Rozdział 1. Myśliwy i jego zwierzyna

Dźwięk tłuczonego szkła odbijał się echem od ścian, z każdym uderzeniem zaostrzając kształty, które z czasem uformowały wnętrze pokoju. Drewniane półki z różnej wielkości tomami, brązowy dywan z frędzlami, zwykłe posłane łóżko… Choć całe miejsce nadal było owite mrokiem, mój wzrok powoli adaptował się do tych warunków, a znajome meble wcale nie znaczyły, że czułem się bezpieczny. Kolejny przeszywający huk i… Krzyk? Nie byłem pewien. Moje uszy zdawały się być wypełnione czymś nieprzyjemnie śluzowatym, co zniekształciło ten dźwięk. Zrobiłem krok naprzód. Jeśli ktoś był w potrzebie, nie mogłem stać bezczynnie, musiałem mu pomóc, jednak nie zdążyłem zajść za daleko zanim zderzywszy się z czymś twardym, upadłem. Z trudem podnosząc się z podłogi, rozmasowałem twarz, zdając sobie sprawę z tego, że przeszkodą jaka stanęła na mojej drodze była szklana ściana. Kilkukrotnie walnąłem w nią pięścią, ale okazało się to bezskuteczne, bo na jej powierzchni nie pojawiła się choćby rysa. Kurwa! Tylko nie znowu to… Nagle, po drugiej stronie rozeszła się wiązka oślepiającego światła.

Pomimo prób osłonięcia się, przez dłuższą chwilę nie widziałem nic oprócz jasności, a gdy ta nareszcie opadła, spostrzegłem, że znajdowałem się przed ekranem gigantycznego telewizora, który wtedy włączył się w akompaniamencie mechanicznych trzasków oraz stopniowo narastającego białego szumu, przez który czułem jakby moja głowa miała w każdej chwili eksplodować. Wydawało mi się, że przez ten hałas ktoś mnie wołał. Chris… Półświadomy tego co robię, podszedłem ponownie do szklanej powierzchni. Chris… Z oddali dochodził kobiecy szept, przerywany szlochem. Choć nie byłem w stanie określić dokładnie skąd, byłem przekonany, że znam ten głos, ale nawet bez tego, i tak chciałbym ją pocieszyć. Cierpienie słabszych zawsze działało na mnie w ten sposób, jednak tym razem nie potrafiłem wydusić z siebie ani słowa. Czemu zawsze, kiedy dzieje się coś ważnego jestem aż tak bezużyteczny? Przekląwszy w myślach, bezsilnie osunąłem na kolana, a wtedy, wszystko wokół mnie ucichło. Na ekranie zmienił się kanał.

- Rozpacz… Od pierwszych momentów życia towarzyszyła ona temu mordercy – ktoś przemówił z głośników suchym i nijakim tonem.

- Tak, mordercy. Ktoś, kto odebrał już tyle niewinnych żyć nie zasługuje, aby nazywano go inaczej. A on już nawet nie przejmuje się swoim grzechem. Christopher Sparrow nie zasługuje na nic więc niż wieczne potępienie. Niech strawią go ognie piekielne!

Po tych słowach w telewizorze pojawiły się płomienie, które wydostały się poza jego granice, wkrótce tworząc dookoła mnie zawężający się pierścień.

- Słyszycie te dźwięki? Jego ofiary próbują przebić się z świata zmarłych i zabrać go tam ze sobą. Są już blisko… Czy nareszcie odpowiednia kara zostanie wymierzona temu grzesznikowi?

Ze szkła wynurzyły się dziesiątki par kościanych rąk, łapczywie wyciągających się w moim kierunku. W ostatnim momencie odskoczyłem przed nimi do tyłu. Wiedziałem, że walka z taką ilością była bezsensowna, więc musiałem uciekać. Tylko gdzie? Zdawszy sobie sprawę z tego, że cała okolica wypełniła się gęstym dymem, powoli zaczynałem tracić nadzieję, jednak wtedy dostrzegłem przebłysk światła. Rzuciłem się w jego kierunku, manewrując wśród nieustannie napierających z każdej strony wrogów aż trafiłem na drzwi. Cholera! Ich klamka była rozgrzana do czerwoności, poważnie parząc moją dłoń przy dotyku.

- Oprócz wcześniej wspomnianych grzechów, ten potwór dopuścił się czegoś jeszcze bardziej odrażającego. W wieku 7 lat zdążył już zamordować własnych rodziców! To może wystarczać by wołać o pomstę do nieba, jednak to nadal nie wszystko.

