Posłowie
Ogólne uwagi
Dla Niej, pomimo tego, że jest pracą reklamowaną inspiracją Bobrowo-Nerinowym Peccatorum, nie posiada zbyt wielu powiązań, co sądzę, że wypadałoby w tym miejscu wyjaśnić. Określiłbym moją powieść jako nieoficjalną alternatywną historię – pseudo spin-off, dziejącą się w podobnym, jednak wyraźnie różniącym się świecie. Brzmi to jeszcze bardziej skomplikowanie niż w mojej głowie… Połączenia, nie licząc rzecz jasna ostatniego aktu, gdzie akcja dzieje się bezpośrednio w hotelu Peccatorum, początkowo objawiały się głównie w formie wspomnień lub postaci związanych z oryginalnymi gośćmi. Te wzmianki bywały mniejsze (jak kiedy Annie w swojej wypowiedzi przywołała Ethana Incredible, Ostatecznego Iluzjonistę) lub większe, jak w przypadku dziennika Dismasa (choć jego postać można uznać za plagiat z gry Darkest Dungeon, postanowiłem dać mu u siebie trochę miłości, żeby miał szansę chociaż opowiedzieć swoją historię) i Jacoba Robertsona, którego ojciec odegrał swoją rolę w wydarzeniach przeszłości, a sam Detektyw nawet okazał się być narratorem. Jestem w pełni świadomy tego, że niektóre postacie nie pojawiły się nigdzie poza rozdziałem In Memoriam, gdzie znalazły się jedynie dla formalności. Zrobiłem to celowo, ze względu na zachowanie ich autorów, znanych między innymi także jako mistrzowie konstruktywnej krytyki polegającej na napisaniu jednego pozytywnego zdania, a potem napastliwej krytyki, niezależnie czy ich wypowiedzi mają sens, czy nie, jedynie przez to, że ich postacie nie dostały wystarczająco uwagi w Peccatorum.
Jednym z powodów, przez które Dla Niej różni się od swojego poniekąd materiału źródłowego, był fakt, że zacząłem je pisać zanim projekt Peccatorum się w ogóle zakończył. Mając szczątkowe informacje próbowałem zbudować wokół nich własną fabułę, a przy okazji chciałem ścigać się z Bobrem i skończyć plus minus podobnie z nim, żeby wtedy porównać nasze wizje, ale jaki był tego finał, cóż… Przegrałem ten wyścig chyba już o około rok. Mimo to, nadal można zaobserwować, jak rozeszły się te dwa światy. Zwłaszcza po roli jaką odegrał w nich Albert Sora, który z antagonisty przeistoczył się w anioła stróża protagonisty, nie będąc związanym z Instytutem i hotelem, lecz z nowym tworem – Bellrose. Także Talent uległ wyraźnym zmianom, bo nie dość, że nadałem mu większe i potężniejsze właściwości, podjąłem próbę wytłumaczenia jego genezy jako „wirusopodobnego” tworu. Wciąż jednak celowo nie podałem jednoznacznej odpowiedzi, jedynie zaproponowałem dwie wersje: Talent stworzyła Marie Moretti wraz z grupą Benjamina lub jego pochodzenie faktycznie sięga dalej niż ramy czasu akcji tej opowieści. Choć wskazałem bardziej na drugą, niech każdy wyrobi sobie własną interpretację, bo coś takiego jak Talent nie powinno moim zdaniem dostawać więcej danych, gdyż za łatwo można zrobić z niego tandetny wątek.
Kończąc tą sekcję, zaliczmy
jeszcze jeden postój – Dla Niej w liczbach:
Stron oryginalnego pliku – 250
Liczba słów – 110 269
Liczba znaków (ze spacjami) – 725 681
Ilość akapitów – 2758
Ilość wierszy – 9740
Całkowity czas pracy (wszystkie wersje; wliczając szukanie informacji, dwie
korekty oraz momenty, w których odchodziłem od komputera z włączonym plikiem) –
513h 51min
Świat przedstawiony
Prawdę powiadając, świat, w którym dzieje się akcja Dla Niej nie jest kluczowym fragmentem powieści, lecz zaledwie jego tłem. Tak samo jak czas wydarzeń, bo wybrałem niedaleką przyszłość wyłącznie by pomimo zdarzeń i technologii, która z naszej perspektywy wydaje się jeszcze mało realna, zwiększyć wrażenie prawdopodobności fabuły. Swoją drogą, taki czas jest bardzo wygodnym narzędziem z więcej niż jednego powodu. Dzięki niemu można sobie pozwolić na szerszą inwencję twórczą przy wybieraniu lokacji, bo zmiany w porównaniu do rzeczywistości da się zrzucić na upływ lat, co zwłaszcza gdy próbuje się naśladować realny świat w sposób podobny do mojego, jest wręcz wskazane. A taki właśnie efekt starałem się osiągnąć w tej powieści. Spora część miejsc, w których znalazł się Sparrow ma swoje realne odpowiedniki, nawet jeśli ich rozkład nie jest identyczny, a kilometrowy dystans jego wędrówki został obliczony Googlowskimi mapami, podobnie jak szacowany czas podróży.
Edgebrook jest faktycznie dzielnicą Chicago i w jego skład wchodzi Lunt Avenue, choć numer, przy którym zamieszkiwali Tretheweyowie jest akurat fikcyjny i symboliczny, bo 10/1 dobrałem na podstawie lekkiego researchu o numerologii. Spotkanie tej rodziny było dla Sparrowa w pewnym sensie początkiem nowego cyklu w jego życiu. Po raz pierwszy (bo zdradzę sekret, usterka ciężarówki, która zawiozła go do Chicago była celowo spowodowana przez niego uszkodzeniem) w czasie akcji powieści pomógł komuś obcemu, narażając tym siebie i swoją zemstę na ryzyko. 10 przyniosła mu zmianę i zwiększyła szansę na sukces, wtedy jeszcze nie zauważalną, ale gdyby nie wszedł w interakcję z Claire, nie trafiłby do Pałacu Umysłu i nie spotkał Taty Moda, co drastycznie wpłynęłoby na zakończenie, gdyż Rosjanie raczej nie ściągnęliby go z liny, kiedy pod wpływem azurytu szkarłatnego próbował się powiesić. Natomiast co do 1, tutaj nastawiłem się na to, kim był Sparrow w momencie wejścia do domu – człowiekiem dążącym do celu siłą woli, samotnym, nadal lojalnym wobec utraconej miłości, a do tego, mającym trudności z współpracowaniem z innymi. 1 też bywa manipulatorem, więc akurat tak się złożyło, że Sparrow podał się za Samfu, który był znany z takiego zachowania.
Kolejne przystanki Sparrowa na drodze do Los Angeles nie były aż tak istotne, gdzie konkretnie się wydarzą, mogły mieć miejsce w bliżej nieokreślonych obszarach i nie sądzę, żeby miałoby to wpływ na odbiór wydarzeń. Jak już wyżej wspomniałem, przy planowaniu posłużyłem się mapami od Google, ale nie chciałem wykorzystać najkrótszej i najprostszej ścieżki, bo byłaby ona mało naturalna, zwłaszcza biorąc pod uwagę chaotyczne okoliczności, w których Sparrow opuścił Lawton. Nawet on nie byłby w stanie obrać optymalnej drogi, tak, żeby wygodnym zbiegiem okoliczności nadal zbliżać się równym tempem do głównego celu. Cóż prawda, Santa Fe wciąż mieści się mniej więcej po drodze, choć udanie się tam na pewno nie przyspieszyło podróży. Skoro jesteśmy już przy tym, chciałbym zwrócić uwagę na dobór działek jako miejsca akcji. Zimą raczej nie chodzi się na nie, a w każdym razie, nie na dłużej niż jest to absolutnie niezbędne i zazwyczaj się nie pracuje, więc o tej porze roku wydają się wręcz idealnym obszarem, gdzie nadal istnieją ślady życia, ale protagonista mógł być odizolowany od społeczeństwa zarówno pod mentalnym jak i fizycznym względem. Jednak wróćmy na chwilę do Lawton, gdyż temu epizodowi należy się trochę więcej wyróżnienia.
