, które znikały niemal tak szybko jak się pojawiały. Mimo to, nadal byłem w stanie dostrzec powtarzającą się wśród nich kombinację.

006704391286006704391286006704391286006704391286006704391286006704391286006

Czym dłużej zastanawiałem się nad jej znaczeniem, tym bardziej mógłbym przysiąść, że wydawała mi się coś mówić. Czyżby była kluczem do czegoś ważnego, jak sugerował mi wewnętrzny głos? Jak na razie nic konkretnego nie przychodziło mi na myśl, więc podniosłem się z posadzki. Choć czucie w kończynach wróciło, byłem zbyt ociężały. Dopiero z pomocą Amy i Atkins udało mi się usiąść.

- I jak? – Amy przytuliła mnie, co odwróciło moją uwagę od tego, że zamiast zakrwawionej sukni ślubnej miała teraz na sobie ciemnofioletową zapinaną koszulę w kratkę oraz czarną spódnicę do kolan.

- Bywało gorzej… – odparłem, oczarowany jej lśniącymi oczyma, które do niedawna były martwe.

Była jeszcze piękniejsza niż pamiętałem… Ciekawiło mnie skąd ta nagła poprawa, bo jak spostrzegłem, z kolei stan Włóczniczki dramatycznie się pogorszył. Pomiędzy bielą jej włosów, zauważalne były blond prześwity, a także, czerwień. Chwiała się, jakby w każdej sekundzie miała się przewrócić, jednak uśmiechnęła się do mnie niemrawo:

- Tacy jak on nie przyznają się, niezależnie jak kiepsko by nie było.

- Zadziałało? Zdobyłeś jakieś wskazówki co do swojego Talentu?

- Możliwe. Trudno ocenić w tej chwili.

- Bałam się, że przesadziłyśmy, przez co…

- Nie martw się, kochanie. Już wszystko w porządku – objąłem ją.

Oddałbym wszystko by ta chwila trwała wieczność, ale wiedziałem, że jeszcze będziemy mieć cały czas dla siebie, gdy moja misja się zakończy. Kiedy Amy opanowała się na tyle by kontynuować rozmowę, położyłem jej dłoń na ramieniu.

- Chciałbym powiedzieć, że wyciągam poprawne wnioski, jednak wciąż nie potrafię. Posłuchaj mnie. Potrzebuję kilku dodatkowych informacji, a wtedy… Kto wie, może będę miał całość i… Proszę cię mocno jak nigdy dotąd, skarbie, wyjaśnij mi, dlaczego możemy się nadal widywać pomimo twojej śmierci. Dotychczas zawdzięczałem to naszej więzi, ale nie jestem już tego taki pewien. W tym musi być coś więcej!

Nigdy nie wątpiłem, że to rzeczywiście była ona. Podczas naszych spotkań zachowywała się dokładnie tak jak za życia i znała fakty, których nikt oprócz naszej dwójki nie miał prawa poznać, co jak na moje standardy było wystarczającym dowodem tożsamości, więc nie wiedziałem, co kazało mi drążyć ten temat.

- Ja… Nie mogę. Przepraszam – zwiesiła wzrok.

- Z jakiego niby powodu? Chodzi o mój Talent?

- NIE MOGĘ. Przepraszam… – powtórzyła, wyraźnie akcentując pierwsze zdanie.

- To mnie nie przekonuje. Kobieto, czy ty masz pojęcie jaka jest stawka? Oczywiście, że masz! Przecież zawsze dawałaś mi jakieś bezużyteczne tajemnicze wskazówki. Jeżeli faktycznie zależy ci na moim powodzeniu, wyduś z siebie coś konkretnego!

- Przepraszam…

Odmowa Amy wprawiła mnie w furię. Straciłem nad sobą panowanie i zacząłem nią potrząsać. Uniosłem nawet rękę do górę i już miałem zrobić coś, czego żałowałbym do końca życia, jednak w porę oprzytomniałem, gdy dobiegł mnie krzyk Atkins:

- Przestań! Nie widzisz, że robisz jej krzywdę?!