Przestałem przejmować się tą okropną narracją. Wiedziałem, że ten głos dobierał słowa tak, żeby bolały jak najbardziej to było możliwe, nie żeby były zgodne z prawdą. Do żadnego stopnia nie mogłem być odpowiedzialny za to o czym właśnie wspomniał. Z całych sił kopnąłem drzwi, lecz one ledwo drgnęły. Jeszcze raz… I ponownie… Dusiłem się, więc jeśli miało to iść takim tempem, widziałem marne szanse powodzenia. No dalej, drewniany skurwysynie, współpracuj albo oboje tutaj spłoniemy… Jest! Zawiasy wyłamały się, dlatego zwiększyłem swoje wysiłki, co moment później przyniosło rezultaty. Przy kolejnej szarży drzwi wyleciały z futryny. Wpadłem do środka razem z nimi.

Znalazłem się w świątecznie udekorowanym salonie, o jakim z całą pewnością marzyła każda rodzina, oczywiście nie licząc jednego detalu, który poważnie zaburzał jego spokój. Na srebrnym żyrandolu była zawiązana lina, napięta do granic możliwości, a na jej końcu wisiała ludzka sylwetka z nienaturalnie wygiętą szyją. Mężczyzna w czarnej kamizelce i ciemnych garniturowych spodniach bezwładnie bujał się, stopniowo odwracając w moją stronę. Wstrzymawszy oddech, spojrzałem w jego oczy, które rozjarzyły się szkarłatem. Tracąc przytomność czułem jakby cały świat, zemną włącznie, gwałtownie rozpuścił się.

*

Obudziły mnie promienie słońca, nieśmiało przenikające przez szczeliny między deskami, którymi zabite były okna. Nastał nowy dzień, więc leniwo przetarłem oczy i rozluźniłem chwyt na rękojeści noża. Pewności nigdy nie za wiele, dlatego nie sądziłem, żeby takie środki ostrożności były przesadą, wręcz przeciwnie, stanowiły konieczność i wcale nie czyniły mnie paranoikiem. Sytuacja zmuszała mnie do tego. Moi wrogowie mogli czaić się dosłownie za każdym rogiem, a ja nie miałem gwarantowanego sposobu na zapobiegnięcie ich napaści. Przez to, pełne zaśnięcie, takie jak przydarzyło mi się tej nocy było bardzo ryzykowne. Stało się, trudno, miałem jedynie nadzieję, że nie będę musiał zapłacić za ten błąd.

Złapawszy za leżący na stoliku nieopodal kapelusz z sokolim piórem, wstałem by upewnić się, czy wszystko było w porządku. Choć pomieszczenie nie miało za wiele światła, byłem przyzwyczajony do takich warunków i bez problemu poradziłem sobie z namierzeniem najważniejszych elementów wnętrza. Uff, wszystko leżało dokładnie na swoich miejscach… Dobrze wiedzieć, że kiedy nie patrzyłem nikt się tu nie kręcił, chociaż z drugiej strony, gdyby miało do tego dojść, raczej nie byłoby mi dane tego zaobserwować, gdyż najprawdopodobniej dogadywałbym się właśnie z Charonem o transport na drugą stronę Styksu, jednak mniejsza już z tym. Wypadałoby w końcu skupić się na życiu, nawet jeśli aktualnie toczyło się ono w tej ruderze, wypełnionej kurzem oraz zapachem szczurzych odchodów. Swoją drogą, ten koszmar… Rzadko kiedy śniłem, a jak już, nie były to zbyt przyjemne sny, ale ten z dzisiaj był wyjątkowo dziwny. Nie przypominałem sobie żebym dotąd doświadczył czegoś podobnego, zwłaszcza niedotyczącego… Samo skojarzenie sprawiło, że przeszedł mnie zimny dreszcz, więc by oddalić złe myśli od siebie, postanowiłem zająć się ważniejszymi sprawami.

Od zawsze byłem przekonany, że jestem pracowitym człowiekiem, a opinie bliskich mi osób pokrywały się z tym. Nie bałem się pracy, a że w szczególności tego dnia czekało mnie jej dużo, nie miałem czasu na zbędne bzdury, musiałem zająć się obowiązkami. Usiadłszy przy biurku położyłem na nim dwa pistolety – Beretty M9. Choć w arsenale miałem wiele ciekawszych i bardziej zabójczych zabawek, z racji ich poręczności i wydajności to właśnie one najczęściej towarzyszyły mi w polowaniach, dlatego potrzebowałem dobrze się nimi opiekować. Myśliwy z niesprawną bronią to martwy myśliwy, jak mawiał wuj Benjamin. W tym zawodzie wyposażenie odgrywało kluczową rolę i bez niego nigdy nie zapuściłbym się do lasu. Z perspektywy lat doskonale rozumiałem ukryty sens tej mądrości. Życie to nie film akcji, a ja nie jestem jego protagonistą, który niezależnie co dzieje się wokół zawsze triumfuje. Każde potknięcie może zakończyć się tragedią, której można było zapobiec poświęcając wcześniej dosłownie 15 minut. Wyćwiczonym ruchem wyjąłem magazynki. Oba były w pełni załadowane na łączną sumę 32 pocisków co było możliwe dzięki dodanym przeze mnie modyfikacjom. Następnie zerknąłem do komory nabojowej i chwyciwszy za szmatkę oraz olej, rozpocząłem operację konserwacja.