Pałac Umysłu na początku nie był Pałacem, lecz miejscówką noszącą kiepską nazwę Odkupienia. Podobnie jak nazewnictwo, jego wątek szykował się na potężny niewypał, więc nic dziwnego, że właśnie przy nim dział się mój pierwszy kryzys twórczy przy tej powieści. Tata Mod nadal był jego przywódcą, jednak zdecydowanie bardziej przypominał Negana z The Walking Dead, co objawiało się także poza pierwszym spotkaniem ze Sparrowem, gdzie jego przemowa nawiązywała stylem oraz treścią do tej, którą Negan uraczył grupę Ricka przy jego wprowadzeniu. To podobieństwo przetrwało, chociaż jego pozytywne cechy stały się bardziej widoczne i zdominowały całość postaci, która w dużym stopniu zaważyła o tym, że Pałac ostatecznie został tym czym jest teraz. Wykorzystałem to na kim Tata Mod był inspirowany – prawdziwym tacie prawdziwej Neri, przenosząc ich pokrewieństwo także do fikcji, a to, razem z faktami wspomnianymi we wstępie doprowadziło do lawiny, jakiej efektem jest w sumie powstanie małego uniwersum, opartego na odpowiednikach ludzi związanych ze społecznością wokół kanałów Bobra i Neri. Ta lista możliwe, że jest już nieco przestarzała, bo minął dobry rok, ale nie wnikam, zwłaszcza, że większość jest całkiem jasna, przynajmniej dla tych, którzy znają te osoby. I w tym miejscu muszę się do czegoś przyznać. Ten tajemniczy podpalacz na literę G to GREKy. Domyślam się jak to wygląda, wciskając w gruncie rzeczy siebie samego do czegoś, co miało być wyróżnieniem, ale proszę mnie jeszcze nie oceniać! Miałem ku temu fabularny powód. Losy GREKy’ego z tego świata stanowią podstawę do historii postaci, którą pewnego dnia zgłoszę do Peccatorum 2 i potrzebowałem sprawić by znalazł się on, gdzie trzeba i miał przy tym odpowiednią wiedzę.
Nie wydaje mi się, żeby dalsze lokacje skrywały jakieś większe tajemnice, jednak przejdźmy po nich po kolei. Kwatery FBTI, mieszczą się w Waszyngtonie, w pewnym promieniu od Białego Domu, z jednej strony ukryte, mimo to, wciąż będące gdzieś na widoku. Nie sprecyzowałem bardziej ich umieszczenia, ponieważ zabiłoby to część ich magii. Tak jak świat czarodziejów z Harry’ego Pottera, FBTI jest tak blisko, a jednak daleko, należąc do kompletnie innego świata. Bo kto wie, być może nawet Twoja lokalna apteka jest przykrywką dla magazynu tajnych służb? A skoro mowa o magazynach, te niegdyś należące do firmy Cardiff (powiązanie z miastem w Walii było przypadkowe) są dobrym przykładem na to jak podświadomie można dokonać pewnych skojarzeń. Ulokowane są one przy porcie, a jaka jest funkcja portu? Przybijają do niego statki oraz z niego odpływają. W szczególności z tą drugą czynnością związane jest rozprzestrzenianie się zaraz, jak było to na przykład z XIV wieczną czarną śmiercią, co zupełnie bez planu wspomogło charakteryzację Talentu jako wirusa. He he, to chyba był moment aktywacji mojego arcygeniuszu. Mimo to, wróćmy na poważnie do tematu. Do miejsc, do jakich pragnąłbym jeszcze coś dodać zdecydowanie należy rudera, w której ukrywał się Sparrow podczas obławy na zabójcę prezydenta. Choć sprawia wrażenie kompletnie losowej scenerii, czy aby na pewno nią jest? Czy istniał powód, dla którego akurat tam trafił, doświadczając po upadku tych wizji? Otóż, co, jeśli powiedziałbym, że miałem plan? Nie jestem pewny czy ta sugestia była na tyle wyraźna, ale chciałem subtelnie zaproponować, że ta posesja mogła być jakoś związana z Benjaminem Sparrowem lub kimś z grona jego przyjaciół. Nie wspominając jeszcze o tym, że ruiny domu celnie przedstawiają ówczesny status Sparrowa – jego obawy przed własnym ciałem oraz nowe trudności, jakie poważnie utrudniły jego zemstę, po tym jak na własne oczy ujrzał, jak rozdarto przyszłą rodzinę Runcornów przez samego Michaela i stracił pierwszą od dawna namiastkę domu. No i na koniec willa Ellrose’a. W oryginalnej wersji miała swoje przybliżone położenie, lecz zrezygnowałem z niego z powodów podobnych do siedziby FBTI, a także ze względu na narrację, bo średni to miałoby sens, żeby Jacob jako narrator podawał, gdzie dokładnie ją znaleźć, tylko po to, by w epilogu stwierdzić, że zredagował fakty by pełna prawda nie wyszła na jaw. Moim zdaniem to zadziałało na korzyść posiadłości.
Tematyka
To chyba nie będzie wielkim zaskoczeniem, że powyższa powieść skupia się w ogromnym stopniu na zemście. Motywuje ona dwóch najważniejszych bohaterów – Sparrowa i Runcorna. Oboje dążą do pomszczenia swoich krzywd – Runcorn doznał ich z rąk Benjamina Sparrowa, którego ukarał zabijając Christophera i wykorzystując Amy jako dawczynię serca dla Charlie, co spowodowało, że Christopher, mając swoje wspomnienia zmodyfikowane, wyruszył za nim by pomścić utratę Amy. Mimo to, nie uznałbym zemsty za najważniejszy motyw Dla Niej. Dążyłem do tego by napisać powieść o poszukiwaniu odkupienia, co przejawia się także w podziale na akty przez ich tytuły, a zemsta była jedynie narzędziem do celu, które stworzyło to pozornie samonapędzające się koło przemocy (nie sądziłem, że kiedykolwiek użyję to wyrażenie nie żartując), jakie w rzeczywistości było wyreżyserowane przez Benjamina, pragnącego w końcu wziąć odpowiedzialność za błędy przeszłości. Benjamin jako pierwszy wyłamał się z pasma popełnianych przez niego grzechów, na który z premedytacją wprowadził także bratanka, dając mu na koniec wybór. Christopher stanął przed opcjami: kontynuować swoje życie tak jak do tej pory wyglądało, pełne zabijania lub wykończyć dzieło wuja i zniszczyć ślady po zabójczych grach, żeby ta zorganizowana przez Peccatorum stała się ostatnią. Młodszy ze Sparrowów zdecydował się na drugą z nich. Poświęcił się dla większego dobra i otrzymał za to nagrodę – połączył się ze swoją ukochaną. Natomiast Runcorn dalej brnął w kierunku grzechu. Rozkochał w sobie uprzednio uprowadzoną przez siebie córkę Benjamina wyłącznie po to, żeby zastrzelić ją przed Christopherem, którego ciało było klonem Benjamina. Nie zmienił się jakkolwiek, odkąd uczyniono z niego Ostateczny Talent. Jaki jest więc morał tej historii? Typowe zemsta jest zła? Otóż nie, choć tak może się zapewne wydawać. Nie będę przekreślał różnych interpretacji, bo mogą one być równie poprawne, podzielę się tylko własną. Ten, kto nie przyswaja sobie lekcji, jakie uczy go życie, nie rozwija się, przez co nie zdobywa lepszego wglądu w siebie samego i nie jest w stanie ocenić przeszłych błędów i popełnia następne. Nic nie stoi w miejscu, ludzka osobowość także nie powinna. Christopher, choć na początku czas zatrzymał się dla niego, wyłamał się ze swojego więzienia i umarł za grzechy swojego wujka i jego kompanów, Bobra i Neri oraz za własne, tą ofiarą ratując życia gości hotelu i pozytywnie wpływając na być może nawet i cały świat. O bogowie, dopiero zacząłem rozumieć do czego zmierzam… Przypadkowo zagalopowałem się, robiąc ze Sparrowa niemal Jezusa. To chyba najlepszy znak, że należy uciąć ten wątek zanim zapędzę się jeszcze głębiej.
