Bracia Sparrow
- Przepraszam. To już więcej się nie powtórzy… – huk zerwał Adama z fotela, wytrącając go z zadumy. Jego przełożony zamknął drzwi i przysiadł na parapecie.
- No mam nadzieję – skrzyżował ręce i spojrzał na specjalnego agenta Robertsona z politowaniem – Znam cię od tylu lat, także poza służbą, więc nie ukryjesz nic przede mną. Coś cię martwi. Problemy rodzinne? Jeśli chcesz się zwierzyć, postaram się chociaż wysłuchać, jeśli nie będę w stanie pomóc.
Adam obniżył wzrok. Zastanawiał się czy powinien powiedzieć o wszystkim szefowi. Ale przecież to nie była sprawa biura… Nawet jeśli dotyczyło to jego byłego pracownika, wątpił, żeby dyrektor przejął się tym problemem. Choć głos rozsądku nakazywał Robertsonowi milczeć, nie był w stanie nie zaufać swojemu przełożonemu. Zbyt długo opiekował się nim w biurze, więc ostatecznie Adam zdecydował się szukać oparcia w tym człowieku, tym bardziej, że sam czuł się już bezradny.
- To nic związanego z Maggie. Chodzi o Davida Sparrowa.
- Sparrowa? Co ten stary wyga znów zmajstrował?
- Długa historia… – na koniec której dyrektor zerwał się z miejsca i głośno przeklął.
- Wiedziałem, że on kiedyś wdepnie w coś ponad jego siły. Jest utalentowanym śledczym, ale nigdy nie miał wyczucia. Jednak co ważniejsze, co z nim?
- Jest w szpitalu. Został postrzelony i wciąż się nie obudził. A był taki pewien, że nic mu się nie stanie – grunt, że nadal żyje, pomyślał Robertson. Tylko to się liczyło. Z tego co powiedzieli lekarze, stan Davida był stabilny i lada chwila mógł odzyskać przytomność, a wtedy prawda wyjdzie na jaw.
- W którym?
- Tym na Irving Street.
- Pakuj się, jedziemy tam.
- Słucham? – Adam ze zdziwienia otworzył szeroko usta.
- Jedziemy do twojego przyjaciela. To, że okoliczności zmusiły mnie do zwolnienia go, nie znaczy, że przestałem go szanować. Nadal utrzymujemy sporadyczny kontakt, ale pierwsze słyszę o tym całym zamieszaniu. W takiej sytuacji uczynię wszystko w mej mocy by go wesprzeć. No, dalej. Czekam na parkingu! – chociaż Adam, podobnie jak większość pracowników FBI zdążył już przywyknąć do porywczości swojego szefa, stał przez chwilę bezmyślnie w progu, czując się głupio, że choćby przez moment w niego zwątpił.
*
MedStar było niedawno założoną prywatną kliniką, która wciąż w gruncie rzeczy raczkowała, jednak już zdążyła sobie wyrobić renomę wśród wyższych warstw społeczeństwa. Dlatego nie było nic dziwnego w tym jak drobiazgowo sprawdzano tożsamość odwiedzających gości. Gdyby nie odznaki policyjne oraz to, że recepcjonistka rozpoznała głos Adama, z którym wcześniej rozmawiała telefonicznie (David podał jego numer w swojej książeczce zdrowia jako osobę pierwszego kontaktu), zajęłoby to im znacznie dłużej, żeby nareszcie znaleźć się przed salą, gdzie leżał detektyw Sparrow.
- Ty idź się z nim zobaczyć, ja złapię lekarza – dyrektor biura zaproponował, jednak zanim dane mu było zajść za daleko, z pomieszczenia wypadł nagle z krzykiem mężczyzna.
- Potrzebny jest doktor! Natychmiastowo! Pacjent ma atak!