Zapadła cisza. Powoli dochodziło do mnie, że… Miałem zamiar ją uderzyć… I nie miał to być policzek, lecz cios, jakim ugodziłbym wroga. Co się ze mną działo? Spojrzałem z trwogą na moją wciąż zaciśniętą pięść, a następnie na Amy. Była niemal tak przerażona jak ja. Łkała po cichu, nie przerywając przepraszać. Choć to ja, nie ona, byłem winny przeprosiny, Amy nieustannie błagała o moje wybaczenie. Nie byłem w stanie wyrzucić tego obrazu z głowy. Jego piętno wypaliło się na mojej psychice. Gdybym mógł cofnąć czas… Nie naprawię tego… Poczułem coś dziwnie smolistego na języku. Czy tak smakowało szaleństwo? Nie potrafiłem już dłużej go utrzymać w sobie, jednak tuż zanim ostatecznie wybuchłem, rozległ się kolejny znajomy głos, którego ton załagodził moje serce.

- Droga młodzieży, głośniej się nie dało? Słychać was na kilometr.

Wyrwany z transu odskoczyłem na bok. Nowoprzybyłym, ku zaskoczeniu chyba wszystkich zgromadzonych okazał się być…

- Wuj Benjamin?

- To ja. We własnej osobie. Pozwól, że wyściskam cię, mój drogi. Was obojga. Na starość chyba rozczuliłem się na całego, bo wystarczyło tylko was zobaczyć, a już pociekły łzy.

Jak oznajmił, tak uczynił. Przyciągnął do siebie mnie i Amy. Gdy nareszcie miał dość, puścił nas, poprawiając kołnierz swojego wyjściowego brązowego płaszcza.

- Więc ty też tu jesteś? – zwróciłem się do niego.

- To raczej naturalne, zważywszy okoliczności. Swoją drogą, wasza koleżanka. Ta nie wyglądająca jakby była w szczytowej formie… Z ciekawości, z kim mam przyjemność? – wuj zwrócił się do Atkins, jednak Włóczniczka zdawała się tego nie zauważać. Wpatrywała się tępo w przestrzeń.

- Ach, panienka niemowa. Mimo to, miło mi. Przyjaciel jednego ze Sparrowów jest przyjacielem ich wszystkich, jakkolwiek by to nie zabrzmiało. Zresztą, mniejsza z tym. Pewien ktoś zbytnio nie przejmował się dyskrecją, więc co nieco dotarło do mnie, ale nie wszystko. Czego dotyczyła ta jakże emocjonalna rozmowa? Może będę w stanie służyć radą albo opinią.

- To długa historia – zacząłem – W skrócie, chodziło o miejsce, w którym się znajdujemy. Staram się dojść do prawdy na jego temat.

- Do prawdy, powiada – wuj Benjamin nagrodził mnie uśmiechem, po czym dodał – Widać, że masz w sobie krew mojego braciszka. Jemu nie mogłem pomóc, jednak w związku z tym… Uważam, że będę miał w zanadrzu parę mądrości. Pozwól no tutaj…

Grzecznie ukłoniwszy się paniom, wuj poprowadził mnie na ubocze. Było to na tyle nietypowe dla niego zachowanie, że szukałem wsparcia u Amy, ale ona była równie zbita z tropu. Cóż prawda, starała się mi coś przekazać, jednak zanim udało mi się rozczytać z ruchu jej ust co, zostałem przekręcony w przeciwną stronę.

- Choć jak wiesz, lubię konkrety, w tym przypadku raczej będę musiał nakierować cię na odpowiedzi niż podać wszystko na tacy. Reszta będzie zależała od twoich umiejętności dedukcji, w które pokładam swe nadzieje. Otóż, zacznijmy. Co łączy tu obecnych?

Przede wszystkim śmierć. Oprócz mnie, każdy nie żył. Jedyne połączenie jakie widziałem ponadto to związek ze mną. Brat mojego ojca, miłość mojego życia i przyjaciółka, w której morderstwo zostałem wrobiony.

- Ok, dalej. Co dzieje się z tobą?