Oprócz tego, w pierwszym akcie zwróciłem sporo uwagi na stratę kogoś bliskiego, pokazując jak do niej podchodzą kolejno Tretheweyowie (nie potrafiąc sobie z nią poradzić), Tata Mod (który wrzucił się w wir obowiązków, próbując wyprzeć z siebie żal), Annie (pogodziwszy się z tym co się stało i wyjąwszy z tego lekcję) oraz Dismas (pogrążając się do reszty w rozpaczy). Nie licząc Annie, która miała być dla Sparrowa pozytywnym przykładem, te nastawienia odzwierciedlały części Christophera, pokazując mu potencjalne scenariusze, do jakich mógł dążyć.
Postacie
Analizie poddana zostanie piątka najważniejszych bohaterów powieści – Christopher i Benjamin Sparrow, Amy Whitfield, Michael Runcorn oraz Charlotte Atkins. Opowiem historię ich powstania, zarówno fabularnie jak i pod względem wyglądu, co starałem się osiągnąć prowadząc ich w taki sposób, uzupełniając ciekawostkami z poprzednich wersji Dla Niej oraz innych powiązanych utworów, które napisałem i przez wielowymiarowość, na jakiej się opieram w swojej twórczości, miały wpływ na część z tych bohaterów.
Christopher Sparrow
O jego genezie już cóż prawda napomknąłem parę słów we wstępie, jednak nadal mogę nieco dodać. Oprócz prototypu z innej mojej powieści, inspiracją do powstania Sparrowa był poniekąd Dante z serii Devil May Cry, co widoczne jest do pewnego stopnia w jego wyglądzie i uzbrojeniu, choć brakuje przesadnej pewności siebie. W każdym razie, Sparrow został zaprojektowany jako urealistyczniona i uwspółcześniona wersja legendarnego łowcy demonów. Kolor stroju Sparrowa stał się głównie czarny dla zwiększenia wrażenia, jakoby był on tym mrocznym żniwiarzem, śmiercią, która krąży nad jego wrogami aż w końcu przystąpi do ataku, a jego płaszcz skróciłem w porównaniu do Dantego po pierwsze dla praktyczności ruchów, a poza tym, by uniknąć niecelowo komicznych skojarzeń ze szkolnymi strzelaninami i ulubionymi ciuchami typowo przeprowadzających je osobników. Do tego dołączyłem mu kapelusz z sokolim piórem, na pewno jako nawiązanie do tyrolki, którą nosił początkowy Sparrow, no i zdecydowanie, żeby było bardziej stylowo, z czego Dante pewnie byłby dumny. Tak samo jak z uzbrojenia wykorzystywanego przez Christophera. Dwa pistolety, może i bez imion, bo ostatecznie stwierdziłem, że ich nadanie nie pasowałoby do postaci, ale rozważałem nawet bezpośrednią intertekstualność, nazywając je Ebony i Ivory.
Wracając do ogólnego zamysłu postaci, chciałbym wspomnieć jeszcze o reakcji, jaką wywołała karta Sparrowa na zajęciach na studiach. Zapytano mnie o czas, w jakim osadzone są jego losy, gdyż zdawał się nie należeć do współczesności, co wbrew pozorom było bardzo trafnym spostrzeżeniem. Do takiego właśnie efektu mierzyłem. Od samego początku charakteryzowałem go jako kogoś, dla kogo czas się zatrzymał, niebędącego częścią teraźniejszości, lecz więźniem przeszłości, noszącym na swej szyi łańcuch – obrączki i krzyż. Jeżeli chodzi o sam krzyż, biorąc pod uwagę, że wątek religii stracił na istocie, nie jest obecnie jakimś ważnym symbolem, ale zostawiłem go, ponieważ wciąż budzi odpowiednie skojarzenia. Wiara jest nadzieją, że po śmierci dobro zostanie nagrodzone i trafi się za nie do lepszego miejsca, natomiast dołączone do krzyża pierścienie nie dość, że w pewnym sensie ciągną go w złą stronę, to dzięki nim zaistniało podobieństwo do Władcy Pierścieni, małe, ale jednak jakieś – Górą Przeznaczenia jest rezydencja Ellrose’a, zaś pierścieniem dziedzictwo Benjamina. A wspominając już o spadku po nim, Christopher otrzymał jeszcze coś – jako jego klon również miał problemy z windami, które są dla niego jak portale dla Geralta z Rivii, oraz obawy przed łysieniem.
Wyczerpawszy temat stroju i co nieco charakteru, muszę jeszcze koniecznie wspomnieć o pewnym niedużym motywie, z którego jestem bardzo zadowolony, a mianowicie, o kapeluszu Sparrowa. Gdy dotarł do Chicago zdjął go i przyniosło to pierwszy przejaw empatii wobec Claire, o co wcześniej można byłoby go nie posądzić i sporo zmieniwszy się w międzyczasie, ubrał ponownie dopiero wchodząc do magazynów Cardiff, co miało w jego przekonaniu przywołać powrót do dawnego siebie. To jest, o ile o czymś teraz nie zapominam… Oczywiście, mógłbym to z łatwością sprawdzić, jednak tego nie uczynię. Ot taki ze mnie profesjonalny pisarz, hłe hłe. (proszę mnie nie oceniać, wiem, że nie napisałem do końca prawdy, chciałem jedynie zakończyć żartem)
Amy Whitfield
Mimo wszystko, rola Amy w tej powieści nie była zbyt ogromna. Jej osoba stanowiła dla Christophera motywator do działania. Była odległym wspomnieniem, jednocześnie od czasu do czasu osobiście pojawiając się przed Sparrowem. Tymi spotkaniami chciałem wprowadzić wątpliwości, czy była tylko wizją, czy może było w tym coś głębszego, nadnaturalnego jak sugerowała jej prezencja. Ubrana w suknię ślubną, której nigdy nie mogła założyć na ceremonię, wyraźnie martwa, jednak nadal prowadziła swojego niedoszłego męża. Przedstawiłem ją jako taką Gnijącą Panną Młodą, żeby uczynić ją bardziej martwą, chociaż jak się okazało, taka nie była. Została uśpiona i utrzymywana przy życiu przez Runcorna i dlatego właśnie Christopher nie mógł znaleźć jej grobu, bo po prostu on nie istniał, ani w Ottawie, ani w Johnville, ani nigdzie indziej. Niebezpośrednio wyjaśniłem to jako „kamuflaż-przebranie”, bo kiedy Sparrow zaczął sobie przypominać prawdę, jej strój i ciało wróciły do normy. Podczas jej rozmowy z Christopherem w banku wspomniałem o jej rzekomo wyjątkowym zdrowiu, co miało zalążkiem tego, że może posiadać Talent, który jest jakoś związany ze zdrowiem.
Zauważyłem to dopiero podczas korekty, ale przez przypadek stworzyłem całkiem ciekawy motyw odnośnie jej perfum, który miał jedno zastosowanie. W prologu wspomniałem o tym, że Amy używała cytrusowego zapachu, a rozdziale, który to był… no tym, gdzie doszło do porwania Charlie, Sparrow poczuł właśnie taki aromat, choć wtedy zaznaczyłem, że pomarańczy, z zamiarem nawiązania do Lśnienia Stephena Kinga. Jednak to nie było tylko przeczucie, dzięki któremu Christopher usłyszał Jess, to było ostrzeżenie od Amy. Lub tak w każdym razie uznajmy, ok?
Michael Runcorn
Runcorn jest dla mnie całkiem specyficznym przypadkiem. Z całą pewnością jest antagonistą i to tym głównym, ale nadal ciężko mi go widzieć ściśle w tej roli, aż mnie kusi, żeby uznać go za drugiego protagonistę, pomimo tego, że nijak zgadza to się z definicją "protagonizmu". Możliwe, że na mój odbiór wpływa fakt, że to także nie jest debiut tej postaci. Z kompletnie inną historią i wyglądem, jednak Michael jest nadal głównym bohaterem serii jaką prowadziłem na fanfiction.net (nie skończyłem jej nigdy i już wątpię, żeby miała zajść dalej niż połowa trzeciego tomu) – The Dimensional Traveler. Zresztą Dla Niej na starcie swej drogi zapowiadało się w gruncie rzeczy na spin-off tej powieści, gdyż w jednym z rozdziałów ostatniego tomu pojawia się scena, która miała tutaj być finałem, lecz wszystko rozrosło się w kompletnie innym kierunku. Te powiązania wciąż istnieją i jeszcze się rozwinę na ich temat, więc jak na razie zajmijmy się do końca Michaelem.