Zdezorientowani Robertson i jego przełożony wpatrywali się jak wskutek podniesionego alarmu pojawili się znikąd lekarz oraz dwie pielęgniarki, którzy wbiegli do pomieszczenia, zabraniając wejścia komukolwiek więcej. Przez dłuższą chwilę dochodziły stamtąd dźwięki nerwowej krzątaniny, ale z racji, że nie można było nic dojrzeć przez zamgloną szybę w drzwiach, trójka zgromadzonych poddała się i z trwogą oczekiwała na dalszy rozwój wydarzeń. W końcu salę opuścił doktor.
- Sytuacja jest już pod kontrolą. Mimo to, na dzisiaj odmawiam kolejnych wizyt. Mam nadzieję, że panowie to zrozumieją. Po takim szoku musimy tymczasowo ograniczyć ilość emocji w życiu pana Sparrowa. Na wypadek dalszych pytań, będę w swoim gabinecie – oznajmił.
- Dowiem się co jest grane – rzucił dyrektor, ruszając za lekarzem. Robertson został sam na sam z nieznajomym, który wtedy westchnął.
- No cóż, chyba nic tu po nas.
- Ma pan rację – Adam odparł machinalnie, przyglądając się uważnie postawnemu blondynowi o bystrych niebieskich oczach, który wyglądem tak bardzo nie pasował do otoczenia jak tylko było to możliwe. Nosił czarną koszulkę z logiem zespołu rockowego oraz pobrudzone dresy. Adam nigdy nie słyszał, żeby jego przyjaciel znał kogoś podobnego.
Po chwili mężczyzna zaproponował nonszalancko:
- Wypije pan kawę? Na mój koszt?
- W sumie i tak będę musiał nieco tu posiedzieć – Adam chciał sprawdzić zawartość swojego portfela, ale przypomniał sobie, że zostawił go w biurze, więc dodał – Niestety chyba muszę skorzystać z pańskiej hojności…
- Nic nie szkodzi, nic nie szkodzi. To chodźmy. Tylko może schodami. Windy nigdy nie działały na mnie zbyt dobrze.
Kilka chwil później, dwójka wciąż obcych sobie ludzi zasiadła przy stoliku w szpitalnej kawiarni na parterze. Pomimo tego, że dopiero co się spotkali, Adam czuł się wokół tego tajemniczego blondyna aż zbyt komfortowo, jakby od lat byli dobrymi znajomymi. Jego twarz… Robertson nie mógł się nadziwić podobieństwu do… No właśnie, do kogo? Jakby czytając w myślach Adama, nieznajomy zaśmiał się.
- Gdybym nie przefarbował włosów, pewnie by mnie pan z nim pomylił. Podobno od zawsze byliśmy jak dwie krople wody.
- Przepraszam, że zapytam, ale kim pan tak w ogóle jest?
- Jego bratem.
- Davida?
- Davida… – mężczyzna potwierdził, przeciągając to imię. Adam w międzyczasie wypił łyk kawy, przeglądając zakamarki pamięci.
- Nigdy nie wspominał, że ma rodzeństwo.
- Nie dziwię się. Rozstaliśmy się, jakby to ująć, w niezbyt przyjemnych okolicznościach, a potem spędziłem większość życia podróżując po świecie. Pewnie zapomniał, że braciszek Benny nadal istnieje. Żeby widział pan jego minę, kiedy zobaczył mnie przy swoim łóżku, panie…
- Robertson. Adam Robertson – wtrącił – Czyli David się obudził?
- Tak, ale tylko na trochę. Zamieniliśmy parę słów i dostał jakiś konwulsji. Mam nadzieję, że nie na dźwięk mojego głosu – Benjamin Sparrow odchylił się do tyłu, obserwując z ciekawością Adama, który starając się to ignorować, skupił się na swojej filiżance.
- Swoją drogą – zaczął, chcąc zmienić temat – Jak pan się dowiedział o tym, że David jest w szpitalu?