To już było trudniejsze do rozgryzienia. Mogło mu chodzić o praktycznie cokolwiek. Miałem przeczucie, że na myśli miał sposób, w który się tu dostałem. Co ja do licha robiłem? Pamiętałem wyłącznie schody, a poza tym, zupełna pustka. Licząc, że odświeżę sobie w ten sposób choć odrobinę, wpadłem wujowi w słowo:

- Gdzie my w ogóle jesteśmy?

Niespodziewanie, odrzekł krótko, lecz treściwie:

- W Otchłani.

- W czym?

- Otchłań to Otchłań. Jest dla ciebie tym, czego akurat ci najbardziej potrzeba. Czas dla ciebie się zatrzymał, dlatego przyjęła formę placówki banku. Dla kogo innego odpowiednio by się zmieniła.

- Jak dla ciebie?

- Hmm… – Benjamin Sparrow tęskno uniósł wzrok w sufit – A bo ja wiem? Chciałbym powiedzieć, że nasz dom w Johnville, ale nie pogardziłbym też piwniczką pełną wytrawnych win.

- Wuju?

- Tak, chłopcze?

- Umieranie… Co się wtedy dzieje?

Mimo pełnej powagi po mojej stronie, Benjamin zachichotał.

- A bo ja wiem? Nigdy w pełni nie umarłem. Zresztą, one też. To, że ciało przestanie funkcjonować i zostanie złożone w grobie jeszcze nic nie znaczy. Jak długo choćby jedna osoba będzie nosić wspomnienia o nas, będziemy żyć. Oto prawdziwa recepta na nieśmiertelność, mój drogi.

Nigdy nie przypuszczałem, że usłyszę coś takiego od kogoś, kto tak twardo stąpał po ziemi. Wuj, jakby świadomy tego, poklepał mnie po plecach, po czym przeszedł pod przeciwległą ścianę, która stała się słupem jasności.

- Logika jest fajna i ułatwia życie, jednak bez uczuć jesteś jak bez ręki. Wybrakowany – dodał. W międzyczasie Amy i Atkins w pełni zniknęły w świetle – Powodzenia, synu. Jestem pewien, że prawda już jest w tobie, tylko tego nie zauważyłeś.

*

Rozbudziła mnie włoskowata wiązka, nasączona jakąś cieczą, przesuwająca się po mojej twarzy pewnymi, zamaszystymi ruchami. Jak się okazało, był to pędzel, który trzymała w ręku pochylająca się nade mną kobieta. Nie licząc jej oczu, w których czaił się zalążek czerwieni, jej sylwetka była w pełni bezbarwna.

- O, dzień dobry, śpiący królewiczu. Nie mogłeś poczekać jeszcze moment? Prawie skończyłam – jej długie, sięgające pasa włosy zafalowały, kiedy wetknęła pędzelek za ucho, obdarzając mnie przy tym figlarnym uśmieszkiem.

- Nawet nie wnikam co… – starłem z siebie palcami fioletową farbę.

- Nie umiesz się bawić. Ale twoja strata. Miałbyś tak dostojny monokl i zarost, że każdy by ci go zazdrościł. Jeśli się namyślisz, mogę go wciąż poprawić.

- Podziękuję. Co ważniejsze, czego ode mnie chcesz? Gdybyś miała mnie zabić, zrobiłabyś to już dawno, więc przejdź do rzeczy.

- Mój ukochany miał rację. Jesteś całkiem bystry. W każdym razie, bystrzejszy niż na jakiego wyglądasz, choć chyba nie znaczy to wiele. Spodziewałam się, że przesadzał, bo wiadomo, wy panowie przeważnie macie nawyk koloryzować – przytykając palec do podbródka, przechyliła głowę.

- A więc należysz do Peccatorum? – przywołałem w pamięci chłopaka, który zaczepił mnie w Pałacu Umysłu.

- Dobra, zyskujesz trochę punktów. I tak, można tak poniekąd powiedzieć. Mimo to, radziłabym nie podejmować żadnych pochopnych akcji. Nasz białowłosy przyjaciel był na tyle miły by eskortować mnie do tej rudery i dać nam chwilę na rozmowę, jednak będzie skłonny zareagować, jeśli zmusi się go do tego wrogością.

