Prolog: Christopher Sparrow

To była pieprzona wojna. Wstawszy z miejsca, Richard Miles uderzył pięścią w blat, a następnie rozejrzał się wokół po zgromadzonych przy stole.

Choć jego przywództwo było w gruncie rzeczy jedynie na szczeblu lokalnym i w całości organizacji był tak naprawdę nic nie znaczącym pionkiem, nie przeszkadzało mu to w tym, by czuć się królem, który decydował o losach znajdujących się pod jego rozkazami poddanych. Gdyby któryś z nich śmiał być nieposłusznym lub wręcz nawet okazać otwarty sprzeciw, w imieniu władcy wyrok wykonałaby jego prywatna gwardia. Na skinienie ręki Milesa byli zarówno drobni złodzieje, jak i profesjonalni zabójcy, zdolni wyeliminować niepożądany element bez mrugnięcia okiem.

Pomimo tego, że byli wygodnymi narzędziami, Miles nie ufał nikomu w pełni. Uważał ich za chciwych głupców, gotowych zdradzić go dla pieniędzy, gdy natrafi się tylko na to dobra okazja. Oczywiście, zdarzały się też i wyjątki, niebędące w jego oczach skończonymi idiotami. Oprócz tych od brudzenia sobie rąk, w szeregach jego podwładnych trafiali się czasem godni wprowadzenia do najbliższego kręgu współpracowników – jego osobistej rady ministrów, która choć zbierała się w komplecie jedynie w absolutnie wymagających tego przypadkach, jej członkowie byli ze sobą w stałym kontakcie. Bo tego przecież wymagało prawidłowe funkcjonowanie dystryktu. Król był tylko jeden, a leżące u jego stóp miasto – pełne ludzi, w końcu to była stolica Kanady, Ottawa.

- Jeśli czegoś nie zrobimy, będziemy mieć poważny problem – lub raczej, ja będę go miał, pomyślał. Jeśli wyższy szczebel miałby dowiedzieć się o tym, co od niedawna działo się na jego terenie, bez dwóch zdań zostałby szybko odsunięty od ukochanej pozycji w raczej nieprzyjemny sposób, a tego bał się najbardziej. Kiedyś usłyszał co działo się z tymi, którzy nie spełniali postawionych przed nimi wymagań. Łagodnie to ujmując, „wymazywano” wszelkie ślady po ich istnieniu...

- Mamy do czynienia z profesjonalistami. Zasrańcy dobrze sprzątają po każdej robocie. Sprawdziłem bazę policji. Nie mają nawet jednego odcisku palca – siedzący na lewo od przywódcy Michael ‘Zer0’ Goldenwire chłodno skomentował, poprawiając okulary. Był hakerem, a jego „resort” zajmował się kontrolą przepływu informacji w mieście – Może nie mam Talentu mojego żałosnego kuzynka, ale jestem pewny, że to wszystko – dodał pod nosem i z grymasem wrócił wzrokiem do ekranu swojego laptopa.

- Bez jaj. Sam widziałem do czego są zdolni. Dawno nie natknąłem się na tak brutalne egzekucje… – do dyskusji włączył się Żelazny Blake Brooke. Ten przydomek zawdzięczał swojej osławionej legendami wytrzymałości i choć na pierwszy rzut oka mógł wydawać się zwykłym bezmózgim mięśniakiem, był wyjątkowo lojalny i dyskretny w swoich działaniach. Jak do tej pory to właśnie on i jego najemnicy odnieśli największe straty, więc Miles mógł liczyć, że w tych ciężkich czasach miał w nim sojusznika.

- Tch, pożałują tego – bawiąc się ostrzem długiego noża myśliwskiego, zakapturzony mężczyzna splunął na podłogę. Choć zazwyczaj przedstawiał się jako Mrok, Miles wiedział, że rzeczywiście nazywał się on James Irving i pomimo bycia dość nieprzewidywalnym człowiekiem, nadrabiał swoim Talentem, którego użyteczność okazywała się nieporównywalna zarówno przy planowaniu eliminacji przeciwników jak i fortyfikacji sprzymierzonych pozycji.