- Mój kolega ze studiów tu aktualnie pracuje. Akurat przyjechałem go odwiedzić i dał mi znać. Stwierdziłem, że to dobra okazja odbudować nasze stosunki braterskie. Nie mogę go tu tak zostawić, nawet jeśli on nie będzie chciał mieć ze mną nic do czynienia. Tak w ogóle, długo zna pan mojego braciszka?
- Będzie już tego nieco. David był moim mentorem i pierwszym partnerem na służbie w policji. Kiedyś uratował mi skórę, ale to dawne czasy…
- Nic nie szkodzi, mamy czas, niezależnie od długości historii. Chętnie usłyszę o jego bohaterstwie.
- Niech panu będzie. Jednak uprzedzam, że nie będzie to porywająca opowieść – wzruszywszy ramionami, Adam wrócił do wspomnienia dnia, który całkowicie odmienił jego życie.
*
Świeżo po szkole policyjnej, Adam Robertson nie mógł się doczekać podjęcia pracy. Jego ambicje były ogromne. Od dzieciństwa marzył, żeby łapać przestępców, a teraz, uzyskawszy odpowiednie kwalifikacje oraz trening, nareszcie miał szansę się tym zająć. Mimo to, ku jego rozpaczy, został przydzielony do pracy przy biurku i nic nie wyglądało, żeby miało się to szybko zmienić. Czemu on, młody i silny musiał gnić przy papierkowej robocie, gdy wszystkie najbardziej emocjonujące zadania trafiały się starszym? Każdego dnia to pytanie coraz bardziej demotywowało Adama. Czy rodzice faktycznie mieli rację? Wątpliwości szargały jego myślami. Kiedy powoli zaczynał rozważać zmianę zawodu, wtedy wszystko się odmieniło. Na horyzoncie pojawił się promyk nadziei – awans. Komendant wezwał go do swojego gabinetu i powiedział, że Adam był już gotowy do wyjścia poza komisariat. Wyjaśnił, że pierwsze miesiące stanowiły test charakteru, selekcjonujący tych, którym autentycznie zależy na pracy, od tych, którzy traktowali policję jako źródło adrenaliny. Robiąc dobrą minę do złej gry, Adam odetchnął z ulgą, błogosławiąc swoją cierpliwość oraz licząc, że przełożony nigdy nie dowie się jak blisko było, żeby odpadł tuż przed tym spotkaniem. Po wyjaśnieniu standardowych procedur, komendant przydzielił mu partnera, któremu będzie pomagał, zbierając cenne doświadczenie – detektywa Davida Sparrowa. Nie zrobił on jednak na nowym podwładnym zbyt pozytywnego pierwszego wrażenia.
Zawsze ubrany w elegancką czarną kamizelkę i białą koszulę, detektyw Sparrow nie okazał się ciekawym rozmówcą. Był małomówny, ponury i wyraźnie wolał pracować w pojedynkę. Choć nareszcie mógł brać udział w śledztwach, Robertson żałował, że ze wszystkich dostępnych weteranów w mieście musiał zostać przydzielony akurat do kogoś takiego. Przecież David Sparrow nie potrzebował asystenta, a zwłaszcza takiego, który pragnął samemu zaistnieć. Radził sobie doskonale z każdą, nawet najbardziej skomplikowaną zagadką, nie dając Adamowi najmniejszego pola do popisu, co szczerze frustrowało młodego policjanta. Dotkliwie odczuwając własną bezsilność, marzył o tym, że pewnego dnia przyćmi wschodzącą gwiazdę departamentu. Taka okazja miała nadejść niedługo. Lub tak przynajmniej się w tamtym okresie zdawało Adamowi.