Lokaj… Choć nie wyczuwałem jego obecności, byłem pewien, że gdzieś tam się skrywał. Mógł być absolutnie wszędzie, nawet tuż za mną. Z przyjemnością wyrównałbym z nim rachunki, ale w obecnym stanie wątpiłem czy mam szansę w potyczce z nim, dlatego stwierdziłem, że jak długo przeciwna strona nie okazała agresji, ja również będę zachowywał się przyzwoicie.

- Jeśli nas jakimś cudem nie słyszy, przekaż mu potem moje pozdrowienia.

- Nie ma problemu – kobieta zachichotała – Coś mi podpowiada, że odpowiedziałbym w stylu „dziękuję, panie Sparrow, mam nadzieję, że u pana też wszystko w porządku”.

Było to w moim mniemaniu na tyle prawdopodobne, że z trudem przyszło mi nie parsknąć śmiechem. Mojej rozmówczyni na szczęście to umknęło, bo nie komentując tego, kontynuowała:

- Ciężkie czasy, czyż nie? W każdej chwili kraj może pogrążyć się w chaosie… Jak się z tym czujesz, prezydentobójco? Dumny, czy jednak skruszony?

- Co najwyżej wkurwiony. To nie moja sprawka.

- Nagranie pokazuje co innego. Uwierz mi, przebadaliśmy je szczegółowo i nie manipulowano obrazem w jakikolwiek sposób. Skoro nie masz ochoty się przyznać dobrej cioci, jaką wymówkę wykorzystasz? Zły brat bliźniak?

- Nie mam ani złego, ani dobrego. Wasz sprzęt musiał być po prostu zbyt słaby, że wykryć fabrykacje.

- Jak sobie chcesz, jak sobie chcesz.

- Darujmy sobie te zbędne pogaduszki – odwarknąłem, walcząc z narastającą irytacją.

- Spoko. Nie miałabym nic przeciwko poplotkowaniu jeszcze troszkę, ale skoro nalegasz… Czytałeś ostatnie gazety?

Pokiwałem twierdząco głową, krzywiąc się w duchu. Ilość nagłówków o mnie i ich oskarżycielki ton były jeszcze bardziej przykre niż przed laty.

- No to jesteś świadomy patowej sytuacji w jakiej się znaleźliśmy dzięki naszemu nowemu, miłosiernie nam panującemu prezydentowi z bożej niełaski… Zarzeka się, że objął urząd tymczasowo, ale nabrałby się na to co najwyżej skończony debil. Przecież prawie trzydzieści osób przed nim w kolejce do sukcesji magicznie wyparowało lub zginęło w tajemniczych okolicznościach. I to wszystko w jeden wieczór!

- Chwila, nie było nic takiego w numerze… – przerwałem jej. Choć kobieta uraczyła mnie karzącym spojrzeniem, zdawała się zrozumieć coś ważnego, przez co ostatecznie odpuściła sobie złośliwość, która aż cisnęła się jej na usta.

- Ktoś tu chyba żyje o dzień do tyłu. Łap. Potraktuj to jako przedwczesny prezent urodzinowy – rzuciła w moją stronę gazetę. Złapałem ją w locie, od razu przytykając pod nos.

Moją uwagę przykuła data 26 grudnia oraz fakt, że listy gończe za mną nie stanowiły już dominującej części pierwszej strony. Były wciąż obecne, jednak w tym wydaniu zdecydowanie przyćmiewała je fotografia Ostatecznego Wynalazcy. „Michael Runcorn. Człowiek na właściwym miejscu, we właściwym czasie – wywiad z 46 Prezydentem Stanów Zjednoczonych”. Że kurwa co, proszę?! Przełykając nagłą chęć podarcia jego podobizny, zacząłem czytać:

Po tragicznym zamachu na prezydenta Aarona Robinsona, Stany Zjednoczone, pozbawione kapitana przy sterach stanęły przed najpoważniejszym kryzysem w historii swojej państwowości. Od kursu na mieliznę uratował naszą ojczyznę dopiero Michael Runcorn, dyrektor ujawnionego poprzedniego dnia Federalnego Biura Talentów Śledczych, przejmując urząd po swoim wystąpieniu w Kongresie, które odbyło się dzisiaj, w godzinach wczesnoporannych. „To był odrażający akt terroru i ogromna strata dla całego narodu. Musimy uczynić wszystko, żeby sprawiedliwość dosięgła sprawcę!” Po tym przemówieniu, w rozmowie z dziennikarzami pojawił się wątek Christophera Sparrowa – „Choć zdawało mi się, że znalazłem w nim bliskiego kompana, on zdradził nie tylko naszą ojczyznę, bo także i mnie osobiście. Zamordował moją żonę, więc tym bardziej nie spocznę, zanim doprowadzę go przed majestat prawa.”
Czyt. dalej na: s. 2 (pełen tekst wystąpienia prezydenta Runcorna), 4 (ekskluzywny wywiad)

- Ten jednooki kutas… Sam ją zabił i teraz próbuje grać niewiniątko! – nie mając najmniejszej ochoty wchodzić w szczegóły tego przepełnionego fałszem artykułu, zgniotłem gazetę w kulkę i cisnąłem ją za siebie.

- Od początku wiedzieliśmy, że pierwszy zgon nie był twoją sprawką, jednak nie mieliśmy dowodów co do drugiego. Czułam, że ktoś taki jak ty by tego nie zrobił, ale potrzebowaliśmy się upewnić.

- I co z tego wyniknie? Przecież i tak się nie wtrącicie. Choć Bellrose wam przeszkadzało, szukaliście przeciw nim naiwnego rekruta. Podobno macie tą swoją grę.

Kobieta nawet nie udawała zdziwienia posiadaną przeze mnie wiedzą. Wzięła głęboki wdech i z ręką opartą o biodro, przespacerowała się po pomieszczeniu.

- Wciąż cię ona interesuje?

- Niespecjalnie. Nigdy mnie szczerze nie obchodziła. Pragnę wyłącznie skończyć co zacząłem i jeśli przy okazji poznam prawdę na ten temat, nie pogardzę nią.

- Rozumiem. Wbrew pozorom jesteś dokładnie taki jak my… Nas też interesuje wyłącznie własny cel – zatrzymała się, pogrążając na moment w myślach – Ten cały Runcorn ma tak samo. Choć nie mamy pojęcia do czego dąży, pewnym jest, że nie odpuści. Przez to w końcu czeka nas trójstronna konfrontacja. Nie wiem jak ty, ale skoro już mamy grać, my wolimy stoczyć względnie uczciwy pojedynek jeden na jeden niż bać się rykoszetu, kiedy wrogowie wystrzeliwują się nawzajem. Zwycięstwo jest bardziej satysfakcjonujące, gdy jest efektem wyższości nad przeciwnikiem, a nie szczęścia.

W tym momencie jej intencje stały się jasne.

- Dlatego liczycie na sojusz ze mną przeciwko Runcornowi, tak?

- Wróg naszego wroga jest naszym sojusznikiem, choćby tymczasowym, czyż nie? On zdobył niezdrową dla rywalizacji przewagę, więc musimy jakoś temu przeciwdziałać. Nie możemy dopuścić, żeby znalazł nas zanim skończymy pewien mały projekcik… Tobie zaszedł też za skórę. Pomóżmy sobie nawzajem.

- A co w tym dla mnie?

- Zaopatrzymy cię w sprzęt i informacje, a potem, gdy Runcorn zostanie usunięty, wystawimy ci tego, na którego polujesz. Jeśli potem wciąż będziesz chciał z nami walczyć, przyjmiemy wyzwanie. Jeszcze maksymalnie miesiąc i nic nas tu nie będzie już trzymało.

Na pozór opłacalna wymiana. Załatwię Runcorna w zamian za głowę V, ale czy w rzeczywistości okaże się to tak piękne jak w brzmieniu? Wspomniała o jakimś projekcie. A co, jeśli nie była to ta cała zabójcza gra? Potrzebowałem twardych dowodów, które ostatecznie przekreślą możliwość powiązań pomiędzy Peccatorum i Bellrose. Kobieta także musiała być tego świadoma, dlatego zdecydowała się odkryć resztę swoich kart.