- Tylko bez żadnych nierozważnych ruchów. Ulice też milczą na ten temat – wtrącił Henry White, przywódca lokalnej szajki narkotykowej. Z takim nazwiskiem nic dziwnego, gdzie skończył… Miles zauważył w myślach, przypominając sobie pewną postać z popularnego serialu. Lekko szczurowata gęba i wiecznie przepocone czoło White’a budziły w Milesie niesmak, ale jego pragmatyczna natura i chłodna logika nie raz przydawały się w sytuacjach, kiedy niespotykana ostrożność była niezbędna.

- A ty? Co o tym sądzisz? – osobą, do której zwrócił się Richard Miles był ostatni ze zgromadzonych, zasiadający na przeciwległym krańcu stołu, równie wartościowy co tajemniczy, V. Nawet sam Miles nie wiedział prawie nic o tym osobniku kryjącym swoją twarz pod maską przypominającą dziób średniowiecznego lekarza zarazy, jednak przypuszczał, że był on kimś bogatym i wpływowym, prawdopodobnie przysłanym przez przełożonych. Mimo to, czuł, że póki co V stał po jego stronie i utrzymywał aktualne wydarzenia w sekrecie.

- Ktoś poluje na naszych ludzi – odpowiedź była krótka, ale wniosła do dyskusji więcej niż wszystkie pozostałe razem wzięte, powodując, że w pomieszczeniu zapadła cisza. Jednak jej powodem mógł być też po części modulator jakiego używał V by nadać swojemu głosu demoniczny charakter.

Organizacja, do której należeli Miles i jego doradcy może i kontrolowała całą stolicę, ale wciąż mogła być poniekąd nazwana przestępczą, a w każdym razie, na pewno taką, której istnienia i aktywności przeciętni obywatele nie powinni być świadomi. Z tego powodu, dla zmniejszenia ryzyka większość z należących do niej kompleksów mieściła się pod powierzchnią ziemi. Oczywiście, licząc tylko te, do których dostęp miał Miles, który był przekonany, że nadal skrywano przed nim wiele sekretów. Z czasem miało to się zmienić. Miał plan jak wspiąć się po drabinie hierarchii i rozszerzyć swoje królestwo poza Ottawę, przejmując kontrolę nad całą Kanadą i nie tylko. Potem miał przyjść czas na kontynent, a następnie – cały świat. Jednak, dopóki istniało to zagrożenie, marzenia musiały chwilę poczekać.

- Co do...? – Miles niemal podskoczył, gdy nagle w oddali rozległ się charakterystyczny huk, wystrzał broni palnej. Dla każdego kto spędził wystarczająco czasu w tym świecie, był to dźwięk bardzo znajomy i niemożliwy do pomylenia. Jednak co ważniejsze, nie było powodu, żeby miał tutaj rozbrzmieć.

Czyżby któremuś od Brooke’a puściły nerwy? Nie, to nie mogło być to. Przecież znają konsekwencje takiego zachowania. Żaden z tych imbecyli nie strzeliłby w tym miejscu bez uzasadnienia. Miles przełknął ślinę próbując się uspokoić, ale po chwili z sąsiedniego pomieszczenia nadeszła kolejna seria, potwierdzając jego najgorsze obawy.

- To muszą być oni! Jak...? – Żelazny Blake wykrzyknął, zrywając się z krzesła w stronę opartej o filar strzelby Kel-Tec KSG.

Pozostali poszli w jego ślady także zaczynając się zbroić. Nawet Miles dobył zza pasa swoją ulubioną broń – pozłacany rewolwer Smith&Wesson Model 500 z profilowanym uchwytem z kości słoniowej. Nie chciał wierzyć, żeby ktokolwiek był w stanie przebić się przez przygotowane przez jego ludzi linie obrony, ale pewności nigdy nie za dużo. Nie wspominając już o tym, że w głębi duszy pragnął osobiście wpakować kulkę w łeb przywódcy grupy, która ośmieliła się zaburzyć porządek jego królestwa.

Strzałom nie było końca. Przeplatane były narastającymi wrzaskami rannych bądź umierających. Wygrywamy? Przegrywamy? Niepewność ogarnęła do reszty Milesa. Skoro ci tajemniczy napastnicy byli w stanie zacierać swój trop do tego stopnia, musieli być siłą, której nie powinno się lekceważyć. I to wszystko powstało tuż pod moim nosem... Westchnął. Obwiniał swoich podwładnych o zaniedbania, które doprowadziły do stanu, gdzie jego imperium stanęło nad przepaścią. Nie pozwolę im się tu panoszyć! Postanowił, poprawiając palec na spuście rewolweru.