On i Sparrow są jak Yin i Yang, co odzwierciedla się w stroju. U Runcorna dominuje biel. Ma białe włosy i białe ciuchy, które ukrywają jego prawdziwą naturę. Biel jest kolorem niewinności, a tej akurat mu bardzo brakuje. Oprócz tego, jest przedstawiony jako dyrektor tajnej jednostki, co wraz z tą barwą miało przyczynić się na zbudowanie zaufania wobec niego. Nie chcę wysnuwać zbyt daleko idących wniosków, ale przypuszczam, że przy czytaniu raczej uniknął wielu podejrzeń zanim jego rola stała się jasna. Nie pamiętam z jakich dokładnie powodów zabrałem mu oko i rękę, prawdopodobnie by był bardziej przekonujący jako rzekomy wróg Bellrose, jednak jak sobie teraz myślę, można doszukać się w tym trochę symbolizmu – chęć zemsty zaślepiła go do tego stopnia, że widzi tylko jeden aspekt świata, jego czerń, zakładając, że jednym okiem widzimy dobro-biel, a drugim zło. Wspomnienie też należy się masce, którą Runcorn wybrał jako V. Zważywszy na to, że Talent jest „wirusem”, maska przypominająca lekarza zarazy jest na pewno wskazana, w szczególności po tym jak jego ciało przejął Benjamin. A dodatkowo, jest nawiązaniem do The Dimensional Travelera, gdzie Runcorn także używał pseudonimu V, choć z kompletnie innego powodu i tą zbieżność zauważyłem dopiero niedawno. Tutejszy V jest skrótem, którego postanowiłem nie rozwijać, by nie zabierać zabawy przy czytaniu. V jak pięć, Vendetta, Victory, a może coś innego?
Co do osobowości Runcorna, już wiele nie da się powiedzieć. Jego impulsywność i skłonność do żartów są przeciwieństwem dla opanowanego i skupionego Christophera, natomiast jego kłamstwa i manipulacje miały zapalić u czytelnika czerwoną lampkę, że coś do końca może być z nim nie tak. Runcorn odczuwał obecność esencji życiowej Benjamina w swoim ciele przez pociąg do mocnych trunków, choć szybko się go pozbył, by wywołać wrażenie, że ze względu na swoją wtedy jeszcze dziewczynę.
Charlotte Atkins
Co jeśli bym powiedział, że to także nie jest pierwsze pojawienie się Charlie? Tak samo jak jej nauczycielki Sylvette? Nie, proszę, nie odchodź, ja potrafię tworzyć postacie, a nie tylko je recyklować, przysięgam! A tak już na serio, Charlie jest najważniejszą postacią mojego wielowymiarowego uniwersum i dlatego ma swój udział i tu, choć w przypadku Dla Niej jest to rola raczej z pomiędzy pierwszego, a drugiego planu. Jednak nie wejdę w szczegóły, odeślę jedynie do In the Web of Time mojego autorstwa, które jest kanonicznie początkiem jej historii, dziejącej się pomiędzy różnymi utworami i światami. W tej powieści pojawiła się w dużej mierze ze względu na Michaela, gdyż jej udział w fabule spokojnie mógłby przypaść jakiejkolwiek innej kobiecej postaci bez większego wpływu na uniwersum. A nie taki był plan. Chciałem przy okazji przepchnąć tu scenę, która silnie wpłynie na relację Runcorn-Sparrow w The Dimensional Travelerze, scenę, która ostatecznie… W ogóle się nie pojawiła. Koncept powieści wyewoluował tak drastycznie, że nie mogłem tego zrobić, a do tego, kończąc rozdział 9 wpadł mi do głowy jeden z tych pomysłów przez wielkie P i pod wpływem impulsu zabiłem ją wtedy, choć miała przetrwać do finału i tam zginąć, w brutalny sposób zamordowana przez Sparrowa.
Pod względem wyglądu jest kalką z pozostałych powieści, w których bierze udział, a tutaj aż tak bardzo to się nie ukazuje, więc daruję sobie dokładną analizę, ograniczając się wyłącznie do wyjaśnienia co się stało z jej kolorem włosów. Na fotografii w biurze dyrektora FBTI była blondynką, natomiast w reszcie akcji „przefarbowała” się na biało. To kolejny związek z ItWoT, gdzie stało się to na skutek pewnego wydarzenia, tak samo jak bladość jej skóry. Włócznia była bronią jakiej Charlie używała w pierwszej swojej scenie w TDT, dlatego zdecydowałem się dać jej taki Talent tutaj, chociaż słowo włóczniczka niespecjalnie mi leży i pomimo prób znalezienia lepszej alternatywy, nie wpadłem na nic co pasowałoby do jej osobowości.
Benjamin Sparrow
Gdy we wstępie pisałem, że w pewnej chwili pojawiło się to spoiwo, które uczyniło Dla Niej kompletnym dziełem, miałem na myśli właśnie Benjamina. Nie znaczy to jednak, że wtedy go dodałem, bo istniał już przedtem, lecz w bardzo okrojonej formie. Mocnym skrótem to nie będzie, że żył i umarł, zostawiając spadek Christopherowi, przez który on i Amy znaleźli się tamtego dnia w banku. I tyle. Chciałbym być w stanie wskazać konkretny moment, kiedy zrodziła się nowa wersja Benjamina, ale nie potrafię, mogę co najwyżej domyślać się, że zadziało to się gdzieś w pierwszej połowie drugiego aktu, może nawet w jego prologu. Niestety nie planuję na piśmie, wszystkie operacje przy pisaniu wykonuję w głowie, więc nie posiadam żadnych notatek, które w tej chwili mogłyby rozjaśnić tą tajemnicę.
Danganronpa, która zainspirowała Peccatorum, które zainspirowało Dla Niej zawsze zawiera wątek tego geniusza odpowiedzialnego za zabójczą grę i Benjamin wypełnił tę lukę w tej powieści. Wybitnie inteligentny, wraz z przyjaciółmi uparcie dążący po trupach do celu, mimo to, nadal samotny, tęskniący za rodziną, którą mógł mieć, jednak ją odtrącił, co doprowadziło do tragedii. W prostszych słowach, ktoś idealnie pasujący do powieści o dążeniu do odkupienia win. Cieszę się, że ograłem Lobotomy Corporation już po skończeniu pracy, bo jak znam siebie samego, poznawszy historię A., pewnie działałbym pod wpływem inspiracji i odrobinę inaczej rozwiązał postać Benjamina, co wprowadziłoby jedynie niepotrzebne zamieszanie.
Fabuła
Nareszcie dotarliśmy do najciekawszego punktu. Zostawiłem go na sam koniec jako wisienkę na torcie, a po drodze zająłem się rzeczami, które mogłyby negatywnie wpłynąć na tok wypowiedzi. Dlatego nie przeciągajmy tego dłużej, wskoczmy w to razem.
Narracja prologu jest całkiem charakterystyczna – najpierw z trzeciej osoby, ograniczona, z perspektywy Richarda Milesa, bogata wręcz w przesadne opisy, co już wtedy miało posłużyć jako wskazówka co do zwrotu akcji odnośnie narratora. Cóż prawda podczas tamtej fazy produkcji miało to wyglądać inaczej, bo opowiadać ten fragment miał V, jako główny antagonista, który „pisał” rzeczywistość naokoło Sparrowa za pomocą Otchłani, która także miała różnić się zamysłem. Z wiarygodnego źródła, które być może woli pozostać anonimowe dowiedziałem się, że w ten sposób ekipa Milesa powoli zaczynała się rysować jako potencjalnie ważne postacie, tylko po to, żeby zaraz okazali się pionkami do uśmiercenia, służącymi jedynie by przedstawić Sparrowa w swoim żywiole. I wracając jeszcze na chwilkę do ilości informacji w początkowych rozdziałach. Z premedytacją podawałem zbyt dokładne dane, co i z Jacobem Robertsonem jako narratorem wciąż działa idealnie, gdyż stylistycznie może służyć jako przedstawienie jego braku wprawy w pisaniu i niewiedzę co jest najistotniejsze, jaką z czasem sobie wyrobił. W prologu także po raz pierwszy delikatnie poddałem wątpliwości prawdziwość wspomnień Sparrowa, jednak oferując całkiem wiarygodną wymówkę dla tej niejasności, którą był jego stan psychiczny podczas opisywanej sceny.