Gdy skończyłem czyścić wszystkie podzespoły i z powrotem zmontowałem je oraz powtórzyłem ten proces dla reszty ekwipunku, nastał czas na zadbanie o broń białą. W rogu pokoju znajdował się nieduży kamień szlifierski domowej roboty, przy którym wygodnie zasiadając, wyłożyłem wszystkie noże w jakich byłem posiadaniu. Prawdę mówiąc wykorzystywałem je jedynie w sytuacjach kryzysowych, ale ich część zawsze była przy mnie, a w szczególności ten jeden egzemplarz. Długie, lekko zakrzywione ostrze o ciemnobrązowej rękojeści, która wręcz perfekcyjnie leżała w dłoni, niegdyś należące do mojego ojca Davida, o czym świadczyć miały złote inicjały wygrawerowane na grzbiecie. Otrzymałem je po latach za pośrednictwem jego brata i była to jedyna pamiątka po moich rodzicach. Choć niespecjalnie obchodziły mnie wspomnienia o ludziach, których prawie nie było mi dane poznać, ponieważ ich życia wygasły zanim moje rozkręciło się na dobre, byłem wdzięczny za tak wspaniały przedmiot. Nie raz uratował mi skórę i pomimo swojego wieku był niezmiennie niezawodny, więc chociaż tyle pożytku wynikło z więzi rodzinnych, pomyślałem, przyglądając się malutkiej szczelinie na spodzie głowicy, przypominającej miniaturową dziurkę na klucz. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że w środku coś grzechotało, jednak nie chciałem niszczyć uchwytu na wypadek gdybym się mylił. Dlatego, gdy ostatnie z iskier osiadły na kamiennej osłonce, wpiąłem nóż z powrotem za pas.

Po zajęciu się rynsztunkiem nastała kolej na sprawdzenie, jak wyglądała sytuacja na zewnątrz. Delikatnie odblokowując zaryglowane i zabezpieczone granatem błyskowym drzwi wyjściowe, wyjrzałem na dwór. Przez otwór poczułem powiew chłodnego listopadowego powietrza, który natychmiast orzeźwił mnie. Wilgotność w sam raz, a temperatura znośna, choć nie najwyższa. Wieczorem może padać, ale nie przejmowałem się tym. Przestąpiłem przez próg i wziąłem głęboki wdech. Cóż za piękna okolica… Wszędzie, gdzie nie zatrzymałby się wzrok rozciągał las, dzięki czemu mogłem poczuć się naprawdę sobą. A do tego taka lokalizacja miała liczne zalety, jak na przykład trudność odnalezienia przez nieodpowiednie osoby, czy wszechobecna cisza. Spokój tych ruin chatki leśniczego działał na mnie wręcz inspirująco. Nigdy nie lubiłem zgiełku miast i towarzystwa tłumów. Chociaż byłem w nastroju na refleksje, to mogło poczekać. By zminimalizować ryzyko bycia ujrzanym musiałem się pośpieszyć z inspekcją moich pierwszych linii obrony.

Niestety, nie mogłem sobie pozwolić na popis kreatywności z pułapkami, bo gdyby choć jedna z nich została przypadkiem odkryta, wzbudziłoby to niepotrzebne zainteresowanie. Potrzebowałem balansu, czegoś co wyglądałoby niemal naturalnie, ale nadal było całkiem efektywne. Biorąc to pod uwagę oraz obawiając się o faunę i florę obszaru, pole minowe odpadało. Szkoda, ale nie żebym i tak był w posiadaniu dostatecznej ilości surowca by zabezpieczyć całą okolicę. Mimo to, sądziłem, że i tak udało mi się stworzyć coś podobnie efektywnego. Wykorzystując pokaźny zapas starych sideł na niedźwiedzie jaki znalazłem w mojej kryjówce, ustawiłem z nich labirynt w promieniu 100 metrów od chatki. Dla kamuflażu pozakrywałem je jeszcze gałązkami i liśćmi, licząc, że ktoś wystarczająco głupi w nie wdepnie i straci nogę, bo nie dość, że usunąłem mechanizm odbezpieczający, metal był na tyle zardzewiały, że zakażenie było gwarantowane. Odpuściłem sobie dodanie trucizny, ponieważ byłaby to już przesada. Zabicie w ten sposób jednej czy dwóch osób nie byłoby tego warte. Zwłaszcza ze względu na to, że zadaniem tych pułapek było jedynie odwrócić uwagę od prawdziwych przeszkód na szlaku.