Sprawa seryjnych morderstw „Wypalacza” wstrząsnęła opinią publiczną. Sześć ofiar, każda z nich z wypalonymi oczyma oraz różnymi śladami na ciele, a sprawca wciąż pozostawał nieuchwytny. Policja z Winchester, w Virginii, gdzie miały miejsce te wydarzenia była bezradna, dlatego oddelegowano tam ze stolicy Davida Sparrowa. Wierzono, że w ten sposób zabójca zostanie lada moment ujęty, ale na to się nie zanosiło. Zginęły kolejne dwie osoby, a śledczy nie zbliżyli się choćby o krok do zatrzymania mordercy, który zdawał się za każdym razem przechytrzyć nawet samego detektywa Sparrowa. To spowodowało, że jego młody asystent wbrew wyraźnym poleceniom zaczął działać na własną rękę. Adam był wtedy młody i naiwny. Uważał, że jeśli wystarczająco się do tego przyłoży, osiągnie sukces i w tym przeświadczeniu utwierdzało go początkowe pasmo powodzeń. Nowe tropy wydawały się wyrastać przed nim jak grzyby po deszczu, co przygłuszyło jego ostrożność i w rezultacie, prawie doprowadziło do tragedii.
Morderca zastawił pułapkę na Robertsona, ogłuszając go podczas gdy ten śledził kogoś, kogo uważał za podejrzanego. Kiedy Adam obudził się, znajdował się w opuszczonej posiadłości na obrzeżach miasta, a obok niego leżało martwe ciało – dziewiąta ofiara „Wypalacza”. Był związany, nie mógł ruszyć się choćby na milimetr i żeby tego było mało, do jego dłoni wciśnięto wciąż stygnący pręt – narzędzie zbrodni oraz zapalniczkę. Adam miał stać się kozłem ofiarnym prawdziwego przestępcy, który po chwili wyszedł z ukrycia. Okazał się nim lokalny szeryf – Jonathan R., co wyjaśniało wiele nieścisłości w całej sprawie, bo jak sam sprawca przyznał, czując się nad wyraz pewny siebie, nietrudno było mu tworzyć fałszywe wskazówki, wprowadzające zamęt i jednocześnie oddalające podejrzenia od niego samego. Przecież nikt nie podejrzewałby nieudolnego, lecz heroicznego policjanta, zwłaszcza nie po tym jak wydałby zabójcę na tacy razem ze wszystkimi potrzebnymi dowodami, nawet jeśli nie będzie to oryginalny „Wypalacz”. W tym planie nie istniała konieczność by Adam żył, więc zabójca wymyślił następujący scenariusz: Wypalacz-naśladowca, będąc złapanym na gorącym uczynku próbował pociągnąć za sobą na dno szeryfa, podpalając budynek, jednak w czasie walki, zginął w ogniu. Morderca był do tego stopnia zadowolony z własnego geniuszu, że nawet nie spostrzegł pojawienia się świadka, człowieka, który podejrzewał go od samego początku, lecz udawał inaczej, wprowadzając przestępcę w fałszywe poczucie bezpieczeństwa.
David Sparrow stoczył pojedynek z mordercą. Walka zakończyła się spadkiem „Wypalacza” ze schodów, na skutek którego skręcił kark. Jednak nim do tego doszło, udało mu się ranić detektywa nożem. Ostrze wbiło się głęboko w jego brzuch. Krwawienie było intensywne, ale Sparrow nie przejmował się nim. Wstrzymując oddech przed dymem, w pośpiechu założył prowizoryczny bandaż i pomimo tego, że budynek mógł się w każdej chwili zawalić, wrócił na piętro po Adama.
- Moi ludzie nie umierają beze mnie, a mi nie śpieszy się do grobu!