- Na dowód naszej dobrej woli przygotowaliśmy dla ciebie mały prezent. Lokaj ukrył go w garażu tej… posiadłości. Zapoznasz się z nimi po moim odejściu, które zaraz nastąpi. Jako bonus dorzucę jeszcze coś. My znamy ciebie, ale ty nas nie, więc czas by obie strony się w końcu poznały. Jestem Neri, a mój ukochany to Bobru. No, my tu gadu, gadu, a robota czeka. Spadam. Trzymaj się – kiedy pstryknęła palcami, rozległo się lekkie pyknięcie i w miejscu, w którym przed momentem stała pozostał już tylko dogasający obłok dymu.

- To było nagłe… – podrapałem się po głowie, rozmyślając nad tym co się wydarzyło.

Wciąż nie mogłem uwierzyć, że urwał mi się cały dzień. Ostatnim co pamiętałem był wczesny wieczór, a teraz wyglądało na to, że było późne popołudnie. To raczej potwierdzało upływ czasu i tłumaczyło nową gazetę, która wydawała się prawdziwa. Ech, czyli sytuacja jednak zmuszała mnie do współpracy z nimi… Pomijając niepewne pobudki Neri i Bobra, jeżeli to były w ogóle ich imiona, uważałem, że będzie to póki co najlepsze rozwiązanie, bo nie miałem, jak przeciwstawić się komuś, kto miał za sobą potęgę całego państwa i poparcie ludności. Nawet z tym, że czułem się znacznie lepiej, to było nadal niewykonalne w pojedynkę. Cóż, w każdym bądź razie, nie zamierzałem im ufać w stu procentach. Będę czujny. Po niedawnych ekscesach wręcz potrójnie czujniejszy niż zwykle. Nie dam już nikomu szansy na wykorzystanie mnie. Utwierdziwszy się w tym przekonaniu, postanowiłem sprawdzić jaką niespodziankę przygotował dla mnie Lokaj.

Jeśli mnie pamięć nie myliła, tuż przy moim schronieniu znajdowała się mała przybudówka, której jak do tej pory nie miałem okazji zwiedzić. Zapewne o nią chodziło Neri, jednak dotarcie tam nie obędzie się bez trudności. Choć wczoraj była go zaledwie kupka, dziś ilość śniegu zwiększyła się kilkunastokrotnie i sięgała niemal do pasa. Musiałem przyznać, że robiło to spore wrażenie. Nawet dorastanie na północy Kanady nie przygotowało mnie na taki widok, a co dopiero, do przejścia przez takie warunki. Oczywiście, znałem techniki poruszania się bez nart czy rakiet, ale wymagały one sporych zasobów energii, a nadal nie czułem się pewnie pod tym względem. Mimo to, wywędrowałem na zewnątrz. Początek poszedł sprawnie, ale czym dalej dotarłem, tym bardziej podróż dawała mi się we znaki. Nie dość, że musiałem skupiać się na utrzymywaniu równowagi, to lodowaty wiatr nieprzerwanie smagał mnie po twarzy. Do tego wkrótce zwalił z resztek dachu i drzewa pokaźną porcję śniegu. Na szczęście, nie trafiła we mnie bezpośrednio, jednak starając się osłonić przed nią oczy, zachwiałem się. Nie miałem się za co złapać, upadłem w zaspę. Próbowałem się pozbierać, ale skończyło się na tym, że spanikowałem. Desperacko brnąłem naprzód i wypluwałem śnieg, gdy intensywnie drgająca szczęka mi na to pozwalała. W końcu napotkałem ścianę, z której pomocą stanąłem i wraz z górą śniegu, wtoczyłem się do wnętrza garażu.