Tak zwane wilcze doły, czyli z francuskiego trous de loup. To one miały spowolnić napastników i ułatwić mi ucieczkę. Ta taktyka była używana od starożytnych czasów, jednak w tych warunkach jak najbardziej daleko jej od bycia przestarzałą. Wykopane na głębokość około czterech metrów, były w stanie zatrzymać każdego, kto przy upadku nie miałby przy sobie specjalistycznego sprzętu lub towarzysza, który mógł pomóc mu się wydostać. Ziemia zdążyła zmrozić się do tego stopnia, że rozbicie jej rękoma i wspinaczka na szczyt były mało prawdopodobne, a w każdym bądź razie jak długo nie chciało się poważnie uszkodzić swoich paznokci. Uklęknąłem przy jednej z zamaskowanych przepaści. Na pierwszy rzut oka nie szło odróżnić co było sztuczne, a co prawdziwe, ale co istotniej, nic nie wskazywało choćby najmniejszego śladu ingerencji. Gdyby coś zostało przesunięte nawet o milimetr, spostrzegłbym to od razu, więc mogłem spokojnie założyć, że przez ubiegłą noc nikt tu się nie kręcił, bo bez Talentu szczęścia lub znajomości dokładnego rozstawienia zagrożeń nikt nie dałby rady bezpiecznie przejść. Las oprócz tego, że był środowiskiem, w którym czułem się jak ryba w wodzie, dawał mi przewagę, której nie miałem zamiaru marnować. Jeśli ktokolwiek spróbowałby rzucić mi w nim wyzwanie, srogo by tego pożałował. Nieznacznie uśmiechając się pod nosem, ruszyłem dalej.

Po skończonym obchodzie, wróciłem do chatki. Był to czwarty dzień mojego pobytu w niej, ale mała ilość zapasów nie stanowiła problemu. Jak przystało na Myśliwego, potrafiłem bez trudu upolować i oprawić zwierzynę lub w wypadku pecha, zebrać i przyrządzić coś pożywnego z zebranych roślin. To samo tyczyło się wody. Posiadałem niezbędne przyrządy do przegotowania tej z pobliskiego strumienia czy deszczówki, dzięki czemu nie musiałem udawać się ponownie do miasta za każdą drobną zachcianką. Nie potrzebowałem wiele, jedynie by zatroszczyć się o własne zdrowie, zapewniając organizmowi potrzebną mu energię na regularne ćwiczenia, żeby moja forma nie spadła. Sprawność fizyczna zazwyczaj decydowała o życiu bądź śmierci. Wszystkie te potrzeby można było zaspokoić w tym miejscu, więc co mnie aż tak bardzo martwiło? Na lekko nadkruszonej powierzchni lustra zobaczyłem własne odbicie, a na nim, odpowiedź na to pytanie.

- Nigdy nie lubiłaś takich rzeczy, prawda, kochanie? – wyszeptałem, zwracając się w wyobraźni do Amy – Nie martw się, niebawem będę znowu gładki.

Zanim w ogóle zdałem sobie z tego sprawę, zdążyłem się troszkę zaniedbać… Na mojej twarzy znajdował się około tygodniowy zarost, który z jednej strony mógł dodawać mojemu wizerunkowi tej tak zwanej nieokrzesanej męskości, jednak wolałem pozbyć się go jak najszybciej w wolnej chwili, a tej obecnie nie posiadałem. Po raz ostatni zerknąwszy na pęknięcie, przechodzące przez głowę mojego odbicia aż do jego klatki piersiowej, skierowałem się w stronę zejścia do piwnicy.

Niezależnie czy tego się chciało czy nie, nie było ucieczki od obowiązków. Pod żadnym pozorem nie miałem zamiaru prawić jakiś idiotycznych morałów o ich szlachetnej misji w utrzymywaniu skomplikowanego mechanizmu zwanego społeczeństwem, bo sam w to nie wierzyłem, a zresztą, to, do czego zmierzałem, całkowicie wręcz temu zaprzeczało. Moje sprawunki nie zaliczały się do przesadnie urokliwych, lecz jeśli miałbym być szczery, sporo w tym stwierdzeniu zależało od perspektywy. Byłem bardzo złym człowiekiem, którego bogowie, jeżeli faktycznie by istnieli, potępiliby już dawno. Na całe szczęście w nieszczęściu, żadna siła wyższa nie przyglądała się światu. To nie anioły czy demony słały moją drogę ku zemście, robiłem to wyłącznie ja, siłą własnych rąk i umysłu. A nawet jeśli miałem przy tym przyodziać diabelskie rogi, nie przejmowałem się. Pomszczenie Amy było jedyną rzeczą jaka trzymała mnie jeszcze przy życiu, więc byłem skłonny poświęcić się temu do reszty, nie zważając na konsekwencje.