W tym momencie drzwi do pomieszczenia gwałtownie rozwarły się i do środka wleciały dwa martwe ciała. Należały do najemników Brooke’a i choć Miles nie znał ich imion, był pewien, że mignęły mu już dziś ich twarze. Około godziny temu grali ze swoimi towarzyszami w pokera, a teraz...

- Ognia! – widząc pojedynczą ciemną sylwetkę w progu, Miles wydał rozkaz, starając się ukryć w swoim głosie strach. Śmierć go przerażała prawie tak bardzo jak utrata władzy i był gotowy na wszystko byle by jej uniknąć.

Jednak żaden z pocisków nie trafił w napastnika, który w porę odskoczył, osłaniając się za kolumną, zza której lekko wychylił się i wystrzelił. Jego kula z chirurgiczną precyzją trafiła Żelaznego Blake’a dokładnie między oczy. Muskularny mężczyzna upadł martwy na podłogę, drastycznie osłabiając potencjał ofensywny grupy. Choć strzelba była bronią o najwyższych szansach skutecznego zatrzymania intruza, nie było czasu, aby ją podnieść.

Kim on do cholery jest? Miles nie dowierzał własnym oczom. Ruchy ich przeciwnika były perfekcyjne, jakby cały scenariusz tej strzelaniny miał już od dawna ułożony w głowie. Czyżby tak jak Mrok miał Talent? Bardzo prawdopodobne, ale o tak silnym Talencie Miles jak do tej pory nie słyszał. Dla tego faceta kule nie stanowiły najmniejszego utrudnienia. Przy minimalnym wysiłku tańczył wśród nich z niespotykaną gracją, bez bycia choćby draśniętym przez którąś. Nagle wyrzucił jeden ze swoich pistoletów i z niewiarygodną łatwością złapał w powietrzu nóż rzucony z ukrycia przez Irvinga, a następnie, płynnym ruchem odrzucił go prosto w gardło właściciela. Jednocześnie podbił nogą niedużą blachę, która przyjęła na siebie większość z nadciągających pocisków. W międzyczasie, przeskoczył przez barek i wykonując przewrót, dwukrotnie pociągnął za spust.

- Giń, śmieciu! – przeładowując swój rewolwer Miles zaskrzeczał w panice. Żałował, że zabrakło czasu na większe przygotowania, przez co miał już tylko pięć ostatnich pocisków, a przeciwnik zbliżał się z niepokojącą prędkością. Pomimo tego, że strona Milesa miała olbrzymią przewagę liczebną, jej straty były druzgocące. Najważniejsze, żebym ja przeżył, pomyślał. Przecież nowych pachołków można znaleźć wszędzie… Nerwowo zaśmiał się w duchu, nie zauważając, że był już jedyną osobą jaka pozostała na nogach i w końcu stał się celem intruza.

Miles krzyknął z bólu i głośno przeklął, kiedy kula trafiła go w prawy nadgarstek. Jego broń wyleciała w powietrze, ale zanim miała szansę upaść, drugi wystrzał odrzucił ją w kierunku ściany. Trzeci ranił go tuż pod kolanem, przez co upadł na podłogę, uderzając tyłem głowy o kant szafy.

Co jest z tym człowiekiem? Czemu nie mogę go zabić?! Miles z przerażeniem spojrzał na stojącego nad nim mężczyznę. Z powodu otrzymanych obrażeń czuł w ustach metaliczny smak krwi a jego wzrok stracił ostrość, jednak nadal był w stanie ujrzeć twarz i sylwetkę mierzącej do niego osoby.

Był on ubrany w długi czarny płaszcz ze złotymi guzikami, a na jego głowie znajdował się filcowy kapelusz z rondem, do którego po lewej stronie przymocowane było sporej wielkości sokole pióro. Oprócz wzmocnienia na lewym rękawie nie zdawał się mieć na sobie jakichkolwiek form ochrony, choćby kamizelki kuloodpornej. Sprawdzając to Miles spostrzegł złoty łańcuszek z krzyżem, do którego przymocowane były dwa nieduże okrągłe przedmioty. Pierścienie? Nie był pewien.