Odsapnąwszy i upewniwszy się, że poszukiwana skrytka nie znajdowała się gdzieś na widoku, zszedłem drabiną w dół. By nie pogrążyć się w całkowitym mroku, zostawiłem otwartą klapę w podłodze, dzięki czemu towarzyszyła mi chociaż odrobina światła. Kiedy dotarłem do celu, pomoc tego promienia nie była już dłużej potrzebna. W rogach pomieszczenia leżały lampy LEDowe, które zapaliły się, gdy zbliżyłem się. Były perfidnie zwrócone prosto w kratkę wentylacyjną, tak, żebym przypadkiem jej nie przeoczył. Kucnąłem i wymontowałem przesiąkniętą zapachem naftaliny osłonkę. No i odnalazłem skarb. Plecak pękający od zapasów, narzędzia, broń, amunicja, medykamenty oraz zapakowany w zieloną teczkę plik dokumentów. W pierwszej kolejności nachyliłem się właśnie do niego. „Projekt Róża”, głosił widniejący na nim nagłówek.

- A niech mnie… – spojrzałem na znalezisko z żywym zainteresowaniem. Nareszcie miałem poznać tajemnice Bellrose. Nie obchodziło mnie nawet skąd Bobru i Neri byli w posiadaniu tego, po prostu sięgnąłem po akta, jednak wtedy usłyszałem, jak coś szklanego upada.

Wcześniej nie zauważyłem, że o teczkę były oparte dwie próbówki, które przewróciły się. Zatyczka jednej z nich wyskoczyła, a wtedy jej zawartość rozlała się. Kiedy bezbarwna ciecz dotarła do niedużego, fioletowego kamyczka, zaczęła się od niej unosić ciemnozielona mgła. Kurwa mać… Choć zapewne nie była to celowa pułapka, osiągnęła identyczny efekt, ale winić za to mogłem wyłącznie siebie. Odrzuciłem dokumenty na podłogę i osłoniłem rękawem nos. Myślałem, że udało mi się w porę wycofać, jednak na chwilę zanim dosięgłem drabiny, cały zesztywniałem. Coś zacisnęło się na moim gardle. Nie mogłem oddychać, a świat wirował coraz bardziej. Wkrótce pogrążyłem się w zupełnej nicości.

*

Lina. Odetnij kawałek. Dłuższy. Tak. Spleć. Mocniej. Supeł. Mówiła. Nie. Krzyczała. Do kogo? Ktoś tu był? Przywiąż. Czemu? Pytania. Złe. Podstaw. Nie. Szybciej. Wystarczy. Załóżpętlęiwejdźnatoapotemodepchnijnogąskocztokoniecniejesteśsobąwięcniemasensużyćzabijsiętakbędziełatwiejonaniekochaciętylkojegoatyniejesteśnim. A kim??? Posłuchałem się.

*

- Hej, obudź się! Słyszysz mnie?! – niewyraźny głos wydobył mnie z pustki. Z każdym jego słowem wdrapywałem się bliżej, z powrotem do świata – Christopherze, czemu do jasnej ciasnej musiałeś się poddawać? Szybko, pomóżcie mi!

Właścicielowi tego głosu towarzyszyły co najmniej dwie inne osoby, których nie byłem w stanie zrozumieć. Docierały mnie dźwięki ich krzątaniny. Choć wciąż byłem mocno rozkojarzony, poczułem, jak pęka napięcie na mojej szyi. Otworzyłem oczy i zachłannie czerpałem tlen, którego niedobór mocno wdał mi się we znaki.

- Żyje… – trzymający mnie mężczyzna westchnął z ulgą. Rozpoznałem w nim Tatę Moda.

- Jak? – zachrypłem.

- Bałem się, że przyjechaliśmy za późno – odparł, nie zważając na to.

- Myślałem, że nie żyjesz – wydusiłem z siebie.

- Z ust mi to wyjąłeś. Jeśli chodzi ci o tamto w Pałacu, oni uratowali mnie w ostatniej chwili – wskazał na dwóch gburowato wyglądających facetów w wojskowych mundurach i grubych futrzanych czapkach z radziecką gwiazdą, którzy przyglądali się czemuś na podłodze – To chyba niedobitki KGB. Przegonili tamtych najemników. Szukają swojego kumpla rewolwerowca, ale nie jestem pewien czy dobrze ich zrozumiałem, bo kiepsko mówią po angielsku…

Miałem wciąż tyle pytań do zadania, kiedy wtrącił się jeden z Rosjan. Przyczłapał się kaczkowatym krokiem, zasalutował, po czym wyciągnął przed siebie niebiesko-zielony pocisk kalibru 9mm.