Te słowa trwale wyryły się w pamięci Adama. Zostały wypowiedziane z niebywałą determinacją, w której było coś inspirującego. Stając naprzeciw skrajnie nieprzychylnym okolicznościom detektyw Sparrow był gotowy zaryzykować własne życie dla kogoś, kto nie dość, że sam wpakował się w te tarapaty, to jeszcze prawie doprowadził do ucieczki groźnego przestępcy. Czy nie był to wystarczający powód by zostawić go tutaj i ratować siebie? W oczach Adama, tak. Gdyby nie tracił na niego czasu, David mógł uciec zanim zawaliła się ściana, blokując dostęp do schodów. Teraz mieli umrzeć tu razem, zastanawiając co zabije ich najpierw, brak powietrza, czy pożar. Mimo to, nawet w tej sytuacji detektyw nie poddawał się. Rozciął więzy uciskające ręce Robertsona i każąc mu trzymać się mocno, wziął go na plecy, a następnie, wyskoczył przez okno. Adam do tego dnia nie zapomniał odłamków szkła rozsypujących się wokół oraz upadku z drugiego piętra, który zakończył się bezpiecznie w rabacie kwiatowej, no może nie licząc kilku siniaków…
*
- Kiedy David składał raport, odwrócił nasze role w całym zajściu. Wiedział, że nic mu za to nie zrobią. I tym sposobem, ja niezasłużenie zostałem pogromcą „Wypalacza”… Krótko po tym, przetransferowano nas obu do FBI – razem z końcem historii, Adam opróżnił resztki swojej filiżanki.
- To brzmi tak bardzo jak mój brat. On zawsze lubił przejmować role innych – Benjamin dodał – Jak byliśmy mali, brał winę na siebie, niezależnie od konsekwencji. Chociaż nie narzekam. Dzięki temu miałem bezstresowe dzieciństwo – niesfornie się uśmiechnął i chciał coś jeszcze powiedzieć, jednak wtedy pojawił się dyrektor FBI, przerywając mu.
- Ach, tu jesteście panowie. Szukałem was.
- I jak? Wiadomo co z Davidem? – Robertson natychmiastowo się zainteresował.
- Będzie dobrze. Musi wypocząć i poddać się rehabilitacji. Na wszelki wypadek czeka go jeszcze parę badań, ale najgroźniejsze co mu się przydarzyło to podobno postrzał kolana.
- Uff, chociaż tyle.
- Żebyśmy wiedzieli kto go tak urządził… Miał sporo szczęścia. Wszystkie pięć kul ominęło o włos najważniejsze organy.
- To w takim razie, ja będę się zwijał. Obowiązki wzywają – nagle Benjamin Sparrow poderwał się z krzesła, pokazując palcem na swój zegarek – Miło mi było poznać. Możliwe, że niedługo się spotkamy ponownie, ale póki co, do widzenia – ukłonił się i wyszedł z kawiarni.
Kiedy znalazł się poza zasięgiem słuchu, dyrektor zapytał:
- Kto to był?
- Brat Davida.
- Brat? Przecież David nie ma brata. Gdyby miał, byłaby o nim wzmianka w jego teczce.
- Ale są niemal identyczni…
- Chyba, że celowo wymazał go ze swojego życia. Takie rzeczy się zdarzają. W każdym razie, dopóki osobiście nie pogadamy z Davidem, raczej nie dowiemy się więcej.
- Zgadzam się. Wracajmy do biura – zaproponował Adam, cały czas myśląc o Benjaminie.
Czy był on prawdziwym krewnym jego przyjaciela? Instynkt podpowiadał mu, że tak, jednak akta, do których odwołał się szef, wprowadzały wątpliwości. Adam nie mógł się doczekać aż będzie w stanie je rozwiać.
*
Mimo to, Adam Robertson już nigdy nie spotkał detektywa Sparrowa. Następnego dnia otrzymał kopertę z plikiem zdjęć swojej żony zrobionych z ukrycia oraz list, podpisany przez B. Ellrose’a, w którym grożono mu, że jeżeli dalej będzie drążył sprawę Davida, coś złego może się jej przytrafić. Adam miał zamiar zgłosić to swojemu przełożonemu, ale wystraszyła go druga przesyłka z symbolem płonącej róży, w której znajdował się dokładny plan dnia Maggie. Na życzenie szantażysty zerwał kontakt ze Sparrowem.
Komentarze
Prześlij komentarz