Jednak najgorsza była jego twarz. Patrząc na nią Miles nie był w stanie opanować strachu. Choć właśnie w pojedynkę rozstrzelał ponad 20 osób, na jego ubraniu nie było widać ani kropli krwi, a jego jasnobłękitne oczy nie zdradzały żadnych emocji. W połączeniu
z zaprezentowanymi przez niego umiejętnościami wydawał się być wręcz maszyną stworzoną do zabijania, zwiastunem rozpaczy jaka paraliżowała Richarda Milesa.

- Amy Whitfield? Mówi ci coś to imię? – niespodziewanie, napastnik zadał pytanie, a ton jego głosu okazał się być równie bezuczuciowym.

Whitfield... Whitfield… Miles desperacko przeszukiwał zakątki pamięci, jednak groźba śmierci ograniczała jego zdolność skupienia się. Niezależnie jak mocno się starał, to nazwisko nie przychodziło do niego w jakiejkolwiek formie. Czy powinno? Przez moment rozważał by skłamać, ale jak długo nie wiedział czemu ta kobieta była poszukiwana i to wiązało się ze sporym ryzykiem, bo pytający nie wydawał się kimś, kogo łatwo byłoby oszukać.

- Niewiedza błogą jest... – nie odwracając wzroku od Milesa, ubrany w czerń mężczyzna przycisnął palec do spustu. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że za jego plecami powoli wstawała jedna z jego ofiar.

Mrok, który pomimo poważnej rany nadal żył, używając resztek sił ruszył w stronę strzelby. Po jej dobyciu wymierzył do intruza. Ci z Talentem są jednak niesamowici! Miles z trudem powstrzymał się od wybuchnięcia śmiechem. Jak do tej pory nie darzył ich zbytnią sympatią, głównie z zazdrości, gdyż sam nie miał żadnego. Starając się przesadnie nie wpatrywać w kierunku zasadzki poczuł przypływ ulgi, ale wiedział, żeby tego choćby w najmniejszym stopniu nie okazywać. Nie chciał, żeby jego wróg domyślił się, że szala zwycięstwa odsuwa się od niego. Nie do momentu, w którym będzie już za późno na reakcję, a była to już tylko kwestia sekund... W końcu Mrok strzelił w stronę odwróconego do niego plecami mężczyzny, ale wtedy wydarzyło się coś kompletnie nieprzewidywalnego.

W tej samej chwili, intruz gwałtownie odwrócił dłoń z pistoletem i posłał na oślep pocisk wprost w lufę Kel-Teca. Był to strzał oddany w idealnym momencie zanim śrut zdążył ją w pełni opuścić, przez co broń eksplodowała, odrywając ramię Irvinga i bez cienia wątpliwości, uśmiercając go tym razem na dobre.

Widząc to, Miles zamarł. W jego dotychczasowej opinii sceny takie jak ta działy się wyłącznie na filmach, więc doświadczając tego osobiście, zrozumiał, że już po nim. Żaden z jego ambitnych planów nie zostanie zrealizowany, a królestwo, na które niestrudzenie pracował przez całe swoje życie rozsypie się. I wszystko za sprawą pojedynczego człowieka… Nie wiedział czy stała za nim jakaś większa grupa, ale nie obchodziło go to już więcej. Poddał się, zostawiając ten problem następnym, po których zapewne uda się ten ponury żniwiarz w ludzkiej skórze.

- Był twardy. Pragnienie zemsty sprawia, że człowiek pokonuje swoje limity, ale nigdy nie zmieni tego kim jest się w środku – napastnik szorstko skomentował – A teraz, wróćmy do tego na czym skończyliśmy... – poprawiwszy swój kapelusz, raz jeszcze wymierzył do Milesa – Do zobaczenia w piekle.

Po czym rozległ się huk połączony z rozbłyskiem światła i ostatnim co zauważył Richard Miles był fakt, że użytą bronią była Beretta M9.

*

Pustka. To było idealne słowo by nazwać stan, w którym się znajdowałem. Nie byłem pewien czy oczekiwałem po przyjściu tutaj jakiejś zmiany, jednak wiedziałem, że było to konieczne. Nikt oprócz mnie nie był w stanie odwrócić dotychczasowych ról łowcy i zwierzyny, a co ważniejsze, pomścić najdroższą mi osobę. To stanowiło mój główny cel, lecz nie zapowiadało się na to, żebym przybliżył się dzisiaj do jego osiągnięcia.