Wprowadziwszy naszego protagonistę, w następnym rozdziale zacząłem kreować jego charakter, codzienną rutynę oraz podejście do życia. Mimo to, nadal udało mi się przy okazji wmieszać bardzo ważne narzędzie, które dopiero przy końcówce ponownie dało o sobie znać, mianowicie, coś ukrytego w nożu. Ta tsenretowa kula posunęła fabułę w kluczowym momencie, jednak jej waga nie była na tyle duża, żeby pozostawić więcej wskazówek, zwłaszcza, że pod pretekstem edycji danych, odpuściłem sobie większe tłumaczenia działania (bardziej rozwinę się nieco później), a to mogłoby doprowadzić motyw do statusu niesatysfakcjonująco pozbawionego odpowiedzi. Wybrawszy dla Sparrowa cel podróży, wypuściłem go w nieznane niczym jak na oregoński szlak, by poznał choć odrobinę swojej ojczyzny. No i troszkę pobawiłem się seplenieniem. Zawsze śmiesznie pisze się takie rzeczy i patrzy jak wiele czerwonych podkreśleń po nich zostaje w Wordzie.
Pierwszy większy przystanek – Chicago. Na dzień dobry wzbogaciłem rozdział o nawiązanie do piosenki Cage The Elephant – Ain’t no rest for the wicked, którą co niektórzy mogą również kojarzyć z intra Borderlands. Lubię bawić się takimi smaczkami i zapewne jest to całkiem zauważalne, lecz nie będę robił pełnej ich listy, niechaj będzie to rozrywką dla czytelnika, której nie mam zamiaru psuć, bo uważam, że fajniej jest takie zabiegi wyłapywać samemu. Mniejsza jednak z tym. Kolejne wspomnienia – spotkanie Christophera i Amy oraz chwila dla Arsene’a, sokoła, którego pióro spoczywa przy kapeluszu Sparrowa; no i jeszcze koszmar, gdzie Amy zmieniła się w twarz o jednym oku. Zamkniętym, gdyż wtedy Benjamin nie miał wystarczająco władzy nad ciałem Runcorna, przez co Amy nie miała wielkiego wpływu na percepcję Sparrowa i nie mogła otworzyć jego oczu na prawdę, pojedynczym, ze względu na ostatecznego rywala Christophera, który posiada tylko jedno „naturalne”. Dalej z kolei protagonista napotkał Claire Trethewey. Gdy uciekła po zderzeniu, zgubiła za sobą plik pieniędzy, co sprawiło, że Sparrow ruszył za nią, przypuszczając, że dzieje się podejrzanego, co doprowadziło do starcia z agentami Bellrose. Zatrzymam się przy nim na moment z dwóch powodów – jest to pierwsze użycie nazwy tej organizacji, która jest zbitymi słowami belle i rose – z francuskiego piękna róża, co nawiasem mówiąc, pomyślnie się złożyło, że uciąłem e, gdyż jak niedawno się dowiedziałem, istnieje taka marka odzieżowa, a tego by jeszcze brakowało, żeby sklep z ciuchami sekretnie próbował przejąć władzę nad światem; (w pewnym sensie podobny zabieg zastosował Richard Matheson w Jestem Legendą, na początku powieści wyrażając się o swoich wampirach jako „nich”) oraz scena konieczna by wywołać pożądaną, skrajnie negatywną reakcję wobec grupy poprzez ich atak na młodszą, bezbronną osobę, a do tego kobietę, co w dzisiejszych czasach „równouprawnienia” jest w szczególności efektywne. W każdym bądź razie, znalazł się następny środek lokomocji, który przemieszcza akcję.
Pamiętam jak bardzo męczył mnie podział drugiego i trzeciego rozdziału. Niemal do ostatnich chwil wahałem się czy sekwencja w samochodzie na trasie do Oklahomy powinna dziać się jeszcze w drugim, czy tak jak to wygląda teraz, w trzecim, ale zdecydowałem, że przeskok czasu i tematu jest już na tyle spory, że dość masywny w treść drugi epizod przygody zacznie się wręcz „przelewać” w formie przez niepotrzebne przeciąganie. W tym fragmencie pokusiłem się o odrobinę symboliki i zaznaczyłem godzinę 2.52. 2.52, a właściwie, 252 jest liczbą anielską, której jednym z najważniejszych znaczeń jest to, że niezależnie, ile trudności pojawia się na drodze, nie powinno się poddawać i brnąć niestrudzenie do celu, co moim zdaniem całkiem adekwatnie pasuje do dalszych losów Sparrowa. Wyróżniłbym jeszcze scenę kraksy z samochodem Taty Moda, kiedy Sparrow zaczął niedosłyszeć części słów, gdy temat zszedł na Claire. Całkiem wygodnie to się zadziało, ale chodziło mi, żeby nie dać jasnego znaku co do jej egzystencji, bo nie licząc jej ojca i trójki z Bellrose, nikt oprócz Sparrow nie wchodził z nią w interakcję. Nawet Bobru, kiedy nakrył Christophera na zaglądaniu przez kotarę w skrzydle szpitalnym, nie zwrócił konkretnie uwagi na nią, ani nie powiedział nic to sugerującego. Teraz nieco poskaczmy. Liczba ofiar pożaru Pałacu to naturalnie liczba uczestników zabójczych gier. Atak Bellrose na Pałac był po części prawdziwy, po części podkoloryzowany z perspektywy Sparrowa przez Otchłań, żeby wprowadzić go w bardziej ekstremalną sytuację. Sparrow miał najpierw wątpliwości co do związku Pałacu z Bellrose, które rozwiał dopiero szturm, czym chciałem z poziomu tego rozdziału podkreślić tezę, że postronni są krzywdzeni z powodu wojny Sparrowa z Bellrose, a do tego by potem okazało się, że prawdziwym przyjacielem Christophera nie był Runcorn, który na starcie zrobił znacznie lepsze wrażenie, lecz Tata Mod, którego intencje były szczere, pomimo kiepskiego początku znajomości. Swoją drogą, wracając do momentu zamknięcia podziemnego przejścia, gdy rozległ się strzał i upadek czegoś na klapę. Dążyłem do tego, żeby wyglądało to jakby Tata Mod popełnił samobójstwo, co oczywiście nie było prawdą. Co dokładnie zaszło, pozostawiam do własnych wyobrażeń, jednak chodziło mi głównie o to, by mieć podobieństwo, kiedy ta dwójka ponownie się spotka. Ktoś kto rzekomo odebrał sobie życie przybywa w ostatnim momencie, aby uratować tego, kto faktycznie próbował się zabić. I jeszcze coś. Duchy, o których wspomina szaleniec na parkingu to nawiązanie do stanu Bobra i Neri, a postrzelenie Claire w ten sposób było mi potrzebne, żeby do reszty wpędzić Sparrowa w rozpacz. No i zapomniałem dodać, karta Claire w skrzydle szpitalnym oczywiście też nie istniała, tak samo jak jej właścicielka.