- Priviet, towariszu, skądże macie to?

- A co to jest?

Nie kwapił się jednak z wyjaśnieniami. Odchrząknąwszy, pokazał jedynie odłamaną głowicę mojego noża:

- Wypadła ze śjrodka. Towarisz nawet nie ma pojęcia jak bogatisz jest – i nie dodając nic więcej na ten temat, cofnął się do swojego kompana, a następnie oboje zniknęli za drzwiami, rzuciwszy na odchodne coś, co zabrzmiało na „będziemy czekać w pojeździe”.

Gdy zostaliśmy sami, Tata Mod pomógł mi się wyprostować. Nie przyjmował do wiadomości, że dochodziłem już powoli do siebie. W tej chwili bolała mnie wyłącznie szyja, ale głównie przez otartą skórę, więc nie potrzebowałem opieki.

- Skąd się tu w ogóle wzięliście? – to nie mógł być przypadek. Ten obszar nie miał prawa być tajnym miejscem spotkań rosyjskich agentów.

- Nasi „przyjaciele” ze wschodu odebrali sygnał o pomoc na swojej specjalnej częstotliwości. Dobiegał z tego miejsca. Zabrałem się z nimi i nie żałuję. Dzięki temu mogłem cię uratować. Reszta musi poczekać na później, bo oni nie słyną z cierpliwości.

Przytaknąłem Tacie Modowi, sygnalizując gotowość. Zebrawszy mój cały majątek i ekwipunek od Peccatorum, ruszyliśmy za „towariszami”.

- Wiesz, kiedy pojawił się tamten filmik, nawet nie przeszło mi przez głowę, że jest prawdziwy. Zdążyłem cię poznać. Nigdy byś nie wyrządził takiego okropieństwa. Co to, to pewne. Nie powiązałbym cię z żadnym z przypisywanych ci czynów.

- Miło mi. Ale czy przekonasz do tego całe społeczeństwo? – wtrąciłem.

- Prawda zawsze wyjdzie na jaw. Opowiem ci o wszystkim w bazie.

- W Pałacu?

- Nie, trochę bliżej. Wsiadajmy.

Drzwi masywnego samochodu, niby czołgu, rozwarły się. Cóż, komu w drogę, temu czas…

*

Jak można się było spodziewać po KGB, w pewnym momencie podróży związali nam oczy, żebyśmy nie rozpoznali dokładnej trasy prowadzącej do ich kryjówki. Nawet w tych warunkach byli paranoicznie ostrożni, bo mógłbym przysiąść, że kluczyli w kółko przez co najmniej pół dnia, a postoje, które sporadycznie robili, służyły zacieraniu śladów. Mimo to, gdy nareszcie znaleźliśmy się na miejscu, zaopiekowali się mną należycie i po szeregu zabiegów byłem wręcz w szczytowej formie. No może poza prawą dłonią. Choć działała należycie, czułem jakby przestała być częścią mnie i stała się czymś w stylu protezy z żywej tkanki.

Kiedy gruntownie mnie przebadano, wykryto silne zatrucie azurytem szkarłatnym, środkiem halucynogennym który jak domyślałem się, był tamtym zielonym gazem. Znałem jego nazwę i podstawowe właściwości, ale być może dowiedziałbym się o nim czegoś więcej, gdyby okoliczności nie wybiły mi z głowy Projektu Róży. Runcorn wygłosił orędzie, kierując w moją stronę wyzwanie. Trafiło ono do Internetu pod osobliwą nazwą, która jak się okazało, była zakodowanymi współrzędnymi geograficznymi. Po sprawdzeniu ich na mapie wiedziałem już, gdzie stoczymy nasz ostatni pojedynek.

Komentarze