Ta kryjówka, którą konsekwentnie tropiłem przez ostatnie cztery miesiące okazała się tylko jedną z wielu, a nie główną. Nieliczne nowe poszlaki, które odkryłem przeszukując budynek i ciała sugerują istnienie swego rodzaju siły wyższej w tej organizacji kryjącej się pod symbolem płonącej róży. Rozkazy musiały być przez kogoś wydawane i do tego kogoś trafiały te regularne raporty… W tej chwili mogłem jedynie zgadywać kim mógł być przywódca, ale jedno było pewne. Niezależnie od ilości trupów przez jakie będę musiał przejść, dorwę go. Zabiję. Bez litości.

W każdym bądź razie, wyglądało na to, że zdobyłem tożsamość jednego z łączników pomiędzy Ottawą, a moim znakiem zapytania na wyższym szczeblu. Dismas Hardin. Tak jak ja miał 25 lat i również posiadał Talent, choć jeszcze nie wiedziałem jaki. Wydało mi się to dziwne, że tyle wrażliwych informacji na temat jego osoby leżało na otwartym widoku. Można byłoby pomyśleć, że persona takiej rangi ograniczałaby swoją prezencję do minimum, zdradzając swoje poufne dane jedynie niezbędnym ludziom. Czyżbym miał wyjątkowe szczęście? Mało prawdopodobne. Choć fortuna zazwyczaj mi sprzyjała, tym razem raczej było to świadome wystawienie. Jakby ktoś przewidział co się stanie i przygotował dla mnie prezent, „pomocny” trop, za którym miałem ruszyć bez zastanowienia. Świadomy tego, że prawie na pewno okaże się to pułapką i tak mam jednak zamiar to uczynić.

- Amy... Załatwię ich wszystkich. Przysięgam – wyszeptałem przyglądając się efektom mojej pracy.

Choć ze wszystkich stron otaczała mnie krew, trupy oraz zapach benzyny, nie odczuwałem żadnych szczególnych emocji. Oni zasługiwali na śmierć. Znacznie brutalniejszą od tej, którą im dałem. Byli moimi wrogami, odpowiedzialnymi za śmierć mojej ukochanej… Żałowałem jedynie, że nie mogłem sobie pozwolić, aby prawidłowo zająć się tym ścierwem. Byłem ekspertem w skórowaniu, co chętnie bym wykorzystał. Na myśl o cierpieniu przez jakie by wtedy przeszli, na mojej twarzy pojawił się nieznaczny uśmiech. Czasami łapałem się przesadnym sadyzmie, ale do pokonania jednego potwora potrzebna była jeszcze większa bestia, którą się z dnia na dzień stawałem się. W naturze silniejszy zjada słabszego, więc jeśli pragnąłem zwyciężyć, musiałem odrzucić każdy przejaw słabości i być gotowym na dosłownie wszystko.

- To ich wina. Gdyby nie tamten napad, nic by się nie stało. Wzięlibyśmy spokojnie ślub… Bylibyśmy szczęśliwi…

Ale doszło do tragedii. Kiedy po śmierci wuja Benjamina udaliśmy się do siedziby Królewskiego Banku Kanady, do budynku wtargnęła grupa uzbrojonych mężczyzn w maskach z płonącą różą na fioletowym tle. Zabili strażników i terroryzując cywili, zaczęli włamywać się do skarbca. Obiecywali, że jak długo będziemy posłuszni, nic złego nam się nie stanie, jednak wtedy jeden z pracowników banku aktywował alarm. Zamordowali go, a ja zrozumiałem, że nikt tak naprawdę nie był bezpieczny. Nie za bardzo obchodziły mnie losy innych, obcych osób i nawet własnego zdrowia nie ceniłem na wiele, ale nigdy nie pozwoliłbym na to, żeby Amy stała się krzywda. Była i nadal jest najważniejszą osobą w moim życiu, dlatego choć wiązało się to ze splamieniem mych dłoni krwią, postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Zakradłem się do jednego z przestępców i po cichu skręciłem mu kark. Okazało się to niespodziewanie proste i w pewien dziwny sposób satysfakcjonujące. Potem następnego. I kolejnego... Aż do momentu, kiedy ich towarzysze zdali sobie z tego sprawę i doszło do strzelaniny. Choć mieli przewagę liczebną, to ja zwyciężyłem. W strzelaniu nigdy nie było mi równych. Tak działał mój Talent. W każdych warunkach byłem w stanie posłać kulę dokładnie tam, gdzie tego pragnąłem i unikać nadchodzących w moją stronę.