- No to zabawę czas zacząć… – zagwizdałem, podnosząc ze stojącego na rogu stolika tackę, po czym delikatnie zamknąłem za sobą zbutwiałe, ledwo trzymające się w zawiasach drzwi.

Ten pokój sprawiał wrażenie względnie normalnego, jednak wyłącznie do czasu zapalenia kilku świec, kiedy ta iluzja prysła. Centralny punkt pomieszczenia stanowiło krzesło, do którego był przywiązany mężczyzna. Jego młodego wieku nie szło już więcej rozpoznać po samym wyglądzie. Jego ubrania cuchnęły mieszanką krwi, wymiotów oraz fekaliów, a jego ciało było pokryte licznymi oparzeniami oraz nacięciami. Na części z nich powoli pojawiały się strupy, ale ubytki były zbyt duże by mogły się same zagoić. Choć celowo zachowywałem się dość głośno, chłopak nie zauważał mojej obecności, wciąż wpatrywał się pustym wzrokiem pod siebie. Jedynie to, że jego klatka piersiowa nadal powoli poruszała się, zdradzało, że wciąż żył. A spróbowałby tylko wyzionąć ducha zanim wyciągnąłem z niego wszystkie informacje! Po każdej wizycie upewniałem się, żeby nie był w stanie zrobić sobie krzywdy, z naciskiem na odgryzienie języka, bo wtedy sprawy nieco by się skomplikowały. Nie chciało mi się porywać kolejnego kogoś o podobnej wiedzy, mogło nawet nie być do tego potencjalnych kandydatów, więc skoro zmarnowałem tak dużo czasu na wytropienie tego skorumpowanego gliniarza, pragnąłem wykorzystać go jak tylko się dało.

- Pobudka śpiący królewiczu! – rozmontowując zabezpieczenia wokół jego ust, przytknąłem płomień zapalniczki do jego nadgarstka – Och, nie reagujesz na ból? Mogłem się domyśleć. Twoja lewa dłoń jest już w gruncie rzeczy zwęglona. Serio, powinienem być bardziej pomysłowy w budzeniu…

Delektując się jego żałością usiadłem naprzeciw przesłuchiwanego i czekałem na reakcję. Choć do tej pory zdradził mi kilka interesujących faktów, jak do tej pory gościu nie był zbyt pomocny, jednak wiedziałem, że to nadal nie było wszystko co miał mi do zaoferowania. Zaczynał mnie już powoli nudzić tą małomównością, więc postanowiłem go dzisiaj nieco przycisnąć.

- Matthew Collins, lat 19, zamieszkały w Los Angeles, rok temu otrzymał swoją policyjną odznakę i rozpoczął czynną służbę. Poszło całkiem sprawnie. Mimo, że wciąż bez sukcesów, jestem pod wrażeniem – otworzywszy czarne etui na jego pierwszej przegródce zaklaskałem – To zacznijmy od czegoś prostego. Czemu możemy zawdzięczać wizytę takiej znakomitości w naszej skromnej Kanadzie? – zapytałem, jak najbardziej zaznaczając mój sarkastyczny ton.

- …

Nadal brnął w zaparte? A niech ci będzie, stary… Chociaż kosztowało mnie wiele samokontroli by tego wcześniej nie wykorzystać, udało mi się na tą okazję zachować coś wyjątkowego, w sam raz na przełamanie lodów.

- No, to na zachętę… – westchnąłem i złapawszy za prawą rękę Collinsa, chwyciłem za nóż.

Sądząc po dziwnych zduszonych piskach jakie zaczął z siebie wydawać, musiał zrozumieć co go czekało. Gdyby łaskawie wcześniej współpracował może moglibyśmy tego uniknąć… Wetknąłem czubek ostrza tuż pod paznokieć jego palca wskazującego, a następnie, podważyłem go zdecydowanym ruchem.