Podobno, żeby odbudować coś pękniętego by było silniejsze niż kiedyś, niezbędnym jest tego całkowite zniszczenie i to właśnie dzieje się w czwartym rozdziale. Ranny, wyczerpany, wyziębiony, a mimo to Sparrow nadal próbował się troszczyć o umierającą Claire. Wędrował przez śnieżycę i w drodze powrotnej zmierzył się z chimerą, będącą wytworem jego gorączki wspartym oddziaływaniem Otchłani. Nie był to przypadkowy wybór bestii, ponieważ do pewnego stopnia Sparrow jest także takowym stworzeniem – posiadającym zdolność regeneracji klonem Benjamina ze sztucznymi wspomnieniami, bazującymi na kopii prawdziwego Christophera. Ostatecznie Claire już nie żyła i pozostawiła po sobie notatnik, który Sparrow wziął jako pamiątkę, co muszę przyznać, okazało się odrobinę tzw. red herringiem. Miałem zamiar jakoś to później wykorzystać, czymś w stylu, że ten blok karteczek zatrzymał cios i jakimś cudem uratował Sparrowa, ale to by nie trzymało się kupy, dlatego ten przedmiot przestał praktycznie istnieć po scenie pogrzebu. Cóż, zdarza się… Nie każda strzelba Czechowa wystrzeliwuje. Pomimo tego, nadal znajduje się w powieści, bo wciąż niesie sobą wystarczający ładunek emocjonalny by zniwelować brak istotności dla fabuły. W tym rozdziale Amy poruszyła wątek przyjaźni, o którym już nieco napomknąłem wyżej. Umieściłem to w tym miejscu, żeby podsunąć myśl, że była mowa o Runcornie i Charlie. Chociaż co do tej drugiej, to się akurat zgadzało. Razem z Tatą Modem była bez dwóch zdań sojusznikiem Sparrowa, który po utracie świadomości na mrozie został właśnie uratowany przez bernardyna Barry’ego, imiennika legendarnego psa-ratownika. Kusiło mnie, żeby jego właścicielkę nazwać na cześć uratowanego przez zwierzę dziecka, ale zanim to odkopałem, zmieniłem zdanie. Zresztą to był i tak chłopiec, z tego co zrozumiałem, a wolałem, żeby może dość młoda, jednak nadal kobieca ręka zajęła się Christopherem, co uważam, że dało mu więcej komfortu. W śnie Sparrow zobaczył jednonogiego, jednookiego kruka, uosabiającego Runcorna, który był coraz bliżej. Jak o tym w tej chwili piszę, zauważyłem, że atak owego kruka na gardło Sparrowa wyszedł poniekąd foreshadowingiem, gdyż później Runcorn odebrał mu możliwość obrony słowami, wtrącając go w sytuację, z której mógł jedynie uciekać. Kończąc, pomyślałem, że warto na wszelki wypadek zaznaczyć, że podczas morderstwa na parkingu Benjamin przejął władzę nad ciałem Christophera.
Następujący po tych wydarzeniach rozdział stanowi finał pierwszego aktu, więc musiałem stworzyć wrażenie podobne do drogi w kierunku ostatecznej konfrontacji. Czy mi się udało, nie mnie oceniać, lecz Tobie. Dotarcie do Los Angeles można uznać za punkt kulminacyjny powieści, lub raczej jej pierwszej części. A tak nawiasem mówiąc, na rogu Mateo i Willow Street faktycznie znajduje się kawiarnia o tej nazwie, lub przynajmniej znajdowała się, nie wiem jak teraz, więc to co, może dostanę jakieś partnerstwo od ich sieci za reklamę lokalu? Chciałbym… Nadchodzący koniec zwiastuje również numer mieszkania Dismasa – 7, który symbolizuje pełnię cyklu. Pamiętnik Bandyty cały czas mnie męczy, ponieważ takie rozwiązanie bardzo mi się z czymś kojarzy, ale nie wiem z czym, nawet o jakim medium myślę, bo może być to zarówno książka, gra czy film, więc jeśli ktoś z czytających ma jakiś pomysł, proszę o wskazówkę, żeby wreszcie ulżyć moim wewnętrznym problemom. Scena pościgu w kanałach prawie od samego początku pisania gdzieś tam czekała na swoją chwilę, bo jakoś uparłem się, żeby takowa miała miejsce w powieści, choć w oryginalnym zamyśle Amy miała prowadzić Sparrowa do wyjścia; tak samo zresztą jak pierwsze spotkanie z Lokajem, z którego jestem osobiście całkiem zadowolony. Po intensywnej akcji, kiedy wszystko zdawało się już dążyć do spokojnego rozwiązania, pojawił się on, tajemniczy, nieludzko silny, a do tego niosący kolejny pakiet wątków, które miały zaciekawić drugim aktem.
I tu od razu nowość, rozdziały pisane z trzeciej osoby, będące wydarzeniami z przeszłości. Wiadomo, jakoś trzeba wprowadzić różnorodność, jednak taka narracja zaczęła pojawiać się dopiero teraz głównie by nie psuć tempa pierwszego aktu, którego zakończenie nieco zmieniło prędkość akcji, wpuszczając Sparrowa we względnie spokojne otoczenie, kontrastujące do poczucia ciągłego zagrożenia, w jakim dotąd przebywał. W szóstym rozdziale zbudowałem kontekst FBTI oraz Runcorna i Charlie, przedstawiając przy okazji V3 (V z wielkiej by skorzystać z okazji i nawiązać do Danganronpy V3) oraz azuryt szkarłatny (przyznaję, dawno nie wymyśliłem równie losowej nazwy). Nie wiem czy tylko ja odniosłem takie wrażenie, ale przy korekcie nie mogłem oprzeć się wrażeniu, jakobym próbował dać podstawy pod ewentualny rozwój relacji Charlie-Sparrow, być może nawet natury romantycznej. Nie taki miał być zamiar, zawsze mierzyłem jedynie w przyjaźń między nimi, choć poniekąd można nawet powiedzieć, że dzięki swojego klonowemu ciału Sparrow jest w ogóle jej ojcem. Wspominając jeszcze o Charlie i jej tajemniczej chorobie, o której nic nie przejawiło się oprócz jej istnienia i tego, że niebawem ma ją zabić, czym usprawiedliwiłem desperację Runcorna, która ostatecznie przekonała Christophera do dołączenia do jednostki, bardziej niż notatnik rzekomo należący do Davida Sparrowa, czyli tak naprawdę Benjamina, jest ona elementem wychodzącym poza Dla Niej do całego mojego uniwersum, gdzie pewna moc zabija ją w każdym ze światów po kolei.
Rozdziały 6 i 7 wyróżniają się na tle pozostałych także gatunkowo. Zawierają trochę akcji, jednak nie jest ona istotna, bo liczy się to, że Sparrow nie jest samotny i wrócił do normalności, gdzie regularnie wchodzi w interakcje z innymi ludźmi, co nie zawsze mu się podoba. W szczególności, kiedy dowiaduje się, że czeka go kolacja wigilijna w Białym Domu. Od samego początku starałem się charakteryzować ten rozdział jako taki zapychacz, co jest widoczne w pierwszym akapicie, opowiedzianym jakby z perspektywy czasu; którym w gruncie rzeczy był na początku. Nie chciałem zostawiać większego okresu bez jakichkolwiek wydarzeń, więc korzystając z konceptu zaręczyn „na szczycie”, w ważnym miejscu, przy ważnych ludziach, miałem zamiar sztucznie przedłużyć powieść. Obecnie mogę się jedynie bić w pierś za takie niecne plany, ale mimo to, nie żałuję, że coś takiego powstało, a w szczególności, odkąd prezydent USA otrzymał swoją tożsamość członka grupy Benjamina. W pierwszym wydaniu miał być on tym uniwersalnym, no wiecie, bo wszyscy go znają prezydentem, który nie miał odegrać żadnej większej roli, jedynie być, żeby każdy mógł pod jego postać wstawić sobie na kogo ma ochotę, fikcyjnego, bądź prawdziwego, chcącego uczynić Amerykę znowu wielką lub faworyta martwych wyborców. Jednak wróćmy może do tematu zanim z żartów zapędzę się w komentarze polityczne. Powoli przędząc kolejne wątki, nakreśliłem sytuację polityczno-gospodarczą świata przedstawionego, choć protokół dyplomatyczny akurat, jak widać po udziale FBTI w tej kolacji, jest dosyć rozciągliwy. Fakt, że nie zdecydowałem się na stworzenie nowej fikcyjnej potęgi, lecz wybrałem za nią Polskę był w dużej mierze spowodowany złośliwością wobec osób kultywujących narodowy kompleks niższości w odniesieniu do polskości, czym osobiście gardzę. Jestem patriotą i oczywiście, nigdy nie będę próbował zmusić do tego innych, ale przy każdej okazji będę walczył z takim nastawieniem, choćby pokazując nasz kraj w pozytywnym świetle w moich pracach i piętnując antypolskie zachowania. Nawet jeśli jest to drobny gest, dla mnie wiele znaczy, bo skoro coś się nam nie podoba, powinno się coś robić, żeby to naprawić, a nie użalać się i podkładać kłody pod nogi tym, którzy starają się coś poprawić.