Upewniwszy się, że zagrożenie zostało całkowicie zneutralizowane, poszukałem Amy. Kazałem jej się ukryć i przeczekać aż będzie już spokojnie, bo byłem świadomy jak łatwo jest być ranionym rykoszetem i stan większości postronnych ludzi to potwierdzał. Przeważająca większość była poważnie ranna lub martwa. Mimo to, mnie to nie interesowało. Dla mnie liczyła się wyłącznie Amy.

I w końcu ją odnalazłem. Leżała na marmurowej posadce w kałuży własnej krwi. Nie wierzyłem własnym oczom. Pragnąłem, aby wszystko okazało się pomyłką, koszmarem, z którego wkrótce miałem się obudzić, ale nie zanosiło się na to. Moje wspomnienia z tamtego momentu są niewyraźne, wypełnione czymś jakby białym szumem, jednak nie ma w tym nic dziwnego. W jednej chwili załamała się podstawa mojego świata. Jeśli ufać temu co wydedukowałem później, Amy postrzelono dwukrotnie w brzuch. Wydaje mi się, że próbowałem zatamować krwotok, lecz było już na to za późno. Zmarła w moich ramionach...

Teraz, po około dwóch latach nieustającego polowania, nareszcie dokonałem przełomu na drodze do wymierzenia sprawiedliwości. Stanąłem w progu i odpaliłem zapalniczkę. Nawet jeśli nie rzuciłbym jej, płomień wkrótce i tak wszedłby w reakcję z unoszącymi się dookoła oparami paliwowymi, więc musiałem działać szybko.

- Chris...

Niespodziewanie, łagodny kobiecy głos wyszeptał moje imię. Wyłącznie jedna osoba zwracała się do mnie w ten sposób i była to...

- Wiedziałam, że dasz sobie radę.

Miała na sobie śnieżnobiałą suknię ślubną, oplamioną szkarłatem krwi, a jej trupioblada twarz oraz martwe, brązowe oczy były osłonięte welonem. Chociaż już od dawna nie żyła, na jej ciele nie było widać żadnych innych śladów rozkładu. Nawet w tych warunkach byłem w stanie bez problemu poznać Amy Whitfield – odebraną mi siłą jedyną miłość mojego życia.

- Nie poddawaj się. Wiem, że wszystko pójdzie po twojej myśli. Do samego końca będę przy tobie – mówiąc to, podeszła bliżej. Zapach jej ulubionych cytrusowych perfum przebijał przez wszystko, powodując, że lekko zakręciło mi się w głowie. Korzystając z mojej chwili rozkojarzenia, Amy podłożyła swój rękaw pod zapalniczkę. Materiał jej sukni szybko zajął się ogniem, a od niego, wszystko wokół.

- Niedługo spotkamy się ponownie – oznajmiła, kiedy jej sylwetka zaczęła ginąć wśród płomieni i dymu – Kocham cię, Chris

Jej głos zanikł w oddali, przypominając mi, że nie mogłem tu dłużej zostać. Gdybym miał zginąć w tym miejscu, wszystko poszłoby na marne.

- Ja ciebie też, Amy. I nigdy nie przestanę – rzuciłem i ruszyłem w stronę wyjścia, po drodze odkopując na bok palącą się płachtę z symbolem róży.

Tym razem zapłonęła ona naprawdę, stając się zapowiedzią wojny, którą właśnie oficjalnie wypowiedziałem. To, co pozostawiłem dziś po sobie powinno być jasnym komunikatem dla moich przeciwników. Zwłaszcza w połączeniu z faktem, że jedna osoba jakimś cudem uciekła z mojej zasadzki, o czym świadczyło dodatkowe krzesło w głównej sali obrad, na którym dosłownie do chwili przed moim przybyciem ktoś siedział. Cóż… Na drodze wyjątku chyba mogłem sobie na to pozwolić, w szczególności, że musiałem skupić się na moim nowym celu. Dismasie Hardin, nie wiem dokładnie kiedy, ale niedługo spotkamy się i nie będzie to dla ciebie zbyt przyjemna wizyta.

Komentarze