Collins zawył z bólu. Wnioskując po ilości krwi, taka rana nie czyniła wiele szkód w „fizycznym” aspekcie tego słowa, jednak paznokieć był czymś, co zawsze znajdowało się na swoim miejscu. Jego nagły brak był w stanie zadać druzgoczące obrażenia psychice ofiary. Jeżelibym się pośpieszył i bezceremonialnie oderwał je jeden po drugim, nie osiągnąłbym pożądanego efektu. Szok może byłby intensywniejszy, ale pozostałby krótkim impulsem, który przeminie, dlatego by zmaksymalizować wyrządzone krzywdy, moim celem było wydłużenie tego doświadczenia, kosztem jego siły. Trauma powstała w wyniku ciągnącego się w nieskończoność cierpienia była znacznie lepszym narzędziem tortur niż zwykłe bezmyślne zadawanie bólu. Mądrość profesji kata, który wbrew popularnych wierzeń nie był prostym zajęciem dla sadystów i psychopatów.

- Powtórzę, pozwalając sobie być bardziej bezpośrednim. Co losowy glina ze Stanów robi tyle kilometrów od posterunku? I dlaczego próbował wejść w kontakt z potężnym kartelem narkotykowym? Nawet nie próbuj sprzedawać mi tanich historyjek o pracy pod przykrywką. Nie dość, że to nie twój rewir, to z dobry tydzień temu sprzątnąłem szefa tej grupy. Wydał dla kogo tak naprawdę pracujesz – zablefowałem. Oczywiście, wspomniany przeze mnie przestępca nie miał choćby szansy by zacząć śpiewać, ale dzięki poszlakom jakie miał przy sobie i kanałom komunikacji jakie przejąłem po jego śmierci, udało mi się wydedukować większość. Teraz potrzebowałem jedynie wypełnienia brakujących szczegółów.

- Nie zrozumiesz… – nareszcie nastała chwila, na którą tak długo czekałem, choć niestety Collins nie wysilił się z tą odpowiedzią.

- A więc mnie oświeć. Zamieniam się w słuch. Co miałeś dostarczyć? – kolejny paznokieć upadł na metalową tacę, a przesłuchiwany ponownie krzyknął. Gdy doszedł do siebie, wyszeptał.

- Nie mogę… Jeśli to zrobię, zabiją moją rodzinę…

Och, jak szlachetnie, że bardziej przejmował się losami bliskich niż własnym. Bo ja zaprosiłem go na luźne pogaduchy przy kawie… Miałem ochotę zwymiotować słysząc tego pajaca.

- Wiesz co? Ty pomożesz mi, ja pomogę tobie. Zabiję ich zanim zrobią coś tym, na których ci zależy. Tylko pamiętaj, jest to dosyć limitowana oferta, powiedzmy do czasu, dopóki masz jeszcze paznokcie – a tych liczba właśnie skurczyła się do 17, wliczając te na stopach.

Dając mu moment na przeanalizowanie życiowych decyzji, zerknąłem na dalsze przegrody etui. Prawo jazdy, dowód osobisty… Legitymacja studencka? Serio? Nie była podbita już od prawie roku, więc po jaką cholerę wciąż ją trzymał? Sentyment? W każdym razie, nie było tu nic więcej, co mógłbym wykorzystać lub tak mi się przynajmniej początkowo zdawało, dopóki nie dotarłem do ostatniej strony, gdzie odkryłem zdjęcie, które jak dotąd umknęło mojej uwadze. Przedstawiało dwójkę uśmiechniętych młodzieńców na tle kasztanowca. Blondynem był bez wątpienia Collins, zaś kim był okularnik o czarnych, rozczochranych włosach po jego prawej? Wyglądał na trochę młodszego od swojego kolegi, ale to właśnie on zdawał się być na pierwszym planie tej fotografii. Mogło to być spowodowane jego eleganckim ubiorem, jednak kto wie, może to nie było wszystko. Tak w sumie, miałem dziwne wrażenie, że gdzieś już widziałem tą twarz…

- Twój chłopak? – zakpiłem, podnosząc zdjęcie na poziom wzroku mojego więźnia. Kiedy ją zobaczył, wyraz jego twarzy zmienił się drastycznie, zdradzając emocje, o jakie od dawna bym go nie posądzał. Był wyraźnie oburzony, ale w tym akurat nic dziwnego, bo nawet w takich okolicznościach chyba każdy normalny facet zareagowałby podobnie.

- Nie mieszaj w to Jacoba! – Collins niespodziewanie wybuchł, więc musiałem przypomnieć mu jego pozycję, odłamując paznokieć kciuka.

- Daj mi powód, żebym go nie wmieszał, to tego nie uczynię. Kim on jest? Ma coś wspólnego z twoją organizacją lub transportem? – spojrzałem mu prosto w oczy, licząc, że połknie przynętę i opisując swojego koleżkę, przy okazji zdradzi coś ciekawszego. Uginając się presji, po krótkiej przerwie Collins wydusił z siebie:

- Nie… On nigdy… Jacob jest geniuszem. Nawet Sherlock Holmes wymiękłby przy nim. Rozwiązuje sprawę za sprawą. Kurwa, gdyby tylko wiedział, jak zmarnowałem swoje życie byłby w szoku…

- Ma Talent? – wtrąciłem, choć te słowa raczej nie dotarły do mojego rozmówcy.