Pogłębiwszy więzi między członkami FBTI oraz rozdrapawszy ranę na sercu Christophera Sparrowa, nastała kolej na wspominki, gdzie pod pretekstem opowieści o przygodach Davida i Adama sprzedałem wątpliwości co do Benjamina. Zdecydowałem się to załatwić w tym dokładnie momencie dla kontrastu do rodziny, która przed chwilą miała swój początek. I z powrotem do współczesności. Ósmy rozdział był kolejnym krokiem dla FBTI, którego agenci „odnaleźli wspólny język” i od teraz byli w stanie porozumieć się w każdej sytuacji dzięki posiadanym przez nich bransoletom. Tym samym Sparrow już całkowicie stał się członkiem świata swoich nowych towarzyszy. A skoro powstało zaufanie, najlepiej sprawdzić je w terenie, dlatego drużyna wyruszyła na misję. Lokaj zwabił ich do magazynów, w których doszło do konfrontacji między Billem Ellrosem, a Davidem Sparrowem, jednak czy aby na pewno to był on? Pod koniec poprzedniego głównego rozdziału Christopher wystraszył się czegoś białego co mignęło mu w tle, czym zasugerowałem Lokaja, a do tego Runcorn przedstawił to, że podobno się nawet tam minęli. Biorąc pod uwagę, że ta intryga była przygotowana przez Benjamina by zamienić miejsca z Runcornem-klonem, nie da się jednoznacznie potwierdzić, czy Lokaj był tam faktycznie obecny. Mamy więc do czynienia z Lokajem Schrödingera. Przepraszam, musiałem, przemilczmy ostatnie zdanie… Po prostu zabierzmy się za halucynacje, jakie zobaczyli bohaterowie. Sparrow spotkał ucieleśnienie swoich wyrzutów sumienia oraz był świadkiem walki między jego dwoma przeciwnymi naturami. Z jednej strony był w środku dobrym, wrażliwym człowiekiem, jednak do osiągnięcia swojej zemsty musiał dokonać wielu złych czynów, co zżerało go od wewnątrz. Zwróciłbym jeszcze uwagę na to co ujrzała Charlie. Zająkała się wtedy, chcąc wymówić słowo zaczynające się na „tat”, a kończące na „o”. Doznała nagłego przebłysku prawdziwych wspomnień, dzięki których rozpoznała w Sparrowie swojego biologicznego ojca, jednak szybko zakopała to ich sztuczna wersja. Dalej nareszcie określiłem antagonistę. Był to najwyższy czas, bo dłużej nie mogłem już posługiwać się tą ogólnikową organizacją bez żadnych konkretów. Gdyby powieść zmierzała w kierunku tego, że Bellrose jest jedynie wytworem paranoi Sparrowa, byłoby to wskazane, ale tutaj był to ostatni gwizdek. Poza tym, to nie była pierwsza scena V, bo miał za sobą już dwie, więc dodałem tą moc, która zanim ostatecznie okazała się technologią, wprowadziła wyższy stopień zagrożenia niż to co dotychczas miało miejsce. W końcu wypadałoby podbić stawkę, co nie? By jeszcze bardziej zwiększyć napięcie zastosowałem na końcu rozdziału cliffhanger, choć niezbyt mocny, jednak nim ruszę dalej, chciałbym skomentować nazwę systemu operacyjnego bransolet. Elysium to Pola Elizejskie z greckiej mitologii, czyli miejsce, gdzie zmarli bohaterowie cieszyli się nieśmiertelnością. Nie wydaje mi się, żebym gdzieś zmieścił o tym fragment, ale bransoleta Runcorna była tą, którą otrzymał w czasie zabójczej gry, co biorąc pod uwagę jeden z jej dalekosiężnych celów, pasuje idealnie.
Rozdział „W rękach losu” nie jest duży i nie wydaje się zbyt przełomowy, ale nadal uważam go za jeden z najbardziej kluczowych z tych dotyczących przeszłości. Nieco nim zamieszałem, odrywając podejrzenia o bycie Billem Ellrosem od Benjamina, potwierdzając istnienie kogoś więcej, jednocześnie zdradzając jego sekretne drugie życie i plan przeciw temu domniemanemu przywódcy Bellrose, który potem przybył z zamiarem zabicia go w ramach zemsty. Zaznaczyłem też narodziny dwójki dzieci, nie precyzując ich płci z myślą o przyszłym wątku, kiedy to Jess stwierdziła, że jej siostra ma podobne znamię co ona, czym chciałem zamieszać, licząc, że czytelnik zacznie brać Sparrowa za potencjalnego syna Marie Moretti. Dlatego, choć brzmiałoby to wyraźnie lepiej, nie użyłem słowa bliźniaczki, którymi były Jessica i Charlotte.
Wspomnienia rozbiły już tempo akcji, więc zaczynając następny rozdział postanowiłem udać się nieco do przodu i metodą retrospekcji streścić wydarzenia, który doprowadziły do tamtego stanu rzeczy. Tu też schowałem pewną ważną sekwencję cyfr, rozbijając ją na trzy kody. Coraz to większe zastrzeżenia zaczęły krążyć co do osoby Runcorna i tak dalej, sami wiecie jak to było… No, ale co ciekawsze, pobawiłem się z flagami śmierci, podając, że Sparrow zobaczył po raz ostatni życzliwy uśmiech ze strony Michaela. Raczej dokładne wyrażenie, czyż nie? Wręcz zbyt dokładne, więc nie skłamałem, bo faktycznie już dłużej nie było życzliwych uśmiechów, lecz nie z powodu zgonu Runcorna, który do ostatniego momentu starałem się przedstawiać jako prawdopodobny, żeby zmniejszyć szansę przewidzenia, że swoje życie zakończy Charlie. Miała swoją emocjonalną scenę ze Sparrowem, dałem jej moment nostalgii (nie mogłem się oprzeć by wspomnieć o pisaniu książek o Runcornie i Sparrowie, bo sam to właściwie robię) no i tyle po niej. I tak musiała zginąć. Taki już jej los. W Dla Niej jej śmierć miała być niespodziewanym ciosem, który odbierze Sparrowowi wszelką nadzieję i w połączeniu z wrobieniem w morderstwo prezydenta, wpuści go w poważne tarapaty. Poczekałem dopiero do zmiany rozdziału, żeby pokazać zawartość nagrania by zwiększyć efekt dramatyzmu oraz także, ponieważ nie chciałem kończyć dwa razy pod rząd filmem, co mogłoby wydać się powtarzalne, a przez to, nudne. I ciekawostka, imiona uczestników drugiej zabójczej gry pochodzą z generatora nazwisk, nie mają żadnego znaczenia, choć nie kryję się z tym, że choć miałem szansę to wykorzystać, byłem zbyt leniwy, żeby szukać pomysłu.
Wydarzenia z kwater FBTI są zdecydowanie punktem kulminacyjnym całej powieści, po którym następuje moment kryzysu, upadek. Nawet pogoda zdaje się działać przeciw Sparrowowi, który zaczyna dostrzegać, że jego ciało nie zachowuje się normalnie. Dążyłem do tego, by ten rozdział był otwarty na różne interpretacje, a w szczególności fragment z wizjami. Poprzedziło je spadnięcie Sparrowa z dużej wysokości oraz wspomnienie o jego dziwnym stanie zdrowia, co z jednej strony miało sprawiać wrażenie, że mogą to być efekty gorączki lub zwykłe zwidy, jednak znając całość utworu, staje się to jasnym, że w Christopherze uaktywniły się fragmenty pamięci Benjamina, chociaż z jakiego powodu, czy za sprawą uderzenia, które coś poluzowało, czy było to w planie Benjamina, bo później akcja przenosi się do Otchłani, tego nie zdradzę, uważając, że to jest jedna z tych chwil, w których odpowiedzi powinien udzielić sobie czytelnik, nie autor. W każdym razie, faktem jest, że w obrazowy sposób streściłem kluczowe fragmenty historii Benjamina. Przy okazji, to jest druga scena, w której doszło do zmiany grawitacji, co zdecydowałem się użyć jako narzędzie związane z wchodzeniem Sparrowa w najgłębsze obszary siebie. Parę słów wypadałoby poświęcić momentowi w szopie, gdzie Christopher znajduje maskę Ellrose’a i V, doświadczając mieszanych uczuć jakie z nich emanowały. Ellrose, V i Sparrow są w pewnym sensie tym samym człowiekiem, Benjaminem, jednak w tym wszystkim pojawiła się nienawiść, gdyż Ellrosem stał się także Runcorn, a Benjamin V. Potem następuje konfrontacja Christophera z jego odbiciami. Wtrąciłem ją dlatego, że można odebrać ją jako przywidzenia, ale oprócz tego jest wyjściem poza ramy Dla Niej. Sparrowowie z luster pochodzą z innych światów i przygotowują kolejnych siebie do roli jaką Christopher Sparrow ma odegrać w zakończeniu uniwersum. Wydaje mi się, że mogę spokojnie rozwinąć ten motyw. W oryginalnym planie The Dimensional Traveler miał być moją główną serią, natomiast każdy z czwórki pozostałych protagonistów miał otrzymać swojego „spin-offa”, z którego wydarzenia przypomną sobie w ostatnim tomie, co wpłynie na ich akcje. Dla Niej oraz Wrota L’Echtiel (nazwa powieści może ulec zmianie) zapowiadały się na takie prace, jednak w tej chwili są bardziej niezależnymi dziełami niż częścią większej całości. A co tam się działo dalej w rozdziale? Więcej wskazówek, które odegrają mniejszą lub większą rolę, spotkanie Neri, więcej przedstawiania Runcorna jako głównego antagonistę, kolejne dane, które jednak nieco muszą poczekać, gdyż najpierw czas na ostateczną konfrontację z Runcornem.
Moim pierwszym komentarzem do 11 rozdziału będzie rzeźba Temidy, która stała na terenie wilii Ellrose’a. Choć jej przesłanie zostało wyjaśnione w tekście, zauważyłem, że nie sprecyzowałem czegoś odnośnie statuy. Mógłbym to szybko naprawić, ale odpuszczę to sobie, niech dzieje się jak już zadziało, bo to nie jest i tak jakoś super istotne. Normalnie Temida jest przedstawiana trzymając wagę wyżej niż miecz, jednak ten egzemplarz unosi miecz do nieba, jakby dając Sparrowowi sygnał do walki. A tej było akurat sporo w posiadłości. Chciałem, żeby konflikt między Runcornem i Sparrowem zakończył się w absolutnym chaosie, lecz odrobinę stonowałem wydarzenia i względnie oszczędziłem budynek, który wcześniej zamierzałem zrównać z ziemią by ta dwójka mogła zawalczyć w płomieniach i gruzowisku, czyli tym do czego doprowadziło ich pragnienie zemsty. Imię Brian, które przyjął Michael jako nowy Ellrose ma znaczyć szlachetnie urodzony, co pasuje do jego opinii o sobie. Cóż prawda nawiązanie pewnie zrozumieją tylko gracze Dead by Daylight, ale kiedy Christopher wbił kawałek żyrandolu w oko przeciwnika, odruchowo pomyślałem o decisive strike’u. Nie pamiętam czy to pisząc byłem już wkręcony w tą grę, ale dziś ta scena wywołuje u mnie ten nerdowski uśmieszek. Chyba nikomu nie muszę tłumaczyć, że zerwanie się łańcuszka na szyi protagonisty służy jako znak, że nareszcie wyłamał się ze swojego więzienia przeszłości. To raczej najwyższa pora, żeby rozwinąć się o całym biznesie klonowania oraz Projekcie Róży. Zapewne nie raz, ani nie dwa już to przyznałem, ale monotonnie znów to powtórzę, pomijałem detale z premedytacją ze względu na narrację, jednak w tym przypadku to nie jest jedyny powód. Ta technologia jest zbyt ciekawym wątkiem, który jako składowa tej powieści nie otrzymałby należytej uwagi i mając zbyt małe pole do popisu, mogłoby to negatywnie odbić się na jego jakości. Powiedziałbym wręcz, że zasłużyła na swój osobny tytuł. Kto wie, być może taki kiedyś się wyłoni… Natomiast co do ostatniego nienumerowanego rozdziału drugiego aktu, uznałem, że takie ułożenie faktów jak list doktora Jekylla w Dziwnym przypadku dr. Jekylla i pana Hyde’a będzie wskazane i jak się okazało, była to dobra decyzja, bo dzięki testamentowi Benjamina Sparrowa zapobiegłem niejasnościom fabularnym.
No i znów dotarliśmy do końca. Trzeci akt to pojedynczy rozdział, będący procesem, więc nie mam tu za wiele do dodania. Jeżeli wyszedł mi porównywalnie fajnie do poziomu mojego samozadowolenia, to chyba się cieszę. Inspirowałem się przy nim głównie tymi, które pisał Bobru w Peccatorum, przekształcając materiał źródłowy do własnego stylu i preferencji. Raphael przeżył by pokazać kim mógł ostatecznie się stać, Jacob, bo związek ze Sparrowem, Wendy jako próba odratowania postaci, która w Peccatorum nie była zbyt lubiana, Yamaraja jakoś tak mi pasował do końcówki, a Alan, żeby zaprezentować moje podejście do ukrytych Talentów (pisząc jego przemowę miałem przed oczyma Hajime Hinatę z ostatniego procesu Danganronpy 2). Podobieństwo ostatniej sceny do zakończenia filmu Gladiator było nieświadome i dotarło do mnie dopiero w postprodukcji. Jest to jeden z moich ulubionych filmów, więc jak to mawiają, jak uczyć się, to od tych najlepszych, co odzwierciedla moje podejście do pisania. Staram się chłonąć co najlepsze od innych, wystrzegając się ich błędów i przetrawiając te informacje przez własną kreatywność. Jeszcze co nieco o epilogu. Podczas finałowej korekty słuchałem sobie muzyki i muszę się zwierzyć, że doświadczyłem najbardziej idealnego wyczucia piosenki jakie kiedykolwiek mi się przytrafiło. Gdy spojrzałem na epilog, uruchomiło się Rondo Carrousel – ending visual noveli Root Double. Piosenka niby nie taka smutna, bardziej nostalgiczna, jednak w połączeniu z moją lekką ekscytacją na myśl o dokończeniu projektu, sprawiła, że poleciało kilka łez. Dosłownie trzy-cztery, ale przypomniały mi o marzeniu, z jakim zacząłem pisać – by pewnego dnia ktoś kto przeczyta moją pracę był w stanie z dumą przyznać się do wzruszenia. Zacząłem od siebie, będę dążył, żeby w przyszłości zarazić innych. No i jest jeszcze kobieta, którą Jacob spotkał na cmentarzu. Kim ona była? Przypomnę, że nieznane są dalsze losy Amy, Jessici i pani Robinson. Czy była to jedna z nich, a może ktoś nowy, tego przekonamy się być może w sequelu, który przyznaję, gdzieś tam mi siedzi w głowie i pewnego dnia prawdopodobnie powstanie.
To już wszystko. Mam nadzieję, że lektura była co najmniej tak przyjemna jak proces tworzenia oraz że w przyszłości jeszcze się spotkamy przy okazji innej powieści.
Dziękuję za poświęcony czas,
zwłaszcza tym, którzy dotrwali do tego momentu,
GREKy
Ach i jeszcze ostatnie słowo na reklamę. Od jakiegoś czasu prowadzę Twittera, gdzie pomimo braku jakiegoś specjalnie ogromnego grona odbiorców czasem piszę różne rzeczy o wszystkim i o niczym. Tam też będę umieszczał info o moich następnych literackich przedsięwzięciach. Jeśli ktoś coś, zapraszam pod @xGREKy lub bezpośrednio przez link w bocznej zakładce bloga.
Teraz już naprawdę bez odbioru.
Komentarze
Prześlij komentarz