- Jacob… On jest Ostatecznym Detektywem. Wszyscy zazdrościli mu tego Talentu, ale nie ja. Tylko ja próbowałem mu pomagać, a nie podkładać kłody pod nogi… Nie wiem czym się teraz zajmuje. Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni był na tropie czegoś większego… Nie chciał powiedzieć ani słowa. Nawet mi…

Ach te Talenty… Kiedy 8 lat temu odkryto ich istnienie, ludzkość napotkała kolejne zjawisko, którego prawdopodobnie nigdy nie uda się nam wyjaśnić. No chyba, że znajdzie się ten cud nad cudami, osoba, której Talentem będzie sam Talent, dzięki któremu wynajdzie wytłumaczenie, dlaczego jedni stawali się bezkonkurencyjni w pewnych dziedzinach, czy coś w tym stylu. Oprócz mnie – Myśliwego i wspomnianego Jacoba – Detektywa, oczywiście byli też i inni, mniej lub bardziej rozpoznawalni. Ciężko było powiedzieć jak dużo nas było, bo niektórzy mogli funkcjonować bez świadomości swojej wyjątkowości, jednak media coraz częściej nagłaśniały poczynania posiadaczy Talentów na całym świecie. Nawet w ostatniej gazecie, jaka wpadła w moje ręce był dość spory artykuł o Twórczyni Zabawek, Szwajcarce, bodajże o nazwisku Liddell, czy jakoś tak, ale mniejsza z tym. Zainteresowało mnie określenie jakiego właśnie użył Collins.

- Ostateczny? – wbiłem nóż w przestrzeń pomiędzy jego zakrwawionymi palcami. Przesłuchiwany, zdawszy sobie sprawę z powiedzenia o słowo za dużo niż pragnął, podskoczył w przerażeniu. Dzięki temu zrozumiałem, że właśnie dotarliśmy na ostatnią prostą naszej znajomości.

Wszystko albo nic. Zagranie na jedną kartę wiązało się ze sporym ryzykiem, lecz wiedziałem, że już tylko argument siły był w stanie przełamać barierę ciszy. Jeśli użyję go pod odpowiednim kątem, mogłem dokonać następnego przełomu… Więc wstałem i lekko przechyliłem nogą krzesło, do którego był przywiązany mój więzień.

- Jak do tej pory byłem dla ciebie nad wyraz miły i gościnny. Dlatego okaż choć odrobinę pierdolonej wdzięczności i gadaj! O co chodzi z Ostatecznością Talentu? – łapiąc za palce mojej ofiary, gwałtownie wyłamałem je.

- Sam nie wiem! Przysięgam! Usłyszałem to kiedyś przypadkiem! – pod wpływem bólu głos Collinsa zmienił się w ciężko zrozumiały jazgot. Gdy podobny los spotkał jego drugą dłoń, zawył nieludzko.

- Od kogo? Dismasa Hardina? – nachylając się bliżej jego twarzy, sięgnąłem po obcęgi.

- Nie znam nikoko takieko. Na praftę! – sepleniąc, wydusił z siebie razem z porcją brunatnoczerwonej krwi, pochodzącej z jego dawnych jedynek i dwójki. Swoją drogą, zauważyłem, że nabierałem w tym wprawy. Zęby wręcz wyskakiwały z dziąseł przy minimalnym nakładzie energii, jakby prosząc się o więcej.

- A co ty nie powiesz? Mam dowody, że był twoim przełożonym. Musiałeś jakoś otrzymywać od niego rozkazy. Bądź tak łaskawy i zdradź ten sekrecik, bo też mam z nim do pogadania – pchnąłem krzesło o ścianę. Rozpadło się, jednak Collins był zbyt ranny oraz osłabiony głodem by mieć jakąkolwiek szansę ucieczki. Regularnie dbałem o to przez trzy ostatnie dni, nie wspominając jeszcze o złamaniu obu jego nóg, tak na wszelki wypadek.

- Przysiękam, nie mam pojęcia! Zawsze cfonił z inneko numeru i używał motulatola!

To brzmiało całkiem sensownie. Jeżeli był to w ogóle sam Hardin, musiał korzystać z kart, które zapewne od razu po rozmowie wyrzucał i zmieniał lokację. Wbrew pozorom, całkiem rozsądne rozwiązanie, choć zdecydowanie daleko mu było do perfekcji, gdyż ktoś z wystarczającą ilością wiedzy i środków mógł oszacować jego przybliżoną pozycję. Mimo iż nie posiadałem zwłaszcza tych drugich, z nadzieją, że uda mi się dostrzec coś co mnie nakieruje na właściwy trop, podniosłem telefon Collinsa – stosunkowo nową Nokię 7.1. Rzecz jasna, wyrzuciłem kartę SIM zanim przywlokłem go tutaj, ale rejestr połączeń okazał się być zapisanym w pamięci urządzenia. Przejrzałem listę ostatnich numerów. Nie było ich zbyt dużo, a większość nie była zapisana w kontaktach. Hmm… Szybko rzuciła mi się w oczy łączące je cecha – głównie przeplatały się numery kierunkowe 213, 323 oraz 818.

- Kiedy Hardin komunikował się z tobą po raz ostatni? – rzuciłem do Collinsa nie odrywając wzroku od ekranu. Czułem, że zmierzałem w dobrym kierunku, więc wysiliłem umysł by przypomnieć sobie do jakich miast należały te kombinacje cyfr.

- Na początku paściernika… Pofieciał, szebym pszyjechał tu, udając tajny konwój i tak slobiłem.

- Udając? – mimowolnie uniosłem brew, jednak nie było sensu domagać się szczegółów – Zrobiłeś to bez żadnego zastanowienia? Brawo. Nic dziwnego, że jesteś zwykłym pionkiem, młody. W każdym razie, możesz być z siebie dumny, bo właśnie przyczyniłeś się słusznej sprawie. Nie będziesz już mi więcej potrzebny…

- Chfila! A co se mnom? Sostafisz mnie tutaj? – używając resztek swoich sił, Collins desperacko przypomniał o sobie.

- Nie martw się. Ja zawsze sprawiedliwie nagradzam wedle zasług. Dostaniesz to, na co zapracowałeś. Zaraz cię uwolnię … – włożywszy rękę pod płaszcz, zatrzymałem się na chwilę, co wprowadziło Collinsa w złudną nadzieję. Zaczął się histerycznie śmiać i nie przyszło mu do głowy, że mogłem mieć coś innego na myśli – Od cierpienia jakim jest życie. Byłeś przydatny, ale nie męcz się by spoczywać w pokoju.

Wbiłem mój ulubiony nóż tuż pod podbródek Collinsa. Gdy z rany zaczęła sączyć się krew, jego źrenice rozszerzyły się i choć było widać, że próbował coś jeszcze powiedzieć, nie był w stanie wydusić nic więcej niż pozbawiony jakiegokolwiek znaczenia bulgot. Obiecałem i dotrzymałem, dostarczyłem mu szybszą i mniej bolesną śmierć niż gdyby skutecznie unikał odpowiadania na moje pytania. Powinien to docenić. Odskakując na bok by uniknąć strumienia czerwieni, wysunąłem ostrze.

- Cholera, to brzmiało mniej żałośnie w mojej głowie – zniesmaczony własnym tekstem, złapałem się za głowę, po czym dodałem – Trzeba było być posłusznym od samego początku to po prostu strzeliłbym ci w łeb… – wzruszyłem ramionami, kiedy ciało Matthew Collinsa drgało w przedśmiertnych konwulsjach. Co jak co, ale nieoczekiwanie mocno trzymał się życia… Jednak była to już tylko formalność, więc nie musiałem czekać, aby potwierdzić zgon. Mogłem spokojnie wrócić na górę i przygotować się do następnego etapu mojej podróży.

Wcisnąwszy wszystkie najbardziej przydatne rzeczy do dwóch skórzanych plecaków, zarzuciłem je na plecy, a następnie, rozejrzałem się wokół. Zebranie całego dobytku, a zwłaszcza broni, której miałem zwyczajnie za dużo, okazało się niewykonalne. Trudno. Z całą pewnością jakoś sobie poradzę i zdobędę jej więcej na miejscu, ale wolałem nie zostawiać tych zbiorów na wierzchu. Gdyby to wyposażenie miało wpaść w ręce nieprzyjaciela, zadziałałoby to na jego korzyść, a nie chciałem pomagać stronie przeciwnej w jakikolwiek sposób. Ustawiłem detonatory materiałów wybuchowych na 15 minut. Samo C-4 powinno walnąć co najmniej przyzwoicie, mimo to, nie planowałem oglądać zniszczenia. Przede mną była zaiste króciutka droga, licząca zaledwie niecałe 4,5 tysiąca kilometrów, więc z racji, że stawiałem praktycznie miesiące, jeśli nie lata na ten trop, zdecydowałem się wyruszyć jak najprędzej. Kierunek Los Angeles, znane dla wielu jako Miasto Aniołów. Kto wie, może przy okazji uda mi się potwierdzić prawdziwość tej legendy?

Komentarze